Epokowa powieść Jana Pelca, czeskiego pisarza undergroundu z lat osiemdziesiątych trafiła do mnie niedawno i wziąłem się za czytanie....Cóż, nawet wyrobiony czytelnik jak ja dostaje obuchem w głowę od pierwszych stron powieści. Jest to bowiem świadomie wykreowana przez autora opowieść o drodze do piekła, zupełnie nie metafizycznego, za to bardzo ziemskiego, z połowy lat osiemdziesiątych z komunistycznej Czechosłowacji, piekła dosłownego bo unurzanego w wódzie, rzygowinach, rynsztoku. To jedna z najbardziej szokujących powieści współczesnych jakie przeczytałem. A nie jest łatwo mnie zaszokować.
Tym, co uderzyło mnie w tej powieści najmocniej, jest sam główny bohater. Olin to postać absolutnie szczególna przez swoją wewnętrzną pustkę. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to drugi – zaraz po dobrym wojaku Szwejku – tak precyzyjnie i z pełną premedytacją wykreowany surogat osobowości w historii czeskiej literatury. Ale o ile Szwejk obnażał absurd militarnego i biurokratycznego systemu monarchii habsburskiej swoim wyuczonym, radosnym idiotyzmem, o tyle Olin dekonstruuje komunistyczną rzeczywistość poprzez całkowitą, niemal zwierzęcą degradację.
Ten chłopak jest dokumentnie wyprany z jakichkolwiek uczuć wyższych. Nie ma w nim wzniosłego buntu opozycjonisty, nie walczy o ideały, sprawiedliwość czy wolność słowa. Olin po prostu chla na umór, bez opamiętania ćpa, rzyga, zapycha się tanimi flakami w podłych knajpach i uprawia przygodny seks byle gdzie i z byle kim. Seks w tej powieści jest zawsze opychający, zwierzęcy i brudny. To jego jedyna, czysto instynktowna odpowiedź na opresyjny, zakłamany świat epoki normalizacji. Biologia bezlitośnie wypiera tu całą ideologię, a upadek staje się świadomym wyborem.
Historia Olina i jego paczki długowłosych wyrzutków to wstrząsający, ciągły zapis staczania się po równi pochyłej. Cały ten koszmar zaczyna się na głębokiej prowincji, w świecie zdominowanym przez wszechobecny alkohol, prymitywną przemoc dorosłych i pierwsze brutalne starcia z milicją. Prawdziwe dno bohaterowie osiągają jednak dopiero w Pradze. Zejście do najgłębszych kręgów undergroundowego piekła sprawia, że ich życie zaczyna sprowadzać się wyłącznie do zdobywania kolejnych działek narkotyków w zadymionych, tanich spelunach. Ostateczna próba ratunku, czyli ucieczka na Zachód, szybko weryfikuje naiwne marzenia o lepszym życiu. Okazuje się, że zmiana granic państwowych i ustroju politycznego wcale nie jest w stanie zapełnić wewnętrznej luki wydrążonej przez lata spędzone w komunistycznym systemie. Olin ucieka z kraju, ale swoje własne, osobiste piekło zabiera ze sobą w plecaku.
Aby oddać w pełni cały ten werbalny i emocjonalny brud, potrzeba było wybitnego słuchu językowego. Jan Stachowski w nowym przekładzie dokonał rzeczy wielkiej. Praca z rynsztokowym językiem Pelca to klasyczne chodzenie po polu minowym – wystarczyłby jeden fałszywy krok, zbytnie wygładzenie lub przeszarżowanie, by wulgarność stała się śmieszna, groteskowa albo po prostu sztuczna. A taka nie jest. Jest surowa, dopasowana do plastyki opisu, zimna i wycyzelowana. Tymczasem polszczyzna w wykonaniu Stachowskiego jest lepka, szorstka i bezkompromisowa, a przy tym niesamowicie naturalna w swoim brudzie. Polski czytelnik słyszy ten uliczny, ćpuński slang tak wyraźnie, jakby sam siedział z Olinem przy jednym, oblepionym tłuszczem stoliku nad miską wspomnianych flaków. Język staje się tu potężnym narzędziem ostatecznego, nihilistycznego buntu.
„...będzie gorzej” to dzieło szokujące, odpychające, ale uderzające swoją bezpardonową szczerością. To fascynujący dokument epoki, pokazujący radykalną autodestrukcję jako jedyną dostępną formę wolności dla pokolenia, któremu odebrano wszystko inne. To jest książka rzeczywiście nie dla każdego. Dla wielu osób może być obrzydliwa i niemożliwa do przeczytania. Ale warto ją dokończyć, ponieważ mówi też pewną istotną prawdę o Czechosłowacji za rządów późnego Husaka. A proszę zauważyć, że z lat osiemdziesiątych nie mamy w Polsce takiej powieści.
Nie mam skali oceny.
.jpg)









.webp)