niedziela, 2 sierpnia 2026

Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560

 

Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby  Autorem opracowania jest Ryszard Kaczmarek, historyk z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, były dyrektor tamtejszego Instytutu Historii. Jako recenzent stawiający sobie dydaktyczny i popularyzatorski cel jestem zobowiązany do odniesienie się zarówno do zewnętrznych, jak i wewnętrznych składników książki. Warto podkreślić, że książka profesora Kaczmarka jest pięknie wydana. Książka jest po prostu pięknym przedmiotem, a starannie dobrane fotografie z epoki świadczą o tym, że kolega Marcin Stasiak sumiennie i dobrze odrobił swoje zadanie. 

Książka Kaczmarka stanowi jego drugie podejście do bardzo ważnego, ale przez kilkadziesiąt lat PRL starannie spychanego pod dywan tematu udziału Polaków w wojsku niemieckim w XX wieku. Profesor Kaczmarek kilka lat temu wydał ciekawą i przełomową książkę o Polakach w hitlerowskim Wehrmachcie. Tym samym udało się Kaczmarkowi opisać fenomen historyczny, który umknął uwadze innych historyków. To ważna cecha dobrego historyka. Jest nas bowiem kilkanaście tysięcy w tym kraju, ale znikomy procent uprawia historię jako pisarze, naukowcy, nauczyciele, czy też łącząc te trzy płaszczyzny jednocześnie. Jako pisarz, nauczyciel i profesjonalny naukowiec podejmuję się niełatwego zadania zrecenzowania tej książki.

W przypadku takiego samograja jakim jest tytuł książki Kaczmarka ja osobiście spodziewałem się dynamicznej narracji, ukazującej zarówno epickość wojny, jak i jednostkowe doświadczenie. Moje pytanie jako recenzenta spoza grona recenzentów uczelnianych, jest następujące: czy Ryszard Kaczmarek podołał zadaniu narracyjnie? Czy jego książka o dramatycznych losach Polaków w armii niemieckiej w latach 1914-1918 jest narracyjnym majstersztykiem? Czy można pisać o wojnie inaczej niż robi to Antony Beevor? Niestety, żyjemy jako historycy w epoce Beevora, mało kto bowiem pisze o zjawisku wojny w sposób tak zajmujący jak on. Sądzę po dogłębnej analizie książki Ryszarda Kaczmarka, że podołał on zadaniu połowicznie.

Konstrukcja książki w moim przekonaniu jest zbyt szeroka. Uważam, że rozdział pierwszy o Polakach w armii niemieckiej przed wojną czytelnik może sobie spokojnie podarować. Jest to bowiem rozdział najzwyczajniej nudny. Od strony 49 przez prawie piętnaście stronnic Kaczmarek po prostu wymienia jednostki armii niemieckiej, w której Polacy są poważną częścią składu. Czytelnik dostaje coś w rodzaju spisu rodem z książki telefonicznej (np. strona 53). Po co pytam? Nadaje się ten tekst do czasopisma naukowego, względnie do jakiejś zbiorowej pracy o genezie wojny światowej i do niej przygotowaniach. Ale nie do takiej książki. Cierpi bowiem dynamika narracji. Konstrukcja dalszych rozdziałów jest linearna, oparta o metodę chronologiczno-problemową. Autor przenosi czytelnika z frontu wschodniego na zachodni, ukazuje wielkie zmagania na froncie zachodnim roku 1916, ukazuje dalsze fronty wojny, w których brali udział Polacy, w tym bałkański. W pewnym sensie tłumaczy Ryszarda Kaczmarka maniera polskich historyków wojskowości, którzy powielają szablon narracji; wojnę opisują przez liczby, podają numery jednostek wojskowych, alokacje tych jednostek. To narracja archaiczna. Aż prosi się o redaktora terrorystę, któremu nie straszny profesorski tytuł. Nic by się nie stało gdyby książka miała 470 stron, a nie ponad 550. Wyrzuciłbym z takiej książki tabele, statystyki i to wszystko, co znamionowało o wadze książki w style szkoły Annales. Tabel na końcu książki Kaczmarka jest mnóstwo. Niepotrzebnie. Nikt do tego nie zajrzy. Tekst powinien bronić się sam.

Jednak na szczęście książka Kaczmarka jest tylko częściowo z niej zbudowana. Śląski historyk wydobył bowiem dzieje Kazimierza Wallisa, polskojęzycznego Ślązaka, który służył w armii Kajzera od 1914 i pechowo zginął we wrześniu 1918 roku, kiedy Niemcy już cofali się pod naporem Sprzymierzonych. Muszę przyznać, że dla tak wymagającego czytelnika jak ja, postać ta stanowić powinna stanowić oś narracyjną książki. W pewnym sensie tak jest. Wallis towarzyszy czytelnikowi od pierwszych stron kampanii 1914 roku, a smutna wiadomość o jego śmierci zgodnie z prawidłami sztuki dramaturgicznej pojawia się w ostatnim kacie, na moment przed ostatnią kropką kończącą książkę. Szkoda, że takich ludzi w książce Kaczmarka jest mniej niż w narracjach Beevora o drugiej wojnie światowej. Może się czepiam, ale jednostkowość wojennego doświadczenia i dramatyzm narracyjny w książce Kaczmarka stoi zaledwie na dostatecznym poziomie. Można było spodziewać się po tej książce takiego dramatyzmu jak w Stalingradzie, gdy Beevor opisuje los hiwisów, obywateli ZSRR w armii niemieckiej. Kaczmarek zrobił jednak wiele, by czytelnika do swojej książki przekonać. Książka wzbogacona jest o pieczołowicie zeskanowane artefakty, notatki Wallisa. Pomysł dobry, bo przybliżający człowieka.

Inne aspekty poznawcze i dydaktyczne książki Ryszarda Kaczmarka stoją na bardzo wysokim poziomie. Ciekawe jest jak profesor pisze o stosunku Niemców do Polaków w niemieckiej armii, gdyż bynajmniej nie traktowano Polaków jako… Polaków.  To zaskakujące. Kaczmarek wydobył ze źródeł ciekawe fragmenty opisujące życie w okopach; jedzenie, rozrywki, a także życie seksualne żołnierzy utrzymujących niekiedy bliskie relacje miłosne z francuskimi lub niemieckimi kobietami (s.276). To bardzo nowoczesne podejście. Obcy jest Kaczmarkowi zideologizowany język sublimacji. Nie pisze o tym, jak Polacy w armii kajzera musieli walczyć marząc o wolnej Polsce, bo takowej w czasie wojny nie było. Pisze natomiast o brutalnej walce  o przeżycie, o aprowizacji, o strachu przed śmiercią oraz o codzienności strasznego życia w okopach, lub na zapleczu frontu.

Książka profesora Kaczmarka jest z pewnością pozycją po którą warto sięgnąć. Proszę jednak uważać: to nie jest narracja w stylu Beevora. Na płaszczyźnie warsztatu historycznego Kaczmarek osiągnął bardzo wysoki poziom; podziw budzi sposób analizy źródeł, internalizacji problemów, jakie niesie wojna. Konstrukcja pracy w oparciu o model linearny przyniosła takie, a nie inne rozwiązania narracyjne. Rodzynki przybliżające codzienność żołnierzy, anegdotyczność narracji, przybliżającej perspektywę mikro-historyczną w książce mającej przecież charakter syntezy są w książce Kaczmarka wielce smacznym, ale dość rzadkim dodatkiem. Wytrawny czytelnik aż prosi więcej. Z pewnością znajdą się amatorzy szczerze zauroczeni książką profesora Kaczmarka. Książka o Polakach w armii Kajzera jest koniecznym prequelem (proszę wybaczyć filmową metaforę) jego udanej książki o Polakach w Wehrmachcie. Jest to książka bardzo dobra, rzetelna, bardzo solidna warsztatowo, monumentalna, na swój sposób wypełniającą wielką lukę w polskiej historiografii. Narracyjnie jest jednak na dobry z minusem, zbyt wiele jest przeniesień z nudnego warsztatu historyka-naukowca, a za mało warsztatu literackiego.


piątek, 17 lipca 2026

Recenzja: Odyseja według Homera, reż. Christopher Nolan, #odyseja #nolan


 W swoim najnowszym filmie Christopher Nolan odchodzi od historycznego realizmu, który, choć ambitny, w „Oppenheimerze” momentami ciążył i odczuwalnie spowalniał narrację. Sięgając po homerowski epos, reżyser paradoksalnie przyspiesza tempo, oferując dzieło o znacznie mocniejszym, zwartym rytmie. Nie jest to jednak klasyczne kino nowej przygody. „Odyseja” w ujęciu Nolana staje się surową dekonstrukcją zachodniego mitu założycielskiego, próbą sprawdzenia, na ile antyczna opowieść wciąż precyzyjnie diagnozuje mechanizmy rządzące współczesnymi społeczeństwami.

Kluczem do odczytania filmu jest radykalna zmiana perspektywy na punkt wyjścia całej historii. Mit nie rozpoczyna się tu od triumfu sprytu, lecz od fundamentalnej zbrodni. Słynny koń trojański – fałszywy dar rzekomego pokoju – to wprost narzędzie rzezi, która na zawsze naznacza głównego bohatera. Odyseusz nie jest dumnym zwycięzcą, lecz człowiekiem przygniecionym własnym czynem. Matt Damon bardzo precyzyjnie poprowadził tę rolę. Jego aktorstwo jest tu wyciszone, pozbawione szarży; gra człowieka pękniętego, osadzonego w chłodnym poczuciu winy i świadomości nieodwracalności podjętych decyzji. Tak jak w Iliadzie bogini eposu ma opiewać Achillesa, tak tutaj spryt Odyseusza. Ale ten spryt wiedzie go do klęski osobistej i odbudowania podstawowych pojęć. 

Reżyser, poruszając się w kategoriach bliskich filozofii Mircei Eliadego, pokazuje moment spalenia Troi jako ostateczny upadek. Odyseusz, dopuszczając się wojennej zbrodni, bezpowrotnie wypada z uporządkowanej przestrzeni sacrum. Od tej chwili zostaje wrzucony w krwawe, brutalne profanum – czas historyczny, w którym zniszczenie obcego miasta okazuje się w istocie zniszczeniem własnego, wewnętrznego domu. To czyn, który wymusza drastyczne pokajanie, a wina staje się cieniem, z którego nie sposób się wyzwolić. Grzechy ściągają Odyseusza wszędzie, na każdym etapie jego tułaczki. Spalenie i wyrżnięcie miasta, za winę porwanej kobiety przez Trojańczyków urasta do rangi najważniejszego wymiaru - wojna ukazana jest tutaj jako rzeźnia bez powodu. 

Konsekwencją tej zbrodni jest tułaczka, która u Nolana traci jakikolwiek wymiar heroicznej przygody. Reżyser nasyca ekranową podróż elementami egzystencjalnego terroru, wprost czerpiąc z koncepcji mysterium tremendum opisanej przez Rudolfa Otto. Spotkania Odyseusza z cyklopem, ludem olbrzymów czy potężnymi żywiołami nie stanowią tu widowiskowych przeszkód do pokonania. To konfrontacja z absolutnym, obezwładniającym przerażeniem.

Bogowie i mityczne istoty reprezentują numinosum – siłę całkowicie obcą, nieludzką i bezlitosną. Czasami bogów widzimy - Atena (gra ją Zendaia) pokazuje się bohaterowi, ale w czasie rzezi miasta Odyseusz widzi jak jego ludzie ścinają ją wraz z miastem. Bogowie giną zatem w ludzkiej rzezi. Konsekwencją tego wyboru musi być samotność. Bohater jest skazany na fizyczne i psychiczne tortury, ponieważ sam wcześniej naruszył naturalny porządek. Zamiast tryumfalnych potyczek, widz otrzymuje obraz człowieka poddanego okrutnej inicjacji. W tym świecie samotność i cierpienie pozostają jedyną drogą do zyskania jakiejkolwiek samoświadomości.

Ten egzystencjalny ciężar najdobitniej wybrzmiewa w scenie zstąpienia do zaświatów, homerowskiego Hadesu. Nolan rezygnuje tu z taniej mistyki na rzecz surowego naturalizmu. Widzimy czarną, wulkaniczną plażę – najprawdopodobniej sfilmowaną na Islandii – z której mroku i pyłu wyłaniają się dusze zmarłych. Aby jednak zjawy mogły przemówić do żywych, muszą najpierw pożywić się świeżą krwią. Krew, którą Odyseusz wylał w Troi, by zdobyć władzę nad losem, teraz staje się jedyną walutą, za którą może kupić prawdę o sobie.

Najistotniejszy wniosek płynący z tej narracji dotyczy mechanizmów zbiorowej pamięci i dotyka nas tu i teraz. Nolan wskazuje, że każda cywilizacja nosi w sobie nasiona własnego upadku – zgodnie z mitem wiecznego powrotu, społeczeństwa osiągają wiedzę o sobie tylko po to, by natychmiast ją wyprzeć. Zbrodnie popełnione w przeszłości przez narody są szybko spychane w niepamięć; ucieczka przed „terrorem historii” bywa łatwiejsza niż wzięcie za nią odpowiedzialności. Świat musi ulegać cyklicznemu zniszczeniu, by z popiołów mogło narodzić się nowe.

Ten uniwersalny mechanizm znajduje bardzo konkretne odzwierciedlenie w lokalnym, polskim kontekście odbioru dzieła. Marginalny epizod – obsadzenie czarnoskórej aktorki w dwuminutowej roli Heleny Trojańskiej – wywołał histeryczną reakcję części prawicowych środowisk. Taka postawa obnaża całkowity brak narzędzi analitycznych i kulturowe zamknięcie polskiej prawicy. Duszę się po tej stornie. Potwierdza to wprost diagnozę Karla Poppera ze „Społeczeństwa otwartego i jego wrogów”: Polacy w dużej mierze wciąż funkcjonują jako naród historycystyczny. Zamiast dostrzec uniwersalny mit o winie i konieczności odnowy, społeczeństwo zamknięte woli trwać w pułapce resentymentów, nieustannie rozdrapując i uaktualniając dawne rany – co widać dziś wyraźnie w napięciach na linii polsko-ukraińskiej. Fiksacja na nieistotnych detalach blokuje możliwość konfrontacji z właściwym sensem kulturowego tekstu.

Finałowy akt powrotu na Itakę domyka tę chłodną diagnozę. Odyseusz dociera do celu – swojego axis mundi, pępka świata i jedynego punktu, który dawał iluzję stabilności. Odzyskanie porządku wymaga jednak ostatecznej, krwawej rozprawy z zalotnikami. Gdy rzeź dobiega końca, bohater zyskuje ostateczną, tragiczną świadomość: człowiek, którego ręce są umazane we krwi Trojan i wciąż na nowo karmionych nią upiorów z czarnej plaży, nie może stać się fundamentem nowej epoki. Odyseusz jest pozbawiony złudzeń. W akcie rezygnacji, zrzeka się tronu na rzecz Telemacha. Stare musi definitywnie odejść. Odbudować świat może tylko ktoś nieskażony. 

„Odyseja” to kino gęste od znaczeń, konsekwentnie trzymające się ciężkiego, filozoficznego tonu. Reżyser serwuje analityczne spojrzenie na cykle cywilizacyjnej destrukcji i mechanizmy wypierania win, przypominając, że antyczny mit służy nie do budowania pomników, lecz do brutalnego diagnozowania naszych własnych zbrodni.

Polecam 7/8 na 10. 

piątek, 10 lipca 2026

Sen o Cieszynie, esej #cieszyn

 

Cieszyn powitał mnie restauracją PODKRÓLEM  POLSKIM , niestety nie wstąpiłem, może innym razem naciągając od ulicy Bielskiej skierowałem się do centrum. Cieszyn jest położony urokliwie na wzgórzach i trzeba często kierować się to w dół to w górę właśnie.  


Mieszkam w Bielsku-Białej, zaledwie rzut kamieniem stąd. A jednak przez lata Cieszyn pozostawał dla mnie białą plamą na mapie, miastem, które niesłusznie omijałem. Biję się w pierś – to moja wina. Powinienem był przyjeżdżać tu znacznie częściej. Kiedy jednak 6 lipca moje drogi wreszcie zawiodły mnie do tego miasta, poczułem coś, co można opisać tylko jako architektoniczne i kulturowe przebudzenie.

Galicyjski czar i maestria kamienic

To, co uderza w Cieszynie od pierwszych kroków, to niebywała maestria tutejszych kamienic. Spacerując po polskiej stronie, na której zachowała się większość historycznego rynku, ma się nieodparte wrażenie obcowania z echem dawnych Austro-Węgier. Nic w tym dziwnego – podczas I wojny światowej to właśnie tu mieściła się kwatera główna armii austro-węgierskiej.

W stromych uliczkach pnących się po wzgórzu, na którym zbudowano miasto, kryje się atmosfera, w której jest coś z Krakowa i coś z Brna – coś pięknego i nieokreślonego. Fantastyczne fasady, urzekające, niekiedy malutkie kościoły (jak choćby urokliwe okolice św. Mikołaja) i zakamarki starówki robią kolosalne wrażenie. 


Aż żal ściska serce na myśl, że nie zachował się w całości dawny zamek cieszyński, zniszczony przez Szwedów w pożodze wojny trzydziestoletniej. Mimo to, polska strona Cieszyna zachwyca. Jest jak plastyczny sen, do którego wiem, że będę od teraz często wracał. Urok kamienic, korytarzy skrytych pod arkadami kryjących małe sklepiki, księgarnie, czy knajpki gdzie można zjeść cieszyńskie kanapki. 



Blizna z 1920 roku

Cieszyn to jednak miasto z pękniętym życiorysem. W 1920 roku, decyzją konferencji Rady Ambasadorów w Spa, zostało przecięte sztuczną granicą. Dziś ta granica opiera się na Olzie, ale przecież przez setki lat ten miejski organizm stanowił nierozerwalną jedność. To spotkanie, a zarazem bolesne rozstanie kultur, jest tu wciąż niemal namacalne. W dawnym podominikańskim kościele miałem wrażenie, że rzeźba do mnie przemówiła, ale gdym się ocknął z tego snu na jawie, zachowała tylko zawoalowany uśmiech. 



Tego dnia, po ostatnich deszczach, Olza była spieniona i niespokojna. Przeszedłem przez most na stronę czeską i... wkroczyłem do zupełnie innego świata.

Czeski Cieszyn: Puste kościoły i ceraty z lat 90.

Kontrast między tętniącym życiem polskim Cieszynem a jego czeskim odpowiednikiem jest dramatyczny. Trzeba tego doświadczyć na własnej skórze, by to zrozumieć, bo większość z nas zatrzymuje się tu tylko po to, by przekroczyć granicę w drodze na południe.

Zawędrowałem w okolice kościoła Chrystusa Króla. Był pusty. Zresztą, puste czeskie kościoły to zjawisko powszechne – temat rzeka na zupełnie inną opowieść. Czeski Cieszyn sprawia wrażenie miasta uśpionego, będącego sypialnią dla większego ośrodka, może pobliskiej Ostrawy. Na ulicach minąłem zaledwie kilkoro starszych ludzi.

W poszukiwaniu schronienia i klimatu trafiłem do pubu, który wyglądał, jakby został żywcem wyciągnięty z kart powieści „...będzie gorzej” Jana Pelca. Miejsce dość obskurne, ale do bólu autentyczne. Ławki i stoliki przykryte ceratą pamiętającą lata 90., a za barem starsza Czeszka, która z uśmiechem nalała mi piwa. Było w tym coś surowego i pięknego zarazem. Piwo, jak głosił slogan, było od Boga i tak oto dokonała się ta sprytna metafizyczna teologia piwna. Bardzo czeskie.



Wrota do Czech

Dla wielu Cieszyn to tylko punkt tranzytowy, ale dla mnie stał się bramą. Czeska strona, mimo swojego uśpienia, dysponuje doskonałymi połączeniami kolejowymi – zarówno ze Słowacją, jak i z centralnymi Czechami.

To był dopiero początek. W nadchodzących tygodniach tych wakacji zamierzam wsiąkać w Czechy. Będę tam jeździł, bo jestem szalenie ciekawy tego kraju – kraju, który, jak by nie patrzeć, jako jedyny do tej pory wydał moje książki. Będę łowił tematy, chwytał w obiektywie ludzi i sytuacje, będę szukał inspiracji na pograniczu, które wciąż ma do opowiedzenia tak wiele fascynujących historii.

Cieszyn to był dobry początek mojego czeskiego snu. 

Wkrótce więcej z mojego czeskiego itinerarium tego lata. 

niedziela, 21 czerwca 2026

Recenzja: Jan Pelc, ...będzie gorzej, tłum. J. Stachowski, Wołowiec, CZARNE 2014


Czytelniczko, Czytelniku tego bloga 
 

Epokowa powieść Jana Pelca, czeskiego pisarza undergroundu z lat osiemdziesiątych trafiła do mnie niedawno i wziąłem się za czytanie....Cóż, nawet wyrobiony czytelnik jak ja dostaje obuchem w głowę od pierwszych stron powieści. Jest to bowiem świadomie wykreowana przez autora opowieść o drodze do piekła, zupełnie nie metafizycznego, za to bardzo ziemskiego, z połowy lat osiemdziesiątych z komunistycznej Czechosłowacji, piekła dosłownego bo unurzanego w wódzie, rzygowinach, rynsztoku. To jedna z najbardziej szokujących powieści współczesnych jakie przeczytałem. A nie jest łatwo mnie zaszokować. 

Tym, co uderzyło mnie w tej powieści najmocniej, jest sam główny bohater. Olin to postać absolutnie szczególna przez swoją wewnętrzną pustkę. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to drugi – zaraz po dobrym wojaku Szwejku – tak precyzyjnie i z pełną premedytacją wykreowany surogat osobowości w historii czeskiej literatury. Ale o ile Szwejk obnażał absurd militarnego i biurokratycznego systemu monarchii habsburskiej swoim wyuczonym, radosnym idiotyzmem, o tyle Olin dekonstruuje komunistyczną rzeczywistość poprzez całkowitą, niemal zwierzęcą degradację.

Ten chłopak jest dokumentnie wyprany z jakichkolwiek uczuć wyższych. Nie ma w nim wzniosłego buntu opozycjonisty, nie walczy o ideały, sprawiedliwość czy wolność słowa. Olin po prostu chla na umór, bez opamiętania ćpa, rzyga, zapycha się tanimi flakami w podłych knajpach i uprawia przygodny seks byle gdzie i z byle kim. Seks w tej powieści jest zawsze odpychający, zwierzęcy i brudny. To jego jedyna, czysto instynktowna odpowiedź na opresyjny, zakłamany świat epoki normalizacji. Biologia bezlitośnie wypiera tu całą ideologię, a upadek staje się świadomym wyborem.

Historia Olina i jego paczki długowłosych wyrzutków to wstrząsający, ciągły zapis staczania się po równi pochyłej. Cały ten koszmar zaczyna się na głębokiej prowincji, w świecie zdominowanym przez wszechobecny alkohol, prymitywną przemoc dorosłych i pierwsze brutalne starcia z milicją. Prawdziwe dno bohaterowie osiągają jednak dopiero w Pradze. Zejście do najgłębszych kręgów undergroundowego piekła sprawia, że ich życie zaczyna sprowadzać się wyłącznie do zdobywania kolejnych działek narkotyków w zadymionych, tanich spelunach. Ostateczna próba ratunku, czyli ucieczka na Zachód, szybko weryfikuje naiwne marzenia o lepszym życiu. Okazuje się, że zmiana granic państwowych i ustroju politycznego wcale nie jest w stanie zapełnić wewnętrznej luki wydrążonej przez lata spędzone w komunistycznym systemie. Olin ucieka z kraju, ale swoje własne, osobiste piekło zabiera ze sobą w plecaku.

Aby oddać w pełni cały ten werbalny i emocjonalny brud, potrzeba było wybitnego słuchu językowego. Jan Stachowski w nowym przekładzie dokonał rzeczy wielkiej. Praca z rynsztokowym językiem Pelca to klasyczne chodzenie po polu minowym – wystarczyłby jeden fałszywy krok, zbytnie wygładzenie lub przeszarżowanie, by wulgarność stała się śmieszna, groteskowa albo po prostu sztuczna. A taka nie jest. Jest surowa, dopasowana do plastyki opisu, zimna i wycyzelowana. Tymczasem polszczyzna w wykonaniu Stachowskiego jest lepka, szorstka i bezkompromisowa, a przy tym niesamowicie naturalna w swoim brudzie. Polski czytelnik słyszy ten uliczny, ćpuński slang tak wyraźnie, jakby sam siedział z Olinem przy jednym, oblepionym tłuszczem stoliku nad miską wspomnianych flaków. Język staje się tu potężnym narzędziem ostatecznego, nihilistycznego buntu.

„...będzie gorzej” to dzieło szokujące, odpychające, ale uderzające swoją bezpardonową szczerością. To fascynujący dokument epoki, pokazujący radykalną autodestrukcję jako jedyną dostępną formę wolności dla pokolenia, któremu odebrano wszystko inne. To jest książka rzeczywiście nie dla każdego. Dla wielu osób może być obrzydliwa i niemożliwa do przeczytania. Ale warto ją dokończyć, ponieważ mówi też pewną istotną prawdę o Czechosłowacji za rządów późnego Husaka. A proszę zauważyć, że z lat osiemdziesiątych nie mamy w Polsce takiej powieści. 

Nie mam skali oceny. 

niedziela, 10 maja 2026

Recenzja: Andrzej Muszyński, Cyklon, Wołowiec 2025, ss. 260 #birma #myanma #reportaż



Czytelniczko, Czytelniku tego bloga 

Nigdy nie wpadłbym na pomysł, żeby przeczytać książkę Andrzeja Muszyńskiego "Cyklon" wydaną przez wydawnictwo Czarne z Wołowca, które reprezentuje wszystko co najlepsze w polskiej książce non-fiction, gdyby nie moje podróże do Warszawy i kilka wolnych chwil przed odjazdem pociągu. Nie była to nowość, ale zainteresowała mnie egzotyka kraju, w którym nigdy nie byłem. Muszę przyznać, że nie znam bliżej pana Muszyńskiego jako autora reportaży i to jest jego pierwsza książka, którą przeczytałem. Muszę też dodać, że niewiele wiem o Birmie, jej historii, uwarunkowaniach społeczno-politycznych, a już zupełnie nową rzeczą było dla mnie zaznajomienie się z licznymi grupami mniejszości narodowych, jakie zamieszkują ten zaskakujący kraj jakim jest Birma, czyli Myanma. 

Istotną częścią doświadczenia tej książki jest jej głębokie osadzenie w kontekście. Historia tego kraju, przede wszystkim buddyjskiego, jest uwarunkowana narracyjnie w taki sposób, że autor zdołał wpleść średniowiecze Birmy oraz jej brytyjską epokę kolonialną w kontekst opowieści, której siłą są ludzie. Muszyński portretuje ich z pewną życzliwością, do której jako autor ma prawo. Wyłuskuje ich historie - jest tam mnich buddyjski, jest oficer armii birmańskiej, który uciekł - to jego historia dość długa otwiera książkę. Wspólnym mianownikiem tej książki jest doświadczenie okrucieństwa junty wojskowej, która terroryzuje Birmę od 1962 roku staczając ten kraj w otchłań korupcji, nędzy i przemocy. Właśnie przemoc jest bardzo istotna, bo choć to kraj buddyjski, jest jej pełen i ma ona wymiar tragicznej niemożliwości zmiany rządów. Wszystkie wysiłki na rzecz demokratyzacji, jakie społeczeństwo tego kraju by nie podjęło, są skazane na niepowodzenie. 

Nie mniej istotną częścią składową książki, płaszczyzną interpretacyjną, jest czas przeszły. On wraca w strukturze narracyjnej książki w postaci brytyjskiego generała Wingate`a który prowadził nietuzinkową wojnę z Japończykami oraz George`a Orwella, który jako policjant spędził w Birmie trochę czasu służąc w administracji kolonialnej. Czas przestał być w książce linearny, przez co nabiera ona głębszego charakteru, ale dla mniej wyrobionego czytelnika może to powodować kłopot przez konieczność powrotu do wcześniejszych partii tekstu. Trzeba głęboko wniknąć w konteksty, żeby zrozumieć istotę opowiadanej historii, kraju uwikłanego w nieunikniony fatalizm. Ten fatalizm jest ciekawie wpleciony w narrację, gdyż autor pisze o tym, że raz na kilkadziesiąt las kwitną i owocują bambusy, i to jest początek plagi szczurów. Zresztą ze szczurami wysnuwa wniosek odnośnie Orwella, jego paniczny strach przed tymi stworzeniami został przecież dobitnie pokazany w "Roku 1984". 

W tytule książki jest "Cyklon", i po lekturze książki tytuł niewiele mówi, ponieważ sugeruje opowieść o Birmie podczas cyklonu z 2008 który zniszczył większość kraju i zabił ponad sto tysięcy ludzi. O tym wydarzeniu autor pisze, ale nie jest to główny motyw książki. To jak gdyby historia doszyta do głównej narracji. Mnie szczególnie zainteresował wątek buddyjski, ponieważ z racji nauczania filozofii w szkole na rozszerzeniu mam też lekcję o buddyjskiej filozofii pustki. Może cytaty z książki posłużą mi do lekcji?  

Książka Andrzeja Muszyńskiego to niełatwa w odbiorze, ciekawie i ze znawstwem napisana narracja ukazująca portret egzotycznego i niebezpiecznego kraju. Dodajmy, że w roku 2021 junta znów powróciła do władzy. Książka wymaga uwagi, ale jest na bardzo dobrym poziomie historycznym, metaforycznym i reporterskim. 

Moja ocena 8/10 

 

sobota, 2 maja 2026

Recenzja: Artur Nowak, Stanisław Obirek, Skandaliści w sutannach. Od kardynała Wyszyńskiego do arcybiskupa Jędrzejewskiego, wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2024





Czytelniczko, Czytelniku 

Książka Artura Nowaka i Stanisława Obirka, wydana w twardej oprawie, przez wydawnictwo Prószyński i Ska w roku 2024 sugeruje już w tytule, że rzecz jest o skandalach w kościele katolickim w Polsce. Przeczytałem tę książkę i jeśli mam być szczery nie dowiedziałem się z niej niczego, czego nie wiedziałabym z przestrzeni medialnej. Jest to książka składająca się z 16 portretów różnych duchownych, zarówno żyjących jak i nieżyjących, lub zupełnie kuriozalnych jak ostatni rozdział poświęcony księdzu Piotrowi Skardze, tak jakby przez ostatnie 400 lat od czasów jego życia nie powstała żadna synteza historiografii tego człowieka kontrreformacji w Polsce. Autorzy niczego nie odkrywają nowego. Ale do rzeczy. Nie wiem, czym ta książka jest. Nie jest syntezą, analityczną rozprawą, ani też studium biograficznym tych wszystkich osób. Co łączy te postacie? Co prymas Wyszyński ma wspólnego z pedofilem księdzem Dymerem? Ja się z książki tego nie dowiedziałem. 

Kim są autorzy? To eks-ksiądz katolicki profesor Stanisław Obirek, oraz pan Artur Nowak. Odsyłam do wikipedii oraz innych źródeł opisujących dorobek obu panów, nie ma więc sensu bym przytaczał tutaj te fakty. Obaj panowie popełnili razem kilka książek, których tezą wspólną jest obsesja na temat kościoła katolickiego, wyraźna i tendencyjna, wolterowska, fanatyczna mania piętnowania grzechów kościoła. Może i słuszna, bo kościół sam sobie na to zapracował. Ojciec Rydzyk jest symbolem tego kościoła od 30 lat.  

Istotną cechą tej książki ma być rozliczenie z ludźmi kościoła. Ale trudno czyta się niektóre rozdziały rozliczeniowe. Szczególnie trudny i nieuczciwy jest rozdział o arcybiskupie Życińskim, zmarłym w 2011 roku metropolicie lubelskim, rzecznikiem kościoła otwartego, zaszczuwanego przez narodową prawicę i wielbicieli radia Maryja. Postawienie go w jednym rzędzie z pedofilem księdzem Dymerem jest szczególnie niesmaczne i nieuczciwe. Zwłaszcza, że dwie rzeczy, które zarzucają hierarsze autorzy to cięty język na postkomunistów (z czym się zgadzam) i rzekomą, bo nieudowodnioną nigdy z braku dowodów współpracę z SB. Zdumiewa, że nie przeszkadza obu autorom cytowanie prof. Cenckiewicza, postać niezwykle charakterystyczną, z kręgu narodowej prawicy. Z tekstu o Wyszyńskim nie dowiedziałem się niczego, poza tym, że w przekonaniu autorów był maryjny i dewocyjny. Takie były czasy. Podstawowy zarzut jaki ja teraz czynię tej książce to brak kontekstu. Żeby zrozumieć Wyszyńskiego, postać cokolwiek ogromną jak na polski kościół, trzeba przeczytać biografię pióra Ewy Czaczkowskiej, wyważoną i staranną.  

Nie ma zatem sensu przytaczać fragmentów tego dzieła, wszystkie te rozdziały są narysowane zbyt grubą kreską, pozbawioną niuansów, wyważenia i samokrytycyzmu. Nawet te naprawdę mocne, jak dobrze udokumentowany rozdział o księdzu Dymerze, tracą wyrazistość, bo całość książki jest narysowana zbyt topornie, zbyt nachalnie i zbyt napastliwie. Czym zatem jest tak książka i do kogo jest adresowana? To pamflet i adresowany jest do tych, którzy nienawidzą kościoła katolickiego i z przyjemnością przeczytają kolejną książkę utwierdzającą z góry założone tezy. Dawni czytelnicy tygodnika "Nie" i współcześni wyznawcy liberalnej wisienki. 

Nie polecam zatem tej książki, ani jako źródła, ani jako opinii, co najwyżej jest to przyczynkarski tekst pokazujący, że będąc zaangażowanym po jednej ze stron - a to wynika jasno z dorobku obu panów - nie można napisać wyważonej i wyśrodkowanej książki. Przy czym nie można postawić autorom zarzutu nierzetelności - wprawdzie książka nie ma przypisów, ale cytaty są dobrze i wyraźnie zaznaczone. Problemem książki nie jest warsztat, ani opisywane fakty, gdyż obaj autorzy wiedzą jak się pisze książki, ile zarzutem już jest nieosiągalny dla nich postulat "sine ira et studio", bo gniew i niechęć jest widoczna od pierwszej do ostatniej strony. A to osłabia każdą "zaangażowaną" światopoglądowo narrację. 

Moja ocena 5/10 

niedziela, 19 kwietnia 2026

Recenzja: Arkadiusz Stempin, Sojusznicy. Od Fryderyka i Katarzyny Wielkiej do Merkel i Puitina, Wyd. Agora 2016 (nowe wydanie), ss.500

 


Książka Arkadiusza Stempina „Sojusznicy. Od Fryderyka i Katarzyny Wielkiej do Merkel i Putina” (Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016, 500 s.) to obszerna pozycja o charakterze historyczno-publicystycznym, analizująca ewolucję relacji niemiecko-rosyjskich. Autor jest historykiem, politologiem i profesorem, wykładowcą akademickim. 

Książka charakteryzuje się przejrzystą strukturą, opartą na chronologicznym podziale materiału. Oś narracyjną stanowią biografie kluczowych postaci kształtujących politykę obu państw na przestrzeni wieków. Stempin rozpoczyna analizę w XVIII wieku od zestawienia Fryderyka Wielkiego i Katarzyny Wielkiej – oboje wywodzili się z Prus, mimo że ta druga zapisała się w historii jako caryca Rosji. W kolejnych rozdziałach autor przechodzi przez epokę romantyzmu, opisując relacje królowej Luizy Pruskiej z carem Aleksandrem I, a następnie analizuje dyplomację Otto von Bismarcka i Aleksandra II.

Wiek XX i początek XXI zostały zaprezentowane przez pryzmat znanych konfiguracji politycznych. Autor merytorycznie omawia działania niemieckich służb cesarskich względem Włodzimierza Lenina w trakcie I wojny światowej, układy między Adolfem Hitlerem a Józefem Stalinem, a także powojenną i zimnowojenną dyplomację na liniach Konrad Adenauer – Nikita Chruszczow oraz Willy Brandt – Leonid Breżniew. Zestawienie zamyka rozdział poświęcony relacjom Angeli Merkel i Władimira Putina. Narracja kończy się na roku 2016, akcentując rolę porozumień mińskich w zamrożeniu pierwszej fazy wojny, co z perspektywy czasu pozwoliło Ukrainie zyskać niezbędny czas. Choć cała publikacja nie straciła na ogólnej aktualności, wspomniany ostatni rozdział wymagałby obecnie zredagowania i uzupełnienia o późniejsze wydarzenia.

Rozbudowując analizę tej publikacji, należy zwrócić szczególną uwagę na kluczowe wątki tematyczne, które spajają chronologiczną narrację. Główną osią książki jest koncepcja Realpolitik – chłodnej, pragmatycznej kalkulacji politycznej, która w relacjach niemiecko-rosyjskich regularnie brała górę nad względami ideologicznymi czy aksjologicznymi. Autor zręcznie ukazuje, jak na przestrzeni wieków terytoria Europy Środkowo-Wschodniej były traktowane przez Berlin i Moskwę jako strefa buforowa oraz przedmiot geopolitycznych transakcji. Od rozbiorów w epoce fryderycjańskiej po ustalenia paktu Ribbentrop-Mołotow, Stempin dowodzi, że strategiczne interesy obu mocarstw wielokrotnie realizowano kosztem państw ościennych.

Drugim istotnym wątkiem jest ewolucja charakteru owego sojuszu – stopniowe przejście od powiązań stricte dynastycznych i militarnych do głębokiej współzależności gospodarczej. Zjawisko to uwypuklono w rozdziałach dotyczących najnowszej historii. Autor precyzyjnie analizuje niemiecką Ostpolitik, która utorowała drogę do współczesnego uzależnienia energetycznego Europy, będącego przez lata fundamentem relacji Berlina i Moskwy. Trzeci poziom analizy stanowi rola jednostki w kształtowaniu państwowej strategii. Stempin dekonstruuje oficjalne wizerunki przywódców, argumentując, że osobiste predyspozycje, antypatie czy fobie decydentów miały bezpośrednie przełożenie na decyzje makropolityczne.

Pod względem warsztatowym jest to publicystyczno-gawędziarska historia dyplomacji. Arkadiusz Stempin dysponuje piórem żywym i inteligentnym. Tekst, mimo powagi tematu, napisany jest dynamicznie, a narracja ma charakter anegdotyczny. Obfituje w detale obyczajowe, cytaty z korespondencji, opisy znaczących gestów oraz historie o nieco pikantnym zabarwieniu, co skutecznie urozmaica odbiór faktów historycznych.

Zestawienie analitycznego podejścia, ukazującego mechanizmy imperialnego pragmatyzmu, z lekką formą sprawia, że książka jest wciągająca i inspirująca intelektualnie. Dzięki swojej przystępności, pozycja ta doskonale sprawdza się jako lektura w podróży – z powodzeniem można ją czytać podczas dłuższych tras pociągiem. Jest to rzeczowa i sprawnie napisana synteza skomplikowanych i kluczowych dla Europy relacji bilateralnych. Książkę przeczytałem w pociągach między Warszawą i Bielskiem-Białą. 

Ocena: 7,5/10 

niedziela, 15 marca 2026

Mord w Czarnym Lesie

 


Długi Cień Czarnego Lasu 

Historia mordu polskiej inteligencji ze Stanisławowa w sierpniu 1941 roku to nie tylko opowieść o brutalności niemieckiego okupanta. To przede wszystkim mroczne studium zdrady elit i dowód na to, jak wysokie wykształcenie potrafi iść w parze z moralnym upadkiem. W centrum tej tragedii stoją dwie postacie, których biografie stanowią wyzwanie dla współczesnej pamięci historycznej: dwaj ukraińscy nauczyciele Iwan Rybczyn i Nikifor Danysz.

Tragedia w Czarnym Lesie pod Pawełczem, gdzie życie straciło około 250 polskich nauczycieli, była operacją zaplanowaną z chirurgiczną precyzją. Niemcy, pod dowództwem SS-Hauptsturmfuhrera Hansa Krügera, słynnego kata ze Stanisławowa, potrzebowali lokalnej wiedzy, by skutecznie uderzyć w polskie warstwy przywódcze. Tę wiedzę dostarczyli im koledzy ofiar – ukraińscy pedagodzy. Iwan Rybczyn (1892–1970) nie był człowiekiem z marginesu. Był doktorem filozofii, humanistą z wiedeńskim dyplomem obronionym cum laude w 1921 roku. Jego rozprawa doktorska, „Wirkungen des individuellen und symbiotischen Strebens”, brzmi dziś jak gorzka ironia losu. Człowiek analizujący „symbiotyczne dążenia” sporządził listę proskrypcyjną swoich kolegów, z którymi przez lata dzielił korytarze stanisławowskich gimnazjów.

Mechanizm zbrodni był perfidny. Polskich nauczycieli zwabiono na rzekomą naradę pedagogiczną przed rozpoczęciem roku szkolnego. Zamiast dyskusji o edukacji, czekały na nich ciężarówki, a następnie doły śmierci. Na czele tej listy tragicznych postaci stał prof. Antoni Umański, wieloletni dyrektor Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Stanisławowie. Umański był nie tylko administratorem, ale filarem lokalnej społeczności, człowiekiem, który kształtował kręgosłupy moralne pokoleń młodzieży. Wraz z nim w mroku Czarnego Lasu zniknęli wybitni pedagodzy: historyk Maksymilian Słuszkiewicz, polonista Franciszek Junkuszew, matematyk Jan Polański czy artysta malarz Władysław Łuczyński, który uczył rysunku. Każde z tych nazwisk to osobna tragedia przerwanej misji cywilizacyjnej. To nie byli anonimowi urzędnicy, lecz ludzie tworzący unikalny mikrokosmos miasta. Ich śmierć nie była „ubocznym skutkiem wojny” – była celową dekapitacją polskiej kultury, dokonaną rękami tych, którzy znali ich najlepiej. Kiedy prof. Umański wchodził na pakę ciężarówki, prawdopodobnie wciąż nie wierzył, że za jego wyrokiem stoją ludzie, z którymi jeszcze niedawno spierał się o metodykę nauczania czy programy szkolne. Profesor Umański jest postacią w mojej powieści "Poszukiwana".  

Najbardziej uderzającym aspektem tej historii jest powojenny los Rybczyna. 

Podczas gdy jego ofiary spoczywały w bezimiennych mogiłach, on z powodzeniem wykreował się na nowo. Po emigracji do Australii zyskał status wybitnego intelektualisty i działacza oświatowego. Jako prezes oddziału Towarzystwa Naukowego im. Szewczenki w Sydney, Rybczyn pisał wspomnienia o swoim poświęceniu dla ukraińskiej kultury, całkowicie przemilczając swój udział w wydarzeniach z 1941 roku. Stał się klasycznym przykładem historycznego palimpsestu – na krwawej karcie kolaboracji zapisał nową, chwalebną biografię szanowanego emigranta. Gdyby nie odwaga i determinacja Karoliny Lanckorońskiej, która ujawniła prawdę o mordzie stanisławowskim, postać ta mogłaby na zawsze pozostać nieskalana.

Dzisiejsza Ukraina, krwawiąca w walce o swoją suwerenność i europejską tożsamość, staje przed trudnym zadaniem. Postulat rozliczenia się ze zbrodniami OUN-UPA nie jest uderzeniem w ukraińską państwowość, lecz warunkiem jej dojrzałości. Wolna i demokratyczna Ukraina nie może budować swojego panteonu na fundamentach przemilczenia. Postacie takie jak Rybczyn, choć zasłużone dla ukraińskiej oświaty na emigracji, muszą zostać ocenione w pełnym świetle faktów.

Wołanie o pamięć o Czarnym Lesie i takich ludziach jak prof. Umański nie jest aktem zemsty, lecz obowiązkiem wobec prawdy. Zbrodnia ta pokazuje, że zanik pragnienia metafizyki i zastąpienie go kultem narodu prowadzi do ontologicznego rozkładu sumienia – nawet u doktorów filozofii. Rzetelna debata o tamtych wydarzeniach jest konieczna, by biografie zbrodniarzy przestały być maskowane panegirykami, a ofiary odzyskały należne im miejsce w zbiorowej pamięci obu narodów. 

W takim duchu proszę tez czytać moją najnowszą powieść "Poszukiwana". 



niedziela, 8 lutego 2026

Recenzja: #Will, reż. Tim Mielants, film wojenny, Belgia 2023, #Netflix

 


W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyserii Tima Mielantsa przeszedł przez polskie ekrany niemal bez echa, ginąc gdzieś pomiędzy kolejnymi komediami romantycznymi a serialami true crime. To błąd niewybaczalny. "Will" to bowiem kino wybitne, duszne i lepkie od strachu, które nie bawi się w hagiografię, lecz bezlitośnie nurza widza w moralnym błocie okupowanej Antwerpii.

Jest rok 1942. Antwerpia tonie w deszczu i mroku. Wilfried Wils, młody policjant, próbuje po prostu przetrwać. W przeciwieństwie do okupowanej Polski czy Ukrainy, tutaj za ukrywanie Żydów nie grozi automatyczna kara śmierci dla całej rodziny. A jednak strach jest wszechobecny.

Punkt zwrotny następuje szybko i brutalnie. Will wraz z partnerem otrzymują rozkaz asystowania niemieckiemu żandarmowi. Niemiec nie idzie na patrol – idzie wymusić haracz od ukrywającej się żydowskiej rodziny. Sceneria jest apokaliptyczna: ulewa, noc,  i sterty stalowych podkładów kolejowych. Kiedy pijany władzą i nienawiścią żandarm zaczyna katować bezbronnego Żyda, w Willu pęka tama. To nie jest akt heroizmu, to odruch. Will popycha Niemca na stalowe podkłady kolejowe. Miażdży mu głowę. Niemiec ginie. Ciało ląduje w studzience. Deszcz zmywa krew, ale nie zmywa winy. Od tej chwili film zmienia się w gęsty thriller psychologiczny, w którym stawką jest nie tylko życie, ale i resztki człowieczeństwa.

Trup nazisty uruchamia machinę terroru. Do gry wchodzi Gestapo, a wraz z nim postać, która kradnie każdą scenę, w której się pojawia – esesman Gregor Schnabel. Wcielający się w niego Dimitrij Schaad (błyszczący wcześniej w serialu "Kleo") tworzy kreację wybitną. Jego Schnabel to nie wrzeszczący furiat z tanich filmów wojennych. To esesman wyrafinowany, cyniczny, inteligentny i... przerażająco spokojny. Śledztwo, które prowadzi, jest drobiazgowe i metodyczne. Schnabel gra na najczulszych strunach ludzkiej psychiki, wiedząc, że każdy ma punkt pęknięcia. To właśnie on uosabia tezę filmu: w tym systemie nie ma niewinnych, są tylko ci, którzy jeszcze nie zostali złamani.

"Will" jest dla Belgów filmem bolesnym, co widać było w tamtejszej prasie i dyskusjach, które wywołał (choć na świecie pozostał niedoceniony). Mielants bezlitośnie obnaża flamandzki nacjonalizm i kolaborację. Widzimy tu ludzi, którzy w nazizmie widzą szansę na awans, na "wielką Flandrię", albo po prostu na spokój. Setki Flamandów z Belgii prowadzonych przez Leona Degrelle poszły na front wschodni w oddziałach egzekucyjnych SS. 

Najbardziej wstrząsający jest jednak upadek samego głównego bohatera. Will to szlachetny chłopak, artysta, który chce być dobry. Ale okupacja to walec, który miażdży kręgosłupy moralne. Reżyser stawia sprawę jasno: bycie dobrym człowiekiem w czasach zła jest luksusem, na który mało kogo stać.

Wstrząsająca sekwencja tortur – naprzemienne polewanie wrzątkiem i lodowatą wodą na stole Gestapo – to metafora całego filmu. Człowiek zredukowany do bólu zrobi wszystko. I Will robi. Jednak jego ta tortura nie dotyka, on patrzy jak Gestapo robi to innym. Widzimy go, jak ostatecznie bierze udział w tym, czym brzydził się najbardziej – w policyjnej łapance na Żydów. Jego mundur, początkowo symbol porządku, staje się całunem dla jego sumienia. Człowiek, choćby najszlachetniejszy, w końcu się ubrudzi.

Oglądając ten film, trudno uciec od refleksji na temat polskiego kina historycznego. W Polsce, gdzie okupacyjne "piekło było gęstsze", a stawki nieporównywalnie wyższe, wciąż brakuje obrazu o takiej sile rażenia i nowoczesnej formie. Mamy filmy o herosach i męczennikach, ale brakuje nam tak dosadnego, świetnie zrealizowanego thrillera o mechanizmie zaszczucia i niemożliwości dokonywania dobrych wyborów. To jest niewybaczalny grzech polskiego kina o wojnie ostatnio. 

"Will" to kino wybitne, bo uniwersalne. To opowieść o tym, że granica między ofiarą a katem bywa płynna, a najgorszą karą nie jest śmierć, lecz życie ze świadomością, że w decydującym momencie stchórzyliśmy. To film, który zostaje pod powiekami długo po seansie, niczym powidok na starym, zeskrobanym palimpseście historii.

Moja ocena: 8/10 

czwartek, 5 lutego 2026

Recenzja: Chantal Delsol. Koniec świata chrześcijańskiego. Inwersja normatywna i nowa era, tłum. Piotr Napiwodzki, Wydawnictwo WAM, Kraków 2023

 


Czytelnik polski od pewnego czasu ma możliwość przeczytania książki francuskiej filozofki Chantal Delsol, która postanowiła odpowiedzieć na pytanie o kryzys świata chrześcijańskiego, tworzonych przez niego wartości. Współczesna debata o kondycji religii na Zachodzie często grzęźnie w emocjonalnych polemikach lub płytkich statystykach dotyczących spadku powołań. Chantal Delsol w swoim eseju "Koniec świata chrześcijańskiego" (fr. La fin de la Chrétienté) odsuwa te powierzchowne objawy na bok, by postawić diagnozę brutalną, lecz intelektualnie ożywczą: pacjent nie choruje – pacjent, rozumiany jako cywilizacja chrześcijańska, już umarł.

To nie jest książka o końcu wiary, ale o końcu pewnego paradygmatu kulturowego, który trwał szesnaście stuleci. Delsol, z chirurgiczną precyzją i francuską elegancją, przeprowadza nas przez proces narodzin, triumfu i ostatecznego wygasania Christianitas. Delsol rozpoczyna swoją analizę od momentu zwrotnego – IV wieku i edyktów cesarza Teodozjusza, które uczyniły chrześcijaństwo religią państwową Cesarstwa Rzymskiego. To właśnie wtedy, według autorki, doszło do pierwszej, fundamentalnej rewolucji, którą nazywa inwersją normatywną. Rzymski świat siły, hierarchii i pogardy dla słabości został nadpisany przez chrześcijański etos miłosierdzia, godności ofiary i wywyższenia pokornych. Przez kolejne wieki, aż do XX stulecia, ten paradygmat definiował tkankę Zachodu. Nawet gdy oświecenie zaczęło kwestionować dogmaty, moralność wciąż pozostawała w dużej mierze chrześcijańska. Byliśmy cywilizacją, która wierzyła w Prawdę objawioną z zewnątrz.

Kluczowym momentem książki jest opis tego, co dzieje się obecnie. Delsol twierdzi, że jesteśmy świadkami drugiej rewolucji – inwersji ontologicznej. Zachód nie odrzuca jedynie chrześcijańskich norm; odrzuca samą strukturę rzeczywistości, na której były one oparte. Zanikło pragnienie metafizyki, a transcendencja (Bóg na zewnątrz świata) ustąpiła miejsca radykalnej immanencji (sens jest tylko tu i teraz). Autorka posługuje się tu niezwykle trafną metaforą palimpsestu. Nasza obecna kultura jest jak stary pergamin, z którego zeskrobano pierwotny, chrześcijański tekst, by zapisać na nim nową treść. Jednak ślady starego pisma wciąż przebijają, tworząc mylące powidoki. Stąd biorą się paradoksy współczesności: walczymy o prawa człowieka i godność jednostki (dziedzictwo chrześcijańskie), ale odcinamy je od ich źródła (Boga), zawieszając je w ontologicznej próżni. Dajemy dzieciom wszelkie prawa - i dobrze - ale odmawiamy prawa do życia dzieciom nienarodzonym pozostawiając decyzję o życiu i śmierci kobiecie. To nie byłoby możliwe, gdyby nie uległa rozkładowi tkanka fundamentu aksjologicznego społeczeństwa zachodniego. 

Delsol stawia tezę, że natura nie znosi próżni. Skoro religia nie zanika, a jedynie zmienia formę, co zajmuje miejsce Boga? Według filozofki jest to powrót do kosmoteizmu, który ona (prowokacyjnie dla wielu) nazywa neopogaństwem. W jej ujęciu współczesna ekologia przestaje być jedynie troską o środowisko, a staje się nową religią z własną liturgią, dogmatami i grzechami. Kult Ziemi, sakralizacja natury i "Matki Gai" to dowód na to, że człowiek przeniósł swoje uwielbienie ze Stwórcy na stworzenie. Delsol argumentuje, że pociąga to za sobą drastyczną zmianę moralności – świętość życia ludzkiego przestaje być absolutna, ustępując miejsca dobrostanowi planety. Choć diagnoza ta może budzić sprzeciw (i słusznie, gdyż sprowadza ona złożone ruchy ekologiczne do jednego mianownika), Delsol broni jej spójnie, wskazując na wtórną sakralizację świata przyrody. Widać to w pop-kulturze. Już James Cameron w "Avatarze" dał wyraz panteizmowi, a seriale historyczne takie jak "Wikingowie" romantyzowały często okrutne praktyki Normanów i ich religii w zetknięciu z cynicznym i nikczemnym chrześcijaństwem. 

Jednym z najbardziej dosadnych fragmentów książki jest ocena prób ratowania Christianitas za wszelką cenę. Delsol bezlitośnie punktuje konserwatywne "sojusze ołtarza z tronem", a w skrajnych przypadkach z faszyzmem czy autorytaryzmem, mające na celu powstrzymanie laicyzacji. Autorka uważa te działania za tragiczne nieporozumienie. Rozkład cywilizacji chrześcijańskiej jest procesem ontologicznym, duchowym i kulturowym – nie da się go zatrzymać dekretami, polityczną siłą czy przymusem. Nie rozumieją tego propagandyści z TV Republika i suponowana przez nich wizja Trumpa jako ostoi wartości wzbudza raczej już śmiech niż przerażenie. Kościół, który usiłuje narzucać swoje prawa społeczeństwu, które przestało rozumieć ich metafizyczny sens, staje się jedynie kustoszem muzeum, w którym nikt już nie chce zwiedzać. Polska prawice też tego nie rozumie. Żyjemy w epoce post chrześcijańskiej. To jest po prostu fakt. 

Czy "Koniec świata chrześcijańskiego" to proroctwo zagłady? Nie do końca. Delsol kończy swoją analizę nutą stoickiego realizmu. Cywilizacja chrześcijańska (władza, wpływ, powszechność) przeminęła i nie wróci. Jednak chrześcijaństwo jako wiara przetrwa. Wróci ono do swojej pierwotnej formy – religii niewielu, "soli ziemi". Chrześcijanie przyszłości będą, według Delsol, "niemymi świadkami Boga" w pogańskim świecie, żyjącymi Ewangelią bez wsparcia instytucjonalnych struktur państwa. Książka Chantal Delsol to lektura obowiązkowa, choć bolesna. Jest rzetelna w swojej historycznej syntezie i elegancka w formie, choć jej diagnozy uderzają w samo serce zachodniego samopoczucia. To pożegnanie z erą dominacji, napisane bez histerii, ale z głęboką świadomością nieodwracalności zmian. Delsol nie pociesza, ona wyjaśnia – a w czasach chaosu pojęciowego, taka intelektualna uczciwość jest na wagę złota.

Moja ocena 8/10 

Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560

  Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby   Autorem opracowania je...