sobota, 17 lipca 2021

Gra o Tron - recenzja serialu HBO


 

Przez długie lata ignorowałem ekranizację „Gry o Tron” według G.R.R. Martina, ponieważ nie uważałem fantasy za poważnego gatunku, który wyraźnie mi nie leży ani jako czytelnikowi ani jako autorowi powieści historycznych i sensacyjnych. Zawsze uważałem, że literatura pop powinna przynajmniej w minimalnym stopniu trzymać się rzeczywistości jaką znamy. Do tego dochodzi ciężka, niejednolita narracja autora w powieści, nie utrzymująca jedności czasu, miejsca i akcji. W istocie trzeba nam powiedzieć, że jego nazwisko – dzięki ekranizacji HBO – stał się kultowe i stawiane obok Ursuli Le Guin, czy samego J.R.R Tolkiena. Przyznaję się też – oczywiście, że zazdroszczę Martinowi sukcesu jego powieści. Byłbym nienormalny, gdybym nie zazdrościł. I przy okazji chciałem powiedzieć, że strasznie ciężko jest się przebić z języka niszowego, jakim jest język polski. Ja czekałem na to przez lat 15. Apeluję do Instytutu Książki o zwrócenie uwagi na powieść popularną, która stała się pełnoprawnym środkiem artykulacji współczesności, czy historii.

W tej krótkiej recenzji nie zdołam poruszyć wszystkich wątków, bo to niemożliwe, jednak zwrócę uwagę na kilka rozwiązań fabularnych, które wydają się być naprawdę ciekawe. Wydaje mi się, że w przeciwieństwie do Tolkiena u Martina jest inaczej zarysowana warstwa sterująca. U Anglika jest to chrześcijaństwo. Natomiast Martin sprowadził religię do wymiaru fanatyków z Septu, i zaryzykuje twierdzenie, że w tym pobrzmiewa własne zranienie Martina do katolicyzmu jako takiego. Nie osądzam, bo nie mam prawa, ale jedna z najbardziej strasznych scen ekranizacji to właśnie marsz pokutny królowej Cersie Lannister. Wiemy przecież, że to jedna z najbardziej potwornych postaci tego świata i w tej scenie jej współczujemy.

Okrucieństwo, epatowanie seksem są jednak wtórne. Istnieje bowiem pierwowzór telewizyjnego serialu kostiumowego, który wzniósł te płaszczyzny narracyjne na niedoścignione wyżyny. Mam na myśli inna produkcję HBO – wciąż dostępną na platformie, a mianowicie „RZYM” w reżyserii Michaela Apteda. Przewijają się tu i ówdzie ci sami aktorzy. Serial ten ukazał się w latach 2005-2006, co w wymiarze telewizyjnym jest epoka, ale kto nie oglądał dwu serii ukazującej Rzym tak bezpruderyjnie, jak nigdy wcześniej, niech to zrobi i wtedy zrozumie fenomen „Gry o tron”. Jednak w tym przypadku „Gra o tron” ma wyższy poziom okrucieństwa – tortur, pożerania przez psy, odzierania ze skóry, ścinanych łbów….brrrr.

Serial ma kilka świetnych narracyjnie momentów, które są tak zrobione, że mam wrażenie, że scenarzyści HBO doskonale rozumieli co to jest suspens. Jest kilka takich scen: otrucie Joffreya na uczcie weselnej, czy krwawe gody – szczególnie ta scena dosłownie wbiła mnie w fotel – oraz niezwykle epicko filmowane sceny batalistyczne, szczególnie bitwa bękartów, bitwa u czarnych wód, czy szturm na Kings Landing. Zagłada miasta ma w sobie coś z tego, co przecież tak dobrze znamy z naszej historii.

Kilka wątków jest nierzeczywistych i idiotycznych – mam na myśli sam koncept Innych, groteskowego przeniesienia „Nocy żywych trupów” Sergia Romero. Romantyczność jest na poziomie kiczowatej telenoweli i mimo tych słabości całość broni się aktorsko i narracyjnie. Najbardziej przekonała ,mnie rola Petera Dinklage`a jako Tyriona, postać tragiczna, groteskowa, ukazująca pragnienia bycia kochanym i wielką inteligencję. Myślę, że Dinklage stanie się aktorem jednej roli, jak wielu aktorów z „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona. Przy okazji powtarzam, nie ma sensu ekranizować trylogii Tolkiena raz jeszcze. To co mamy, wystarczy.

Gra o Tron według G. R.R Martina to rozrywka na najwyższym poziomie, wyłącznie – podkreślam – dla osób dorosłych.


sobota, 26 czerwca 2021

Recenzja: " Po próbie" według Ingmara Bergmana, reż. A. Dopierała, Teatr Bez Sceny, Katowice, 26.06.2021

 



Katowicki, prywatny "Teatr Bez Sceny" Andrzeja Dopierały w tym roku obchodzi 25. rocznicę działalności scenicznej. Ta rocznica stała się także dla mnie czasem powrotu tego teatru po dwuletniej wymuszonej pandemią przerwie w recenzowaniu spektakli. Każdy, kto zna miejsce – na ulicy 3 maja w Katowicach – wie, że to teatr będący miejscem spotkania, nieskrępowanego wyrażania sztuki. Dopierała powraca do niezwykle mocnego w historii „Teatru Bez Sceny” skandynawskiego dramatu psychologicznego. Tym razem jest to nie całkiem wierna adaptacja „Po próbie” według Ingmara Bergmana.
Dopierała lubi twórczość skandynawskich dramaturgów, i tym razem widz otrzymuje spektakl oszczędny w środkach wyrazu i oparty przede wszystkim na sztuce aktorskiej. Aktorzy, w roli starszego reżysera Henrika Voglera wystąpił sam Dopierała, a w podwójnej roli: młodej aktorki Anny, z której matką Vogler miał przed laty romans oraz postaci Rakel wystąpiła debiutantka Anna Nowak. Muszę przyznać, że podwójna rola tej młodej aktorki pokazuje jej duże możliwości sceniczne. Dopierała ma w swoich adaptacjach świetne wyczucie sceniczne aktorów z którymi współpracuje. I w tym przypadku instynkt go nie zawiódł, ponieważ Nowak świetnie poradziła sobie z wcieleniem się w dwie różne postaci kobiece; znakomicie panuje nad ciałem i jest go świadoma i ma doskonałą dykcję. Każde słowo w sztukach „Teatru Bez Sceny” ma bowiem znaczenie podwójne. Aktorzy grają w dużej bliskości widzów, co wymusza miejsce i scena, i wówczas nie ma miejsca na błąd, na zafałszowanie. Aktor musi perfekcyjnie realizować założenia reżysera. Brawa zatem dla młodej aktorki!
Dopierała potrafi również narracyjnie domykać sztuki, które przedstawia. „Po próbie” otwiera scena, kiedy młoda aktorka po próbie przebiera się za kulisami i dopiero wtedy, po zrzuceniu starej skóry symbolizowanej przez różną garderobę przechodzi do konfrontacji z Voglerem. W tej słownej, bezlitosnej potyczce obie strony zdzierają z siebie maski, zarówno te artystyczne, jak i maski skrywające najgłębsze zranienia, kompleksy, kłamstwa. To pierwsza płaszczyzna tej konfrontacji wymiar osobistego życia. Vogler i Anna są sobie bliscy, tak jak niegdyś sam reżyser i matka Anny. Czy Vogler widzi w córce wcielenie matki? Anna walczy w tej relacji o swoją autentyczność i podmiotowość jako kobiety, stara się zająć miejsce matki w łóżku i sercu Voglera. Gdy wkracza na scenę Rakel, rozgrywka się komplikuje. Vogler zdaje sobie sprawę, że gra jaką prowadzi z kobietami to próba oszukania śmierci. Jak sam wyznaje „śmierć mnie nadgryza”. W ostatniej scenie, bliźniaczej z pierwszą, tym razem stary Vogler zrzuca z siebie ubranie, tak jakby zrzucał wszystkie swoje maski i zasiada do stolika w szlafroku, gotowy do makijażu, czyli do nałożenia kolejnej maski, kolejnego kłamstwa.
Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Dopierała sięgnął po adaptację Bergmana z jeszcze jednego powodu. Tekst Szweda jest też sztuką o sztuce, teatrem o teatrze, w którym Mistrz może pozwolić sobie na próbę duchowego i intelektualnego zmierzenia się z byciem aktorem. Znając od kilku lat Andrzeja Dopierałę wiem, że w jego sztuce nie ma miejsca na artystyczne kompromisy. Aktor grając Voglera z autoironią spogląda też na siebie, na swój zawód. W sztuce o sztuce chodzi o coś innego niż w zwykłym przedstawieniu komediowym, czy kryminale. W tej kategorii trzeba znaleźć sposób na wejście na meta poziom, w którym sam teatr staje się swoim własnym odbiciem, oczyszczeniem. Vogler mówi do młodej Anny „aby zaistniał teatr, musza być spełnione trzy warunki: aktor, tekst i publiczność”, a stąd już niedaleko do słynnego zdania Petera Greenewaya, że teatr to aktor, słowo widz. Dopierała potrafił tym spektaklem wejść na ów meta poziom, w czym pomogła też scenografia. Była ona ukłonem w stronę innych adaptacji, wystawianych w „Teatrze Bez Sceny”. Tak więc był to dialog o sobie samym do potomności, de se ipso ad posteritatem.
Na spektakl przyjechałem specjalnie z Bielska-Białej. Cena biletu odpowiednia do rangi wystawianego tekstu. „Po próbie” według Ingmara Bergmana w adaptacji i reżyserii Andrzeja Dopierały, w tłumaczeniu Haliny Thylwe, w „Teatrze Bez Sceny” w siedzibie stowarzyszenia FAMI.LOCK w Katowicach przy ulicy 3 maja.
Polecam wszystkim, którzy szukają w teatrze nie taniej rozrywki, ale spotkania ze sztuką aktorską na wysokim poziomie i głębokiego przeżycia intelektualnego.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Tukidydes i wojna pepoponeska - krótki i niemądry tekst

 

 Dlaczego klasycy? 

Któż z Państwa pamięta doskonały wiersz Zbigniewa Herberta, w którym książę poetów przywołał postać Tukidydesa z Aten, znakomitego historyka, autora "Wojny Peloponeskiej"? Bez tej książki, niedokończonej przez autora, nie sposób wyobrazić sobie nowożytnego sposobu uprawiania historii. Dlaczego sięgam po tę księgę teraz? Dlaczego wydobyłem ją z półki i choć nosi ślady intensywnego czytania przed laty robię z niej bohatera tego tekstu? Otóż Tukidydes, jako pierwszy historyk odpowiedział na pytanie dlaczego wybuchają wojny. Czy zastanawiali się Państwo nad tym? Z biedy? Nie. Oczywiście możemy wszystko zamerykanizować poprzez czytelny i jakże nieprawdziwy podział na "good guys" oraz "bad guys". Według Tukidydesa wojna peloponeska, która zniszczyła wielkość Grecji Antycznej zaczęła się od poczucia zagrożenia i zazdrości, jaką Lacedemończycy, czyli Spartanie odczuwali na widok nowej wielkiej potęgi Aten. Ten mechanizm starego imperium wobec nowego zdarzył się w innym czasie i przestrzeni. Wojna mogła wybuchnąć w 1906 roku po kryzysie marokańskim, w 1908 po tym, jak chciwe Austro-Węgry anektowały Bośnię i Hercegowinę, a wybuchła po tym, jak serbski student zastrzelił arcyksięcia habsburskiego w Sarejewie u progu wakacji. Jednak prawdziwa przyczyna wielkiej wojny z lat 1914-1918 tkwiła w zawiści, jaką Anglia odczuwała wobec nowej wielkiej potęgi kaiserowskich Niemiec. Oczywiście winny jest też idiotyczny kaiser Willy II, o którym Julian Fałat, bielski malarz (tak po sąsiedzku) mawiał, że zamiast o jednej za mało klepki, ma o jedną za dużo. Winna jest Francja, której żądza zemsty za 1871 widziała w Niemcach wiecznego wroga i winna jest Rosja, która w krytycznych chwilach początku sierpnia 1914 nie odwołała mobilizacji. Dlaczego o tym piszę?
Bo nasz świat zaczyna przypominać ten sprzed 1914 roku. Przyzwyczailiśmy się po 1990, po słynnej i nieprawdziwej tezie Francisa Fukayamy o końcu historii, mającym zapewnić tryumf liberalnej demokracji, że jest tylko jedno imperium, USA. 


Tak było do wczoraj.
Teraz mamy dwa, a straszna potęga Chin jest coraz większym wyzwaniem dla starego świata. Chciwe międzynarodowe koncerny przeniosły tam produkcję i uzależniły świat od chińskiego teta-a-tete. Chińczycy okazali się mądrzejsi od Rzymian, Napoleona, czy innych imperiów, i wraz ze swoją ekspansją dając też coś od siebie, wystarczy popatrzeć na Afrykę, którą wszyscy mieli jako drugi lub trzeci przedpokój na salony. Poprzedni władca Chin, Hu Jintao był wyważony i nie przekraczał granicy, jednak Xi Jinpin przesunął tę granicę. On wie, że zegar biologiczny tyka, wie, że USA Trumpa (z całym krytycyzmem o jego megalomanii) postawiły Chinom tamę gospodarczą, ich polityce sztucznie zaniżonego kursu juana, przez co żaden kraj opierający się na gospodarce rynkowej nie może się z nimi równać. Chiny zaczęły wychodzić z zamknięcia na Morzu Południowochińskim przez sztuczne wyspy i zaczęły zagrażać sąsiadom. Wyrzynają muzułmańskich Ujgurów, zdusiły metodami totalitarnymi wirusa. Zresztą epidemia przyspieszyła tykanie zegara. Najważniejszym wydarzeniem politycznym ostatnich 3 miesięcy jest zawarcie multilateralnego paktu między USA z jednej oraz Indiami, Tajwanem, Wietnamem (wprawdzie komunistyczny, ale nienawidzący Chin), Koreą Płd, Japonią, Australią i Filipinami przeciwstawiającego się Chinom. Dlatego Pekin zawarł sojusz z Moskwą - w marcu Ławrow był w Pekinie, a Putin zaczął sprawdzać zachód (wschodnia Ukraina). Problem polega na tym, że Chiny nie przeciwstawią się na morzu US Navy oraz ich sprzymierzeńcom. Są niezmierzoną potęgą lądową, i mają na razie u swego boku schodzącą ze sceny Rosję Putina. Ten nowy sojusz amerykański - Pax Pacifica - ma zadusić Chiny lub zmusić je do ataku, tak jak embargo Roosvelta z lipca 1941 zmusiło Japonię do zaatakowania Pearl Harbor. Nie mówię, że jutro Chiny zaatakują Tajwan, który im ciąży swoją quasi niepodległością, ale przede wszystkim Tajwan zamyka Chiny w wyjściu na Pacyfik. Dwie ostatnie wielkie wojny wygrały państwa morskie zaduszając Niemcy ( teza Churchilla o tym, że mieliśmy tylko jedną wojnę w wieku XX o potęgę Niemiec) i Japonię, ale teraz tak być nie musi. Europa jest skazana na stary sojusz z USA i pytanie jak zachowają się cyniczne Niemcy żywiąc reżym Putina nord stream II oraz uzależniwszy Europę od Chin, jest aktualne. Jednak wszystkie wojny wygrywały stare potęgi pokonując nowe, tak było w 1815 w przypadku nowej napoleońskiej Francji, tak było w 1918 i 1945, w pewnym sensie w 1990, gdy USA wygrały zimną wojnę. 



Tak oczywiście nie musi się stać. Szczegółową analizą, ile okrętów ile samolotów, ile bomb atomowych mają te strony konfliktu, niech tym zajmą się spece od bezpieczeństwa światowego. 

Ja jestem tylko pisarzem i nie można moich słów traktować poważnie.

I najpewniej tak się nie stanie. Na pewno będziemy żyć w bezpiecznym świecie bogacącym się niewspółmiernie do innych cierpień, z dala od kataklizmów, uchodźców, konfliktów o wodę i biedy. Jesteśmy współczesnymi Ateńczykami, wielbiącymi wdzięki swojej demokracji, wpatrzonych w swoich Peryklesów i Alkibiadesów, będziemy znów chodzić na mecze piłki nożnej, jeść i pić więcej niż musimy i pokonamy każda chorobę dzięki antybiotykom połykanym jak pastylki i serwowanym masowo chowanym zwierzętom, które zarzynamy na burgery.

 Będziemy szczęśliwi, piękni i nieśmiertelni.

poniedziałek, 15 lutego 2021

Recenzja: Andrew Roberts, Napoleon Wielki, wyd. Magnum, Warszawa 2017


Czytelniku cierpliwy tego bloga,

Ochotę na tę książkę nabrałem, gdy tylko ją ujrzałem w księgarni. Wielkie tomisko autorstwa kolejnego brytyjskiego historyka, Andrew Robertsa, przyciągało moją uwagę leniwie leżąc w wystawie księgarni. Kupując książki, które chcę przeczytać, nigdy nie kieruję się jakąś jedną miarą. Książka historyczna musi wciągać, mieć "to coś", co sprawi, że sięgnę po nią. Tak właśnie było w przypadku biografii Napoleona pióra angielskiego historyka i dziennikarza.

Muszę przyznać, że dla mnie jako historyka specjalizującego się w wieku XIX książka ta stanowiła lekturę obowiązkową. W Polsce brakowało dużej, wieloaspektowej i wreszcie wyzwolonej z "polskiego" myślenia o Bonapartym biografii. Książka Robertsa zapełnia te lukę. Mówię otwarcie: jeśli liczycie tylko na politykę, zawiedziecie się. Ta książka jest o życiu, o epoce, o wojnach (świetnie opisanych), seksie, tyranii i upadku. Jest też przewrotna opowieścią o mechanizmach władzy, które zawsze prowadzą człowieka ku samotności i pustce.

Z uwagi na ogrom tej książki muszę od razu zaznaczyć, że jest to niezwykle mocno oparta na źródłach biografia najbardziej niezwykłego Korsykanina w historii. Dla niewtajemniczonych od raz zaskakuje fakt, że Napoleon w domu mówił po włosku, a językiem francuskim posługiwał się biegle (robiąc straszliwe błędy ortograficzne), ale zawsze jako językiem drugim. Roberts prowadzi czytelnika po życiu Napoleona od najwcześniejszych lat dzieciństwa i młodości. Książka jest bardzo klarownie i klasycznie zbudowana, z trzech części, klasycznie prowadzących czytelnika przez wzlot, szczyt kariery i wielki finał. Ta matryca kariery Napoleona została nałożona w naprzemiennie następujących rozdziałach na chronologiczną matrycę jego życia. Rozdziały zostały tak zakomponowane, by oddać przełomowy charakter wydarzeń w życiu cesarza. I tak, rozdziały takie jak "Egipt", "Brumaire", "Austerlitz" nie pozostawiają wątpliwości co do chronologicznej, klasycznej matrycy konstrukcyjnej książki. Muszę powiedzieć, że zdecydowanie pomaga to w odbiorze dzieła. Pomaga czytelnikowi wrócić do przerwanej lektury, co wobec gigantycznej objętości dzieła nie nastręcza problemów.

Z lektury wyłania się intrygujący obraz Napoleona jako człowieka. Jego prywatność, życie seksualne (bardzo bogate i urozmaicone) oraz jego stosunek do najróżniejszych aspektów życia, polityki, literatury i muzyki wyłania się z drobiazgowo zanalizowanych listów cesarza. Napoleon jako jeden z niewielu ludzi jego pozycji pozostawił gigantyczny zbiór 33 tysięcy (sic!), wydanych i skatalogowanych listów pisanych ręką cesarza, które Fundacja Napoleońska wydała od 2004 roku. Listy te stały się podstawą źródłową tej książki, co stawia biografię Andrew Robertsa wśród najwybitniejszych pozycji historiograficznych dotyczących Bonapartego, jakie kiedykolwiek napisano. I tak feministki nie mogą lubić Napoleona pod żadnym względem. Jego stosunek do kobiet był przedmiotowy i bezwzględny. Uważał, że jedyne co kobieta ma to ciało i to jest jedyny jej atut. Uważał, że kobieta nie powinna być zbyt inteligentna, ponieważ nie to jest jej powołaniem. Poglądy zatem na kwestię kobiecą miał Napoleon w normie swoich czasów. Zarazem, Napoleon nie był bigotem. Przyjaźnił się w sposób bardzo lojalny z Jeanem Jacquesem Cambacérèsem, faktycznym twórcą cywilnego kodeksu napoleońskiego, którego jawny homoseksualny styl życia nie był żadną tajemnicą. Napoleon był raczej tolerancyjny wobec różnych przejawów ludzkiej seksualności, choć sam, w sposób konsekwentny był zdobywcą kobiet.

Książka ta siłą rzeczy oddaje wspaniale nakreśloną panoramę napoleońskich wojen. Z intuicją znawcy angielski historyk bez ogródek wskazuje na uwarunkowania naturalnego geniuszu strategicznego Napoleona. Był doskonałym matematykiem i obserwatorem. W przerwie bitwy pod Lodi z armią austriacką w północnych Włoszech Napoleon bawił się w wyciąganie pierwiastków sześciennych. Potrafił matematycznie zanalizować teren, na którym walczył. Dostrzegał naturalne uwarunkowania, pagórki, rzeki, płoty, naturalne pozycje. Ale całe nowatorstwo militarnego geniuszu Napoleona było też skorelowane z czasem, w jakim żył. W epoce tej nie istniały asfaltowe drogi. Polne drogi były wąskie i siłą rzeczy poruszająca się armia musiała wybierać kilka tras na raz, żeby zdążyć na czas. Napoleon podzielił armię na korpusy, a te na dywizje i brygady, te zaś na bataliony (pułki). Armia zyskała większą mobilność. Bonaparte był też wyznawcą zasady, że należy wejść między wrogie armie i rozbijać jedną po drugiej, zanim wróg zdoła się połączyć. Bonaparte wygrywał tak długo, dopóki jego wrogowie nie odrobili lekcji i nie zaczęli walczyć tak jak on. Wówczas przegrał, a nastąpiło to w 1815 roku, kiedy miał przeciw sobie całą Europę.

Książka pozwala się uwolnić polskiemu czytelnikowi od polsko - centryczności w spojrzeniu na Napoleona. O Polsce jest zaskakująco mało i chyba trzeba się przyzwyczaić, że dla Napoleona sprawa polska była sprawą z pogranicza Imperium, sprawą nie drugo, ale trzeciorzędną. O romansie z hrabiną Walewską znajdziemy kilka akapitów, ale bez ogródek Walewska wychowała ich wspólnego syna na Francuza. Syn Napoleona został ministrem spraw zagranicznych Francji w okresie II Cesarstwa za Napoleona III. Za wyjątkiem inwazji na Rosję, o Polsce jest znikomo. Napoleon potrafił przyjaźnić się z Polakami:. pierwszym był jego adiutant w Egipcie, potem generał Kossakowski, i sam  książę Józef Poniatowski.

Czy Napoleon był genialny, ale niebezpieczny? Rozkładem i śmiercią setek tysięcy swoich żołnierzy Grand Armee w Rosji się nie przejął. Miał zaskakująco dużo szczęścia w swojej karierze. Gdy upadli Jakobini, od śmierci uratowała go Józefina. Wyszedł cało z dwu zamachów, jakie zorganizowali na niego rojaliści. Bez cienia wahania skazał na śmierć księcia d`Enghein w roku 1804, mimo że człowiek ten mu nie zagrażał. Andrew Roberts wskazuje, że Napoleon Bonaparte jest ostatnim z oświeceniowych tyranów, który zdołał przesunąć akcenty. Bez niego nie nadeszłaby w Europie era konstytucyjnych państw, oraz dał Europie wyrastający z tradycji oświeceniowej kodeks cywilny. Jest jednym z ludzi, którzy zmienili Europę, i wywarli na późniejszych epokach piętno. Książkę Andrew Robertsa, wydaną przez wydawnictwo Magnum, polecam wszystkim miłośnikom historii, nie tylko bonapartystom. To lektura totalna, konieczna dla zrozumienia epoki. Wydaje się nieodzowna na studiach historycznych.

Mistrzowska książka o Korsykaninie, mówiącego w domu po włosku, robiącego koszmarne błędy ortograficzne po francusku, który stał się symbolem Francji tricolore. 

Reaktywacja bloga

 

Czytelniku cierpliwy tego bloga,

Jak już zauważyłeś, bardzo zaniedbałem pisanie bloga. 

Zmiany w życiu i przeniesienie się z jednego miasta do drugiego, i osadzenie się na powrót w strukturze zawodowej w moim przypadku oznaczało, że totalnie nie miałem czasu na pisanie blogosfery poświęconej książkom historycznym, tudzież literaturze faktu, którą namiętnie czytam, choć piszę powieści historyczne i sensacyjne.  Niniejszym wracam do pisania tego bloga, ale zaznaczam, że recenzje nie będą ukazywać się często. Osoby lub wydawnictwa zainteresowane recenzjami proszę o kontakt przez stronę Wojciech Dutka pisarz

niedziela, 12 stycznia 2020

Przerwa w blogowaniu

Szanowni Czytelnicy,

Od kilku miesięcy nie zamieściłem żadnego tekstu. To celowe. Mam ogromny natłok różnych obowiązków związanych z pracą. Nie mam czasu na prowadzenie bloga. Jednak nie zarzucam powrotu do niego.

Na razie zapraszam na moją stronę na Facebooku
 https://www.facebook.com/pisarzWojciechDutka/

Pozdrawiam
Wojciech Dutka  

niedziela, 16 czerwca 2019

Recenzja: Czernobyl, mini-serial HBO, 5 odcinków, 2019



Czytelniku,

Jest godzina pierwsza w nocy minut 23, sekund 40, sobota, 26 kwietnia 1986 roku. Czernobyl. Blok reaktora czwartego. W tamtej chwili nastąpiła eksplozja pary wodnej i wodory zgromadzonego pod wielkim ciśnieniem. Jądro reaktora, pręty paliwa z Uranu 235 chłodzone wodą, pod wpływem temperatury wywołanej błędnie wykonanym i zaprogramowanym testem "włącz -wyłącz" mającym na celu przetestowanie czy energia elektryczna z turbiny może jeszcze przez minutę zasilać wyłączający się reaktor doprowadziła do eksplozji nuklearnej. Bo z tym w istocie mamy do czynienia. Tak zaczęła się katastrofa, która stanie się symbolem i preludium upadku Związku Radzieckiego.

Dziś telewizja stała się nośnikiem rzeczy naprawdę ważnych. HBO zaprezentowało miniserial złożony z 5 odcinków, a w rolach głównych wystąpili Jared Harris jako Walerij Legasow. Partnerują mu znakomity Szwed Stellan Skarksgaard, a także Brytyjka Emily Watson. Scenariusz serialu napisała historia  - bo właśnie ona jest kluczem do zrozumienia filmu. To bezprecedensowa produkcja ukazująca jako mało która z tak wielkim realizmem Związek Radziecki, ludzi, struktury władzy, kłamstwo, fałsz i niekompetencję kraju - wielkiej potęgi militarnej i atomowej, gdzie ludzkie życie warte było bardzo mało.

Serial jest sprytnie zakomponowany narracyjnie. Pierwsza scena to samobójstwo Walerija Legasowa,wielkiego naukowca, który poświęcił wszystko, aby zabezpieczyć Europę przed skutkami eksplozji, które mogłyby stać się katastrofalne w skali setek, jeśli nie tysięcy lat. Byl on pierwszym naukowcem, który zdał sobie sprawę z tego, co się stało. To on przeczytawszy raport lokalnych władz i zeznań strażaków, których wysłano z Prypeci do "gaszenia pożaru", zauważył, że w tekście jest mowa o rozrzuconym graficie na przestrzeni wielu setek metrów od rozwalonego i płonącego budynku reaktora czwartego. To on poinformował Michaiła Gorbaczowa, przywódcę Związku Radzieckiego, że wybuchł reaktor, a paliwo jako radioaktywna lawa przepala się przed beton pokrywy i jeśli wejdzie w reakcję z woda w zbiornikach i wodami gruntowymi (Czernobyl jest zbudowany na podmokłym gruncie), to wówczas Hiroszima to będzie igraszką.

Oto co Walerij Legasow widział w Czernobylu (cytat za: https://wiki.czarnobyl.pl/wiki/Walerij_Legasow)


"Już w odległości dziewięciu, dziesięciu kilometrów do elektrowni widać było nad nią szkarłatną poświatę... podobnie jak nad dużym kombinatem metalurgicznym lub dużą fabryką, która swym blaskiem rozjaśnia nocne niebo. Pamiętam tę ​​drogę do teraz, muszę powiedzieć, że wtedy nie przyszło mi do głowy, że zmierzamy ku wydarzeniu światowemu, wydarzeniu, które prawdopodobnie zapadnie w historii ludzkości na zawsze, jak wybuchy słynnych wulkanów, śmierć ludzi w Pompejach lub coś o tej skali".

Mało kto sobie zdawał sprawę, że to było niszczące promieniowanie, które przechodziło przez metal, drewno, beton i żywe ciało niosąc śmierć. Właśnie śmierć jest najbardziej wstrząsająca w serialu. Film bowiem oddaje przede wszystkim hołd zwykłym ludziom z Rosji, Białorusi i Ukrainy, którzy oddali życie poświęceni przez podłe i bezduszne władze Związku Radzieckiego. Ożywa tragedia strażaków, których męczarnie w szpitalu w Moskwie, pokazano z wiwisekcyjną dokładnością. Nigdy nie widziałem ludzi - jeszcze żywych - którzy płoną od promieniowania, jak schodzi z nich skóra, odsłaniając żywe mięso....

Niesamowite są sceny z udziałem górników z Tuły, którzy nago w temperaturze 50 stopni kopali tunel pod reaktorem, aby nie dopuścić do przedostania się radioaktywnej lawy do wody gruntowej. Scena z ministrem górnictwa pyszna. Podobnie jak ożywa tragedia innych istot żywych. Obserwujemy masakrę zwierząt domowych, który wybito do nogi. Rozmowa o zabijaniu młodego chłopaka po maturze wcielonego do armii sowieckiej i starszego kolegi z Afganistanu (w tej roli znakomity duński aktor Fares Fares) oddaje rozterki kata. Do zabijania można się przyzwyczaić, napisałem przecież w "Czerni i Purpurze". Grozę budzą scen, gdy młodzi żołnierze musieli zrzucać z dachu radioaktywne resztki grafitu, podczas gdy promieniowanie wokół nich jak po wybuchu bomby atomowej. Ilu z tych ludzi umarło nie dożywszy trzydziestki?

Jedak serial ukazując szerokie tło społeczne i polityczne ukazuje też mechanizmy władzy i kłamstwa, bo o kłamstwie, na którym zbudowano Związek Radziecki i system komunistyczny, jest także ów serial. Kłamstwie, które zatruło umysły. Najbardziej nikczemną postacią jest Anatolij Diatłow, odpowiedzialny za eksperyment, człowiek niekompetentny i typowy produkt sowieckiego prania mózgu. Choć z drugiej strony sam typ reaktora RBM, jaki pracował w Czernobylu, był wadliwy i bardzo ryzykowny. Ciąg zdarzeń, przypadkowych zarządzeń, niekompetencji i błędów doprowadził do katastrofy.

Polecam wszystkim serial HBO. Doskonałe trzymające w napięciu kino historyczne i katastroficzne, najwyższej jakości.

wtorek, 4 czerwca 2019

"Kłamstwo: według Floriana Zellera w Teatrze Bez Sceny


Czytelniku, 

Czy kłamać jest godnie? Uczciwie? Czy kłamstwo popłaca? Czy kłamiąc możemy okazać miłość i szacunek swojej partnerce/partnerowi życiowemu? Jaka jest granica tolerancji kłamstwa w związku? Można tych pytań o kłamstwo zadać więcej. Jednak istnieje współczesna sztuka teatralna misternie ukazująca wzajemne zakłamanie współczesnych. Jej autorem jest z pewnością jeden z najpoczytniejszych francuskich pisarzy i dramaturgów Florian Zeller. Sztuka nosi tytuł "Le Mensogne", czyli kłamstwo właśnie. 

Słówko o inscenizacji Teatru Bez Sceny - jest nad wyraz oszczędna i minimalistyczna. Wymusza to mała przestrzeń teatru, ale zarazem przestrzeń ta jest bardzo dobrze zaaranżowana kolorystycznie. W czarnej przestrzeni, znajdują się cztery karminowe krzesła. Skupiają one uwagę widza. W tej przestrzeni jest czterech aktorów, dwie kobiety i dwu mężczyzn, którzy nawzajem oplatają się siecią kłamstwa. Kostiumy są zasługą Ewy Dopierały, kolorystycznie wszyscy aktorzy noszą kostiumy na zasadzie kontrastu wobec czerwieni krzeseł i pustki/ciemności sceny. Peter Brook powiedział kiedyś takie jedno zdanie oddające kwintesencję sztuki teatralnej. "Dajcie mi człowieka i niechaj słucha go drugi człowiek. Tak oto dokonuje się akt teatru". Zatem nie trzeba kwiecistej dekoracji. Nie trzeba wnętrza luksusowego mieszkania paryskiej elity. Prosta przestrzeń. I kłamstwo.   

Spektakl wyreżyserował Andrzej Dopierała i wydaje mi się, że poznaję gust reżysera. Dopierała lubi bardzo dramat skandynawski, a komedię francuską. Trudno o lepszą rekomendację. W sztuce grają:

Alice - Ewa Kutynia
Paul - Andrzej Dopierała
Laurance - Agnieszka Bieńkowska / Oliwia Spisak
Michel - Wiesław Kupczak / Karol Gaj

Muszę przyznać, że znakomita jest rola Ewy Kutyni. Jako Alice prezentuje ona całą gamę uczuć, jakie kobieta może okazać. Alice potrafi być namiętna, zazdrosna, zakłamana, zrozpaczona, i pod tymi maskami kryje się perfekcyjna umiejętność kłamstwa. Jej mąż (w tej roli sam Dopierała) też kłamie, ale jest też zaskakująco naiwny, miota się, próbuje jednym kłamstwem zasłonić drugie. Istotę tej sztuki jest też ukazanie relacyjności ludzkich związków, uczuć, ich ulotności, potęgi chwili, dotyku Erosa, który jak wszyscy dobrze wiemy, jest bożkiem kapryśnym, który raz ukazawszy swoją potęgę może uciec, by nigdy się nie dać odnaleźć. 

Sztukę ogląda się bardzo dobrze, akcja płynnie przechodzi do przodu - z zaskakującym finałem nie zdradzę o co chodzi - w czym zasługa znakomitego przekładu Barbary Grzegorzewskiej. Dialogi są cięte, ostre jak brzytwa, dwie pary wydobywają swoją hipokryzję i obłudę przez celne docinki, szpilę wbitą z uśmiechem na ustach. Tekst - a w teatrze to jest bardzo ważne - brzmi bardzo dobrze, jest nowoczesny, pozbawiony archaizmów i wulgarności. 

"Kłamstwo" Floriana Zellera w reżyserii Andrzeja Dopierały jest sztuką lekką nad wyraz, ale z własną głębią, ironią, doskonałą na letnie popołudnie. Jeśli ktoś gustuje w intelektualnej komedii i ma wolny wieczór. Polecam.  

poniedziałek, 6 maja 2019

Na marginesie "Czerni i Purpury"


Czytelniku, 

W dniu 4 kwietnia wydawnictwo Albatros opublikowało drugie wydanie mojej powieści "Czerń i Purpura" wydanej po raz pierwszy w roku 2013 i zyskała miejsce na Top 100 Empiku i listy bestsellerów "Świata Książki". Raz jeszcze chcę podziękować wydawnictwu za wznowienie tej powieści. Dziś widać, jak dobra była to decyzja. 

Nie zamierzam oczywiście pisać żadnej recenzji własnej książki. Dzisiejszy wpis na blogu (na którym nie pojawiłem się od 30 marca) jest po prostu dopowiedzeniem tego, co być może czytelnicy chcieliby wiedzieć. Kilku osobom powinienem podziękować, w tym szczególnie mojemu nieżyjącemu wydawcy i przyjacielowi Andrzejowi Kuryłowiczowi. 

Zagłada była, jest i będzie tematem krańcowo trudnym dla pisarza, który chce stworzyć powieść opartą na faktach. Ostatnio widzimy kilka przykładów powieści o Auschwitz, które - z całym szacunkiem dla autorów - nie przedstawiają większych wartości historycznych i aksjologicznych. Ja uważam, że Zagłada powinna boleć tych, którzy o niej czytają. Bezprecedensowość Zagłady polega na tym, że jeden wysoko rozwinięty technicznie naród europejski, jakim byli Niemcy, postanowił unicestwić inny naród nie mający podówczas własnego państwa, a byli nim europejscy Żydzi. Jest na ten temat ogromna literatura badawcza - począwszy od Raoula Hillberga z jego epokową trzytomową "Zagładą Żydów" przez Laurence Reece, po Timothy`ego Snydera. 

W latach 2007-2009 miałem okazję naprawdę dobrze poznać historię Auschwitz-Birkenau i pomysł napisania powieści opartej na faktach - relacji uczuciowej Franza Wunscha do Heleny Citronovej - uznałem jednak, że zmienię nazwiska głównych bohaterów z szacunku do tych prawdziwych.

Maria Janion, pisząc o wyjątkowości Shoah, odnosiła się do faktu, że śmierć stała się końcowym produktem machiny Zagłady; że po raz pierwszy w dziejach cywilizacji technicznej człowieka na taką skalę zastosowano metody przemysłowe w celu wyniszczenia jednego narodu. Bezprecedensowość Zagłady była, jest i będzie jeszcze przez długi czas zajmowała pisarzy.

W mojej książce, która nie rości sobie pretensji do bycia dokumentem, sportretowałam obóz Auschwitz w tle historii fikcyjnych postaci: Franza Weimerta i Mileny Zinger. Na kartach powieści czytelnik może odnaleźć elementy historii tego miejsca od roku tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego, czyli rozbudowę Birkenau, utworzenie obozu kobiecego, rozbudowę "Kanady" oraz intensyfikację Zagłady. Większość osób sportretowanych w książce to postaci historyczne. Z szacunku dla prawdziwych bohaterów stworzyłem fikcyjnych, którzy od prawdziwych zapożyczyli jedynie część ich nieprawdopodobnej i dlatego tak fascynującej historii.

Moje zdumienie wywołał fakt, że nikt do tej pory nie sięgnął po ich dzieje. Miłość młodego esesmana do żydowskiej więźniarki w obozie, który stał się synonimem Szoah, bezprecedensowego mordu dokonanego przez niemieckich nazistów na sześciu milionach europejskich Żydów, niesie ogromną ilość emocji. To temat krańcowo trudny dla pisarza, zwłaszcza że najważniejsze literackie książki na temat Zagłady opublikowali naoczni świadkowie, tacy jak Wiesław Kielar czy Primo Levi. Nie jestem też w sytuacji
Martina Pollacka, który opisuje historię własnej rodziny uwikłanej w nazizm (Śmierć w bunkrze, wyd. Czarne 2007). Jednak zdecydowałem się podjąć ten trudny, ale jakże intrygujący dla pisarza temat. O sprawie wspominali jedynie historycy Andreas Kilian i Gideon Greiff, znani z badania Holocaustu, a także Laurence Reece w swojej słynnej książce "Auschwitz: the Nazis and the final solution". Do czasu mojej powieści żaden z pisarzy i reżyserów nie uważał za stosowne, żeby zrobić o tym film, lub napisać książkę. W takim razie ja wypełniłem pustkę. Dlaczego tak się stało?
Pisze o tym w smakowitej, krytycznej recenzji mojej książki Przemysław Jakub Hinc na łamach Zupełnie Innej Opowieści: 

https://zupelnieinnaopowiesc.com/2019/04/30/milosc-w-auschwitz-wojciech-dutka-czern-i-purpura/

Napisałem książkę w latach 2008-2010, ale powodowany obawą o to, jak może być przyjęta powieść będącą beletrystyką o Auschwitz zdecydowałem odczekać rok. Ostatecznie książka ukazała się w roku 2013, ale dopiero teraz, w roku 2019 wraz z drugim wydaniem zdobyła sobie ona czytelników, którym ukazuje straszliwy obraz życie codziennego w Auschwitz. Starałem się maksymalnie wiernie przekazać wiedzę o funkcjonowaniu obozu, jaka zdobyłem i zdaję sobie sprawę, że lektura książki może być dla czytelników - szczególnie osób wrażliwych - przeżyciem wstrząsającym. Czasami wysuwa się przeciw książce argument, iż jest ona napisana językiem prostym. To prawda i to zabieg celowy. Nie wyobrażam sobie pisania w sposób zawoalowany w sytuacji, gdy przekaz powieści powinien być wyrażony explicite. Dobitnie, okrutnie i nie owijając w bawełnę. 

Moja książka dotyczy miłości bez dotyku, bez przekroczenia relacji seksualnej, w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau, Piekle na ziemi, gdzie żadna miłość nie miała prawa zaistnieć. Po raz pierwszy o sprawie Wunscha i Citronovej usłyszałem w roku 2005 podczas rocznicy wyzwolenia obozu. Telewizja Polska wyemitowała wówczas pięcioodcinkowy film dokumentalny o Auschwitz. Potem zacząłem przez lata badać temat, zbierać materiały. Poznałem dokładnie historię obozu. I tak po nitce do kłębka, narodził się pomysł na powieść. Gdyby cofnął się czas, myślę, że napisałbym ją tak samo - takim samym prostym językiem, aby dotrzeć do jak najszerszej liczby czytelników. Piszę bowiem dla wszystkich, a wyszedłem z literackiego popu, czego nigdy się nie wstydziłem. 

"Czerń i Purpura" była także najtrudniejszą dla mnie książką, ponieważ musiałem wejść w psychologiczne uwarunkowania kata. Podkreślam, że w polskiej literaturze obozowej od czasów "Medalionów" Nałkowskiej, czy opowiadań Tadeusza Borowskiego poza tekstem "Pasażerka" Zofii Przasnysz nie ma narracji pokazującej Auschwitz z perspektywy kata. Ta właśnie perspektywa wydawała mi się znacznie ciekawsza niż perspektywa ofiar, z całym szacunkiem dla nich właśnie zdecydowałem stworzyć wielopłaszczyznową postać młodego mężczyzny - sam pisząc książkę miałem ledwo 30 lat - który z pobożnego i autentycznie religijnego ministranta zamienia się w bezlitosnego kata, który z zimna krwią potrafi zastrzelić więźnia. Bardzo trudne, prawie niemożliwe było też to, że powieść beletrystyczna o Auschwitz oparta na historii Citronovej i Wunscha nie może oznaczać usprawiedliwienia. Można zrozumieć, choć też nie do końca motywację kata, ale zapomnieć i wybaczyć nie można. Jak pisał Zbigniew Herbert:
 - Nie wybaczaj, bo nie w Twojej mocy jest wybaczać w imieniu tych, których zdradzono o świcie... 
Wunsch/Weimert w mojej książce był też tym ciekawszy, ponieważ wyszedł ze świata katolickiego, który znam dobrze.

 Czy moja powieść przetrwa sprawdzian najtrudniejszy, jakim jest uplyw czasu? Racje ma Michel Houllebecq mówiąc , że przetrwają tylko takie książki, których nikt inny nie miał odwagi napisać. Mam wrażenie, że nie chodzi wielkiemu Francuzowi o skandal, bo on sam w sobie jest krótkotrwały, a o coś innego. O dotknięcie tematu w taki sposób, w jaki nikt tego nie uczynił wcześniej. O miłości Wunscha do Citronovej nikt w Polsce przede mną tego nie uczynił ( w Hiszpanii będzie ksiazka na ten temat wkrótce), jednak pisząc o miłości w Auschwitz trzeba pisać jednoczesnie o Piekle. Jeśli więc ktoś liczy na romansidlo, czytając moja książkę zawiedzie się. 

CZY moja książka może nieść nadzieję? W ostatnich dniach pisze do mnie bardzo wiele osób - którym dziękuję za to, że postanowiły podzielić się swoimi odczuciami - które są w stanie głębokiego rozbicia emocjonalnego po lekturze mojej książki. Jeśli komuś sprawiłem mimowolnie ból, proszę traktować go w kategorii katharsis. Auschwitz musi nas boleć, żebyśmy nie zapomnieli, że droga do unicestwienia, samotności i pustki nie zamknęła się wraz z końcem II Wojny Światowej. Odwieczne Zło, które nie waham się nazwać po imieniu, tkwiąc w naturze człowieka znów da o sobie znać, jeśli ludzie zapomną lekcję z Auschwitz. I nasza coraz bardziej wysublimowana techniczna cywilizacja nie uchroni nas przed piekielnymi czeluściami, jeśli wyłączymy ludzkie uczucia, jeśli z jakiegoś powodu uznamy, że dana grupa społeczna, narodowościowa, religijna nie może być tolerowana, to wówczas droga do Srebrenicy, plemiennej rzezi Hutu i Tutsi, lub ludobójczych czystek państwa islamskiego stoi otworem. 

Tylko od nas zależy, czy pozwolimy powrócić Złemu. 

sobota, 30 marca 2019

Recenzja: Grzegorz Motyka, Obywatel "Igła" - krawiec ze Skaryszewa. Analiza mikrohistoryczna kontrrewolucji wyklętych, wyd. ISP PAN, Warszawa 2018



Czytelniku,

Profesor Grzegorz Motyka jest historykiem PAN zajmującym się historią najnowszą, szczególnie stosunkami polsko-ukraińskimi podczas II wojny światowej i represjami komunistycznymi na polskim podziemiu niepodległościowym po wojnie. Jednym słowem to historyk wytrawny, dojrzały i co dla mnie najważniejsze, obeznany ze źródłami epoki w stopniu pozwalającym na zaufanie.
Chciałbym niniejszym postem zrecenzować książkę wyjątkową, bo opartą na metodzie mikro-historycznej: Obywatel "Igła" - krawiec ze Skaryszewa. Analiza mikrohistoryczna kontrrewolucji wyklętych, poświęcona postaci porucznika Tadeusza Zielińskiego pseudonim "Igła" 1927-1948, żołnierza wyklętego walczącego z komunistami w powiatach radomskim i kozienieckim po wojnie. 

Dlaczego zwróciłem uwagę na tę postać i tę książkę? Żyjemy przecież w epoce państwowego kultu żołnierzy wyklętych, którego szeroki zakres możemy obserwować co rusz, przy okazji jakiegoś pomnika, lub przy okazji marszu narodowców w Warszawie, lub co gorsza w marszu nacjonalistów ku czci "Burego" w Hajnówce. Chciałbym też, byście Państwo wiedzieli, że to nie jest moja tradycja. Jednak książka Grzegorza Motyki jest na tyle ciekawa, że chciałbym zatrzymać się na chwilę. Rzadko doprawdy w siermiężnych publikacjach IPN poświęconych żołnierzom wyklętym można spotkać użycie dojrzałych metod historycznych, takich właśnie jak  analiza mikrohistoryczna. Jej najwspanialszym przykładem jest znakomita książką Natalie Zemon Davies "Powrót Martina Guerre`a" z roku 1983. Na zasadzie pars pro toto można dzięki niej pokazać szerszy proces historyczny na podstawie historii jednego człowieka, który urasta do rangi reprezentanta pokolenia lub grupy społecznej.


Niewiele wiemy o historii Tadeusza Zielińskiego (1927-1948), zwykłego, prostego chłopaka, który poszedł do partyzantki AK pod koniec wojny, ale jego prawdziwa, krótka, krwawa walka rozegrała się dopiero po wojnie, z komunistami. Nie wiemy, czy wojnę przeżyli jego rodzice i rodzeństwo. Nie wiemy z kim się spotykał, czy miał dziewczynę. Stał się jednak jednym z najbardziej znienawidzonych przez władze ludową żołnierzy wyklętych, który udanymi akcjami, zabijaniem członków PPR oraz UB (w tym wysokich rangą członków UB) dał się komunistom bardzo we znaki. Po trzech latach zaciętej walki, zagnany i wyczerpany psychicznie i fizycznie, popełnił samobójstwo rozrywając się granatem po zdradzie najbliższego kolegi. Nie ma swojego grobu. Zachowało się jedyne jego zdjęcie:




Jego biografia pozostanie już w znacznej mierze niezrekonstruowana, ale był to jedyny żołnierz wyklęty, który NIE dopuszczał się żadnych antysemickich występków. Pod tym kątem jego sumienie i konto jest czyste. Dla mnie ma to znaczenie. Zarazem Motyka ma świadomość, że kult żołnierzy wyklętych jest dziś fenomenem społecznym i z pewnością jest reakcją ludową, popularną na sączony przez lata przez środowisko "Gazety Wyborczej" dystans do tradycji narodowej, ukazywanej jako coś jednoznacznie złego. Tymczasem "Igła" może być uznany za kontrapunkt w tej narracji. Jest to człowiek zapomniany, a zupełnie niesłusznie.

Motyka udanie tworzy książkę, która jest też analiza socjologiczną i politologiczną tego fenomenu. Odnosi to do uznanych nazwisk polskiej historiografii, takich jak na przykład Paweł Jasienica, także żołnierz wyklęty Zygmunta Szendzielarza - Łupaszki, prześladowany w PRL za biografię i poglądy. Mając za odniesienie znakomity esej Jasienicy " O wojnie domowej" odnoszący się tylko pozornie do kontrrewolucji w Wandei w 1793 Motyka próbuje zrozumieć kontrrewolucję wyklętych i doszukuje się w niej głębokich mechanizmów społecznych, naturalnemu oporowi przeciw tyranii uderzającej w najbardziej intymne dla Polaków miejsca: Kościół Katolicki i tradycję. To żołnierze wyklęci, a nie PPR i PSL cieszyli się na polskiej wsi niekłamanym poparciem. I widzi w tej walce przyczynę dla której kolektywizacja wsi w Polsce nie powiodła się tam, gdzie ugruntowana była własność prywatna. To właśnie jej bronił "Igła".

Porucznik Tadeusz Zieliński "Igła" to bez wątpienia piękny, wspaniały człowiek, którego prawica nie musi się wstydzić. 

Chcę o nim napisać powieść.  

Gra o Tron - recenzja serialu HBO

  Przez długie lata ignorowałem ekranizację „Gry o Tron” według G.R.R. Martina, ponieważ nie uważałem fantasy za poważnego gatunku, który wy...