niedziela, 21 czerwca 2026

Recenzja: Jan Pelc, ...będzie gorzej, tłum. J. Stachowski, Wołowiec, CZARNE 2014


Czytelniczko, Czytelniku tego bloga 
 

Epokowa powieść Jana Pelca, czeskiego pisarza undergroundu z lat osiemdziesiątych trafiła do mnie niedawno i wziąłem się za czytanie....Cóż, nawet wyrobiony czytelnik jak ja dostaje obuchem w głowę od pierwszych stron powieści. Jest to bowiem świadomie wykreowana przez autora opowieść o drodze do piekła, zupełnie nie metafizycznego, za to bardzo ziemskiego, z połowy lat osiemdziesiątych z komunistycznej Czechosłowacji, piekła dosłownego bo unurzanego w wódzie, rzygowinach, rynsztoku. To jedna z najbardziej szokujących powieści współczesnych jakie przeczytałem. A nie jest łatwo mnie zaszokować. 

Tym, co uderzyło mnie w tej powieści najmocniej, jest sam główny bohater. Olin to postać absolutnie szczególna przez swoją wewnętrzną pustkę. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to drugi – zaraz po dobrym wojaku Szwejku – tak precyzyjnie i z pełną premedytacją wykreowany surogat osobowości w historii czeskiej literatury. Ale o ile Szwejk obnażał absurd militarnego i biurokratycznego systemu monarchii habsburskiej swoim wyuczonym, radosnym idiotyzmem, o tyle Olin dekonstruuje komunistyczną rzeczywistość poprzez całkowitą, niemal zwierzęcą degradację.

Ten chłopak jest dokumentnie wyprany z jakichkolwiek uczuć wyższych. Nie ma w nim wzniosłego buntu opozycjonisty, nie walczy o ideały, sprawiedliwość czy wolność słowa. Olin po prostu chla na umór, bez opamiętania ćpa, rzyga, zapycha się tanimi flakami w podłych knajpach i uprawia przygodny seks byle gdzie i z byle kim. Seks w tej powieści jest zawsze opychający, zwierzęcy i brudny. To jego jedyna, czysto instynktowna odpowiedź na opresyjny, zakłamany świat epoki normalizacji. Biologia bezlitośnie wypiera tu całą ideologię, a upadek staje się świadomym wyborem.

Historia Olina i jego paczki długowłosych wyrzutków to wstrząsający, ciągły zapis staczania się po równi pochyłej. Cały ten koszmar zaczyna się na głębokiej prowincji, w świecie zdominowanym przez wszechobecny alkohol, prymitywną przemoc dorosłych i pierwsze brutalne starcia z milicją. Prawdziwe dno bohaterowie osiągają jednak dopiero w Pradze. Zejście do najgłębszych kręgów undergroundowego piekła sprawia, że ich życie zaczyna sprowadzać się wyłącznie do zdobywania kolejnych działek narkotyków w zadymionych, tanich spelunach. Ostateczna próba ratunku, czyli ucieczka na Zachód, szybko weryfikuje naiwne marzenia o lepszym życiu. Okazuje się, że zmiana granic państwowych i ustroju politycznego wcale nie jest w stanie zapełnić wewnętrznej luki wydrążonej przez lata spędzone w komunistycznym systemie. Olin ucieka z kraju, ale swoje własne, osobiste piekło zabiera ze sobą w plecaku.

Aby oddać w pełni cały ten werbalny i emocjonalny brud, potrzeba było wybitnego słuchu językowego. Jan Stachowski w nowym przekładzie dokonał rzeczy wielkiej. Praca z rynsztokowym językiem Pelca to klasyczne chodzenie po polu minowym – wystarczyłby jeden fałszywy krok, zbytnie wygładzenie lub przeszarżowanie, by wulgarność stała się śmieszna, groteskowa albo po prostu sztuczna. A taka nie jest. Jest surowa, dopasowana do plastyki opisu, zimna i wycyzelowana. Tymczasem polszczyzna w wykonaniu Stachowskiego jest lepka, szorstka i bezkompromisowa, a przy tym niesamowicie naturalna w swoim brudzie. Polski czytelnik słyszy ten uliczny, ćpuński slang tak wyraźnie, jakby sam siedział z Olinem przy jednym, oblepionym tłuszczem stoliku nad miską wspomnianych flaków. Język staje się tu potężnym narzędziem ostatecznego, nihilistycznego buntu.

„...będzie gorzej” to dzieło szokujące, odpychające, ale uderzające swoją bezpardonową szczerością. To fascynujący dokument epoki, pokazujący radykalną autodestrukcję jako jedyną dostępną formę wolności dla pokolenia, któremu odebrano wszystko inne. To jest książka rzeczywiście nie dla każdego. Dla wielu osób może być obrzydliwa i niemożliwa do przeczytania. Ale warto ją dokończyć, ponieważ mówi też pewną istotną prawdę o Czechosłowacji za rządów późnego Husaka. A proszę zauważyć, że z lat osiemdziesiątych nie mamy w Polsce takiej powieści. 

Nie mam skali oceny. 

niedziela, 10 maja 2026

Recenzja: Andrzej Muszyński, Cyklon, Wołowiec 2025, ss. 260 #birma #myanma #reportaż



Czytelniczko, Czytelniku tego bloga 

Nigdy nie wpadłbym na pomysł, żeby przeczytać książkę Andrzeja Muszyńskiego "Cyklon" wydaną przez wydawnictwo Czarne z Wołowca, które reprezentuje wszystko co najlepsze w polskiej książce non-fiction, gdyby nie moje podróże do Warszawy i kilka wolnych chwil przed odjazdem pociągu. Nie była to nowość, ale zainteresowała mnie egzotyka kraju, w którym nigdy nie byłem. Muszę przyznać, że nie znam bliżej pana Muszyńskiego jako autora reportaży i to jest jego pierwsza książka, którą przeczytałem. Muszę też dodać, że niewiele wiem o Birmie, jej historii, uwarunkowaniach społeczno-politycznych, a już zupełnie nową rzeczą było dla mnie zaznajomienie się z licznymi grupami mniejszości narodowych, jakie zamieszkują ten zaskakujący kraj jakim jest Birma, czyli Myanma. 

Istotną częścią doświadczenia tej książki jest jej głębokie osadzenie w kontekście. Historia tego kraju, przede wszystkim buddyjskiego, jest uwarunkowana narracyjnie w taki sposób, że autor zdołał wpleść średniowiecze Birmy oraz jej brytyjską epokę kolonialną w kontekst opowieści, której siłą są ludzie. Muszyński portretuje ich z pewną życzliwością, do której jako autor ma prawo. Wyłuskuje ich historie - jest tam mnich buddyjski, jest oficer armii birmańskiej, który uciekł - to jego historia dość długa otwiera książkę. Wspólnym mianownikiem tej książki jest doświadczenie okrucieństwa junty wojskowej, która terroryzuje Birmę od 1962 roku staczając ten kraj w otchłań korupcji, nędzy i przemocy. Właśnie przemoc jest bardzo istotna, bo choć to kraj buddyjski, jest jej pełen i ma ona wymiar tragicznej niemożliwości zmiany rządów. Wszystkie wysiłki na rzecz demokratyzacji, jakie społeczeństwo tego kraju by nie podjęło, są skazane na niepowodzenie. 

Nie mniej istotną częścią składową książki, płaszczyzną interpretacyjną, jest czas przeszły. On wraca w strukturze narracyjnej książki w postaci brytyjskiego generała Wingate`a który prowadził nietuzinkową wojnę z Japończykami oraz George`a Orwella, który jako policjant spędził w Birmie trochę czasu służąc w administracji kolonialnej. Czas przestał być w książce linearny, przez co nabiera ona głębszego charakteru, ale dla mniej wyrobionego czytelnika może to powodować kłopot przez konieczność powrotu do wcześniejszych partii tekstu. Trzeba głęboko wniknąć w konteksty, żeby zrozumieć istotę opowiadanej historii, kraju uwikłanego w nieunikniony fatalizm. Ten fatalizm jest ciekawie wpleciony w narrację, gdyż autor pisze o tym, że raz na kilkadziesiąt las kwitną i owocują bambusy, i to jest początek plagi szczurów. Zresztą ze szczurami wysnuwa wniosek odnośnie Orwella, jego paniczny strach przed tymi stworzeniami został przecież dobitnie pokazany w "Roku 1984". 

W tytule książki jest "Cyklon", i po lekturze książki tytuł niewiele mówi, ponieważ sugeruje opowieść o Birmie podczas cyklonu z 2008 który zniszczył większość kraju i zabił ponad sto tysięcy ludzi. O tym wydarzeniu autor pisze, ale nie jest to główny motyw książki. To jak gdyby historia doszyta do głównej narracji. Mnie szczególnie zainteresował wątek buddyjski, ponieważ z racji nauczania filozofii w szkole na rozszerzeniu mam też lekcję o buddyjskiej filozofii pustki. Może cytaty z książki posłużą mi do lekcji?  

Książka Andrzeja Muszyńskiego to niełatwa w odbiorze, ciekawie i ze znawstwem napisana narracja ukazująca portret egzotycznego i niebezpiecznego kraju. Dodajmy, że w roku 2021 junta znów powróciła do władzy. Książka wymaga uwagi, ale jest na bardzo dobrym poziomie historycznym, metaforycznym i reporterskim. 

Moja ocena 8/10 

 

sobota, 2 maja 2026

Recenzja: Artur Nowak, Stanisław Obirek, Skandaliści w sutannach. Od kardynała Wyszyńskiego do arcybiskupa Jędrzejewskiego, wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2024





Czytelniczko, Czytelniku 

Książka Artura Nowaka i Stanisława Obirka, wydana w twardej oprawie, przez wydawnictwo Prószyński i Ska w roku 2024 sugeruje już w tytule, że rzecz jest o skandalach w kościele katolickim w Polsce. Przeczytałem tę książkę i jeśli mam być szczery nie dowiedziałem się z niej niczego, czego nie wiedziałabym z przestrzeni medialnej. Jest to książka składająca się z 16 portretów różnych duchownych, zarówno żyjących jak i nieżyjących, lub zupełnie kuriozalnych jak ostatni rozdział poświęcony księdzu Piotrowi Skardze, tak jakby przez ostatnie 400 lat od czasów jego życia nie powstała żadna synteza historiografii tego człowieka kontrreformacji w Polsce. Autorzy niczego nie odkrywają nowego. Ale do rzeczy. Nie wiem, czym ta książka jest. Nie jest syntezą, analityczną rozprawą, ani też studium biograficznym tych wszystkich osób. Co łączy te postacie? Co prymas Wyszyński ma wspólnego z pedofilem księdzem Dymerem? Ja się z książki tego nie dowiedziałem. 

Kim są autorzy? To eks-ksiądz katolicki profesor Stanisław Obirek, oraz pan Artur Nowak. Odsyłam do wikipedii oraz innych źródeł opisujących dorobek obu panów, nie ma więc sensu bym przytaczał tutaj te fakty. Obaj panowie popełnili razem kilka książek, których tezą wspólną jest obsesja na temat kościoła katolickiego, wyraźna i tendencyjna, wolterowska, fanatyczna mania piętnowania grzechów kościoła. Może i słuszna, bo kościół sam sobie na to zapracował. Ojciec Rydzyk jest symbolem tego kościoła od 30 lat.  

Istotną cechą tej książki ma być rozliczenie z ludźmi kościoła. Ale trudno czyta się niektóre rozdziały rozliczeniowe. Szczególnie trudny i nieuczciwy jest rozdział o arcybiskupie Życińskim, zmarłym w 2011 roku metropolicie lubelskim, rzecznikiem kościoła otwartego, zaszczuwanego przez narodową prawicę i wielbicieli radia Maryja. Postawienie go w jednym rzędzie z pedofilem księdzem Dymerem jest szczególnie niesmaczne i nieuczciwe. Zwłaszcza, że dwie rzeczy, które zarzucają hierarsze autorzy to cięty język na postkomunistów (z czym się zgadzam) i rzekomą, bo nieudowodnioną nigdy z braku dowodów współpracę z SB. Zdumiewa, że nie przeszkadza obu autorom cytowanie prof. Cenckiewicza, postać niezwykle charakterystyczną, z kręgu narodowej prawicy. Z tekstu o Wyszyńskim nie dowiedziałem się niczego, poza tym, że w przekonaniu autorów był maryjny i dewocyjny. Takie były czasy. Podstawowy zarzut jaki ja teraz czynię tej książce to brak kontekstu. Żeby zrozumieć Wyszyńskiego, postać cokolwiek ogromną jak na polski kościół, trzeba przeczytać biografię pióra Ewy Czaczkowskiej, wyważoną i staranną.  

Nie ma zatem sensu przytaczać fragmentów tego dzieła, wszystkie te rozdziały są narysowane zbyt grubą kreską, pozbawioną niuansów, wyważenia i samokrytycyzmu. Nawet te naprawdę mocne, jak dobrze udokumentowany rozdział o księdzu Dymerze, tracą wyrazistość, bo całość książki jest narysowana zbyt topornie, zbyt nachalnie i zbyt napastliwie. Czym zatem jest tak książka i do kogo jest adresowana? To pamflet i adresowany jest do tych, którzy nienawidzą kościoła katolickiego i z przyjemnością przeczytają kolejną książkę utwierdzającą z góry założone tezy. Dawni czytelnicy tygodnika "Nie" i współcześni wyznawcy liberalnej wisienki. 

Nie polecam zatem tej książki, ani jako źródła, ani jako opinii, co najwyżej jest to przyczynkarski tekst pokazujący, że będąc zaangażowanym po jednej ze stron - a to wynika jasno z dorobku obu panów - nie można napisać wyważonej i wyśrodkowanej książki. Przy czym nie można postawić autorom zarzutu nierzetelności - wprawdzie książka nie ma przypisów, ale cytaty są dobrze i wyraźnie zaznaczone. Problemem książki nie jest warsztat, ani opisywane fakty, gdyż obaj autorzy wiedzą jak się pisze książki, ile zarzutem już jest nieosiągalny dla nich postulat "sine ira et studio", bo gniew i niechęć jest widoczna od pierwszej do ostatniej strony. A to osłabia każdą "zaangażowaną" światopoglądowo narrację. 

Moja ocena 5/10 

niedziela, 19 kwietnia 2026

Recenzja: Arkadiusz Stempin, Sojusznicy. Od Fryderyka i Katarzyny Wielkiej do Merkel i Puitina, Wyd. Agora 2016 (nowe wydanie), ss.500

 


Książka Arkadiusza Stempina „Sojusznicy. Od Fryderyka i Katarzyny Wielkiej do Merkel i Putina” (Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016, 500 s.) to obszerna pozycja o charakterze historyczno-publicystycznym, analizująca ewolucję relacji niemiecko-rosyjskich. Autor jest historykiem, politologiem i profesorem, wykładowcą akademickim. 

Książka charakteryzuje się przejrzystą strukturą, opartą na chronologicznym podziale materiału. Oś narracyjną stanowią biografie kluczowych postaci kształtujących politykę obu państw na przestrzeni wieków. Stempin rozpoczyna analizę w XVIII wieku od zestawienia Fryderyka Wielkiego i Katarzyny Wielkiej – oboje wywodzili się z Prus, mimo że ta druga zapisała się w historii jako caryca Rosji. W kolejnych rozdziałach autor przechodzi przez epokę romantyzmu, opisując relacje królowej Luizy Pruskiej z carem Aleksandrem I, a następnie analizuje dyplomację Otto von Bismarcka i Aleksandra II.

Wiek XX i początek XXI zostały zaprezentowane przez pryzmat znanych konfiguracji politycznych. Autor merytorycznie omawia działania niemieckich służb cesarskich względem Włodzimierza Lenina w trakcie I wojny światowej, układy między Adolfem Hitlerem a Józefem Stalinem, a także powojenną i zimnowojenną dyplomację na liniach Konrad Adenauer – Nikita Chruszczow oraz Willy Brandt – Leonid Breżniew. Zestawienie zamyka rozdział poświęcony relacjom Angeli Merkel i Władimira Putina. Narracja kończy się na roku 2016, akcentując rolę porozumień mińskich w zamrożeniu pierwszej fazy wojny, co z perspektywy czasu pozwoliło Ukrainie zyskać niezbędny czas. Choć cała publikacja nie straciła na ogólnej aktualności, wspomniany ostatni rozdział wymagałby obecnie zredagowania i uzupełnienia o późniejsze wydarzenia.

Rozbudowując analizę tej publikacji, należy zwrócić szczególną uwagę na kluczowe wątki tematyczne, które spajają chronologiczną narrację. Główną osią książki jest koncepcja Realpolitik – chłodnej, pragmatycznej kalkulacji politycznej, która w relacjach niemiecko-rosyjskich regularnie brała górę nad względami ideologicznymi czy aksjologicznymi. Autor zręcznie ukazuje, jak na przestrzeni wieków terytoria Europy Środkowo-Wschodniej były traktowane przez Berlin i Moskwę jako strefa buforowa oraz przedmiot geopolitycznych transakcji. Od rozbiorów w epoce fryderycjańskiej po ustalenia paktu Ribbentrop-Mołotow, Stempin dowodzi, że strategiczne interesy obu mocarstw wielokrotnie realizowano kosztem państw ościennych.

Drugim istotnym wątkiem jest ewolucja charakteru owego sojuszu – stopniowe przejście od powiązań stricte dynastycznych i militarnych do głębokiej współzależności gospodarczej. Zjawisko to uwypuklono w rozdziałach dotyczących najnowszej historii. Autor precyzyjnie analizuje niemiecką Ostpolitik, która utorowała drogę do współczesnego uzależnienia energetycznego Europy, będącego przez lata fundamentem relacji Berlina i Moskwy. Trzeci poziom analizy stanowi rola jednostki w kształtowaniu państwowej strategii. Stempin dekonstruuje oficjalne wizerunki przywódców, argumentując, że osobiste predyspozycje, antypatie czy fobie decydentów miały bezpośrednie przełożenie na decyzje makropolityczne.

Pod względem warsztatowym jest to publicystyczno-gawędziarska historia dyplomacji. Arkadiusz Stempin dysponuje piórem żywym i inteligentnym. Tekst, mimo powagi tematu, napisany jest dynamicznie, a narracja ma charakter anegdotyczny. Obfituje w detale obyczajowe, cytaty z korespondencji, opisy znaczących gestów oraz historie o nieco pikantnym zabarwieniu, co skutecznie urozmaica odbiór faktów historycznych.

Zestawienie analitycznego podejścia, ukazującego mechanizmy imperialnego pragmatyzmu, z lekką formą sprawia, że książka jest wciągająca i inspirująca intelektualnie. Dzięki swojej przystępności, pozycja ta doskonale sprawdza się jako lektura w podróży – z powodzeniem można ją czytać podczas dłuższych tras pociągiem. Jest to rzeczowa i sprawnie napisana synteza skomplikowanych i kluczowych dla Europy relacji bilateralnych. Książkę przeczytałem w pociągach między Warszawą i Bielskiem-Białą. 

Ocena: 7,5/10 

niedziela, 15 marca 2026

Mord w Czarnym Lesie

 


Długi Cień Czarnego Lasu 

Historia mordu polskiej inteligencji ze Stanisławowa w sierpniu 1941 roku to nie tylko opowieść o brutalności niemieckiego okupanta. To przede wszystkim mroczne studium zdrady elit i dowód na to, jak wysokie wykształcenie potrafi iść w parze z moralnym upadkiem. W centrum tej tragedii stoją dwie postacie, których biografie stanowią wyzwanie dla współczesnej pamięci historycznej: dwaj ukraińscy nauczyciele Iwan Rybczyn i Nikifor Danysz.

Tragedia w Czarnym Lesie pod Pawełczem, gdzie życie straciło około 250 polskich nauczycieli, była operacją zaplanowaną z chirurgiczną precyzją. Niemcy, pod dowództwem SS-Hauptsturmfuhrera Hansa Krügera, słynnego kata ze Stanisławowa, potrzebowali lokalnej wiedzy, by skutecznie uderzyć w polskie warstwy przywódcze. Tę wiedzę dostarczyli im koledzy ofiar – ukraińscy pedagodzy. Iwan Rybczyn (1892–1970) nie był człowiekiem z marginesu. Był doktorem filozofii, humanistą z wiedeńskim dyplomem obronionym cum laude w 1921 roku. Jego rozprawa doktorska, „Wirkungen des individuellen und symbiotischen Strebens”, brzmi dziś jak gorzka ironia losu. Człowiek analizujący „symbiotyczne dążenia” sporządził listę proskrypcyjną swoich kolegów, z którymi przez lata dzielił korytarze stanisławowskich gimnazjów.

Mechanizm zbrodni był perfidny. Polskich nauczycieli zwabiono na rzekomą naradę pedagogiczną przed rozpoczęciem roku szkolnego. Zamiast dyskusji o edukacji, czekały na nich ciężarówki, a następnie doły śmierci. Na czele tej listy tragicznych postaci stał prof. Antoni Umański, wieloletni dyrektor Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Stanisławowie. Umański był nie tylko administratorem, ale filarem lokalnej społeczności, człowiekiem, który kształtował kręgosłupy moralne pokoleń młodzieży. Wraz z nim w mroku Czarnego Lasu zniknęli wybitni pedagodzy: historyk Maksymilian Słuszkiewicz, polonista Franciszek Junkuszew, matematyk Jan Polański czy artysta malarz Władysław Łuczyński, który uczył rysunku. Każde z tych nazwisk to osobna tragedia przerwanej misji cywilizacyjnej. To nie byli anonimowi urzędnicy, lecz ludzie tworzący unikalny mikrokosmos miasta. Ich śmierć nie była „ubocznym skutkiem wojny” – była celową dekapitacją polskiej kultury, dokonaną rękami tych, którzy znali ich najlepiej. Kiedy prof. Umański wchodził na pakę ciężarówki, prawdopodobnie wciąż nie wierzył, że za jego wyrokiem stoją ludzie, z którymi jeszcze niedawno spierał się o metodykę nauczania czy programy szkolne. Profesor Umański jest postacią w mojej powieści "Poszukiwana".  

Najbardziej uderzającym aspektem tej historii jest powojenny los Rybczyna. 

Podczas gdy jego ofiary spoczywały w bezimiennych mogiłach, on z powodzeniem wykreował się na nowo. Po emigracji do Australii zyskał status wybitnego intelektualisty i działacza oświatowego. Jako prezes oddziału Towarzystwa Naukowego im. Szewczenki w Sydney, Rybczyn pisał wspomnienia o swoim poświęceniu dla ukraińskiej kultury, całkowicie przemilczając swój udział w wydarzeniach z 1941 roku. Stał się klasycznym przykładem historycznego palimpsestu – na krwawej karcie kolaboracji zapisał nową, chwalebną biografię szanowanego emigranta. Gdyby nie odwaga i determinacja Karoliny Lanckorońskiej, która ujawniła prawdę o mordzie stanisławowskim, postać ta mogłaby na zawsze pozostać nieskalana.

Dzisiejsza Ukraina, krwawiąca w walce o swoją suwerenność i europejską tożsamość, staje przed trudnym zadaniem. Postulat rozliczenia się ze zbrodniami OUN-UPA nie jest uderzeniem w ukraińską państwowość, lecz warunkiem jej dojrzałości. Wolna i demokratyczna Ukraina nie może budować swojego panteonu na fundamentach przemilczenia. Postacie takie jak Rybczyn, choć zasłużone dla ukraińskiej oświaty na emigracji, muszą zostać ocenione w pełnym świetle faktów.

Wołanie o pamięć o Czarnym Lesie i takich ludziach jak prof. Umański nie jest aktem zemsty, lecz obowiązkiem wobec prawdy. Zbrodnia ta pokazuje, że zanik pragnienia metafizyki i zastąpienie go kultem narodu prowadzi do ontologicznego rozkładu sumienia – nawet u doktorów filozofii. Rzetelna debata o tamtych wydarzeniach jest konieczna, by biografie zbrodniarzy przestały być maskowane panegirykami, a ofiary odzyskały należne im miejsce w zbiorowej pamięci obu narodów. 

W takim duchu proszę tez czytać moją najnowszą powieść "Poszukiwana". 



niedziela, 8 lutego 2026

Recenzja: #Will, reż. Tim Mielants, film wojenny, Belgia 2023, #Netflix

 


W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyserii Tima Mielantsa przeszedł przez polskie ekrany niemal bez echa, ginąc gdzieś pomiędzy kolejnymi komediami romantycznymi a serialami true crime. To błąd niewybaczalny. "Will" to bowiem kino wybitne, duszne i lepkie od strachu, które nie bawi się w hagiografię, lecz bezlitośnie nurza widza w moralnym błocie okupowanej Antwerpii.

Jest rok 1942. Antwerpia tonie w deszczu i mroku. Wilfried Wils, młody policjant, próbuje po prostu przetrwać. W przeciwieństwie do okupowanej Polski czy Ukrainy, tutaj za ukrywanie Żydów nie grozi automatyczna kara śmierci dla całej rodziny. A jednak strach jest wszechobecny.

Punkt zwrotny następuje szybko i brutalnie. Will wraz z partnerem otrzymują rozkaz asystowania niemieckiemu żandarmowi. Niemiec nie idzie na patrol – idzie wymusić haracz od ukrywającej się żydowskiej rodziny. Sceneria jest apokaliptyczna: ulewa, noc,  i sterty stalowych podkładów kolejowych. Kiedy pijany władzą i nienawiścią żandarm zaczyna katować bezbronnego Żyda, w Willu pęka tama. To nie jest akt heroizmu, to odruch. Will popycha Niemca na stalowe podkłady kolejowe. Miażdży mu głowę. Niemiec ginie. Ciało ląduje w studzience. Deszcz zmywa krew, ale nie zmywa winy. Od tej chwili film zmienia się w gęsty thriller psychologiczny, w którym stawką jest nie tylko życie, ale i resztki człowieczeństwa.

Trup nazisty uruchamia machinę terroru. Do gry wchodzi Gestapo, a wraz z nim postać, która kradnie każdą scenę, w której się pojawia – esesman Gregor Schnabel. Wcielający się w niego Dimitrij Schaad (błyszczący wcześniej w serialu "Kleo") tworzy kreację wybitną. Jego Schnabel to nie wrzeszczący furiat z tanich filmów wojennych. To esesman wyrafinowany, cyniczny, inteligentny i... przerażająco spokojny. Śledztwo, które prowadzi, jest drobiazgowe i metodyczne. Schnabel gra na najczulszych strunach ludzkiej psychiki, wiedząc, że każdy ma punkt pęknięcia. To właśnie on uosabia tezę filmu: w tym systemie nie ma niewinnych, są tylko ci, którzy jeszcze nie zostali złamani.

"Will" jest dla Belgów filmem bolesnym, co widać było w tamtejszej prasie i dyskusjach, które wywołał (choć na świecie pozostał niedoceniony). Mielants bezlitośnie obnaża flamandzki nacjonalizm i kolaborację. Widzimy tu ludzi, którzy w nazizmie widzą szansę na awans, na "wielką Flandrię", albo po prostu na spokój. Setki Flamandów z Belgii prowadzonych przez Leona Degrelle poszły na front wschodni w oddziałach egzekucyjnych SS. 

Najbardziej wstrząsający jest jednak upadek samego głównego bohatera. Will to szlachetny chłopak, artysta, który chce być dobry. Ale okupacja to walec, który miażdży kręgosłupy moralne. Reżyser stawia sprawę jasno: bycie dobrym człowiekiem w czasach zła jest luksusem, na który mało kogo stać.

Wstrząsająca sekwencja tortur – naprzemienne polewanie wrzątkiem i lodowatą wodą na stole Gestapo – to metafora całego filmu. Człowiek zredukowany do bólu zrobi wszystko. I Will robi. Jednak jego ta tortura nie dotyka, on patrzy jak Gestapo robi to innym. Widzimy go, jak ostatecznie bierze udział w tym, czym brzydził się najbardziej – w policyjnej łapance na Żydów. Jego mundur, początkowo symbol porządku, staje się całunem dla jego sumienia. Człowiek, choćby najszlachetniejszy, w końcu się ubrudzi.

Oglądając ten film, trudno uciec od refleksji na temat polskiego kina historycznego. W Polsce, gdzie okupacyjne "piekło było gęstsze", a stawki nieporównywalnie wyższe, wciąż brakuje obrazu o takiej sile rażenia i nowoczesnej formie. Mamy filmy o herosach i męczennikach, ale brakuje nam tak dosadnego, świetnie zrealizowanego thrillera o mechanizmie zaszczucia i niemożliwości dokonywania dobrych wyborów. To jest niewybaczalny grzech polskiego kina o wojnie ostatnio. 

"Will" to kino wybitne, bo uniwersalne. To opowieść o tym, że granica między ofiarą a katem bywa płynna, a najgorszą karą nie jest śmierć, lecz życie ze świadomością, że w decydującym momencie stchórzyliśmy. To film, który zostaje pod powiekami długo po seansie, niczym powidok na starym, zeskrobanym palimpseście historii.

Moja ocena: 8/10 

czwartek, 5 lutego 2026

Recenzja: Chantal Delsol. Koniec świata chrześcijańskiego. Inwersja normatywna i nowa era, tłum. Piotr Napiwodzki, Wydawnictwo WAM, Kraków 2023

 


Czytelnik polski od pewnego czasu ma możliwość przeczytania książki francuskiej filozofki Chantal Delsol, która postanowiła odpowiedzieć na pytanie o kryzys świata chrześcijańskiego, tworzonych przez niego wartości. Współczesna debata o kondycji religii na Zachodzie często grzęźnie w emocjonalnych polemikach lub płytkich statystykach dotyczących spadku powołań. Chantal Delsol w swoim eseju "Koniec świata chrześcijańskiego" (fr. La fin de la Chrétienté) odsuwa te powierzchowne objawy na bok, by postawić diagnozę brutalną, lecz intelektualnie ożywczą: pacjent nie choruje – pacjent, rozumiany jako cywilizacja chrześcijańska, już umarł.

To nie jest książka o końcu wiary, ale o końcu pewnego paradygmatu kulturowego, który trwał szesnaście stuleci. Delsol, z chirurgiczną precyzją i francuską elegancją, przeprowadza nas przez proces narodzin, triumfu i ostatecznego wygasania Christianitas. Delsol rozpoczyna swoją analizę od momentu zwrotnego – IV wieku i edyktów cesarza Teodozjusza, które uczyniły chrześcijaństwo religią państwową Cesarstwa Rzymskiego. To właśnie wtedy, według autorki, doszło do pierwszej, fundamentalnej rewolucji, którą nazywa inwersją normatywną. Rzymski świat siły, hierarchii i pogardy dla słabości został nadpisany przez chrześcijański etos miłosierdzia, godności ofiary i wywyższenia pokornych. Przez kolejne wieki, aż do XX stulecia, ten paradygmat definiował tkankę Zachodu. Nawet gdy oświecenie zaczęło kwestionować dogmaty, moralność wciąż pozostawała w dużej mierze chrześcijańska. Byliśmy cywilizacją, która wierzyła w Prawdę objawioną z zewnątrz.

Kluczowym momentem książki jest opis tego, co dzieje się obecnie. Delsol twierdzi, że jesteśmy świadkami drugiej rewolucji – inwersji ontologicznej. Zachód nie odrzuca jedynie chrześcijańskich norm; odrzuca samą strukturę rzeczywistości, na której były one oparte. Zanikło pragnienie metafizyki, a transcendencja (Bóg na zewnątrz świata) ustąpiła miejsca radykalnej immanencji (sens jest tylko tu i teraz). Autorka posługuje się tu niezwykle trafną metaforą palimpsestu. Nasza obecna kultura jest jak stary pergamin, z którego zeskrobano pierwotny, chrześcijański tekst, by zapisać na nim nową treść. Jednak ślady starego pisma wciąż przebijają, tworząc mylące powidoki. Stąd biorą się paradoksy współczesności: walczymy o prawa człowieka i godność jednostki (dziedzictwo chrześcijańskie), ale odcinamy je od ich źródła (Boga), zawieszając je w ontologicznej próżni. Dajemy dzieciom wszelkie prawa - i dobrze - ale odmawiamy prawa do życia dzieciom nienarodzonym pozostawiając decyzję o życiu i śmierci kobiecie. To nie byłoby możliwe, gdyby nie uległa rozkładowi tkanka fundamentu aksjologicznego społeczeństwa zachodniego. 

Delsol stawia tezę, że natura nie znosi próżni. Skoro religia nie zanika, a jedynie zmienia formę, co zajmuje miejsce Boga? Według filozofki jest to powrót do kosmoteizmu, który ona (prowokacyjnie dla wielu) nazywa neopogaństwem. W jej ujęciu współczesna ekologia przestaje być jedynie troską o środowisko, a staje się nową religią z własną liturgią, dogmatami i grzechami. Kult Ziemi, sakralizacja natury i "Matki Gai" to dowód na to, że człowiek przeniósł swoje uwielbienie ze Stwórcy na stworzenie. Delsol argumentuje, że pociąga to za sobą drastyczną zmianę moralności – świętość życia ludzkiego przestaje być absolutna, ustępując miejsca dobrostanowi planety. Choć diagnoza ta może budzić sprzeciw (i słusznie, gdyż sprowadza ona złożone ruchy ekologiczne do jednego mianownika), Delsol broni jej spójnie, wskazując na wtórną sakralizację świata przyrody. Widać to w pop-kulturze. Już James Cameron w "Avatarze" dał wyraz panteizmowi, a seriale historyczne takie jak "Wikingowie" romantyzowały często okrutne praktyki Normanów i ich religii w zetknięciu z cynicznym i nikczemnym chrześcijaństwem. 

Jednym z najbardziej dosadnych fragmentów książki jest ocena prób ratowania Christianitas za wszelką cenę. Delsol bezlitośnie punktuje konserwatywne "sojusze ołtarza z tronem", a w skrajnych przypadkach z faszyzmem czy autorytaryzmem, mające na celu powstrzymanie laicyzacji. Autorka uważa te działania za tragiczne nieporozumienie. Rozkład cywilizacji chrześcijańskiej jest procesem ontologicznym, duchowym i kulturowym – nie da się go zatrzymać dekretami, polityczną siłą czy przymusem. Nie rozumieją tego propagandyści z TV Republika i suponowana przez nich wizja Trumpa jako ostoi wartości wzbudza raczej już śmiech niż przerażenie. Kościół, który usiłuje narzucać swoje prawa społeczeństwu, które przestało rozumieć ich metafizyczny sens, staje się jedynie kustoszem muzeum, w którym nikt już nie chce zwiedzać. Polska prawice też tego nie rozumie. Żyjemy w epoce post chrześcijańskiej. To jest po prostu fakt. 

Czy "Koniec świata chrześcijańskiego" to proroctwo zagłady? Nie do końca. Delsol kończy swoją analizę nutą stoickiego realizmu. Cywilizacja chrześcijańska (władza, wpływ, powszechność) przeminęła i nie wróci. Jednak chrześcijaństwo jako wiara przetrwa. Wróci ono do swojej pierwotnej formy – religii niewielu, "soli ziemi". Chrześcijanie przyszłości będą, według Delsol, "niemymi świadkami Boga" w pogańskim świecie, żyjącymi Ewangelią bez wsparcia instytucjonalnych struktur państwa. Książka Chantal Delsol to lektura obowiązkowa, choć bolesna. Jest rzetelna w swojej historycznej syntezie i elegancka w formie, choć jej diagnozy uderzają w samo serce zachodniego samopoczucia. To pożegnanie z erą dominacji, napisane bez histerii, ale z głęboką świadomością nieodwracalności zmian. Delsol nie pociesza, ona wyjaśnia – a w czasach chaosu pojęciowego, taka intelektualna uczciwość jest na wagę złota.

Moja ocena 8/10 

piątek, 2 stycznia 2026

Recenzja: Paweł Mościcki, Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji, wyd. Karakter, Kraków 2025, ss.280

 


Książka Pawła Mościckiego, "Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji", to pozycja, obok której nie sposób przejść obojętnie – i to bynajmniej nie jest pusty frazes recenzencki. To tekst, który z założenia ma dzielić, drażnić i wywoływać sprzeciw. Mościcki, filozof i badacz kultury wizualnej z IBL PAN, porzuca tu bezpieczny dystans akademika na rzecz gorącej, zaangażowanej publicystyki filozoficznej. Efektem jest dzieło o potężnym ładunku emocjonalnym i intelektualnym, które jednak w swojej bezkompromisowości balansuje na granicy, za którą analiza ustępuje miejsca ideowemu manifestowi.

Anatomia oskarżenia: Od teologii do polityki

Mościcki buduje swoją narrację na fundamentalnym sprzeciwie wobec tego, co nazywa "Izraelimem" – realnie istniejącym syjonizmem. To jeden z najmocniejszych, ale i najbardziej dyskusyjnych punktów książki. Autor stawia tezę, że nowoczesne państwo Izrael, mimo demokratycznej fasady, napędzane jest archaiczną teologią polityczną. W jego ujęciu dzisiejsza przemoc w Gazie nie jest wypadkiem przy pracy, lecz logiczną konsekwencją uznania ziemi za nienaruszalny "dar od Boga" – bóstwa Jahwe sprzed tysięcy lat. Ta perspektywa pozwala Mościckiemu na błyskotliwe analizy z pogranicza teologii i polityki, ale jednocześnie naraża go na zarzut esencjalizmu. Krytyk mógłby zauważyć, że sprowadzając cały, niezwykle złożony organizm społeczno-polityczny Izraela (w tym jego lewicową opozycję) do mianownika religijnego fundamentalizmu, autor zaciera niuanse na rzecz czystości własnego wywodu. Książka unika tradycyjnego podziału na reportażowe rozdziały, zamiast tego prowadzi czytelnika przez proces, który można by nazwać „filozoficzną wiwisekcją”. Mościcki rozpoczyna od analizy idei „Izraelimu”, czyli realnie istniejącego syjonizmu. Autor argumentuje, że nowoczesne państwo Izrael odeszło od swoich demokratycznych obietnic na rzecz systemu opartego na wykluczeniu. Fundamentem tej postawy ma być – zdaniem autora – religijny radykalizm żydowskiej prawicy. Mościcki ostro punktuje przekonanie o „ziemi obiecanej” jako darze od Jahwe, twierdząc, że ta archaiczna teologia staje się we współczesnym Izraelu nadrzędna wobec prawa międzynarodowego, sankcjonując przemoc jako akt niemalże sakralny.
Najbardziej bolesnym i ryzykownym punktem wywodu jest analiza „metafory fundamentalnej”, czyli zawłaszczenia pamięci o Holokauście. Mościcki stawia odważną i dla wielu obrazoburczą tezę: Zagłada została zinstrumentalizowana, by służyć jako etyczna tarcza. Według autora, państwo Izrael wykorzystuje traumę XX wieku, by unieważnić wszelką krytykę swoich obecnych działań, co prowadzi do paradoksalnej sytuacji, w której pamięć o jednej eksterminacji ma usprawiedliwiać inną.

Pamięć jako zakładnik

Centralnym nerwem książki jest oskarżenie o zawłaszczenie pamięci Zagłady. Mościcki argumentuje, że Holokaust stał się tarczą immunitetową, która ma usprawiedliwiać każde działanie militarne państwa żydowskiego. To teza niezwykle bolesna i ryzykowna. Autor sugeruje, że Zachód, paraliżowany poczuciem winy za II wojnę światową, daje nieme przyzwolenie na "kulturę eksterminacji" w Gazie. Choć diagnoza o instrumentalnym traktowaniu historii Zagłady przez prawicowe rządy Izraela jest celna i podzielana przez wielu badaczy (również żydowskich), to jednak radykalizm języka Mościckiego może być odebrany jako próba relatywizacji żydowskich lęków egzystencjalnych. Autor zdaje się mówić, że trauma Zagłady nie daje wam prawa do zadawania bólu, co jest etycznie doniosłe, ale w kontekście wydarzeń 7 października może brzmieć dla wielu czytelników jak oskarżenie pozbawione empatii dla drugiej strony.

7 października i pułapka symetrii

Omawiając rozdziały poświęcone masakrze Hamasu i reakcji Izraela, widać wyraźnie metodę autora. Mościcki odmawia uznania 7 października za "punkt zero". Dla niego to tylko kolejny (choć krwawy) etap w długim procesie kolonizacji i opresji. W odniesieniu do wojny z lat 1948-49 mówi wyraźnie, że były dwie wojny. W pierwszej nowe państwo Izrael wygnało Palestyńczyków z ich domów, w drugiej walczyło i pokonało ościenne państwa arabskie. Tu ujawnia się największa kontrowersja książki: jej celowa jednostronność. Mościcki niemal całkowicie pomija podmiotowość Hamasu jako organizacji terrorystycznej, skupiając się wyłącznie na strukturach przemocy państwowej Izraela. Dla Mościckiego Hamas prowadzi walkę narodowowyzwoleńczą. Dla autora, analizującego "ludobójstwo na żywo" poprzez media społecznościowe i podcasty, liczy się przede wszystkim dysproporcja sił i ofiar. Taka optyka, choć moralnie uzasadniona skalą cierpienia cywilów w Gazie, politycznie bywa redukcjonistyczna. Czytelnik szukający pełnego obrazu geopolitycznego może poczuć się zawiedziony brakiem analizy szerszego kontekstu regionalnego (np. roli Iranu).

Media i współudział – oskarżenie totalne

Najbardziej przekonujący jest Mościcki tam, gdzie wraca na swój grunt macierzysty – do analizy mediów. Bezlitośnie punktuje zachodnie serwisy informacyjne, wskazując, jak język i obraz są manipulowane, by dehumanizować Palestyńczyków. Autor pokazuje, że żyjemy w bańce informacyjnej, w której "praktyki współudziału" polegają na odwracaniu wzroku. Jego krytyka źródeł internetowych i kultury masowej jest ostra, trafna i oparta na solidnej kwerendzie (liczne przypisy), choć dobór źródeł jest wyraźnie selektywny – służy potwierdzeniu tezy, a nie jej weryfikacji.

Polemika i kontrowersje: Głos jednostronny czy niezbędny?

Styl Mościckiego jest ostry, prowokacyjny i wybitnie polemiczny. To książka napisana „przeciwko” – przeciwko oficjalnej dyplomacji, przeciwko bierności intelektualistów i przeciwko medialnej hegemonii. Taka postawa niesie jednak za sobą konkretne ryzyka, które czytelnik musi wziąć pod uwagę. Autor świadomie rezygnuje z próby zrozumienia izraelskiego poczucia zagrożenia czy analizy działań Hamasu jako podmiotu politycznego. Dla Mościckiego liczy się tylko dynamika sprawca–ofiara w kontekście kolonialnym. Sugestia, że Izrael buduje swoją tożsamość na „kulturze eksterminacji”, dla wielu będzie nieakceptowalnym nadużyciem, które może przysłonić trafne diagnozy autora dotyczące łamania praw człowieka.

"Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji" to książka trudna, momentami niesprawiedliwa, ale być może właśnie dlatego konieczna. Mam wrażenie, że autor Paweł Mościcki nie napisał jej, by zyskać poklask, lecz by wytrącić czytelnika z równowagi. Jest napisana z żywą, pulsującą, polemiczną pasja i jest to książka bardzo odważna intelektualnie. Siłą tej pozycji jest jej filozoficzna głębia i odwaga w nazywaniu zbrodni. Słabością – polemiczne zacietrzewienie, które czasem przesłania złożoność konfliktu. Autor stawia wszystko na jedną kartę: chce wstrząsnąć sumieniem polskich czytelników, nawet za cenę utraty części z nich, którzy uznają jego radykalizm za przesadny. Niezależnie od oceny poglądów autora, jest to jedna z najważniejszych polskich prób intelektualnego zmierzenia się z tragedią, która dzieje się na naszych oczach. To lektura obowiązkowa, ale wymagająca od czytelnika krytycznej czujności. To książka dla czytelnika wyrobionego, wytrawnego. Będzie bardzo podobać się osobom o wrażliwości lewicowej, konserwatystom zaś średnio. 

Ocena 6-7/10 


poniedziałek, 22 grudnia 2025

Refleksja bożonarodzeniowa 2025


 Idą święta Bożego Narodzenia, a za chwilę, za dwa miesiące będzie czwarta rocznica morderczej wojny jaką faszystowska Rosja wydała demokratycznej Ukrainie. Kiedy w styczniu 2022 roku w Internecie leciały obrady Rady Werhownej (ukraiński parlament) trochę oglądałem. Mówili wówczas różni ludzie, różnych frakcji, że chcą być na Zachodzie po raz trzeci w ukraińskiej historii - Od Iwana Mazepy walczącego u boku Szwedów przeciwko Rosji, po Petlurę u boku Piłsudskiego przeciwko czerwonej Rosji, teraz chcą być po raz trzeci. I pomyślałem sobie, że modernizacja, zmienianie państwa jest dokładnie tym, czego Rosja nie zaakceptuje. Ukraina zaczęła modernizować swoje państwo, i tak jak w przypadku Rzeczypospolitej próbowano refom pod koniec wieki XVIII, tak teraz Rosja wtedy napadła. 

W interesie Polski, w racji stanu Polski jest pokonanie faszystowskiej Rosji Putina. Im dalej ten potworny kraj jest od naszych granic, tym jesteśmy bezpieczniejsi. Jeśli Ukraina przegra wojnę, a przez to rozumiem upadek państwa ukraińskiego i zajęcie Kijowa i ogromnych terenów przez Rosjan, nasz los, tak jak los środkowej i wschodniej Europy będzie przesądzony. Rozstrzygnie się jak w Jałcie i Rosja znów będzie imperium. Nie można na to pozwolić. Nie wierzcie Państwo w miraże polityki Trumpa. On dawno utożsamił plutokratyczny interes swojej rodziny i interes USA. Amerykański prymat się skończył. Amerykanie są słabi i Moskwa to widzi dlatego podwyższa cenę, podczas gdy tak naprawdę nie ma zamiaru przerwać wojny. W tej chwili nasz los i całej Europy środkowo-wschodniej wisi na 110 brygadach Ukrainy w polu, ponad tysiąc kilometrowym froncie dłuższym niż front zachodni w Wielkiej Wojnie ponad sto lat temu, okrutniejszym niż front wschodni podczas II wojny światowej. Teraz drony zamieniły front w strefę śmierci, w której niszczone jest wszystko, każdy cel, a żołnierze nie mogą tak po prostu się okopać, bo drony widzą w podczerwieni. Polska nie wyciągnęła wniosków z tej wojny. Wzmaga u nas antyukraińska histeria podsycana przez trolle z Moskwy, opłacanych nikczemnych ludzi sycących rosyjską, tępą propagandę. 

Nie wypowiadam się politycznie. Ale pozwolę sobie na pewien komentarz. Karl Popper w "Społeczeństwie otwartym i jego wrogach" napisał, że jednym ze społeczeństw zamkniętych jest społeczeństwo historycystyczne, a więc takie które swoją politykę skupia na emocjach związanych z przeszłością, rozpamiętywaniu ran, rozgrzebywaniu ich na nowo. To droga do nikąd. My, Polacy jesteśmy takim społeczeństwem. Pan prezydent Nawrocki domaga się wdzięczności od kraju, który posłał do walki w tej wojnie tysiące swoich najlepszych synów i córek, za winę ukraińskich nacjonalistów z UPA sprzed ponad 80 lat. Dzisiejsi Ukraińcy i Ukrainki nie są temu winni, oni walczą i giną tysiącami, żebyśmy między innymi my mogli siedzieć przy sytym i dobrze zastawionym świątecznym stole. Polska polityka rozgrywa się w emocjach, a nie w twardych interesach. Na tym polega wyższość ukraińskich polityków nad naszymi. Oni rozgrywają interesy swojego kraju, często cynicznie, brutalnie, ale nie dziwię się im. To prawda, że Ukraina ma swoje problemy, i korupcja jest jednym z nich. Ale zarazem państwo ukraińskie działa wciąż oparte o wzorce zachodnie przeniesie, jeśli przetrwa, liberalną demokrację o tysiąc pięćset kilometrów na wschód. Tego reżym Putina nie zdzierży. Od przetrwania Ukrainy niepodległej leży nasz los, ponieważ stany Zjednoczone Trumpa chcą koncertu mocarstw i rozgrywania naszego losu poza nami. Trump w rzeczywistości jest autorytarny i na pewno myśli o trzeciej, niezgodnej z konstytucją USA kadencji. 

My pastwimy się na emocjach, ranach sprzed 80 lat, które właśnie dlatego nie mogą się zabliźnić albo emocjach teraźniejszych, począwszy od małości i nieumiejętności spojrzenia szerzej ponad własną zemstą obecnego obozu rządzącego po zamknięcie, zacietrzewienie historyczne polskiej prawicy na Ukrainie, na Niemcach. My patrzymy na groby wołyńskie, a Ukraina ciągle buduje własne cmentarze. Chciałbym żeby polscy politycy spojrzeli ponad emocjami i ponad grobami na interesy naszego kraju, ale to chyba niemożliwe. 
Celowo daję jako ilustrację obraz cmentarza młodych ludzi spod Charkowa z matką, która pochowała syna. Takich matek jest dziesiątki tysięcy na Ukrainie. Pomyślmy o tym kraju walczącym zaciekle z faszystowską Rosją, pomyślmy jakie święta mają oni.

I doceńmy spokój, który złudny i kruchy, ale wciąż jest nasz.

niedziela, 23 listopada 2025

Recenzja: Katja Hojer. Kraj za murem. Życie codzienne w NRD, tłum. Jan Szkudliński, Wydawnictwo Poznański3, Poznań 2025, ss. 480

 


Czytelniczko-Czytelniku tego bloga, 

Książkę Katji Hoyer Kraj za murem. Życie codzienne w NRD kupiłem przypadkiem, na dworcu w Warszawie — z tych impulsów, które zdarzają się w biegu, a potem zostają w głowie na długo. Okazało się, że to jedna z najbardziej wciągających i nieoczywistych opowieści o NRD, jakie czytałem. Hoyer nie proponuje kolejnej historii o „złym reżimie” ani nostalgicznego wspomnienia o NRD. To raczej próba uczciwego, empatycznego i zniuansowanego zrozumienia państwa, które miało swoje mroki, dziwactwa, ograniczenia, ale też wewnętrzną logikę i codzienność zwykłych ludzi. Nie zapomina o terrorze o smutnym budynku Hochenschonhausen, głównej siedzibie Stasi na Lichtenbergu i jej mieszkańcach. 

Jednym z najmocniejszych elementów książki — wręcz jej znakiem rozpoznawczym — jest sposób konstrukcji rozdziałów. Każdy z nich zaczyna się od historii konkretnej, autentycznej osoby. Nie są to postaci symboliczne, dobrane jako ilustracje ideologii; to ludzie z krwi i kości: robotnik, nauczycielka, młoda matka, młody strażnik na murze, nastolatek z FDJ. Ich doświadczenia nie są ozdobnikami, lecz osią narracyjną — przez ich losy Hoyer odsłania kolejne warstwy życia w NRD. Dzięki temu czytelnik nie dostaje od razu abstrakcyjnej historii, ale najpierw emocję, a dopiero potem kontekst. Ten zabieg sprawia, że nawet rozdziały o gospodarce czy polityce nabierają ludzkiej temperatury.

Drugim ważnym wątkiem, który wyróżnia tę książkę, jest pokazanie korzeni NRD w środowisku niemieckich komunistów, którzy uciekli przed III Rzeszą i znaleźli schronienie w ZSRR. Hoyer przypomina, że wielu późniejszych liderów NRD było uchodźcami politycznymi, uratowanymi przed nazistami, silnie związanymi ideowo ze Stalinem. To pozwala lepiej zrozumieć późniejszą mentalność aparatu władzy — ich motywacje były mieszanką wiary, lojalności i traumy. NRD nie była więc „importowanym systemem”, lecz tworem ludzi, którzy naprawdę wierzyli w swoją wizję państwa.

Książka błyszczy także w opisach codzienności — szczególnie w słynnym wątku o kawie. Dla dzisiejszego czytelnika brzmi to egzotycznie, ale w NRD kawa była dobrem strategicznym, niemal politycznym. Braki w dostawach prowadziły do społecznych napięć, a dramatyczna próba ich rozwiązania — założenie plantacji kawowców w Wietnamie — okazała się absurdalnym przedsięwzięciem, którego efekty dojrzały dopiero… po upadku NRD. Ten epizod pokazuje groteskową mieszankę ambicji, planowania centralnego i zwykłej ludzkiej potrzeby zaspokojenia codziennych pragnień.

Hoyer nie idealizuje ani nie demonizuje NRD. Pokazuje świat pełen sprzeczności: państwo represyjne, ale jednocześnie społeczne; opresyjne, a jednak „normalne” w tysiącach drobnych rytuałów dnia codziennego. Dzięki temu książka jest nie tylko wartościowym studium historycznym, ale przede wszystkim opowieścią o ludziach — o ich nadziejach, kompromisach i sposobach na życie „za murem”. To lektura, która zostaje na długo, bo przypomina, że historia nigdy nie jest czarno-biała.

Ocena 7,5/10 

Recenzja: Jan Pelc, ...będzie gorzej, tłum. J. Stachowski, Wołowiec, CZARNE 2014

Czytelniczko, Czytelniku tego bloga    Epokowa powieść Jana Pelca, czeskiego pisarza undergroundu z lat osiemdziesiątych trafiła do mnie nie...