czwartek, 20 września 2018

Federico Garcii Lorce hołd cichy składam

Czytelniku,

Miesiąc temu minęła niespodziewanie i niezauważanie rocznica śmierci jednego z najwybitniejszych poetów hiszpańskich XX wieku - Federico Garcii Lorki (1898-1936), który mignął jak meteor na firmamencie poetyckim kultury europejskiej. Będąc chorym czytam jego wiersze i znajduję w nich autentyczny geniusz, skrywający się za parawanem metafor, elips i swoiście pojętej zmysłowości.


Załączam jego zdjęcie z roku 1914, kiedy zaczęła się Wielka Wojna. Oczywiście była mu oszczędzona, z uwagi na fakt, iż Hiszpanie nie wzięła w niej udziału. Najwybitniejszy poeta pokolenia 27` błysnął też na polu dramatu ośmieszając arystokrację hiszpańską, hipokryzję i stary, świat. Odbywszy podróż do Ameryki, bez wahania w 1931 stanął po stronie republiki chcąc przybliżyć ludowi hiszpańskiemu klasyków. Założył teatr La Barraca, który po całej Hiszpanii, wzdłuż i wszerz za darmo pokazywał sztuki najczęściej niepiśmiennym wieśniakom. Naraził się przy tym prawicy włączając się w szkolnictwo, które jak to w republice było świeckie, trochę na przekór potężnemu Kościołowi. O jego życiu osobistym nie będę pisał na blogu.

Dlaczego jednak w ogóle o nim piszę? Federico Garcia Lorka, tak jak inne postaci historyczne, między innymi Ernest Hemingway, generał Quiepo del Lano, rzeźnik Sewilli,  przewija się na kartkach mojej powieści historycznej (nie wiem jak to sklasyfikować - patchwork to chyba dobre słowo), a zarazem romansu, który napisałem w 2018 roku w trudnych dla mnie osobiście chwilach. Nie wiem, kiedy, ani gdzie ta powieść zostanie opublikowana. Trwają ostatnie prace. Wyszła mi historia dość epicka, porywająca, w sumie dla każdego a osadzona podczas hiszpańskiej wojny domowej, w której znajdzie się przypadkowo polski dyplomata. Książka dla mnie trudna, momentami naprawdę mocna.

Załączam fenomenalny wiersz Lorki, pełen piękna i bólu:

Tengo miedo a perder la maravilla
de tus ojos de estatua y el acento
que de noche me pone en la mejilla
la solitaria rosa de tu aliento.

Tengo pena de ser en esta orilla
tronco sin ramas; y lo que más siento
es no tener la flor, pulpa o arcilla,
para el gusano de mi sufrimiento.

Si tú eres el tesoro oculto mío,
si eres mi cruz y mi dolor mojado,
si soy el perro de tu señorío,

no me dejes perder lo que he ganado
y decora las aguas de tu río
con hojas de mi otoño enajenado.
Po polsku podaję w tłumaczeniu Ireny Kuran Boguckiej: 

SONET Z ŁAGODNĄ SKARGĄ. 
Boję się stracić cud, którym pozyskał:
twoje posągu oczy, akcent drżenia,
jaki mi nocą do twarzy przyciska
osamotniona róża twego tchnienia.

Boleję, żem jest na skraju urwiska
pniem bez gałęzi, gorzej, bez korzenia,
bez kwiatu, miąższu, gliny, bez siedliska,
które by toczył mój robak cierpienia.

Jeśliś mym skarbem ukrytym, mym krzyżem,
mym bólem, który łzami oblewałem,
jeśli psem jestem, co twe stopy liże,

nie daj mi stracić tego, co zyskałem!
Niechaj rozbłysną w wód twej rzeki wirze
liście Jesieni mej, porwanej szałem. 

Federico został zabity zaraz na początku hiszpańskiej wojny domowej przez prawicową bojówkę podczas masakry dokonanej w Grenadzie przez nacjonalistów. Była to brutalna czystka, podczas której zastrzelono prawdopodobnie około 2 tysięcy osób. A stało się to w wąwozie Viznar pod Grenadą 19 sierpnia 1936 roku. Szerzej o tej śmierci mozna przeczytać tutaj, dziś już wiemy z imienia i nazwiska kto i dlaczego zamordował poetę:
http://wyborcza.pl/1,75410,9912046,Wiemy__kto_byl_zabojca_Federico_Garcii_Lorki.html 

Ja mogę żywić jedynie nadzieję, że nowy rząd Hiszpanii odda hołd wszystkim pomordowanym podczas wojny domowej, zarówno z lewicy jak i z prawicy i zamknie najboleśniejszą kartę w historii Hiszpanii w wieku XX.

Moja powieść będzie hołdem dla Hiszpanii, która zachwyciła mnie i ujęła za serce podczas mojej pierwszej i jak dotąd jedynej wizyty w tym kraju latem 2017 roku. To będzie pierwsza napisana po polsku powieść o hiszpańskiej wojnie domowej. 


wtorek, 18 września 2018

Recenzja: Ross Cowan, Ku chwale Rzymu. Wojownicy Imperium, tłum. K. Skawran, Wydawnictwo RM, Warszawa 2018







Czytelniku tego bloga,

Muszę powiedzieć, że nigdy wcześniej nie spotkałem się jako historyk i recenzent książek historycznych z pracami naukowymi Rossa Cowana, brytyjskiego historyka Antyku, który dysertację doktorską poświęcił rzymskiej armii. Jest mieszkańcem Glasgow. Napisał także sporo artykułów naukowych. Muszę powiedzieć, że nie wiem, jakie powody skłoniły wydawnictwo do wydania po polsku tego brytyjskiego historyka, który z pewnością najlepszą książkę ma wciąż przed sobą.  (Czego oczywiście życzę mu najgoręcej). Wydaje mi się, że wydano po prostu po-doktorską książkę Brytyjczyka. Czy powodem była wyjątkowość dysertacji, czy autor? Czy tłumacząc go na język polski w jakiś zasadniczy sposób poszerzamy naszą wiedzę o armii rzymskiej? Postaram się nakreślić własną, recenzencką odpowiedź na owe pytania.

Słówko o okładce. Skoro recenzja, musi być też krytyczna. Prawdę mówiąc nie przekonuje mnie okładka, miraż Kolosseum - budowli z czasów cesarstwa i groteskowego mięśniaka, zapewne aktora jak z komiksu, w książce która jest trudną, bo adresowaną nie do każdego książką naukową traktującą o armii rzymskiej z okresu republiki (509 BC - 31 BC). Książka jest natomiast bardzo przyjemnie wyedytowana z czytelnymi rozdziałami oraz pieczołowicie dobranymi ilustracjami, przede wszystkim rzeźbami, szkicami, które muszę przyznać bardzo korespondują z treścią książki, co w przypadku okładki niestety nie było udane.

Dysertacja została podzielona przez autora na pięć rozdziałów (ciekawe, czy tak samo skonstruowany był jego doktorat). Pierwsze dwa odnoszą się do wojen Rzymu - z Pyrrusem, królem Epiru. Wojna ta była wyjątkowo dla Rzymian ciężka (stąd określenie pyrrysowe zwycięstwo, czyli w praktyce porażka) i nieprzyjemna. Zarazem po raz pierwszy armia republiki starła się z armia walczącą w sposób określany mianem szkoły macedońskiej. Tak walczyły armie hellenistyczne, mając piechotę wyposażoną w długie sarrissy - włócznie o długości 6-7 metrów, w które uzbrojona była falanga oraz słonie bojowe. Tekst ten jest prawdopodobnie jedynym dostępnym w języku polskim traktującym o tej wojnie Rzymu. Można potraktować go monograficznie i na tym polega jego atut na przykład dla studentów historii zmagającym się z referatem o wojnie z Pyrrusem.

Dobór drugiego rozdziału o wojnach samnickich też bardzo ważnych z perspektywy historii Rzymu. Te wojny bowiem spowodowały włącznie większości Italii pod panowanie Rzymu, co przecież miało ogromne znaczenie dla rezerw wojskowych Romy, jej zdolności organizacyjnych. Samnici stali się z wrogów sprzymierzeńcami (foederati) i z czasem zlatynizowali się stapiając się z Rzymianami sensu stricto. To rozdział barwny i ciekawy. Autor cytuje sporo źródeł rzymskich, zarówno narracyjnych, jak i epigraficznych.

Rozdziały trzeci i czwarty poświęcono pojedynkom - instytucji dość nieznanej, jeśli chodzi o starożytność oraz rzymskim wodzom. I w rozdziale czwartym jest niestety duża niekonsekwencja autora. Włącza Ross Cowan materiał z czasów cesarstwa, a tymczasem to zupełnie inna epoka i wojowano inaczej! Proszę sobie wyobrazić Anglię z czasów XVIII wieku i dzisiejszą, przecież to dwa różne kraje, choć to ten sam kraj. Tyle dzieli Rzym z czasów wojny z Pyrrusem i Rzym Cezara. To dalekie porównanie. Uważam, że książka straciła na spoistości i precyzji konstrukcji. Nie zostało to w żaden sposób wyjaśnione we wstępie, gdzie należy wytłumaczyć precyzyjnie i logicznie zasady, jakie prześwietlały autorowi w konstrukcji dysertacji.

Jest także w tej pozycji wielka wyrwa historiograficzna, ponieważ w historii armii rzymskiej najważniejsza z perspektywy historii samego Rzymu były wojny punickie z wybitnym i nieznanym tak naprawdę, bo znanym tylko z perspektywy Rzymian państwem jakim była Kartagina. Te wojny powinny być kolejnym rozdziałem po dwu pierwszych. Ale tego Ross Cowan nam nie dał.

Ostatni rozdział próbuje w bardzo oryginalny sposób przybliżyć nam twórczość poetycką centurionów, jaka zachowała się w epigramach i inskrypcjach. Jest to rozdział sprawiający dziwne wrażenie - ma zaledwie kilkanaście stron i jest jak gdyby przez doczepkę sklejony z całością książki.

Ogólnie książka na pewno może być brana pod uwagę przy pisaniu prac licencjackich i magisterskich na kierunku historia, czy filologia klasyczna z tematyki rzymskiej armii, wojskowości. Naprawdę autor wykorzystał mnóstwo antycznych, głownie łacińskich źródeł i wykorzystał je w sposób bardzo kompetentny. Część książki jest bardzo oryginalna - dwa pierwsze rozdziały, potem staje się wtórna i traci na spoistości. Nie jest to książka popularyzująca historię starożytną, ale z pewnością pod względem naukowym może być cenna. 

Dziękuję Wydawnictwu RM za możliwość przeczytania książki.  

niedziela, 9 września 2018

Recenzja: Christopher Clark, The iron kingdom. The rise and dawnfall of Prussia 1600-1947, Harvard 2013


Czytelniku,

Książka znakomitego amerykańskiego historyka Christophera Clarka zajmującego się od wielu lat historią Niemiec, nie doczekała się polskiego tłumaczenia, a szkoda, bo jest to pozycja unikalna jako jedna z najgłębszych i najbardziej rzetelnie opisanych syntez historycznych. Bez tej książki nie wyobrażam sobie dziś żadnego doktoratu, pracy historycznej odnoszącej się do historii politycznej Niemiec, jakie znamy. Bundesrepublik, cokolwiek dziś to znaczy, jest tworem politycznym wywodzącym się z roku zerowego w historii Niemiec, jakim jest nieodwołanie cezura 1945. Jednak Niemcy zjednoczone, bez Austrii, a więc takie jakie znamy dziś, są tworem, który wydarzył się tylko raz a więc w roku 1871, kiedy żelazny kanclerz Otto von Bismarck zjednoczył Niemcy w oparciu o koncept małych Niemiec z Austrią wyłączoną poza Rzeszę Niemiecką.

Książka jest także wyjątkowa, ponieważ nie traktuje Hitlera oraz III Rzeszy jako aberracji, jaką chcą dziś włodarze Niemiec, a jako nieodzowną i nieuniknioną część historii tego kraju. Hitler i jego ruch nazistowski wyrastał z głębi historii Niemiec, z mitów o wielkości Niemiec i kultury niemieckiej, rasizmu, szowinizmu i pychy. Intrygujące wydaje się pojęcie continuum w historii Niemiec. Książka zaczyna się przecież w wieku siedemnastym i analizuje fenomen państwa pruskiego, które dzięki królom takim jak Fryderyk Wilhelm I oraz Fryderyk II Wielki stało się europejskim wojskowym i gospodarczym gigantem. Zdobycie Sląska, który pod pruskimi rządami stał się źródłem potęgi gospodarczej "żelaznego królestwa" w wieku XIX jest tutaj wydarzeniem kluczowym. Gdyby Fryderyk II nie odebrał tej ziemi Austriakom, kto wie, może historia Niemiec potoczyłaby się inaczej. 

Historia Niemiec podyktowana raczej niż napisana przez Prusy prowadzi do apogeum, czyli III Rzeszy. Clark nie zagłębia się w tajniki władzy nazistów, ale ukazuje, że zbrodniczość tego państwa została oparta na solidnych podstawach, jakie dostarczyła Hitlerowi kultura niemiecka, gospodarka i militaryzm mający swoje korzenie we Fryderyku Wielkim. Hitler jest też tyranem, który jako jedyny z niemieckich tyranów zjednoczył Niemcy i Austrię, by w ich imieniu podpalić Europę. Stanowisko Clarka jest zasadniczo zbieżne z oceną Timothy`ego Snydera w "Czarnej Ziemi" - podbój wschodu przez Niemcy od 1941 należy rozumieć jako podbój kolonialny, ale novum był oszalały rasizm.  

Niemcy i ich kultura została w sposób wyjątkowy zawłaszczona przez Prusy począwszy od wieku XVIII, ale w sposób szczególny przez Bismarcka, który zjednoczył Niemcy. Inne niemieckie narracje - bawarska, wirtemberska, czy westfalska zostały całkowicie zmarginalizowane. Na tym polega też fenomen Prus. Prusak zaczął uchodzić za wzór Niemca od przełomu XIX i XX wieku, choć wcześniej raczej Wiedeń uchodził za polityczne, kulturalne, intelektualne centrum niemieckości.To przesunięcie w kierunku Prus zaważyło na całej historii Niemiec. Prusy miały także szczęście. Prusakami byli przecież Kant i Hegel, których podwaliny pod niemiecką spekulatywna filozofię XIX wieku był ogromny. Różne perspektywy analityczne składają się jednak na bardzo klarowną w stylu narrację.

Książka jest znakomicie i profesjonalnie napisana pod względem źródłowym. Urzeka znajomość niemieckich źródeł wydanych krytycznie oraz rękopiśmiennych, w tym tekstów z wieku XVIII oraz XIX. Clark zachował przy tym niebywale zręczną lekkość pióra i umiejętność analizy historycznej z głęboką znajomością epok, w tym właściwych dla nich filozofii, sztuki i polityki. Jednak historia polityczna w jej syntetycznej formie jest dla Clarka modus vivendi z czytelnikiem. Ta historia Niemiec wciąga, sprawia, że zadajemy sobie pytania, chcemy zrozumieć historię Niemiec i ta książka dostarcza nam takiej możliwości. 

Jednym słowem kolejna znakomita książka. Tym razem wypada raczej na plus amerykańskim historykom. 

niedziela, 19 sierpnia 2018

Recenzja: Teatr Śląski Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci. Teatr Śląski.





Czytelniku,

Leni Riefenstahl była niemiecką reżyserką filmów propagandowych, które tworzyła w okresie III Rzeszy. Najsłynniejszym z nich był "Tryumf woli" uznawany z jedno z najwybitniejszych propagandowych dzieł gloryfikujących nazizm i samego Adolfa Hitlera. Riefensthal żyła 101 lat (sic!) i zmarła w roku 2003. Jej postaci, a konkretnie uwikłaniu sztuki filmowej (w ogóle sztuki) w zbrodniczą ideologię miał dotyczyć spektakl, jaki miał premierę 5 listopada 2016 roku w Teatrze Śląskim (ze współpracą Galeria Szyb Wilsona). Miał, bo niestety jest to przedsięwzięciu zupełnie nieudane. Zaraz jednak wyjaśnię na czym polega porażka twórców spektaklu. A jest to porażka bolesna i niestety, przykro mi to pisać, ze strony teatru nie ma ani jednej krytycznej recenzji: 
https://www.teatrslaski.art.pl/strefawidza/spektakl/64


Tekst napisali Iga Gańczarczyk, Łukasz Wojtysko, a wyreżyserowała go Ewelina Marciniak, reżyserka, która ma na swoim koncie "Morfinę" na podstawie prozy Szczepana Twardocha. Zamierzenie było szczytne - ukazania w przeddzień śmierci w wieku 100 lat Riefensthal jako starej kobiety, do której przychodzą (w jej umyśle) różne postaci, w tym sam Hitler, Goebbels, a narratorką ma być Elfride Jelinek, nagrodzona Noblem, obsesyjna pisarka austriacka mająca uchodzić za głos rzeczywistości, nakłaniający Leni do wyznania swoich win. W najgłębszej wersji narracyjnej spektakl miał potępić faszyzm, wykorzystanie sztuki przez władze państwowe, totalitaryzm myśli, nie przypadkowy jest czas pokazania tego spektaklu - twórcy chcieli wykazać, że sztuka w Polsce poddawana jest podobnej presji pod rządami PiS. Wydarzenie pod koniec spektaklu w dniu 9 listopada utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to przedsięwzięcie zupełnie nieudane artystycznie i literacko.

Podstawową słabością spektaklu jest sam tekst Gańczarczyk i Wojtysko. Nie wydobył on z postaci Riefensthal dramatyzmu - zakłamania, hipokryzji, jakiegoś wewnętrznego wahania. Postać Leni grana przez Małgorzatę Gorol zupełnie ginie w spektaklu ukryta pod groteskową maską, która uniemożliwiała widzom ujrzenie warsztatu aktorki, jak gra, jak pokazuje emocje. Widząc spektakl z piątego rzędu miałem wrażenie, że tekst uniemożliwiał aktorom po prostu granie. Dialogi nie były spójne - mówiąc delikatnie -  sztywne jak bielizna schnąca na mrozie. Jednak mam teraz pewność, że typ teatru, jaki oglądałem w Galerii Szyb Wilsona, traktował tekst zupełnie drugorzędnie. Ważne było to, co widzowie mają zobaczyć. A mieli być zaszokowani, jak do niedawna w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Zresztą związek między tym teatrem nie polegał tylko na tym, że zagrała w nim pani Gorol.

Nazistowska przeszłość Riefenstahl, jej filmowo-erotyczne przygody w Afryce w latach siedemdziesiątych XX wieku, jej starość - wyimaginowany dialog z Marleną Dietrich - to wszystko stanowiło decorum w obrębie którego rozgrywa się spektakl. Fundamentalnym założeniem Marciniak jest chęć upokorzenia widza/odkłamania go/ zaszokowania poprzez niezwykle agresywną  i wulgarną seksualność. Pragnę podkreślić, że nie jestem bigotem i nie szokuje mnie nagość w filmie czy teatrze, jeśli ma swoje uzasadnienie artystyczne. Rzecz w tym, że tego uzasadnienia nie daje sam tekst Gańczarczyka i Wojtysko. Mam uzasadnione wrażenie, że Ewelina Marciniak upajała się ukazując zbliżenia analno-genitalne tancerzy. Jakże znaczące było to, że tancerze kucając wypinali swoje tylne części ciała w stronę widowni. Miał być to "taniec dzikich" nawiązujący do słynnej książki Bronisława Malinowskiego traktującej o seksie dzikich, niczym nie skrępowanej sile życia, a zarazem nawiązanie do afrykańskich wojaży samej Riefenstahl.  

Niestety, wulgarność spektaklu Marciniak sprawiła, że ten pierwotny sens uległ rozmyciu i widz otrzymał quasi-pornograficzną wizję reżyserki, która przyznaje seksualności znaczenie większe i nie mające nic wspólnego z bohaterką sztuki. Riefenstahl dzięki masce jest odczłowieczona, jest postacią androgeniczną, wypraną ze swojej płci. Nie mam także wątpliwości, że taki jest zamierzony cel Marciniak. Seks jest kluczem do interpretacji postaci niemieckiej reżyserki rozpiętej między irytującą postacią Jelinek i imitacją jej kochanka Horsta. Postać to tym ciekawsza, że grała ją naga kobieta (Agata Woźnicka) ubrana jedynie w gadżet z hard porno - nienaturalny czarny dildo. Między nimi nie istnieje żadna relacja. Obie aktorki Woźnicka i Gorol zupełnie nie miały pomysłu, jak oddać łącząca ich więź jako kobiety i mężczyzny.

Zaszokowanie analno-genitalną ekspozycją seksu było jednak kontrfaktyczne. Ani śmieszne, ani straszne. Po prostu żałosne. Jednak ta płaszczyzna "spektaklu" w reżyserii Marciniak znana jest w Polskim Teatrze ostatnich kilku lat z seksualnych ekscesów Jana Klaty w Teatrze Starym w Krakowie, który stał się jedyną swego rodzaju anty-sceną w Polsce, unurzaną w obrzydliwości rozumianej jako konieczność ciągłej i artykułowanej wulgaryzmami i seksem prowokacji. To jeszcze można zrozumieć. Ja natomiast jako profesjonalny historyk zarzucam twórcom spektaklu coś innego, co właśnie dotyczy historii używanej w tym spektaklu w sposób utylitarny. Chciałbym zadać pytanie Państwu: czy czyniąc Hitlera śmiesznym Marciniak oraz twórcy spektaklu uczynili śmiesznym jego zbrodnie? Czy śmieszny Hitler dokonywał równie śmiesznych zbrodni? Jak tak można użyć historii?  Dam Państwu prosty przykład. Steven Spielberg kręcąc przed laty mało śmieszny film "1941" z Melem Brooksem nie rozumiał tego, co zrozumiał kręcąc Listę Schindlera: naziści i ich zbrodnie na ludzkości nigdy nie byli śmieszni, ponieważ w ten sposób artysta poniża pamięć tych wszystkich, których Hitler mordował w imieniu i dla narodu niemieckiego. Dlaczego spektakl musiał być tak wulgarny, epatujący ordynarnymi seksualnymi gadżetami? Co Marciniak osiągnęła w ten sposób? 

Spektakl "Leni Riefenstahl: epizody niepamięci" dopuszcza się tego samego grzechu. Czyniąc nazistów śmiesznymi urąga pamięci ich ofiar.

Intrygujące jest przewijające się trio postaci - Hitler, Heinrich Hoffman (zupełna pomyłka artystyczna - fotografem i filmowcem Hitlera był Franz Bauer, mający jako jedyny pozwolenie filmowania Hitlera w czasie jego prywatności) oraz grany przez młodocianego aktora Joseph Goebbels (skandalem jest wykorzystanie do takiego spektaklu młodocianego aktora - za kulisami nie widział aktorki ze sztucznym fallusem? ). Dlaczego Goebbelsa miał grać nieletni aktor? Otóż owi Hoffman, Hitler, Goebbels (jedyna postać bez maski), w asyście Magdy Goebbels oraz Ewy Braun takoż ukrytych pod maskami, zostali wystylizowani na śmieszne straszno-śmieszne, wyginające ciała, nienaturalnie gestykulujące i deklamujące dialogi ze sztucznie akcentowanymi niemieckimi słowami. Postaci te tracą całkowicie dramatyczny wymiar stając się surogatami osobowości, które mają przedstawiać. Nawet jeżeli taka, a nie inna stylizacja Hitlera jest zamierzona, osiąga ona skutek odwrotny od zamierzonego. Uważam, że wprowadzając takie mnóstwo postaci twórcy spektaklu zupełnie się pogubili. Mnóstwo postaci, mnóstwo niedokończonych i niedomkniętych wątków. Porażka na całej linii - słowa, obrazu, gestu i muzyki, zupełnie niekoherentnej z przedstawieniem.

Nie mam nic przeciw odważnym spektaklom. Jako przykład artystycznej ekspresji można pokazać spektakl Teatru Dramatycznego "Bent" opowiadający prześladowanie homoseksualnych mężczyzn w III Rzeszy, czy odważne obyczajowo, ale świetnie zainscenizowane spektakle w Teatrze Bez Sceny w Katowicach.  Porażka Teatru Śląskiego w spektaklu w reżyserii Eweliny Marciniak polega na świadomym rozmyciu historycznej wymowy nazistowskich i niemieckich zbrodni poprzez zastosowanie zupełnie nieudanego artystycznie pastiszu.  Leni Riefenstahl mogłaby stać się wielopłaszczyznową i bogatą w interpretację postacią genialnej reżyserki uwikłanej w potworny reżym. Mogłaby, ale tak się nie stało. Porażka polega także na próbie ukazania przez Marciniak i zespół aktorski tej zależności, a zarazem na niemożliwości i nieumiejętności pokazania jej. Rozmach inscenizacyjny, światło, muzyka mogły pomóc aktorom, a nie zrobiły tego. Maski na twarzach aktorów nie pomogły im grać, mimo szczerych chęci aktorów do wydobycia "życia" z granych postaci.

Po prostu bardzo słaba wydmuszka, która jest po prostu pusta i dęta jak bielizna Leni Riefenstahl schnąca na mrozie. 

środa, 1 sierpnia 2018

Alexandra Richie, Warszawa 1944. Tragiczne powstanie, wyd. W.A.B, Warszawa 2014






Alexandra Richie, Warszawa 1944. Tragiczne powstanie, tłum. Zofia Kunert,
wyd. W.A.B, Warszawa 2014


Czy można w Polsce wydać lepszą książkę o Powstaniu Warszawskim niż osławiona i wydana równo 10 lat temu monumentalna w swej wymowie książka Normana Daviesa „Powstanie `44”? To pytanie nieznośnie krążyło wokół mnie przez lata. Przeczytawszy książkę kanadyjskiej dziennikarki Alexandry Richie już wiem, że można taką książkę napisać.  

Profesor Davies wprowadził do polskiej historiografii nieznośną narracyjnie manierę kapsuł, które 10 lat temu okrzyknięto wielkim nowatorstwem. Krakowski ZNAK wydaje książkę Daviesa od 10 lat i śmiem twierdzić, że wychowało się na niej wiele roczników młodzieży, studentów i adeptów olimpiady historycznej. Pisząc recenzję książki będą musiał chcąc czy nie chcąc recenzować także książkę Daviesa. W istocie Davies gloryfikuje Powstanie Warszawskie. Może z perspektywy czasu przyjęta przez niego perspektywa była słuszna w roku 2004; ja jednak widzę to inaczej. Czy można pisać krytycznie o książce człowieka, który przez elity III Rzeczypospolitej doznał zaszczytu polskiego obywatelstwa? Ja śmiem twierdzić, że książka Normana Daviesa została wydana w momencie dla Polski bardzo optymistycznym, taką miała również wizję powstania jako tragicznego zrywu, w gruncie rzeczy romantycznego zwieńczenia bezlitosnej okupacji. Książka Richie została wydana w roku 2014, i te 10 lat naprawdę robi różnicę. Myślę, że epoka i kontekst wydarzeń politycznych także oddziaływają na sposób odczytania książek, nadania im nowych znaczeń. Nie na darmo historycy muszą się uczyć, że każda epoka inaczej odczytuje klasyczne pozycje. „Powstanie `44” Daviesa zostało skrojone na miarę swego czasu – w roku 2004 Polska weszła wówczas do Unii Europejskiej, i wydawało się nam, że los Polski jest bezpieczny. Książka Richie „Warszawa 1944” została wydana w innym momencie; w 2014 roku po aneksji Krymu przez Rosję i po podważeniu granic po II Wojnie Światowej. Inną też książka Richie niesie metaforykę: jest to książka posępna i złowroga, od której przygnębiającego wrażenia trudno się uwolnić. 

Wojciech Wrzosek, znakomity metodolog historii z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu powiedział swego czasu, że klasyczna historiografia krąży wokół trzech głównych idoli; mianowicie czasu, miejsca i bohatera. Książka Alexandry Richie o Powstaniu Warszawskim jest właśnie takim dziełem, zachowującym porządek, klarowność rozdziałów i opowieści. Podstawową różnicą między książką Richie i Daviesa jest perspektywa wobec toczącej się wojny. To w książce Kanadyjki czytelnik znajdzie szeroki obraz frontu wschodniego. Niemcy zostali doszczętnie rozbici przez Armię Czerwoną w operacji Bagration na terenie Białorusi. Rozbite oddziały niemieckie przetaczyły się przez Warszawę w końcu lipca 1944 sprawiając złudzenie, że oto nadchodzi ta sama chwila, co w listopadzie roku 1918. Jednak to tylko pozory. Richie w przeciwieństwie do Daviesa opisuje bardzo dokładnie jedną z najważniejszych bitew pancernych na froncie wschodnim, tak zwaną bitwę pod Wołominem. Był to zwrot zaczepny świeżych niemieckich jednostek pancernych i zmotoryzowanych feldmarszałka Waltera Modela, które zaskoczyły armię radziecką. Rosjanie zostali pod Wołominem zdziesiątkowani, tracąc ponad 350 czołgów i dział pancernych. Niemcy zdołali opanować panikę, a powstanie w Warszawie zaczęło się właśnie w chwili, kiedy Waffen SS i Wehrmacht ( 9 armia generała Von Vormanna) ściągali potężne odwody pod Warszawę.  Nie było zatem gorszego momentu na rozpoczęcie walki. Davies ma tylko jedną przewagę nad książką Richie; znakomite jest jego 150 pierwszych stron o polskim państwie podziemnym i niemieckiej okupacji w Polsce. Nie ma lepszego dotąd tekstu, który pokazałby syntetycznie lata 1939-1944 w polskiej historiografii ostatnich dwudziestu lat.

Na szczęście Richie nie wchodzi w porządek polskiej debaty o powstaniu, pozostawiając polskie piekiełko Polakom. Kanadyjską autorkę interesuje przede wszystkim kontekst ulicy, i to też wielka różnica. Kontekst ulicy jest dużo prawdziwszy. Miron Białoszewski pisał w swym dzienniku z powstania, że miasto stopniowo osuwało się w śmierć. Oczywiście epicki wymiar książki Richie odnosi się także do zakulisowych gier dyplomatycznych. Mikołajczyk w Moskwie jest oczywiście bezradnym klientem, a bezsens sytuacji rządu polskiego zdaje się jedno tylko zdanie Mołotowa do Mikołajczyka na Kremlu: „Po co Pan tutaj przyjechał?”. Dyplomacja nie jest w książce Richie najważniejsza i dobrze. Dopełnia ona tylko do cna klęskę Polaków.
Kanadyjka jako pierwsza autorka piszący o powstaniu dużo uwagi poświęciła drugiej stronie; poznajemy z bliska katów Warszawy: Dirlewangera, Reinefahrta, von dem Bacha i innych niemieckich oprawców Warszawy. Jej książka pozwala zajrzeć nie tylko na Zieleniak, miejsce przeraźliwych grabieży i gwałtów na tysiącach polskich kobiet. Masakra na Woli jest tym bardziej przerażająca, że Richie w zasadzie nie oszczędza czytelnikowi niczego. Bestialstwo Niemców oraz walczących w ich imieniu jednostek rosyjskich faszystów, oraz Azerów w tak zwanych oddziałach Kamińskiego (brygada RONA) oraz niemieckich kryminalistów z brygady Dirlewangera nie pozostawia złudzeń. Powstanie jest przegrane od samego początku. Jednak w książce Kanadyjki powstanie nabiera niezwykłej ostrości. Przygodny seks w gruzach z nieznaną dziewczyną, czy powszechne zjadanie psiego i kociego mięsa, nabiera w narracji Richie ekwiwalentu życia. Śmierć jest tak powszednia, że życie jest jeszcze straszniejsze. Warszawiacy nie mieli wyboru: musieli przecież pić, a stanie po wodę z wykopanych na starym mieście studni było wyrokiem śmierci.

Chociaż książka nie ma wyraźnie zarysowanych części, dają się wyraźnie rozpoznać dwie. Rozdziały od I do VI ukazują preludium do powstania; niemiecką okupacje w Polsce oraz losy niemieckich dowódców nabierających swych zbrodniczych doświadczeń w zwalczaniu partyzantów na Białorusi. Rozdziały VII do XII usytuowane są w Warszawie i kanadyjska autorka ukazuje walk od Woli i straszliwej rzezi jej mieszkańców, przez rozstrzelanie Ochoty oraz straszliwy szturm Starego Miasta. Udało się Richie ukazać niemożliwy do zrozumienia dzisiaj nastrój Warszawy: gdy Stare Miasto rozpadało się od straszliwych pocisków sześciuset milimetrowego moździerza Karl oraz przez ostrzał z niemieckich moździerzy rakietowych Nebelwerfer, na Śródmieściu działały kawiarnie, toczyło się w miarę normalne życie. Warszawiacy z niedowierzaniem traktowali opowieści o straszliwej sile niemieckiej artylerii, o przerażających rzeziach. To efekt zaskoczenia. Nie oszczędza Richie Polakom niczego; od decyzyjnego chaosu w komendzie AK po bezradność oddziałów powstańczych, które nie mogły obronić cywilnej ludności. Rzezie w szpitalach na Woli, gdzie Niemcy spalili żywcem lekarzy, pielęgniarki i pacjentów ukazują grozę i bezsens powstania. Walka Niemców ze Starym Miastem jest osobistą wendettą Hitlera ze stolicą Polski. 

Mało kto wie, że doświadczenia Warszawiaków, którzy przeżyli rzeź Woli, są zaskakująco zbieżne z najbardziej mrocznymi doświadczeniami ocalałych z Zagłady więźniów Sonderkommando. Mowa o przytaczanej historii Tadeusza Klimaszewskiego, którego esesmani z oddziałów Reinefahrta pacyfikującymi Wolę, zmusili do udziału w tazk zwanym Verbrennungskommando. Warszawiacy ci musieli pod groźbą śmierci zbierać tysiące rozkładających się w sierpniowym upale zwłok i spalać je na wielkich stosach. Metoda była prosta. Warstwa zwłok i drewna, naprzemiennie. Tłuszcz sam podsycał ogień. Taką samą metodę spalania zwłok z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu stosowano w Chełmie nad Nerem i w Auschwitz-Birkenau. Po wojnie Klimaszewski, który przez przypadek uciekł z tego komanda, pozostawił unikalną relację wykorzystaną w książce Richie.  Masakra na Woli jest zatem ludobójstwem na skalę niestosowaną w walkach z cywilami. Celem Niemców było przecież całkowite wytrzebienie polskiej populacji Woli.

Richie wybrała perspektywę zwykłych Warszawiaków. Oddaje ona im głos. Ten głosi jest silniejszy niż w książce Daviesa. Z ich perspektywy bezradny, zlękniony i całkowicie zmanipulowany przez Okulickiego i Montera-Chruściela, generał Tadeusz Bór-Komorowski jest wyjątkowo żałosną postacią. Buduje go jedna scena. Gdy podmuch wybuchu czołgu-pułapki na starym mieście rzuca Bora o ścianę, wydaje on rozkaz o wycofaniu się do Śródmieścia. Jeden z Ak-owców powiedział „Pierwszy rozsądny rozkaz Komendanta Głównego”. Nikt nie zaoponował. Był to poniżenie autorytetu dowódcy. Ja sam waham się, czy Bór-Komorowski powinien mieć w Warszawie swoją ulicę. W opisie wrześniowych zmagań o Czerniaków Richie przytacza bez wahania jak wściekła na powstańców była ludność cywilna. Jednak jej uwaga biegnie także na drugi, praski brzeg od 14 września wyzwolony przez radziecką armię. Potępia ona to, że Rosjanie nic nie uczynili, a ich pomoc była spóźniona. Richie – słusznie  - daje spokój oczywistej winie Stalina; jej książka zwraca uwagę Polakom na ich winę. Richie udała się rzecz niebywała; zdołała ona w swojej książce zrzucić mit powstania zwyciężonego, ale zwycięskiego moralnie.

Co ważne w książce Richie, związanej przecież emocjonalnie i rodzinnie z Polską, nie ma krzty patosu. Książka jest zimna, niemal dziennikarska, drobiazgowa, nieznośnie bolesna w swej wymowie. Oprócz epickości zmagań o Warszawę Kanadyjka znakomicie operuje źródłami; potrafi wycisnąć z nich dosłownie ostatnią kroplę treści. Skala mikro, budowana wokół obficie cytowanych historii, ludzi którzy przeżyli, znakomicie współtworzy narrację w sakli makro. Udała się jej sztuka zbudowania całościowej, koherentnej wizji powstania warszawskiego ograbionego z wtórnego nadawanego mu sensu. Po przeczytaniu książki Richie należy bez reszty odrzucić uwznioślające narracje serwowane przez portal Fronda, Kościół Katolicki, że Bóg doświadczył Polskę z miłości. Dla mnie latem 1944 Niebo nad Warszawą było puste.

Książka Alexandry Richie znakomicie przybliża szerokiej anglosaskiej publiczności Powstanie Warszawskie. Dla angielskiego, kanadyjskiego i amerykańskiego czytelnika powstała ta książka. Jeśli miałbym pokusić się o ocenę tej pozycji z perspektywy sztuk pisania o wojnie, jej książkę można postawić na jednej szali z najznakomitszymi książkami Beevora jak Stalingrad. Kanadyjka napisała może na złość feministkom bardzo męską w wymowie książkę, twardą, zaglądającą w otwartą ranę, skonstruowaną wedle najlepszych wzorców. Myślę, że żadna z polskich historyczek i historyków nie potrafiliby napisać takiej książki ( nie uchybiając żadnemu z moich szacownych kolegów po fachu), która w sposób tak bezlitosny, w oparciu o fakty, źródła i relacje świadków obnaża polityczny i militarny bezsens Powstania.

Oddaje ona honor polskim żołnierzom i ludności cywilnej Warszawy.
Ale to nie jest dla mnie pocieszenie.

sobota, 21 lipca 2018

Recenzja: Vahe Katcha, Kolacja kanibali, reż. B. Lankosz, Teatr Polonia Krystyny Jandy.





Drogi Czytelniku,

Z trudnością można odnaleźć w Polsce inscenizacje dramatów współczesnych, a odnoszących się do II wojny światowej. Dla mnie spektakl w reżyserii świetnego reżysera filmowego Borysa Lankosza według dramatu znakomitego francuskiego pisarza ormiańskiego pochodzenia Vehe Katchy jest taką propozycją. Nie dziwi mnie także, że to właśnie Teatr Polonia Krystyny Jandy wystawia tę sztukę. Janda ma niezwykły talent nie tylko jako aktorka, którą wszyscy znamy, ale jako menedżer teatru. Ma także talent do niebanalnych tekstów, szczęście do znakomitych aktorów i przekonującej oszczędnej, ale sugestywnej scenografii. Widziałem ten spektakl dwa razy, w czerwcu 2017 i w poniedziałek 16 lipca br. Grany jest tak samo perfekcyjnie. Niestety, decyzją Teatru Polonia, schodzi ze sceny. Szkoda, jeśli państwo nie wiedzieli, ostatnia okazja 22 i 23 sierpnia 2018.

Trochę o samym spektaklu (nie robiąc spoilera). Jest rok 1942, okupowany przez Niemców Paryż. Przenosimy się do paryskiego mieszkania, gdzie odbywa się domówka kilku przyjaciół. Jest luźna atmosfera, są urodziny gospodyni, zapowiada się całkiem udany wieczór. Trwa zabawa. Wkrótce padają dwa strzały. Do mieszkania (jako widzowie mamy wrażenie współuczestniczenia w wieczorku) wkracza esesman, oficer paryskiego Gestapo, kapitan Kaubach. W tej roli zobaczymy Rafała Mohra, który gra postać diaboliczną, inteligentną i perfekcyjnie zasugerowaną. W jego grze, geście, niemieckim akcencie, zachowaniu nie ma przypadku. To niezwykła rola Mohra- jedna z najbardziej sugestywnych kreacji pokazujących gestapowca jaką widziałem . Oficer SS przekazuje zebranym w mieszkaniu gościom propozycję nie do odrzucenia: spośród siebie wybiorą dwie osoby, które Kaubach zabierze ze sobą na egzekucję. Proszę jednak nie traktować tego jako kalli jakiegoś stereotypowego obrazu Niemca. Ależ skąd! Kaubach jest wielbicielem greckiej filozofii, zna świetnie Ajschylosa.

Dramat trwa prawie dwie godziny, ponieważ spektakl jest bez przerwy, ale tego czasu właściwie się nie odczuwa. Warto wspomnieć o innych postaciach, które tworzą sztukę. W obsadzie znaleźli się Aleksandra Domańska, Justyna Grzybek, świetny Andrzej Deskur, Kamil Maćkowiak, Piotr Makarski, Grzegorz Stosz i wspomniany już Rafał Mohr. Doskonałą rolę zagrał także Zbigniew Konopka, grającego wujka solenizantki. Naprawdę, zastanówcie się jakich macie wujków...

Uczestnicy kolacji muszą wybrać dwie ofiary. Zaczyna się brutalna, choć pozbawiona fizycznej przemocy walka o życie, w której nie ma miejsca na wahania, skrupuły. Bohaterowie muszą dokonać takiego diabelnego wyboru. Jednak oficer SS nie dramatyzuje. Prosi o to, by nie poświęcać dwu osób, ale uratować pięć. Pomiędzy wszystkimi uczestnikami dramatu  nawiązują się relacje przewrotne, a nikt nie jest tym, kim był, kiedy przyszedł na ową ...kolację.

Ten spektakl jest piekłem wolności, a raczej wyboru konieczności. Uczestnicy kolacji dokonując tego wyboru muszą postawić wszystko na szli: swoje człowieczeństwo, empatię lub jej brak. Punkt zwrotny dramatu, jakim jest wkroczenie esesmana, pokazuje prawdziwą naturę ludzi, ponieważ opadają codziennie maski z kłamstw, jakimi bohaterowie i jakimi my lubimy się codziennie otaczać. Z ludzi kulturalnych i cywilizowanych, jak się pozornie wydaje, zostają zdarte wszystkie uczucia, skrupuły etyka i religia, wychodzi z nich najgorsza hipokryzja, zdrada i fałsz, jakiego nie spodziewalibyście się po kimś, z kim spędzacie życie. Zostaje instynkt samozachowawczy.

Uważam, że sztuka Vehe Katchy jest jednym z najwybitniejszych współczesnych dramatów francuskich XX wieku, napisana w latach sześćdziesiątych. Jeśli jest jakakolwiek parabola w polskim dramacie, to jest to sztuka Grochowiaka "Szachy". Jeśli jest jakiś teatr, który mógłby zrobić "Szachy" Grochowiaka to jest to teatr Jandy. Adaptacja sceniczna tekstu Katchy jest imponująca, zarówno pod względem scenografii, jak i detali takich jak mundur Gestapo (to historyczny mały błąd - w roku 1942 Gestapo nie nosiło już czarnych mundurów, ale to drobiazg), sukienki, garnitury w stylu vintage.

Polecam tę sztukę każdemu szukającemu w teatrze niebanalizowanych przeżyć. Tym samym Teatr Polonia Krystyny Jandy udowadnia bezsprzecznie, że jest jedną z najlepszych scen dramatycznych w Polsce. Ukłony dla zespołu teatralnego. 

Esencją dramatu jest katharsis. Po obejrzeniu "Kolacji kanibali" gwarantuję to doświadczenie, które zmusza do zadania sobie samemu pytania: gdybym to  ja musiał dokonać takiego wyboru...

niedziela, 15 lipca 2018

Autorska historia mistrzostw świata w piłce nożnej.

                                          (cyt. za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Tour_da_Ta%C3%A7a_da_Copa_do_Mundo_(14231974005).jpg)


Czytelniku tego bloga, 

Jako historyka i blogera interesuje mnie pytanie: jak wielka i mała polityka wpływała na światowy spektakl, jakim co cztery lata są piłkarskie mistrzostwa świata. Nie roszczę sobie pretensji do ukazania całości historii mistrzostw świata, ponieważ od czego jest Wujek Google i kiedyś znakomita Encyklopedia piłkarskich mistrzostw świata. 

Turniej drugi oraz trzeci w roku 1934 i 1938 zostały zdominowane przez Squadra Azzura. Pierwszy tytuł Wosi zdobyli podczas turnieju rozgrywanym we Włoszech, ale w 1938 wygrali turniej we Francji. Mussolini zachowywał się skandalicznie przekupując grecką federację, aby przegrała z Włochami (400 tysięcy dolarów), a w przeddzień finału podjął sędziego wykwintną kolacją. Włosi wygrali zatem przed wojną dwa tytuły, ale warto wspomnieć o tym, że pucharu świata pragnął także Adolf Hitler i III Rzesza. W marcu 1938 roku Niemcy anektowali Austrię przy zachwycie większości tamtejszego społeczeństwa, i oczywiście piłkarze austriaccy zostali włączeni do reprezentacji III Rzeszy na tym mundialu. Niemcy mieli zdobyć tytuł, ale na drodze stanęła im Szwajcaria i Niemcy musieli wrócić do domu. Wśród austriackich piłkarzy był jeden, który odmówił gry w niemieckiej reprezentacji. Nazywał się Matthias Sindelar. Odmówił i upokorzył tą odmową Hitlera. Zginął w do dziś nie wyjaśnionych okolicznościach 23 stycznia 1939 roku w Wiedniu.


Z powodu II wojny światowej oraz odbudowy turnieje w 1942 oraz 1946 się nie odbyły. 

W roku 1950 Brazylia płakała po porażce kanarków w finale z fantastycznie dysponowanym Urugwajem, jednak moją uwagę przykuwa turniej ze Szwajcarii z roku 1954. Wówczas grała i walczyła jedna z najlepszych jedenastek w historii futbolu. Mam oczywiście na myśli Węgry z takimi piłkarzami jak Hidekuti, Puskas. To oni pokonali Anglików na Wembely 6:3 pokazując im ich miejsce. Węgrzy wygrywali ze wszystkimi, a z Niemcami w grupie aż 8:3. Ci się stało, że w finale w Bernie, nie dali rady i ulegli Niemcom 2:3, tego nie wie nikt, a może to po prostu tajemnica futbolu? W dwa lata później w październiku i listopadzie 1956 roku sowieckie czołgi zmiażdżyły Węgry próbujące się wydostać spod kontroli. To oznaczało także tragedię tych piłkarzy, którzy nigdy już na Węgry nie wrócili. Ferenc Puskas grał potem przez długie lata w FC Barcelona, potem w Realu Madryt i na końcu został obywatelem ...Hiszpanii.  


W roku 1958 zabłysnęła gwiazda Brazylii, Pele. Brazylia zdobyła mistrzostwo świata i powtórzyła wyczyn cztery lata później w roku 1962 w Chile, które kilkanaście miesięcy wcześniej doświadczyło niszczącego trzęsienia ziemi. Turniej rozegrano, a vice-mistrzami została Czechosłowacja, o której mało kto dziś pamięta. W roku 1966 w Anglii, która zdobyła jedyny jak na razie tytuł, nie odbyło się bez kontrowersji. Brazylia nie wyszła z grupy przegrywając z Portugalią 1:3 oraz z Węgrami w takim samym stosunku. Pele był załamany. Włosi odpadli po przegranej z Koreą Północną, która weszła do ćwierćfinału (sic!). Do dziś w koreańskiej propagandzie ów sukces pokazywany jest jako pierwsze zdobycie tytułu mistrzów świata (sic!). 

W roku 1970 w Meksyku rozegrano fantastyczny turniej, w którym odbyły się jedne z dwu najlepszych meczów w historii. Mam na myśli ćwierćfinał Niemcy - Anglia - 3:2 oraz półfinał Włochy-Nimcy 4:3. W jednym i drugim przypadku były to mecze znakomite i emocjonujące do końca. Brazylia zwyciężyła zdobywając trzeci tytuł i tutaj zaczyna się wpływ polityki. W tamtym czasie Brazylia była wojskową dyktaturą, a trener Mario Zagalo został nim tylko dlatego, ponieważ był bardziej potulny wobec dyktatora,
Emilio Garrastazu Mediciego. Brazylia zmagała się z dyktaturą do roku 1985. Pele, mając opinię najlepszego piłkarza wszech czasów, odmówił gry w reprezentacji na mistrzostwach w Niemczech w roku 1974. Gdyby zagrał, czy Brazylia wypadłaby inaczej?

Mistrzostwa Świata w Niemczech Zachodnich w roku 1974 odbyły się w dwa lata po rzezi w Monachium dokonanej przez palestyńskich terrorystów na reprezentacji Izraela i były to mistrzostwa wyjątkowe jeśli chodzi o kontekst polski. Oczywiście ekipa Gierka próbowała wykorzystać sukces reprezentacji w propagandzie sukcesu, ale tamta reprezentacja była najlepszą polską drużyną w historii piłki. Czy gdyby komuniści pozwolili wyjechać do dobrego zachodniego klubu Grzegorzowi Lacie czy nieżyjącemu już Kazimierzowi Deynie, czy historia polskiej piłki potoczyłaby się inaczej? W czasie owych mistrzostw zaistniał silny kontekst polityczny. Otóż, odbył się mecz w grupie między RFN i NRD Zagrały ze sobą dwa państwa niemieckie i o dziwo, wygrali ci Niemcy wschodni 1:0, co natychmiast stało się powodem propagandowej ofensywy ze strony władz NRD. Te mistrzostwa były także pomarańczowe. Zaryzykuję twierdzenie, że Holendrzy z lat 1974-1978 to druga najlepsza drużyna w historii piłki nożnej po Węgrach z 1954 i Brazylii z 1958-62. Takie nazwiska jak Cruyff, Neskeens, Repp to legendy piłki. Dlaczego przegrali?

Proszę sobie wyobrazić, że przed finałem z Niemcami Zachodnimi Holendrzy odbyli luźną zabawę z alkoholem i młodymi dziewczętami w ośrodku hotelowym. Dowiedziała się o tym ekipa najobrzydliwszej gazety niemieckiej po 1945 roku, czyli "Bilda". W artykule zasugerowali dwuznacznie, że w grę wchodził seks z prostytutkami i narkotyki. Publikacja ta uderzyła w najlepszego piłkarza Johanna Cruyffa, którego żona zrobiła straszną awanturę (słusznie!). Holendrzy szybki objęli w meczu z Niemcami prowadzenie 1:0 i przegrali go 1:2, będąc do końca rozbici psychicznie. Cruyff za agresywną rozmowę z sędzią dostał czerwoną kartkę. Mamy więc do czynienia z manipulacją medialną która miała wpływ na wynik meczu.



Cztery lata później 1 roku 1978 odbył się turniej w Argentynie, która w owym czasie była jedną z najbardziej brutalnych dyktatur w Ameryce Południowej. Tysiące ofiar pogrzebanych w masowych mogiłach, brutalne egzekucje, tortury i piłka nożna. Mówię otwarcie, że ten turniej dyktatura po prostu kupiła i wykorzystała go mistrzowsko w propagandzie. Nas, Polaków, także to dotknęło niebezpośrednio. Otóż w grupie ćwierćfinałowej Argentyna znalazła się z Brazylią (znów bardzo dobrą), Peru oraz Polską. Z Polską wygrała 2:0, a niestrzelony karny Deyny śni się starszym kibicom po nocach, ale różnice bramek przemawiały za Brazylią. Argentyna musiała pokonać Peru większą bramek i wygrała 6:0 awansując do finału. Dziś wiemy, że dyktator Jorge Videla, odpowiedzialny za prawdopodobnie 30 tysięcy ofiar reżymu kupił ten mecz posyłając Peru pomoc żywnościową. Holendrzy, którzy ponownie awansowali do finału, zderzyli się ze ścianą. Przegrali w finale 1:3, choć Roby Rensenbrink w ostatniej minucie podstawowego czasu kiedy było 1:1 strzelił w słupek. Cruyff nie poleciał do Argentyny nie chcąc zostawiać żony. Czy zatem afera z Bildem kosztowała Holendrów dwa razy tytuł? 

W roku 1982 na mistrzostwach świata w Hiszpanii znów wielka i mała polityka dała znać o sobie. I to odnośnie polskiej reprezentacji. W Polsce trwał stan wojenny, a Polacy grai mecz decydujący o awansie do półfinału ze Związkiem Radzieckim na 0:0 a Włodzimierz Smolarek zapędzał się pod koniec meczu do rogu drużyny radzieckiej, by tam nie dawać sobie odebrać piłki i grać na czas. Polska telewizja blokowała sygnał z Barcelony, gdzie rozgrywano mecz, ponieważ było sporo napisów SOLIDARNOŚĆ, które w kraju były zakazane. To był pamiętny mecz. Odrobina radości w morzu smutku, jakim był stan wojenny. Co ciekawe mistrzostwa te zasłynęły także układem między Niemcami i Austrią, aby wyeliminować Algierię. Drużyna z Maghrebu wygrała z Niemcami 2:1 w grupie, i Austriacy oddali Niemcom mecz, aby wyeliminować Arabów. Trudno o bardziej smutny i obrzydliwy przykład rasizmu. FIFA po tym skandalu zmieniła regulamin i dostosowała go tak, aby mecze kończące rozgrywki w grupie zaczynały się zawsze o jednej godzinie. 


W roku 1986 na mistrzostwach świata w Meksyku najbardziej politycznym był mecz ćwierćfinałowy Anglia - Argentyna, który Argentyńczycy wygrali dzięki bramce zdobytej ręką przez Maradonę. Cztery lata wcześniej doszło do wojny o Falklandy, którą Argentyna przegrała. Spowodowało to upadek krwawej junty wojskowej. Ale gdyby nie to, być może sędzia nie uznałby gola, strzelonego tak skandalicznie. Oczywiście drugi gol Maradony, po fenomenalnym rajdzie przez pół boiska przeszedł do historii, jak cały mecz.


Potem polityki było na szczęście już mniej. W USA w roku 1994 warto odnotować śmierć kolumbijskiego piłkarza Escobara (nomen omen), który w meczy z USA na Rose Bowl w Pasadenie strzelił bramkę samobójczą. Kilka dni później na zlecenie kartelu narkotykowego został zastrzelony w barze. Straszne to i przerażające. Skandalem FIFA było promowanie Korei Południowej na mistrzostwach 2002 roku, gdzie sędziowie dosłownie wepchnęli gospodarzy do półfinału eliminując Włochy i Hiszpanię, które nie dość że strzelały bramki prawidłowe, a potem nieuznane, to jeszcze traciły piłkarzy za czerwone kartki. Takich skandali było już mniej.


Mam jednak wrażenie, że polityka znów dała znać o sobie w ostatnich czasach. Fakt, że w 2018 roku mundial dostała putinowska Rosja, jest przecież tak znamienny. W finale, nie wiem czy Państwo zauważyli, na boisko wbiegły dziewczyny z Pussy Riot, feministycznej i anty-putinowskiej grupy rockowej. Putin wręczał puchar świata Francuzom w strugach deszczu - też znamienne.


W ROKU 2022 Mundial odbędzie się w listopadzie i grudniu, na gwiazdkę. A to już wielka polityka, prawda? 



Recenzja: Artur Nowak, Stanisław Obirek, Skandaliści w sutannach. Od kardynała Wyszyńskiego do arcybiskupa Jędrzejewskiego, wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2024

Czytelniczko, Czytelniku  Książka Artura Nowaka i Stanisława Obirka, wydana w twardej oprawie, przez wydawnictwo Prószyński i Ska w roku 20...