niedziela, 8 lutego 2026

Recenzja: #Will, reż. Tim Mielants, film wojenny, Belgia 2023, #Netflix

 


W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyserii Tima Mielantsa przeszedł przez polskie ekrany niemal bez echa, ginąc gdzieś pomiędzy kolejnymi komediami romantycznymi a serialami true crime. To błąd niewybaczalny. "Will" to bowiem kino wybitne, duszne i lepkie od strachu, które nie bawi się w hagiografię, lecz bezlitośnie nurza widza w moralnym błocie okupowanej Antwerpii.

Jest rok 1942. Antwerpia tonie w deszczu i mroku. Wilfried Wils, młody policjant, próbuje po prostu przetrwać. W przeciwieństwie do okupowanej Polski czy Ukrainy, tutaj za ukrywanie Żydów nie grozi automatyczna kara śmierci dla całej rodziny. A jednak strach jest wszechobecny.

Punkt zwrotny następuje szybko i brutalnie. Will wraz z partnerem otrzymują rozkaz asystowania niemieckiemu żandarmowi. Niemiec nie idzie na patrol – idzie wymusić haracz od ukrywającej się żydowskiej rodziny. Sceneria jest apokaliptyczna: ulewa, noc,  i sterty stalowych podkładów kolejowych. Kiedy pijany władzą i nienawiścią żandarm zaczyna katować bezbronnego Żyda, w Willu pęka tama. To nie jest akt heroizmu, to odruch. Will popycha Niemca na stalowe podkłady kolejowe. Miażdży mu głowę. Niemiec ginie. Ciało ląduje w studzience. Deszcz zmywa krew, ale nie zmywa winy. Od tej chwili film zmienia się w gęsty thriller psychologiczny, w którym stawką jest nie tylko życie, ale i resztki człowieczeństwa.

Trup nazisty uruchamia machinę terroru. Do gry wchodzi Gestapo, a wraz z nim postać, która kradnie każdą scenę, w której się pojawia – esesman Gregor Schnabel. Wcielający się w niego Dimitrij Schaad (błyszczący wcześniej w serialu "Kleo") tworzy kreację wybitną. Jego Schnabel to nie wrzeszczący furiat z tanich filmów wojennych. To esesman wyrafinowany, cyniczny, inteligentny i... przerażająco spokojny. Śledztwo, które prowadzi, jest drobiazgowe i metodyczne. Schnabel gra na najczulszych strunach ludzkiej psychiki, wiedząc, że każdy ma punkt pęknięcia. To właśnie on uosabia tezę filmu: w tym systemie nie ma niewinnych, są tylko ci, którzy jeszcze nie zostali złamani.

"Will" jest dla Belgów filmem bolesnym, co widać było w tamtejszej prasie i dyskusjach, które wywołał (choć na świecie pozostał niedoceniony). Mielants bezlitośnie obnaża flamandzki nacjonalizm i kolaborację. Widzimy tu ludzi, którzy w nazizmie widzą szansę na awans, na "wielką Flandrię", albo po prostu na spokój. Setki Flamandów z Belgii prowadzonych przez Leona Degrelle poszły na front wschodni w oddziałach egzekucyjnych SS. 

Najbardziej wstrząsający jest jednak upadek samego głównego bohatera. Will to szlachetny chłopak, artysta, który chce być dobry. Ale okupacja to walec, który miażdży kręgosłupy moralne. Reżyser stawia sprawę jasno: bycie dobrym człowiekiem w czasach zła jest luksusem, na który mało kogo stać.

Wstrząsająca sekwencja tortur – naprzemienne polewanie wrzątkiem i lodowatą wodą na stole Gestapo – to metafora całego filmu. Człowiek zredukowany do bólu zrobi wszystko. I Will robi. Jednak jego ta tortura nie dotyka, on patrzy jak Gestapo robi to innym. Widzimy go, jak ostatecznie bierze udział w tym, czym brzydził się najbardziej – w policyjnej łapance na Żydów. Jego mundur, początkowo symbol porządku, staje się całunem dla jego sumienia. Człowiek, choćby najszlachetniejszy, w końcu się ubrudzi.

Oglądając ten film, trudno uciec od refleksji na temat polskiego kina historycznego. W Polsce, gdzie okupacyjne "piekło było gęstsze", a stawki nieporównywalnie wyższe, wciąż brakuje obrazu o takiej sile rażenia i nowoczesnej formie. Mamy filmy o herosach i męczennikach, ale brakuje nam tak dosadnego, świetnie zrealizowanego thrillera o mechanizmie zaszczucia i niemożliwości dokonywania dobrych wyborów. To jest niewybaczalny grzech polskiego kina o wojnie ostatnio. 

"Will" to kino wybitne, bo uniwersalne. To opowieść o tym, że granica między ofiarą a katem bywa płynna, a najgorszą karą nie jest śmierć, lecz życie ze świadomością, że w decydującym momencie stchórzyliśmy. To film, który zostaje pod powiekami długo po seansie, niczym powidok na starym, zeskrobanym palimpseście historii.

Moja ocena: 8/10 

czwartek, 5 lutego 2026

Recenzja: Chantal Delsol. Koniec świata chrześcijańskiego. Inwersja normatywna i nowa era, tłum. Piotr Napiwodzki, Wydawnictwo WAM, Kraków 2023

 


Czytelnik polski od pewnego czasu ma możliwość przeczytania książki francuskiej filozofki Chantal Delsol, która postanowiła odpowiedzieć na pytanie o kryzys świata chrześcijańskiego, tworzonych przez niego wartości. Współczesna debata o kondycji religii na Zachodzie często grzęźnie w emocjonalnych polemikach lub płytkich statystykach dotyczących spadku powołań. Chantal Delsol w swoim eseju "Koniec świata chrześcijańskiego" (fr. La fin de la Chrétienté) odsuwa te powierzchowne objawy na bok, by postawić diagnozę brutalną, lecz intelektualnie ożywczą: pacjent nie choruje – pacjent, rozumiany jako cywilizacja chrześcijańska, już umarł.

To nie jest książka o końcu wiary, ale o końcu pewnego paradygmatu kulturowego, który trwał szesnaście stuleci. Delsol, z chirurgiczną precyzją i francuską elegancją, przeprowadza nas przez proces narodzin, triumfu i ostatecznego wygasania Christianitas. Delsol rozpoczyna swoją analizę od momentu zwrotnego – IV wieku i edyktów cesarza Teodozjusza, które uczyniły chrześcijaństwo religią państwową Cesarstwa Rzymskiego. To właśnie wtedy, według autorki, doszło do pierwszej, fundamentalnej rewolucji, którą nazywa inwersją normatywną. Rzymski świat siły, hierarchii i pogardy dla słabości został nadpisany przez chrześcijański etos miłosierdzia, godności ofiary i wywyższenia pokornych. Przez kolejne wieki, aż do XX stulecia, ten paradygmat definiował tkankę Zachodu. Nawet gdy oświecenie zaczęło kwestionować dogmaty, moralność wciąż pozostawała w dużej mierze chrześcijańska. Byliśmy cywilizacją, która wierzyła w Prawdę objawioną z zewnątrz.

Kluczowym momentem książki jest opis tego, co dzieje się obecnie. Delsol twierdzi, że jesteśmy świadkami drugiej rewolucji – inwersji ontologicznej. Zachód nie odrzuca jedynie chrześcijańskich norm; odrzuca samą strukturę rzeczywistości, na której były one oparte. Zanikło pragnienie metafizyki, a transcendencja (Bóg na zewnątrz świata) ustąpiła miejsca radykalnej immanencji (sens jest tylko tu i teraz). Autorka posługuje się tu niezwykle trafną metaforą palimpsestu. Nasza obecna kultura jest jak stary pergamin, z którego zeskrobano pierwotny, chrześcijański tekst, by zapisać na nim nową treść. Jednak ślady starego pisma wciąż przebijają, tworząc mylące powidoki. Stąd biorą się paradoksy współczesności: walczymy o prawa człowieka i godność jednostki (dziedzictwo chrześcijańskie), ale odcinamy je od ich źródła (Boga), zawieszając je w ontologicznej próżni. Dajemy dzieciom wszelkie prawa - i dobrze - ale odmawiamy prawa do życia dzieciom nienarodzonym pozostawiając decyzję o życiu i śmierci kobiecie. To nie byłoby możliwe, gdyby nie uległa rozkładowi tkanka fundamentu aksjologicznego społeczeństwa zachodniego. 

Delsol stawia tezę, że natura nie znosi próżni. Skoro religia nie zanika, a jedynie zmienia formę, co zajmuje miejsce Boga? Według filozofki jest to powrót do kosmoteizmu, który ona (prowokacyjnie dla wielu) nazywa neopogaństwem. W jej ujęciu współczesna ekologia przestaje być jedynie troską o środowisko, a staje się nową religią z własną liturgią, dogmatami i grzechami. Kult Ziemi, sakralizacja natury i "Matki Gai" to dowód na to, że człowiek przeniósł swoje uwielbienie ze Stwórcy na stworzenie. Delsol argumentuje, że pociąga to za sobą drastyczną zmianę moralności – świętość życia ludzkiego przestaje być absolutna, ustępując miejsca dobrostanowi planety. Choć diagnoza ta może budzić sprzeciw (i słusznie, gdyż sprowadza ona złożone ruchy ekologiczne do jednego mianownika), Delsol broni jej spójnie, wskazując na wtórną sakralizację świata przyrody. Widać to w pop-kulturze. Już James Cameron w "Avatarze" dał wyraz panteizmowi, a seriale historyczne takie jak "Wikingowie" romantyzowały często okrutne praktyki Normanów i ich religii w zetknięciu z cynicznym i nikczemnym chrześcijaństwem. 

Jednym z najbardziej dosadnych fragmentów książki jest ocena prób ratowania Christianitas za wszelką cenę. Delsol bezlitośnie punktuje konserwatywne "sojusze ołtarza z tronem", a w skrajnych przypadkach z faszyzmem czy autorytaryzmem, mające na celu powstrzymanie laicyzacji. Autorka uważa te działania za tragiczne nieporozumienie. Rozkład cywilizacji chrześcijańskiej jest procesem ontologicznym, duchowym i kulturowym – nie da się go zatrzymać dekretami, polityczną siłą czy przymusem. Nie rozumieją tego propagandyści z TV Republika i suponowana przez nich wizja Trumpa jako ostoi wartości wzbudza raczej już śmiech niż przerażenie. Kościół, który usiłuje narzucać swoje prawa społeczeństwu, które przestało rozumieć ich metafizyczny sens, staje się jedynie kustoszem muzeum, w którym nikt już nie chce zwiedzać. Polska prawice też tego nie rozumie. Żyjemy w epoce post chrześcijańskiej. To jest po prostu fakt. 

Czy "Koniec świata chrześcijańskiego" to proroctwo zagłady? Nie do końca. Delsol kończy swoją analizę nutą stoickiego realizmu. Cywilizacja chrześcijańska (władza, wpływ, powszechność) przeminęła i nie wróci. Jednak chrześcijaństwo jako wiara przetrwa. Wróci ono do swojej pierwotnej formy – religii niewielu, "soli ziemi". Chrześcijanie przyszłości będą, według Delsol, "niemymi świadkami Boga" w pogańskim świecie, żyjącymi Ewangelią bez wsparcia instytucjonalnych struktur państwa. Książka Chantal Delsol to lektura obowiązkowa, choć bolesna. Jest rzetelna w swojej historycznej syntezie i elegancka w formie, choć jej diagnozy uderzają w samo serce zachodniego samopoczucia. To pożegnanie z erą dominacji, napisane bez histerii, ale z głęboką świadomością nieodwracalności zmian. Delsol nie pociesza, ona wyjaśnia – a w czasach chaosu pojęciowego, taka intelektualna uczciwość jest na wagę złota.

Moja ocena 8/10 

piątek, 2 stycznia 2026

Recenzja: Paweł Mościcki, Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji, wyd. Karakter, Kraków 2025, ss.280

 


Książka Pawła Mościckiego, "Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji", to pozycja, obok której nie sposób przejść obojętnie – i to bynajmniej nie jest pusty frazes recenzencki. To tekst, który z założenia ma dzielić, drażnić i wywoływać sprzeciw. Mościcki, filozof i badacz kultury wizualnej z IBL PAN, porzuca tu bezpieczny dystans akademika na rzecz gorącej, zaangażowanej publicystyki filozoficznej. Efektem jest dzieło o potężnym ładunku emocjonalnym i intelektualnym, które jednak w swojej bezkompromisowości balansuje na granicy, za którą analiza ustępuje miejsca ideowemu manifestowi.

Anatomia oskarżenia: Od teologii do polityki

Mościcki buduje swoją narrację na fundamentalnym sprzeciwie wobec tego, co nazywa "Izraelimem" – realnie istniejącym syjonizmem. To jeden z najmocniejszych, ale i najbardziej dyskusyjnych punktów książki. Autor stawia tezę, że nowoczesne państwo Izrael, mimo demokratycznej fasady, napędzane jest archaiczną teologią polityczną. W jego ujęciu dzisiejsza przemoc w Gazie nie jest wypadkiem przy pracy, lecz logiczną konsekwencją uznania ziemi za nienaruszalny "dar od Boga" – bóstwa Jahwe sprzed tysięcy lat. Ta perspektywa pozwala Mościckiemu na błyskotliwe analizy z pogranicza teologii i polityki, ale jednocześnie naraża go na zarzut esencjalizmu. Krytyk mógłby zauważyć, że sprowadzając cały, niezwykle złożony organizm społeczno-polityczny Izraela (w tym jego lewicową opozycję) do mianownika religijnego fundamentalizmu, autor zaciera niuanse na rzecz czystości własnego wywodu. Książka unika tradycyjnego podziału na reportażowe rozdziały, zamiast tego prowadzi czytelnika przez proces, który można by nazwać „filozoficzną wiwisekcją”. Mościcki rozpoczyna od analizy idei „Izraelimu”, czyli realnie istniejącego syjonizmu. Autor argumentuje, że nowoczesne państwo Izrael odeszło od swoich demokratycznych obietnic na rzecz systemu opartego na wykluczeniu. Fundamentem tej postawy ma być – zdaniem autora – religijny radykalizm żydowskiej prawicy. Mościcki ostro punktuje przekonanie o „ziemi obiecanej” jako darze od Jahwe, twierdząc, że ta archaiczna teologia staje się we współczesnym Izraelu nadrzędna wobec prawa międzynarodowego, sankcjonując przemoc jako akt niemalże sakralny.
Najbardziej bolesnym i ryzykownym punktem wywodu jest analiza „metafory fundamentalnej”, czyli zawłaszczenia pamięci o Holokauście. Mościcki stawia odważną i dla wielu obrazoburczą tezę: Zagłada została zinstrumentalizowana, by służyć jako etyczna tarcza. Według autora, państwo Izrael wykorzystuje traumę XX wieku, by unieważnić wszelką krytykę swoich obecnych działań, co prowadzi do paradoksalnej sytuacji, w której pamięć o jednej eksterminacji ma usprawiedliwiać inną.

Pamięć jako zakładnik

Centralnym nerwem książki jest oskarżenie o zawłaszczenie pamięci Zagłady. Mościcki argumentuje, że Holokaust stał się tarczą immunitetową, która ma usprawiedliwiać każde działanie militarne państwa żydowskiego. To teza niezwykle bolesna i ryzykowna. Autor sugeruje, że Zachód, paraliżowany poczuciem winy za II wojnę światową, daje nieme przyzwolenie na "kulturę eksterminacji" w Gazie. Choć diagnoza o instrumentalnym traktowaniu historii Zagłady przez prawicowe rządy Izraela jest celna i podzielana przez wielu badaczy (również żydowskich), to jednak radykalizm języka Mościckiego może być odebrany jako próba relatywizacji żydowskich lęków egzystencjalnych. Autor zdaje się mówić, że trauma Zagłady nie daje wam prawa do zadawania bólu, co jest etycznie doniosłe, ale w kontekście wydarzeń 7 października może brzmieć dla wielu czytelników jak oskarżenie pozbawione empatii dla drugiej strony.

7 października i pułapka symetrii

Omawiając rozdziały poświęcone masakrze Hamasu i reakcji Izraela, widać wyraźnie metodę autora. Mościcki odmawia uznania 7 października za "punkt zero". Dla niego to tylko kolejny (choć krwawy) etap w długim procesie kolonizacji i opresji. W odniesieniu do wojny z lat 1948-49 mówi wyraźnie, że były dwie wojny. W pierwszej nowe państwo Izrael wygnało Palestyńczyków z ich domów, w drugiej walczyło i pokonało ościenne państwa arabskie. Tu ujawnia się największa kontrowersja książki: jej celowa jednostronność. Mościcki niemal całkowicie pomija podmiotowość Hamasu jako organizacji terrorystycznej, skupiając się wyłącznie na strukturach przemocy państwowej Izraela. Dla Mościckiego Hamas prowadzi walkę narodowowyzwoleńczą. Dla autora, analizującego "ludobójstwo na żywo" poprzez media społecznościowe i podcasty, liczy się przede wszystkim dysproporcja sił i ofiar. Taka optyka, choć moralnie uzasadniona skalą cierpienia cywilów w Gazie, politycznie bywa redukcjonistyczna. Czytelnik szukający pełnego obrazu geopolitycznego może poczuć się zawiedziony brakiem analizy szerszego kontekstu regionalnego (np. roli Iranu).

Media i współudział – oskarżenie totalne

Najbardziej przekonujący jest Mościcki tam, gdzie wraca na swój grunt macierzysty – do analizy mediów. Bezlitośnie punktuje zachodnie serwisy informacyjne, wskazując, jak język i obraz są manipulowane, by dehumanizować Palestyńczyków. Autor pokazuje, że żyjemy w bańce informacyjnej, w której "praktyki współudziału" polegają na odwracaniu wzroku. Jego krytyka źródeł internetowych i kultury masowej jest ostra, trafna i oparta na solidnej kwerendzie (liczne przypisy), choć dobór źródeł jest wyraźnie selektywny – służy potwierdzeniu tezy, a nie jej weryfikacji.

Polemika i kontrowersje: Głos jednostronny czy niezbędny?

Styl Mościckiego jest ostry, prowokacyjny i wybitnie polemiczny. To książka napisana „przeciwko” – przeciwko oficjalnej dyplomacji, przeciwko bierności intelektualistów i przeciwko medialnej hegemonii. Taka postawa niesie jednak za sobą konkretne ryzyka, które czytelnik musi wziąć pod uwagę. Autor świadomie rezygnuje z próby zrozumienia izraelskiego poczucia zagrożenia czy analizy działań Hamasu jako podmiotu politycznego. Dla Mościckiego liczy się tylko dynamika sprawca–ofiara w kontekście kolonialnym. Sugestia, że Izrael buduje swoją tożsamość na „kulturze eksterminacji”, dla wielu będzie nieakceptowalnym nadużyciem, które może przysłonić trafne diagnozy autora dotyczące łamania praw człowieka.

"Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji" to książka trudna, momentami niesprawiedliwa, ale być może właśnie dlatego konieczna. Mam wrażenie, że autor Paweł Mościcki nie napisał jej, by zyskać poklask, lecz by wytrącić czytelnika z równowagi. Jest napisana z żywą, pulsującą, polemiczną pasja i jest to książka bardzo odważna intelektualnie. Siłą tej pozycji jest jej filozoficzna głębia i odwaga w nazywaniu zbrodni. Słabością – polemiczne zacietrzewienie, które czasem przesłania złożoność konfliktu. Autor stawia wszystko na jedną kartę: chce wstrząsnąć sumieniem polskich czytelników, nawet za cenę utraty części z nich, którzy uznają jego radykalizm za przesadny. Niezależnie od oceny poglądów autora, jest to jedna z najważniejszych polskich prób intelektualnego zmierzenia się z tragedią, która dzieje się na naszych oczach. To lektura obowiązkowa, ale wymagająca od czytelnika krytycznej czujności. To książka dla czytelnika wyrobionego, wytrawnego. Będzie bardzo podobać się osobom o wrażliwości lewicowej, konserwatystom zaś średnio. 

Ocena 6-7/10 


Recenzja: #Will, reż. Tim Mielants, film wojenny, Belgia 2023, #Netflix

  W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyseri...