niedziela, 4 listopada 2018

Recenzja: Michalel H. Kater, Dzieci Hitlera. Hitlerjugend, tłum. O. Knopińska, wyd. RM, Warszawa 2013


Czytelniku,

W miarę, gdy upływ czasu oddala nas od II wojny światowej i w różnych publikacjach prasowych na Zachodzie Europy słyszymy coraz częściej o tzw. "polskich obozach", warto zajrzeć do rzetelnych publikacji historycznych, które pokazują punktowo prawdę o czasach narodowego socjalizmu w Niemczech i o winie Niemców za II wojnę światową i Holocaust w szczególności. Jednak, co nie może nas zaskakiwać, reżym hitlerowski za szczególny cel ideologiczny postawił sobie opiekę oraz wychowanie dzieci niemieckich. W istocie owo "nazistowskie wychowanie" było niczym innym, a ideologiczną i rasową tresurą wybranych podług pseudonaukowych teorii. Amerykański historyk Michael K. Krater zaprezentował książkę "Hitlerjugend. Dzieci Hitlera", a wydało ją wydawnictwo RM. Książka jest jednak szersza niż wskazuje tytuł, amerykański historyk pisze w niej także o żeńskim odpowiedniku Hitlerjugend, czyli o BdM.

Książka została podzielona na 6 klarownych rozdziałów, poświęconych problematyce Hitlerjugend i BdM. Omawiają one szczegółowo przyczyny wstępowania do Hitlerjugend chłopców poddanych tresurze autorytaryzmu, militaryzmu i imperializmu niemieckiego. Z kolei dziewczyny wstępujące do BdM musiały przyjąć rolę matki rodzące czyste rasowo dzieci. Obie organizacje były wysoce zinfiltrowane przez nazistowską ideologię. Myślę, że kluczem do odczytania tego "programowania" ludzi w celu osiągania określonych zachowań i przyjęcia "roli" wyznaczonej przez nazistów jest słowo "rasa". W rozdziale czwartym autor szeroko omawia postawy dysydenckie wobec głównego nurtu, w tym sprawę Sophie Scholl i "Białej Róży", organizacji chrześcijańskiej będącej małym elementem ruchu oporu wobec Hitlera w samych Niemczech. Z analizy amerykańskiego historyka wynika, że hitlerowski reżym był przede wszystkim nacechowany ogromnym mizoginizmem wobec kobiet, choć w sferze deklaratywnej istniał wymóg szacunku wobec kobiet i dziewcząt. Jednak kobiety nie mogły odgrywać żadnej roli przywódczej.

Ciekawy rozdział to "Hj" na wojnie. Młodzież męska z organizacji oraz elitarne szkoły NAPOLA dostarczały ochotników do dywizji Waffen SS, w tym sławnej "Hitlerjugend", która zajadle walczyła w roku 1944 w Normandii ponosząc zresztą ogromne straty.Dzieci rekrutowano także do formacji artylerii przeciwlotnicze, kiedy było jasne, że niemieckie miasta nie unikną potężnych bombardowań. Książka porusza także problem winy młodzieży niemieckiej podczas wojny, ale to ostatni rozdział i jest on zdecydowanie zbyt krótki. Historyk niuansuje w tym rozdziale, ukazuje różne warstwy szarości, a nie czytelny czarno biały podział na dobro i zło. 

Pod względem metodycznym to bardzo solidna warsztatowo książka, która po każdym z rozdziałów daje wgląd do szczegółowych przypisów, obficie cytowanej literatury przedmiotu i źródeł. 

Książka Michaela H. Katera ukazuje tych, którzy będąc dziećmi lub nastolatkami sprzedali duszę Hitlerowi, 

piątek, 19 października 2018

Recenzja: Chris MacNab, Waffen SS- elita Hitlera, tłum. G. Siwek, Wyd. RM, Warszawa 2016



Czytelniku, 
Książka wydana przez wydawnictwo RM została ciekawie napisana przez amerykańskiego historyka Chrisa MacNaba, autora kilkunastu książek z dziedziny wojskowości. Ważne rozróżnienie. MacNab wywodzi się z anglo-saskiego świata uniwersyteckiego dzielącego się na naukowców uprawiających naukę względnie research, oraz scholarów, czyli takich, którzy są dydaktykami. Myślę, że MacNab jest po trochu pierwszym, ale przede wszystkim tym drugim. Stworzył bowiem książkę o niełatwej tematyce, której cechą podstawową jest to, że została bardzo dobrze i lekko napisana. W dodatku wydawnictwo RM zaprezentowało bardzo bogatą szatę graficzną, obfitującą w ilustracje, mapy oraz oryginalne zdjęcia z czasów wojny. Ważne jest to, że lektura książki daje bardzo dokładny obraz SS jako formacji wojskowej i paramilitarnej z dokładnymi rozróżnieniem na poszczególne formacje oraz opisy dystynkcji, typów mundurów czapek, uzbrojenia, co zostało ukrwione całą masą szczegółów.

Książka została podzielona na sześć rozdziałów, ale niestety w obrębie ich występują dalsze podziały, które nie zostały zasygnalizowane w spisie treści. A szkoda, ponieważ czytelnik chcąc wrócić w dane miejsce musi je odszukać fizycznie w książce. Podział taki niestety stwarza również inne problemy w odbiorze książki. I tak na przykład: w rozdziale Przełom w prowadzeniu wojny, MacNab opisuje  losy poszczególnych dywizji Waffen SS na poszczególnych frontach II Wojny Światowej. Pisze o dywizji SS Hohenstaufen, Viking, Hitlerjugend oraz innych. A następnie wraca do owych dywizji w kolejnym rozdziale o kończącej się wojnie. Czy nie lepiej było przedstawić po prostu w poszczególnych rozdziałach historię owych dywizji?

Próżno by szukać w książce MacNaba jakiegoś zacięcia historiograficznego. W zasadzie nie odnosi się do historyków analizujących tę zbrodniczą przecież formację z punktu widzenia etycznego i moralnego. Wprawdzie MacNab ma pełną świadomość, czym SS była w istocie pisząc o licznych „zbrodniach wojennych”, ale owe zbrodnie nie są w żaden sposób osią książki. Narracja w tym względzie powinna być dużo bogatsza niż jest faktycznie.

Jest to pod względem popularyzatorskim z pewnością praca ciekawa i może potrzebna fascynatom historii, ale powiem szczerze – uwiera mnie – poboczność z jaką autor potraktował rasizm fanatyzm i zbrodniczość tej formacji. Mamy do czynienia z amerykańskim produktem (świadomie używam tego słowa) popularyzatorskim; owa popular knowledge jest bardzo przystępna i to z pewnością jest duży atut tej książki. Myślę , że wydawnictwo RM naprawdę nie kłamie pisząc, że MacNab jest znakomitym znawcą dziejów militarnych rozumianych  jako wiedza nabyta o wszystkim, co składa się na życie codzienne żołnierzy. Ich mundury i insygnia, sztandary, menażki, hełmy, kurtki, płaszcze, buty, sprzączki do zamka, broń osobista, pistolety maszynowe, typy czołgów i dział, struktura zarządzania i dowodzenia, logistyka militarna. Wszystko napisane fachowo i językiem bardzo precyzyjnym. Bardzo dobre wydaje mi się polskie tłumaczenie pana Siwka, co pomaga w odbiorze książki. Załączona została podstawowa bibliografia tematu.

Jerzy Topolski, którego historykom przedstawiać nie trzeba, napisał kiedyś, że podstawowym błędem historyka było to, że lubi swoje przedmioty badania/bohaterów i to widać. Zastanawia mnie, czy Chris MacNab lubi swoich bohaterów, bo pisze o nich z pasją i wnikliwością wiwisekcji. Czy może po prostu lubi pisać o SS? Ale i tak te pytania wydają mi się trochę upiorne.

niedziela, 7 października 2018

o Rosji słów kilka


Czytelniku,


Niektórzy na Zachodzie uważali do niedawna, lub wciąż uważają, że Polacy mówią o Rosji źle w sposób nieuzasadniony. Mój znajomy mówił mi, że to inni są już Rosjanie, i inna Rosja. Złudzenia Zachodu wobec Moskwy wynikają po części z wielkiego sentymentu lewicy europejskiej, która widziała w Stalinie nie masowego mordercę, ale wyzwoliciela spod szaleńczej władzy Hitlera i nazistowskich Niemiec. Trzeba jednak powiedzieć, że Polacy wiedzieli coś niecoś o rosyjskiej despotii, zanim ta wiedza przebiła się do grona pięknoduchów z Zachodu. 

W wieku XIX furorę na zachodnich salonach, przeważnie francuskich zrobił Franciszek Duchiński, którego dwutomowe dzieło o Moskwie ustaliło na cztery dziesiątki lat poglądy o Rosji. Moskwa była więc w tej narracji państwem barbarzyńskim, złym, mongolskim i obcym. Klęska powstania styczniowego umocniła u Polaków takie myślenie o Rosji. Pisali tak Walery Przyborowski, Jan Stella-Sawicki, Stanisław Koźmian, Stefan Buszczyński, choć w zasadzie różniło ich wszystko. Polacy po klęsce powstania styczniowego nie mogli pisać o Rosji dobrze. W tym samym czasie Aleksander II – dla Polaków kat – dla Bułgarów i Rumunów, a przede wszystkim dla Serbów stał się wyzwolicielem z jarzma osmańskiego. Różnorodność doświadczeń dziejowych przekładała się na różnorodność ocen Rosji. To naturalne i zrozumiałe.  

Polacy podkreślali jednak skostniałość systemu politycznego w Rosji, jej nieumiejętność zmiany swojego oblicza, a despotyzm carski wynikał z przekonania o imperialnej potędze. W konsekwencji samodzierżawie miało stać się przekleństwem Rosji. Pierwszy sygnał to kompletna klęska Rosji w starciu z Japonią, oraz rewolucja z lat 1905-1907. Bezprecedensowa klęska jakiej Rosja doznała w Wielkiej Wojnie lat 1914-1918, oraz następująca po niej bolszewicka rewolucja i wojna domowa nie zmieniła polskiej oceny państwa rosyjskiego. Pod koniec lat dwudziestych wieku XX, wówczas gdy na Zachodzie Europy było wielu pięknoduchów uważających totalitarny reżym bolszewików za nowe państwo sprawiedliwości społecznej, Jan Kucharzewski w 1930 wydał ważne czterotomowe dzieło „Od białego do czerwonego caratu”, które w pewnym sensie podsumowuje polską wiedzę o Rosji oraz jej nowym wcieleniu sowieckim ZSRR. 

W roku 1930 profesor ekonomii na uniwersytecie wileńskim Stanisław Swaniewicz, który potem uratuje się z Katynia jako jeden z nielicznych polskich oficerów, wydał książkę o polityce ekonomicznej Lenina, tzw. NEP-ie. To było pierwsze zachodnie opracowanie naukowe tematu. Swaniewiczowi w roku 1940 NKWD postawiło zarzuty szpiegostwa przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Absurd radzieckiego systemu prawnego uratował człowieka , który na stacji Gniezdowo – dosłownie kilka kilometrów od katyńskich mogił – został przez NKWD odłączony i pojechał do Moskwy na proces o szpiegostwo. Rosjanom w głowie się nie mieściło skąd polski profesor tyle wiedział o Leninie.  To jest dowód, że Polacy wiedzieli zatem o Rosji bardzo dużo, zanim ta wiedza nie stała się ku zdziwieniu elit zachodnich czymś przerażająco nowym dzięki dziełu Sołżenicyna „Archipelag Gułag”.

 Warto podkreślić, że książka Gustawa Herlinga-Grudzińskiego „Inny świat” została wydana w języku francuskim dopiero na początku lat 80-tych XX wieku. Tak długo elitom nad Sekwaną nie mieściło się w głowie, że reżym stalinowski przewyższył w perfidii hitlerowskie Niemcy. Oczywiście polska historiografia podejmowała próby przełamania negatywnego patrzenia i postrzegania Rosji. Pierwsza była oczywiście szkoła Szymona Aszkenazego (odsyłam do pracy Mirosława Filipowicza „Wobec Rosji. Studia z dziejów polskiej historiografii od połowy XIX wieku do II wojnę światową”), potem „Dzieje Rosji” Ludwika Bazylowa. Próbowała się wypowiadać literatura emigracyjna, wartość paryskiej „Kultury” jest nie do przecenienia nawet dzisiaj. Jednak brakuje całościowego spojrzenia na to, jak polska historiografia postrzegała rosyjską despotię w XX wieku. 

Upadek Związku Radzieckiego w roku 1991, za który powinniśmy być wdzięczni Opatrzności, stał się dla Zachodu powodem następnych mrzonek. To słowa Gorbaczowa mówiły o Europie od Lizbony do Władywostoku. Epoka Jelcyna, najbardziej znienawidzony przez Rosjan okres „małej smuty” po upadku ZSRR, biedy, głodu, upokorzenia rosyjskiej armii w Czeczenii w roku 1994, był okresem przejściowym. To za czasów premiera Jegora Gajdara Rosja naprawdę chciała się zbliżyć do Zachodu, ale ten nie bardzo chciał. Mentalność lat 90-tych, które dla mnie były okresem szkoły średniej, można określić samozadowoleniem Zachodu. Teza Fukayamy o końcu historii wynikającym z tryumfu zachodniej liberalnej gospodarki jest chyba symbolem moralnej i intelektualnej inercji zachodu w tym czasie. 

Gdy Putin objął władzę po Jelcynie był rok 1999, a Rosją wstrząsnęły zamachy na bloki mieszkalne. Nieznani sprawcy, w czym maczała palce FSB, wierna kontynuatorka KGB. Putin szybko wykorzystał to do straszliwego odwetu na Czeczenii, którą spalono, rozstrzelano i zmiażdżono rosyjskimi dywizjami pancernymi. Uznano, że to wewnętrzna sprawa Rosji, choć okrucieństwa tej wojny były same w sobie smutnym symbolem tego, dokąd Rosja zaczyna podążać. Zachód nie przebudził się, gdy agenci FSB otruli w Londynie Aleksandra Litwinienkę, dysydenta, byłego oficera putinowskich służb. Otruto go radioaktywnym polonem, który podano mu podczas posiłku w restauracji. Otrucie radioaktywnym zakazanym przez międzynarodowe prawo człowieka o kilka tysięcy kilometrów od Moskwy Londynie powinno polityków zachodu obudzić. Tak się nie stało. Gdy nieznani sprawcy zastrzelili dziennikarkę piszącą o zbrodniach rosyjskiej armii w Czeczenii i na Kaukazie, Anię Politkowską przed jej mieszkaniem w Moskwie, Zachód z niesmakiem napisał kilka artykułów i robił z mordercą interesy. Skalą upadku jakiejkolwiek samodzielności jest bałtycka rura gazowa, której prezesuje w międzynarodowej firmie były kanclerz Niemiec, Gerhard Schroeder.  Zachód nie tylko kupuje od Rosji ropę i gaz, ale buduje za miliardy dolarów okręty szturmowe, które teraz powstają we francuskich stoczniach, a za kilka lat posłużą do rosyjskiego desantu na Litwie, czy przeciw Polsce. Nie zwariowałem, naprawdę napisałem „desantu w Polsce”. Wystarczy tylko kilka „polskich” prowokacji na mierzei wiślanej, albo w Kaliningradzie. 

Uważam, że bezczelna aneksja Krymu, która rozegrała się na naszych oczach w roku 2014, to tylko przygrywką do obalenia prozachodniej władzy w Kijowie. Rewolucja, powstanie ducha obywatelskiego na Majdanie, niezwykłe zwycięstwo tego oddolnego społecznego ruchu Ukraińców przeciwko postkomunistycznej władzy jest czymś, co nie mieści się w głowie ludzi myślących kategoriami Związku Radzieckiego. Putin jest takim właśnie człowiekiem. Nie jest  demokratą, co już nawet Obama skłonny był przełknąć ogłaszając ustami pani Hilary Clinton „reset” w stosunkach z Moskwą. Putin jest totalitarnym pokłosiem KGB. To ta służba go stworzyła, nauczyła go myśleć w kategoriach imperialnych. Rosja pod jego rządami będzie kroczyła drogą do militarnej konfrontacji z Zachodem. Można powiedzieć tak: przecież Rosja w takim potencjalnym konflikcie nie ma szans. Oczywiście, że obiektywnie nie ma. PKB Rosji państwa liczącego 9 milionów kilometrów kwadratowych równa się PKB Włoch. Gospodarka Rosji jest oparta tylko na eksporcie ropy i gazu, od lat nie powstał tam ani jeden wynalazek. Gdzież jest to super-mocarstwo.  Całe know how Rosja importuje z Zachodu. Jeśli tak, to dlaczegoż pisze o militarnej konfrontacji? Ponieważ z perspektywy Putina tak to nie wygląda. Oni nie myślą w tych samych kategoriach co Zachód, przewidywalny do bólu, pogrążony w inercji, nie potrafiący podjąć żadnych zdecydowanych działań przeciw Moskwie. Putin liczy – i faktycznie ma pewne szanse – że Zachód się nie ruszy, gdy kawałek po kawałku przejmie Krym, a potem wschód Ukrainy, dawną „małą Rosję” ojczyznę Chruszczowa. To właśnie Charków ( czasie wojny z Niemcami cztery razy przechodził z rąk do rąk), Sewastopol, Donieck są dla Rosji jej terytorium, przez kaprys historii znajdującym się poza macieżą. Nie sądzę, by Zachód zareagował na tragedię Ukrainy. Nie kiwnie nawet palcem. My możemy tylko mobilizować, napominać, czasami iść po bandzie, jak ś.p. Lech Kaczyński, z którego się 8 lat temu wyśmiewałem, gdy poleciał do Gruzji pod rosyjskim ostrzałem. Putinowi mogą się przeciwstawiać tylko tacy ludzie. Trochę niedzisiejszy, trochę z XIX wieku. Na pewno nie przeciwstawią się mu tacy technokraci jak pani kanclerz Merkel. Ona jedno mówi, drugie myśli, a trzecie robi. Niemcy są związani z Rosją wielką gazową rurą pod Bałtykiem. I uważam, że są Niemcy winni temu, że Europa ma związane ręce wobec Moskwy.  

Rosję Putina trzeba zatrzymać nawet za cenę wojny europejskiej, ponieważ na Ukrainie się nie skończy. Agresja putinowskiej Rosji na naszego wschodniego sąsiada, to tylko początek dalszej polityki kłamstw, grabieży, żonglowania kartą mniejszości narodowych i podstępnych aneksji w stylu Hitlera. Następna w kolejce będzie Białoruś: po Łukaszence nie ma tam perspektyw utrzymania niezależności od Moskwy. Potem będą państwa bałtyckie i nie będzie miało znaczenia, że Litwa, Łotwa i Estonia są w Unii Europejskiej. Rosja zwasalizuje państwa Azji Środkowej. Te granice dla Putina nie mają żadnego znaczenia. Jeśli Rosja zamierza nadawać obywatelstwo rosyjskie wszystkim Rosjanom deklarującym przynależność narodową rosyjską niezależnie od miejsca, gdzie obecnie mieszkają, to ja zastanowiłbym się bardzo nad tym w Tallinie i Rydze.  Putin, tak jak Hitler, gra mniejszościami narodowymi dla celów swojej imperialistycznej polityki. Śmiem twierdzić, że gdyby podobny co teraz na Ukrainie kryzys zdarzył się w Estonii, Unia ograniczy się tylko do „surowego protestu”. Unia nic nie może. Ostatnie 5 tygodni wywróciły do góry nogami cały europejski spokój oparty o podpisane traktaty po II wojnie. Dla Putina nie znaczą one nic. Dla niego liczy się tylko imperialna wizja wielkiej Rosji, bezpośrednio kształtującej mapę oraz życie polityczne bliskich sąsiadów. Zachód jeszcze nie do końca przyjął to do wiadomości.
 
Dlaczego Putin tak postępuje? Po części jego działania wynikają z wielkiej porażki, jaką była rewolucja na Ukrainie i upadek jego satrapy, Wiktora Janukowycza. To był dla Kremla szok, nie mieszczący się w głowie. Podstawową płaszczyzną na jakiej możemy „przeczytać” polityka jest jego wizerunek? A jaki jest wizerunek Putina? Nagi tors, w homoerotycznym stylu. Półnagi wojownik piszczący karabin, polujący na syberyjskie tygrysy, nurkujący na samo dno Jeziora Bajkał, albo wspaniały płetwonurek, który od razu odnajduje starożytne wazy greckie na wybrzeżu Morza Czarnego. Dla każdego człowieka interesującego się polityką, ale i psychologią, oznacza to, że facet ma problem. Nie znam żadnego innego przykładu takiego wizerunku polityka we współczesnym świecie. Może poza Hugo Chavezem, nieżyjącym komunistą, który uczynił z Wenezueli kraj biedy, zacofania i nędzy pchającej ludzi do rewolucji. Może poza Łukaszenką, który zawsze prezentuje się w lśniącym mundurze, z setką orderów, z małym synem u boku. Satrapa czystej postaci. Putin ma problem i dla każdego normalnie myślącego człowieka układanie się z takim facetem jest niebezpieczne. Ludziom w Rosji to się jednak podoba. To kolejny mit o narodzie rosyjskim. Slogan polskich komunistów głoszących, że może i władza radziecka jest twarda, czasami nieprzyjemna, ale lud radziecki to „swoje chłopy”, jest mrzonką. Oczywiście są opozycjoniści w Rosji, intelektualiści z „Memoriału”, ludzie pokroju Garija Kasparowa (mieszka w Chorwacji), ludzie sumienia tacy jak Chodorkowski, czy rozumiejące czym stał się ich kraj, feministki-dziewczyny z Femenu z przebojem punkowym „Bogurodzico, przegoń Putina!”. To są jednostki. Gdyby to zależało od narodu rosyjskiego en masse, wojna już dawno by się zaczęła. 

Dochodzę do sedna sprawy: wojny. Oczywiście nie wybuchnie ona jutro, ani za tydzień. Na razie jej nikt nie chce. Putin zrobi wszystko, żeby obalić władze w Kijowie. Ale to nie będzie spacer. Bo Ukraińcy będę walczyć o swoją wolność. W końcu Rosjanie wejdą do Doniecka, Charkowa i Odessy na zasadzie płożącego anszlusu.  Zachód nic nie zrobi, nowy prezydent Ukrainy w 2019 roku będzie mógł już tylko walczyć o życie. Przegra, ale może przewartościuje podejście Zachodu.  Jeśli przyjdzie na kraje bałtyckie, Unia nic nie zrobi, ale USA już tak. Czy wówczas zacznie się wojna? Na czym więc opieram moje irracjonalne przekonanie, że zmierzamy w stronę wielkiej wojny? Bynajmniej nie na jasnowidztwie, bo w takowe nie wierzę. Wojna wybuchnie, ponieważ mamy już wiele potencjalnych miejsc zapalnych wliczając w to Syrię, konflikt izraelsko-irański, konflikt między Chinami i Japonią o wyspy na morzu południowochińskim. Ostatnio ścigały się nieszczyciele chiński i amerykański. Wojna może wybuchnąć, ponieważ Putin przewartościował drugi biegun, kontra Zachodowi. Komuś w końcu puszczą nerwy. Wielka szansa to powstanie bazy amerykańskiej w Polsce. Rosjanie się nie odważą w Polsce na to, na co odważyli się na Ukrainie.

Wiem, że to irracjonalne, ale mam nieodparte wrażenie, że zostało nam niewiele czasu. Pokój jaki dała nam Opatrzność po zakończeniu II wojny światowej oraz po upadku komunizmu nie jest nam dany na zawsze.

czwartek, 20 września 2018

Federico Garcii Lorce hołd cichy składam

Czytelniku,

Miesiąc temu minęła niespodziewanie i niezauważanie rocznica śmierci jednego z najwybitniejszych poetów hiszpańskich XX wieku - Federico Garcii Lorki (1898-1936), który mignął jak meteor na firmamencie poetyckim kultury europejskiej. Będąc chorym czytam jego wiersze i znajduję w nich autentyczny geniusz, skrywający się za parawanem metafor, elips i swoiście pojętej zmysłowości.


Załączam jego zdjęcie z roku 1914, kiedy zaczęła się Wielka Wojna. Oczywiście była mu oszczędzona, z uwagi na fakt, iż Hiszpanie nie wzięła w niej udziału. Najwybitniejszy poeta pokolenia 27` błysnął też na polu dramatu ośmieszając arystokrację hiszpańską, hipokryzję i stary, świat. Odbywszy podróż do Ameryki, bez wahania w 1931 stanął po stronie republiki chcąc przybliżyć ludowi hiszpańskiemu klasyków. Założył teatr La Barraca, który po całej Hiszpanii, wzdłuż i wszerz za darmo pokazywał sztuki najczęściej niepiśmiennym wieśniakom. Naraził się przy tym prawicy włączając się w szkolnictwo, które jak to w republice było świeckie, trochę na przekór potężnemu Kościołowi. O jego życiu osobistym nie będę pisał na blogu.

Dlaczego jednak w ogóle o nim piszę? Federico Garcia Lorka, tak jak inne postaci historyczne, między innymi Ernest Hemingway, generał Quiepo del Lano, rzeźnik Sewilli,  przewija się na kartkach mojej powieści historycznej (nie wiem jak to sklasyfikować - patchwork to chyba dobre słowo), a zarazem romansu, który napisałem w 2018 roku w trudnych dla mnie osobiście chwilach. Nie wiem, kiedy, ani gdzie ta powieść zostanie opublikowana. Trwają ostatnie prace. Wyszła mi historia dość epicka, porywająca, w sumie dla każdego a osadzona podczas hiszpańskiej wojny domowej, w której znajdzie się przypadkowo polski dyplomata. Książka dla mnie trudna, momentami naprawdę mocna.

Załączam fenomenalny wiersz Lorki, pełen piękna i bólu:

Tengo miedo a perder la maravilla
de tus ojos de estatua y el acento
que de noche me pone en la mejilla
la solitaria rosa de tu aliento.

Tengo pena de ser en esta orilla
tronco sin ramas; y lo que más siento
es no tener la flor, pulpa o arcilla,
para el gusano de mi sufrimiento.

Si tú eres el tesoro oculto mío,
si eres mi cruz y mi dolor mojado,
si soy el perro de tu señorío,

no me dejes perder lo que he ganado
y decora las aguas de tu río
con hojas de mi otoño enajenado.
Po polsku podaję w tłumaczeniu Ireny Kuran Boguckiej: 

SONET Z ŁAGODNĄ SKARGĄ. 
Boję się stracić cud, którym pozyskał:
twoje posągu oczy, akcent drżenia,
jaki mi nocą do twarzy przyciska
osamotniona róża twego tchnienia.

Boleję, żem jest na skraju urwiska
pniem bez gałęzi, gorzej, bez korzenia,
bez kwiatu, miąższu, gliny, bez siedliska,
które by toczył mój robak cierpienia.

Jeśliś mym skarbem ukrytym, mym krzyżem,
mym bólem, który łzami oblewałem,
jeśli psem jestem, co twe stopy liże,

nie daj mi stracić tego, co zyskałem!
Niechaj rozbłysną w wód twej rzeki wirze
liście Jesieni mej, porwanej szałem. 

Federico został zabity zaraz na początku hiszpańskiej wojny domowej przez prawicową bojówkę podczas masakry dokonanej w Grenadzie przez nacjonalistów. Była to brutalna czystka, podczas której zastrzelono prawdopodobnie około 2 tysięcy osób. A stało się to w wąwozie Viznar pod Grenadą 19 sierpnia 1936 roku. Szerzej o tej śmierci mozna przeczytać tutaj, dziś już wiemy z imienia i nazwiska kto i dlaczego zamordował poetę:
http://wyborcza.pl/1,75410,9912046,Wiemy__kto_byl_zabojca_Federico_Garcii_Lorki.html 

Ja mogę żywić jedynie nadzieję, że nowy rząd Hiszpanii odda hołd wszystkim pomordowanym podczas wojny domowej, zarówno z lewicy jak i z prawicy i zamknie najboleśniejszą kartę w historii Hiszpanii w wieku XX.

Moja powieść będzie hołdem dla Hiszpanii, która zachwyciła mnie i ujęła za serce podczas mojej pierwszej i jak dotąd jedynej wizyty w tym kraju latem 2017 roku. To będzie pierwsza napisana po polsku powieść o hiszpańskiej wojnie domowej. 


wtorek, 18 września 2018

Recenzja: Ross Cowan, Ku chwale Rzymu. Wojownicy Imperium, tłum. K. Skawran, Wydawnictwo RM, Warszawa 2018







Czytelniku tego bloga,

Muszę powiedzieć, że nigdy wcześniej nie spotkałem się jako historyk i recenzent książek historycznych z pracami naukowymi Rossa Cowana, brytyjskiego historyka Antyku, który dysertację doktorską poświęcił rzymskiej armii. Jest mieszkańcem Glasgow. Napisał także sporo artykułów naukowych. Muszę powiedzieć, że nie wiem, jakie powody skłoniły wydawnictwo do wydania po polsku tego brytyjskiego historyka, który z pewnością najlepszą książkę ma wciąż przed sobą.  (Czego oczywiście życzę mu najgoręcej). Wydaje mi się, że wydano po prostu po-doktorską książkę Brytyjczyka. Czy powodem była wyjątkowość dysertacji, czy autor? Czy tłumacząc go na język polski w jakiś zasadniczy sposób poszerzamy naszą wiedzę o armii rzymskiej? Postaram się nakreślić własną, recenzencką odpowiedź na owe pytania.

Słówko o okładce. Skoro recenzja, musi być też krytyczna. Prawdę mówiąc nie przekonuje mnie okładka, miraż Kolosseum - budowli z czasów cesarstwa i groteskowego mięśniaka, zapewne aktora jak z komiksu, w książce która jest trudną, bo adresowaną nie do każdego książką naukową traktującą o armii rzymskiej z okresu republiki (509 BC - 31 BC). Książka jest natomiast bardzo przyjemnie wyedytowana z czytelnymi rozdziałami oraz pieczołowicie dobranymi ilustracjami, przede wszystkim rzeźbami, szkicami, które muszę przyznać bardzo korespondują z treścią książki, co w przypadku okładki niestety nie było udane.

Dysertacja została podzielona przez autora na pięć rozdziałów (ciekawe, czy tak samo skonstruowany był jego doktorat). Pierwsze dwa odnoszą się do wojen Rzymu - z Pyrrusem, królem Epiru. Wojna ta była wyjątkowo dla Rzymian ciężka (stąd określenie pyrrysowe zwycięstwo, czyli w praktyce porażka) i nieprzyjemna. Zarazem po raz pierwszy armia republiki starła się z armia walczącą w sposób określany mianem szkoły macedońskiej. Tak walczyły armie hellenistyczne, mając piechotę wyposażoną w długie sarrissy - włócznie o długości 6-7 metrów, w które uzbrojona była falanga oraz słonie bojowe. Tekst ten jest prawdopodobnie jedynym dostępnym w języku polskim traktującym o tej wojnie Rzymu. Można potraktować go monograficznie i na tym polega jego atut na przykład dla studentów historii zmagającym się z referatem o wojnie z Pyrrusem.

Dobór drugiego rozdziału o wojnach samnickich też bardzo ważnych z perspektywy historii Rzymu. Te wojny bowiem spowodowały włącznie większości Italii pod panowanie Rzymu, co przecież miało ogromne znaczenie dla rezerw wojskowych Romy, jej zdolności organizacyjnych. Samnici stali się z wrogów sprzymierzeńcami (foederati) i z czasem zlatynizowali się stapiając się z Rzymianami sensu stricto. To rozdział barwny i ciekawy. Autor cytuje sporo źródeł rzymskich, zarówno narracyjnych, jak i epigraficznych.

Rozdziały trzeci i czwarty poświęcono pojedynkom - instytucji dość nieznanej, jeśli chodzi o starożytność oraz rzymskim wodzom. I w rozdziale czwartym jest niestety duża niekonsekwencja autora. Włącza Ross Cowan materiał z czasów cesarstwa, a tymczasem to zupełnie inna epoka i wojowano inaczej! Proszę sobie wyobrazić Anglię z czasów XVIII wieku i dzisiejszą, przecież to dwa różne kraje, choć to ten sam kraj. Tyle dzieli Rzym z czasów wojny z Pyrrusem i Rzym Cezara. To dalekie porównanie. Uważam, że książka straciła na spoistości i precyzji konstrukcji. Nie zostało to w żaden sposób wyjaśnione we wstępie, gdzie należy wytłumaczyć precyzyjnie i logicznie zasady, jakie prześwietlały autorowi w konstrukcji dysertacji.

Jest także w tej pozycji wielka wyrwa historiograficzna, ponieważ w historii armii rzymskiej najważniejsza z perspektywy historii samego Rzymu były wojny punickie z wybitnym i nieznanym tak naprawdę, bo znanym tylko z perspektywy Rzymian państwem jakim była Kartagina. Te wojny powinny być kolejnym rozdziałem po dwu pierwszych. Ale tego Ross Cowan nam nie dał.

Ostatni rozdział próbuje w bardzo oryginalny sposób przybliżyć nam twórczość poetycką centurionów, jaka zachowała się w epigramach i inskrypcjach. Jest to rozdział sprawiający dziwne wrażenie - ma zaledwie kilkanaście stron i jest jak gdyby przez doczepkę sklejony z całością książki.

Ogólnie książka na pewno może być brana pod uwagę przy pisaniu prac licencjackich i magisterskich na kierunku historia, czy filologia klasyczna z tematyki rzymskiej armii, wojskowości. Naprawdę autor wykorzystał mnóstwo antycznych, głownie łacińskich źródeł i wykorzystał je w sposób bardzo kompetentny. Część książki jest bardzo oryginalna - dwa pierwsze rozdziały, potem staje się wtórna i traci na spoistości. Nie jest to książka popularyzująca historię starożytną, ale z pewnością pod względem naukowym może być cenna. 

Dziękuję Wydawnictwu RM za możliwość przeczytania książki.  

niedziela, 9 września 2018

Recenzja: Christopher Clark, The iron kingdom. The rise and dawnfall of Prussia 1600-1947, Harvard 2013


Czytelniku,

Książka znakomitego amerykańskiego historyka Christophera Clarka zajmującego się od wielu lat historią Niemiec, nie doczekała się polskiego tłumaczenia, a szkoda, bo jest to pozycja unikalna jako jedna z najgłębszych i najbardziej rzetelnie opisanych syntez historycznych. Bez tej książki nie wyobrażam sobie dziś żadnego doktoratu, pracy historycznej odnoszącej się do historii politycznej Niemiec, jakie znamy. Bundesrepublik, cokolwiek dziś to znaczy, jest tworem politycznym wywodzącym się z roku zerowego w historii Niemiec, jakim jest nieodwołanie cezura 1945. Jednak Niemcy zjednoczone, bez Austrii, a więc takie jakie znamy dziś, są tworem, który wydarzył się tylko raz a więc w roku 1871, kiedy żelazny kanclerz Otto von Bismarck zjednoczył Niemcy w oparciu o koncept małych Niemiec z Austrią wyłączoną poza Rzeszę Niemiecką.

Książka jest także wyjątkowa, ponieważ nie traktuje Hitlera oraz III Rzeszy jako aberracji, jaką chcą dziś włodarze Niemiec, a jako nieodzowną i nieuniknioną część historii tego kraju. Hitler i jego ruch nazistowski wyrastał z głębi historii Niemiec, z mitów o wielkości Niemiec i kultury niemieckiej, rasizmu, szowinizmu i pychy. Intrygujące wydaje się pojęcie continuum w historii Niemiec. Książka zaczyna się przecież w wieku siedemnastym i analizuje fenomen państwa pruskiego, które dzięki królom takim jak Fryderyk Wilhelm I oraz Fryderyk II Wielki stało się europejskim wojskowym i gospodarczym gigantem. Zdobycie Sląska, który pod pruskimi rządami stał się źródłem potęgi gospodarczej "żelaznego królestwa" w wieku XIX jest tutaj wydarzeniem kluczowym. Gdyby Fryderyk II nie odebrał tej ziemi Austriakom, kto wie, może historia Niemiec potoczyłaby się inaczej. 

Historia Niemiec podyktowana raczej niż napisana przez Prusy prowadzi do apogeum, czyli III Rzeszy. Clark nie zagłębia się w tajniki władzy nazistów, ale ukazuje, że zbrodniczość tego państwa została oparta na solidnych podstawach, jakie dostarczyła Hitlerowi kultura niemiecka, gospodarka i militaryzm mający swoje korzenie we Fryderyku Wielkim. Hitler jest też tyranem, który jako jedyny z niemieckich tyranów zjednoczył Niemcy i Austrię, by w ich imieniu podpalić Europę. Stanowisko Clarka jest zasadniczo zbieżne z oceną Timothy`ego Snydera w "Czarnej Ziemi" - podbój wschodu przez Niemcy od 1941 należy rozumieć jako podbój kolonialny, ale novum był oszalały rasizm.  

Niemcy i ich kultura została w sposób wyjątkowy zawłaszczona przez Prusy począwszy od wieku XVIII, ale w sposób szczególny przez Bismarcka, który zjednoczył Niemcy. Inne niemieckie narracje - bawarska, wirtemberska, czy westfalska zostały całkowicie zmarginalizowane. Na tym polega też fenomen Prus. Prusak zaczął uchodzić za wzór Niemca od przełomu XIX i XX wieku, choć wcześniej raczej Wiedeń uchodził za polityczne, kulturalne, intelektualne centrum niemieckości.To przesunięcie w kierunku Prus zaważyło na całej historii Niemiec. Prusy miały także szczęście. Prusakami byli przecież Kant i Hegel, których podwaliny pod niemiecką spekulatywna filozofię XIX wieku był ogromny. Różne perspektywy analityczne składają się jednak na bardzo klarowną w stylu narrację.

Książka jest znakomicie i profesjonalnie napisana pod względem źródłowym. Urzeka znajomość niemieckich źródeł wydanych krytycznie oraz rękopiśmiennych, w tym tekstów z wieku XVIII oraz XIX. Clark zachował przy tym niebywale zręczną lekkość pióra i umiejętność analizy historycznej z głęboką znajomością epok, w tym właściwych dla nich filozofii, sztuki i polityki. Jednak historia polityczna w jej syntetycznej formie jest dla Clarka modus vivendi z czytelnikiem. Ta historia Niemiec wciąga, sprawia, że zadajemy sobie pytania, chcemy zrozumieć historię Niemiec i ta książka dostarcza nam takiej możliwości. 

Jednym słowem kolejna znakomita książka. Tym razem wypada raczej na plus amerykańskim historykom. 

niedziela, 19 sierpnia 2018

Recenzja: Teatr Śląski Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci. Teatr Śląski.





Czytelniku,

Leni Riefenstahl była niemiecką reżyserką filmów propagandowych, które tworzyła w okresie III Rzeszy. Najsłynniejszym z nich był "Tryumf woli" uznawany z jedno z najwybitniejszych propagandowych dzieł gloryfikujących nazizm i samego Adolfa Hitlera. Riefensthal żyła 101 lat (sic!) i zmarła w roku 2003. Jej postaci, a konkretnie uwikłaniu sztuki filmowej (w ogóle sztuki) w zbrodniczą ideologię miał dotyczyć spektakl, jaki miał premierę 5 listopada 2016 roku w Teatrze Śląskim (ze współpracą Galeria Szyb Wilsona). Miał, bo niestety jest to przedsięwzięciu zupełnie nieudane. Zaraz jednak wyjaśnię na czym polega porażka twórców spektaklu. A jest to porażka bolesna i niestety, przykro mi to pisać, ze strony teatru nie ma ani jednej krytycznej recenzji: 
https://www.teatrslaski.art.pl/strefawidza/spektakl/64


Tekst napisali Iga Gańczarczyk, Łukasz Wojtysko, a wyreżyserowała go Ewelina Marciniak, reżyserka, która ma na swoim koncie "Morfinę" na podstawie prozy Szczepana Twardocha. Zamierzenie było szczytne - ukazania w przeddzień śmierci w wieku 100 lat Riefensthal jako starej kobiety, do której przychodzą (w jej umyśle) różne postaci, w tym sam Hitler, Goebbels, a narratorką ma być Elfride Jelinek, nagrodzona Noblem, obsesyjna pisarka austriacka mająca uchodzić za głos rzeczywistości, nakłaniający Leni do wyznania swoich win. W najgłębszej wersji narracyjnej spektakl miał potępić faszyzm, wykorzystanie sztuki przez władze państwowe, totalitaryzm myśli, nie przypadkowy jest czas pokazania tego spektaklu - twórcy chcieli wykazać, że sztuka w Polsce poddawana jest podobnej presji pod rządami PiS. Wydarzenie pod koniec spektaklu w dniu 9 listopada utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to przedsięwzięcie zupełnie nieudane artystycznie i literacko.

Podstawową słabością spektaklu jest sam tekst Gańczarczyk i Wojtysko. Nie wydobył on z postaci Riefensthal dramatyzmu - zakłamania, hipokryzji, jakiegoś wewnętrznego wahania. Postać Leni grana przez Małgorzatę Gorol zupełnie ginie w spektaklu ukryta pod groteskową maską, która uniemożliwiała widzom ujrzenie warsztatu aktorki, jak gra, jak pokazuje emocje. Widząc spektakl z piątego rzędu miałem wrażenie, że tekst uniemożliwiał aktorom po prostu granie. Dialogi nie były spójne - mówiąc delikatnie -  sztywne jak bielizna schnąca na mrozie. Jednak mam teraz pewność, że typ teatru, jaki oglądałem w Galerii Szyb Wilsona, traktował tekst zupełnie drugorzędnie. Ważne było to, co widzowie mają zobaczyć. A mieli być zaszokowani, jak do niedawna w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Zresztą związek między tym teatrem nie polegał tylko na tym, że zagrała w nim pani Gorol.

Nazistowska przeszłość Riefenstahl, jej filmowo-erotyczne przygody w Afryce w latach siedemdziesiątych XX wieku, jej starość - wyimaginowany dialog z Marleną Dietrich - to wszystko stanowiło decorum w obrębie którego rozgrywa się spektakl. Fundamentalnym założeniem Marciniak jest chęć upokorzenia widza/odkłamania go/ zaszokowania poprzez niezwykle agresywną  i wulgarną seksualność. Pragnę podkreślić, że nie jestem bigotem i nie szokuje mnie nagość w filmie czy teatrze, jeśli ma swoje uzasadnienie artystyczne. Rzecz w tym, że tego uzasadnienia nie daje sam tekst Gańczarczyka i Wojtysko. Mam uzasadnione wrażenie, że Ewelina Marciniak upajała się ukazując zbliżenia analno-genitalne tancerzy. Jakże znaczące było to, że tancerze kucając wypinali swoje tylne części ciała w stronę widowni. Miał być to "taniec dzikich" nawiązujący do słynnej książki Bronisława Malinowskiego traktującej o seksie dzikich, niczym nie skrępowanej sile życia, a zarazem nawiązanie do afrykańskich wojaży samej Riefenstahl.  

Niestety, wulgarność spektaklu Marciniak sprawiła, że ten pierwotny sens uległ rozmyciu i widz otrzymał quasi-pornograficzną wizję reżyserki, która przyznaje seksualności znaczenie większe i nie mające nic wspólnego z bohaterką sztuki. Riefenstahl dzięki masce jest odczłowieczona, jest postacią androgeniczną, wypraną ze swojej płci. Nie mam także wątpliwości, że taki jest zamierzony cel Marciniak. Seks jest kluczem do interpretacji postaci niemieckiej reżyserki rozpiętej między irytującą postacią Jelinek i imitacją jej kochanka Horsta. Postać to tym ciekawsza, że grała ją naga kobieta (Agata Woźnicka) ubrana jedynie w gadżet z hard porno - nienaturalny czarny dildo. Między nimi nie istnieje żadna relacja. Obie aktorki Woźnicka i Gorol zupełnie nie miały pomysłu, jak oddać łącząca ich więź jako kobiety i mężczyzny.

Zaszokowanie analno-genitalną ekspozycją seksu było jednak kontrfaktyczne. Ani śmieszne, ani straszne. Po prostu żałosne. Jednak ta płaszczyzna "spektaklu" w reżyserii Marciniak znana jest w Polskim Teatrze ostatnich kilku lat z seksualnych ekscesów Jana Klaty w Teatrze Starym w Krakowie, który stał się jedyną swego rodzaju anty-sceną w Polsce, unurzaną w obrzydliwości rozumianej jako konieczność ciągłej i artykułowanej wulgaryzmami i seksem prowokacji. To jeszcze można zrozumieć. Ja natomiast jako profesjonalny historyk zarzucam twórcom spektaklu coś innego, co właśnie dotyczy historii używanej w tym spektaklu w sposób utylitarny. Chciałbym zadać pytanie Państwu: czy czyniąc Hitlera śmiesznym Marciniak oraz twórcy spektaklu uczynili śmiesznym jego zbrodnie? Czy śmieszny Hitler dokonywał równie śmiesznych zbrodni? Jak tak można użyć historii?  Dam Państwu prosty przykład. Steven Spielberg kręcąc przed laty mało śmieszny film "1941" z Melem Brooksem nie rozumiał tego, co zrozumiał kręcąc Listę Schindlera: naziści i ich zbrodnie na ludzkości nigdy nie byli śmieszni, ponieważ w ten sposób artysta poniża pamięć tych wszystkich, których Hitler mordował w imieniu i dla narodu niemieckiego. Dlaczego spektakl musiał być tak wulgarny, epatujący ordynarnymi seksualnymi gadżetami? Co Marciniak osiągnęła w ten sposób? 

Spektakl "Leni Riefenstahl: epizody niepamięci" dopuszcza się tego samego grzechu. Czyniąc nazistów śmiesznymi urąga pamięci ich ofiar.

Intrygujące jest przewijające się trio postaci - Hitler, Heinrich Hoffman (zupełna pomyłka artystyczna - fotografem i filmowcem Hitlera był Franz Bauer, mający jako jedyny pozwolenie filmowania Hitlera w czasie jego prywatności) oraz grany przez młodocianego aktora Joseph Goebbels (skandalem jest wykorzystanie do takiego spektaklu młodocianego aktora - za kulisami nie widział aktorki ze sztucznym fallusem? ). Dlaczego Goebbelsa miał grać nieletni aktor? Otóż owi Hoffman, Hitler, Goebbels (jedyna postać bez maski), w asyście Magdy Goebbels oraz Ewy Braun takoż ukrytych pod maskami, zostali wystylizowani na śmieszne straszno-śmieszne, wyginające ciała, nienaturalnie gestykulujące i deklamujące dialogi ze sztucznie akcentowanymi niemieckimi słowami. Postaci te tracą całkowicie dramatyczny wymiar stając się surogatami osobowości, które mają przedstawiać. Nawet jeżeli taka, a nie inna stylizacja Hitlera jest zamierzona, osiąga ona skutek odwrotny od zamierzonego. Uważam, że wprowadzając takie mnóstwo postaci twórcy spektaklu zupełnie się pogubili. Mnóstwo postaci, mnóstwo niedokończonych i niedomkniętych wątków. Porażka na całej linii - słowa, obrazu, gestu i muzyki, zupełnie niekoherentnej z przedstawieniem.

Nie mam nic przeciw odważnym spektaklom. Jako przykład artystycznej ekspresji można pokazać spektakl Teatru Dramatycznego "Bent" opowiadający prześladowanie homoseksualnych mężczyzn w III Rzeszy, czy odważne obyczajowo, ale świetnie zainscenizowane spektakle w Teatrze Bez Sceny w Katowicach.  Porażka Teatru Śląskiego w spektaklu w reżyserii Eweliny Marciniak polega na świadomym rozmyciu historycznej wymowy nazistowskich i niemieckich zbrodni poprzez zastosowanie zupełnie nieudanego artystycznie pastiszu.  Leni Riefenstahl mogłaby stać się wielopłaszczyznową i bogatą w interpretację postacią genialnej reżyserki uwikłanej w potworny reżym. Mogłaby, ale tak się nie stało. Porażka polega także na próbie ukazania przez Marciniak i zespół aktorski tej zależności, a zarazem na niemożliwości i nieumiejętności pokazania jej. Rozmach inscenizacyjny, światło, muzyka mogły pomóc aktorom, a nie zrobiły tego. Maski na twarzach aktorów nie pomogły im grać, mimo szczerych chęci aktorów do wydobycia "życia" z granych postaci.

Po prostu bardzo słaba wydmuszka, która jest po prostu pusta i dęta jak bielizna Leni Riefenstahl schnąca na mrozie. 

środa, 1 sierpnia 2018

Alexandra Richie, Warszawa 1944. Tragiczne powstanie, wyd. W.A.B, Warszawa 2014






Alexandra Richie, Warszawa 1944. Tragiczne powstanie, tłum. Zofia Kunert,
wyd. W.A.B, Warszawa 2014


Czy można w Polsce wydać lepszą książkę o Powstaniu Warszawskim niż osławiona i wydana równo 10 lat temu monumentalna w swej wymowie książka Normana Daviesa „Powstanie `44”? To pytanie nieznośnie krążyło wokół mnie przez lata. Przeczytawszy książkę kanadyjskiej dziennikarki Alexandry Richie już wiem, że można taką książkę napisać.  

Profesor Davies wprowadził do polskiej historiografii nieznośną narracyjnie manierę kapsuł, które 10 lat temu okrzyknięto wielkim nowatorstwem. Krakowski ZNAK wydaje książkę Daviesa od 10 lat i śmiem twierdzić, że wychowało się na niej wiele roczników młodzieży, studentów i adeptów olimpiady historycznej. Pisząc recenzję książki będą musiał chcąc czy nie chcąc recenzować także książkę Daviesa. W istocie Davies gloryfikuje Powstanie Warszawskie. Może z perspektywy czasu przyjęta przez niego perspektywa była słuszna w roku 2004; ja jednak widzę to inaczej. Czy można pisać krytycznie o książce człowieka, który przez elity III Rzeczypospolitej doznał zaszczytu polskiego obywatelstwa? Ja śmiem twierdzić, że książka Normana Daviesa została wydana w momencie dla Polski bardzo optymistycznym, taką miała również wizję powstania jako tragicznego zrywu, w gruncie rzeczy romantycznego zwieńczenia bezlitosnej okupacji. Książka Richie została wydana w roku 2014, i te 10 lat naprawdę robi różnicę. Myślę, że epoka i kontekst wydarzeń politycznych także oddziaływają na sposób odczytania książek, nadania im nowych znaczeń. Nie na darmo historycy muszą się uczyć, że każda epoka inaczej odczytuje klasyczne pozycje. „Powstanie `44” Daviesa zostało skrojone na miarę swego czasu – w roku 2004 Polska weszła wówczas do Unii Europejskiej, i wydawało się nam, że los Polski jest bezpieczny. Książka Richie „Warszawa 1944” została wydana w innym momencie; w 2014 roku po aneksji Krymu przez Rosję i po podważeniu granic po II Wojnie Światowej. Inną też książka Richie niesie metaforykę: jest to książka posępna i złowroga, od której przygnębiającego wrażenia trudno się uwolnić. 

Wojciech Wrzosek, znakomity metodolog historii z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu powiedział swego czasu, że klasyczna historiografia krąży wokół trzech głównych idoli; mianowicie czasu, miejsca i bohatera. Książka Alexandry Richie o Powstaniu Warszawskim jest właśnie takim dziełem, zachowującym porządek, klarowność rozdziałów i opowieści. Podstawową różnicą między książką Richie i Daviesa jest perspektywa wobec toczącej się wojny. To w książce Kanadyjki czytelnik znajdzie szeroki obraz frontu wschodniego. Niemcy zostali doszczętnie rozbici przez Armię Czerwoną w operacji Bagration na terenie Białorusi. Rozbite oddziały niemieckie przetaczyły się przez Warszawę w końcu lipca 1944 sprawiając złudzenie, że oto nadchodzi ta sama chwila, co w listopadzie roku 1918. Jednak to tylko pozory. Richie w przeciwieństwie do Daviesa opisuje bardzo dokładnie jedną z najważniejszych bitew pancernych na froncie wschodnim, tak zwaną bitwę pod Wołominem. Był to zwrot zaczepny świeżych niemieckich jednostek pancernych i zmotoryzowanych feldmarszałka Waltera Modela, które zaskoczyły armię radziecką. Rosjanie zostali pod Wołominem zdziesiątkowani, tracąc ponad 350 czołgów i dział pancernych. Niemcy zdołali opanować panikę, a powstanie w Warszawie zaczęło się właśnie w chwili, kiedy Waffen SS i Wehrmacht ( 9 armia generała Von Vormanna) ściągali potężne odwody pod Warszawę.  Nie było zatem gorszego momentu na rozpoczęcie walki. Davies ma tylko jedną przewagę nad książką Richie; znakomite jest jego 150 pierwszych stron o polskim państwie podziemnym i niemieckiej okupacji w Polsce. Nie ma lepszego dotąd tekstu, który pokazałby syntetycznie lata 1939-1944 w polskiej historiografii ostatnich dwudziestu lat.

Na szczęście Richie nie wchodzi w porządek polskiej debaty o powstaniu, pozostawiając polskie piekiełko Polakom. Kanadyjską autorkę interesuje przede wszystkim kontekst ulicy, i to też wielka różnica. Kontekst ulicy jest dużo prawdziwszy. Miron Białoszewski pisał w swym dzienniku z powstania, że miasto stopniowo osuwało się w śmierć. Oczywiście epicki wymiar książki Richie odnosi się także do zakulisowych gier dyplomatycznych. Mikołajczyk w Moskwie jest oczywiście bezradnym klientem, a bezsens sytuacji rządu polskiego zdaje się jedno tylko zdanie Mołotowa do Mikołajczyka na Kremlu: „Po co Pan tutaj przyjechał?”. Dyplomacja nie jest w książce Richie najważniejsza i dobrze. Dopełnia ona tylko do cna klęskę Polaków.
Kanadyjka jako pierwsza autorka piszący o powstaniu dużo uwagi poświęciła drugiej stronie; poznajemy z bliska katów Warszawy: Dirlewangera, Reinefahrta, von dem Bacha i innych niemieckich oprawców Warszawy. Jej książka pozwala zajrzeć nie tylko na Zieleniak, miejsce przeraźliwych grabieży i gwałtów na tysiącach polskich kobiet. Masakra na Woli jest tym bardziej przerażająca, że Richie w zasadzie nie oszczędza czytelnikowi niczego. Bestialstwo Niemców oraz walczących w ich imieniu jednostek rosyjskich faszystów, oraz Azerów w tak zwanych oddziałach Kamińskiego (brygada RONA) oraz niemieckich kryminalistów z brygady Dirlewangera nie pozostawia złudzeń. Powstanie jest przegrane od samego początku. Jednak w książce Kanadyjki powstanie nabiera niezwykłej ostrości. Przygodny seks w gruzach z nieznaną dziewczyną, czy powszechne zjadanie psiego i kociego mięsa, nabiera w narracji Richie ekwiwalentu życia. Śmierć jest tak powszednia, że życie jest jeszcze straszniejsze. Warszawiacy nie mieli wyboru: musieli przecież pić, a stanie po wodę z wykopanych na starym mieście studni było wyrokiem śmierci.

Chociaż książka nie ma wyraźnie zarysowanych części, dają się wyraźnie rozpoznać dwie. Rozdziały od I do VI ukazują preludium do powstania; niemiecką okupacje w Polsce oraz losy niemieckich dowódców nabierających swych zbrodniczych doświadczeń w zwalczaniu partyzantów na Białorusi. Rozdziały VII do XII usytuowane są w Warszawie i kanadyjska autorka ukazuje walk od Woli i straszliwej rzezi jej mieszkańców, przez rozstrzelanie Ochoty oraz straszliwy szturm Starego Miasta. Udało się Richie ukazać niemożliwy do zrozumienia dzisiaj nastrój Warszawy: gdy Stare Miasto rozpadało się od straszliwych pocisków sześciuset milimetrowego moździerza Karl oraz przez ostrzał z niemieckich moździerzy rakietowych Nebelwerfer, na Śródmieściu działały kawiarnie, toczyło się w miarę normalne życie. Warszawiacy z niedowierzaniem traktowali opowieści o straszliwej sile niemieckiej artylerii, o przerażających rzeziach. To efekt zaskoczenia. Nie oszczędza Richie Polakom niczego; od decyzyjnego chaosu w komendzie AK po bezradność oddziałów powstańczych, które nie mogły obronić cywilnej ludności. Rzezie w szpitalach na Woli, gdzie Niemcy spalili żywcem lekarzy, pielęgniarki i pacjentów ukazują grozę i bezsens powstania. Walka Niemców ze Starym Miastem jest osobistą wendettą Hitlera ze stolicą Polski. 

Mało kto wie, że doświadczenia Warszawiaków, którzy przeżyli rzeź Woli, są zaskakująco zbieżne z najbardziej mrocznymi doświadczeniami ocalałych z Zagłady więźniów Sonderkommando. Mowa o przytaczanej historii Tadeusza Klimaszewskiego, którego esesmani z oddziałów Reinefahrta pacyfikującymi Wolę, zmusili do udziału w tazk zwanym Verbrennungskommando. Warszawiacy ci musieli pod groźbą śmierci zbierać tysiące rozkładających się w sierpniowym upale zwłok i spalać je na wielkich stosach. Metoda była prosta. Warstwa zwłok i drewna, naprzemiennie. Tłuszcz sam podsycał ogień. Taką samą metodę spalania zwłok z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu stosowano w Chełmie nad Nerem i w Auschwitz-Birkenau. Po wojnie Klimaszewski, który przez przypadek uciekł z tego komanda, pozostawił unikalną relację wykorzystaną w książce Richie.  Masakra na Woli jest zatem ludobójstwem na skalę niestosowaną w walkach z cywilami. Celem Niemców było przecież całkowite wytrzebienie polskiej populacji Woli.

Richie wybrała perspektywę zwykłych Warszawiaków. Oddaje ona im głos. Ten głosi jest silniejszy niż w książce Daviesa. Z ich perspektywy bezradny, zlękniony i całkowicie zmanipulowany przez Okulickiego i Montera-Chruściela, generał Tadeusz Bór-Komorowski jest wyjątkowo żałosną postacią. Buduje go jedna scena. Gdy podmuch wybuchu czołgu-pułapki na starym mieście rzuca Bora o ścianę, wydaje on rozkaz o wycofaniu się do Śródmieścia. Jeden z Ak-owców powiedział „Pierwszy rozsądny rozkaz Komendanta Głównego”. Nikt nie zaoponował. Był to poniżenie autorytetu dowódcy. Ja sam waham się, czy Bór-Komorowski powinien mieć w Warszawie swoją ulicę. W opisie wrześniowych zmagań o Czerniaków Richie przytacza bez wahania jak wściekła na powstańców była ludność cywilna. Jednak jej uwaga biegnie także na drugi, praski brzeg od 14 września wyzwolony przez radziecką armię. Potępia ona to, że Rosjanie nic nie uczynili, a ich pomoc była spóźniona. Richie – słusznie  - daje spokój oczywistej winie Stalina; jej książka zwraca uwagę Polakom na ich winę. Richie udała się rzecz niebywała; zdołała ona w swojej książce zrzucić mit powstania zwyciężonego, ale zwycięskiego moralnie.

Co ważne w książce Richie, związanej przecież emocjonalnie i rodzinnie z Polską, nie ma krzty patosu. Książka jest zimna, niemal dziennikarska, drobiazgowa, nieznośnie bolesna w swej wymowie. Oprócz epickości zmagań o Warszawę Kanadyjka znakomicie operuje źródłami; potrafi wycisnąć z nich dosłownie ostatnią kroplę treści. Skala mikro, budowana wokół obficie cytowanych historii, ludzi którzy przeżyli, znakomicie współtworzy narrację w sakli makro. Udała się jej sztuka zbudowania całościowej, koherentnej wizji powstania warszawskiego ograbionego z wtórnego nadawanego mu sensu. Po przeczytaniu książki Richie należy bez reszty odrzucić uwznioślające narracje serwowane przez portal Fronda, Kościół Katolicki, że Bóg doświadczył Polskę z miłości. Dla mnie latem 1944 Niebo nad Warszawą było puste.

Książka Alexandry Richie znakomicie przybliża szerokiej anglosaskiej publiczności Powstanie Warszawskie. Dla angielskiego, kanadyjskiego i amerykańskiego czytelnika powstała ta książka. Jeśli miałbym pokusić się o ocenę tej pozycji z perspektywy sztuk pisania o wojnie, jej książkę można postawić na jednej szali z najznakomitszymi książkami Beevora jak Stalingrad. Kanadyjka napisała może na złość feministkom bardzo męską w wymowie książkę, twardą, zaglądającą w otwartą ranę, skonstruowaną wedle najlepszych wzorców. Myślę, że żadna z polskich historyczek i historyków nie potrafiliby napisać takiej książki ( nie uchybiając żadnemu z moich szacownych kolegów po fachu), która w sposób tak bezlitosny, w oparciu o fakty, źródła i relacje świadków obnaża polityczny i militarny bezsens Powstania.

Oddaje ona honor polskim żołnierzom i ludności cywilnej Warszawy.
Ale to nie jest dla mnie pocieszenie.

Recenzja: Michalel H. Kater, Dzieci Hitlera. Hitlerjugend, tłum. O. Knopińska, wyd. RM, Warszawa 2013

Czytelniku, W miarę, gdy upływ czasu oddala nas od II wojny światowej i w różnych publikacjach prasowych na Zachodzie Europy słyszymy c...