Alexandra Richie, Warszawa 1944. Tragiczne powstanie, tłum. Zofia Kunert,
wyd. W.A.B, Warszawa 2014
Czy można w Polsce wydać lepszą książkę o Powstaniu Warszawskim niż
osławiona i wydana równo 10 lat temu monumentalna w swej wymowie książka
Normana Daviesa „Powstanie `44”? To pytanie nieznośnie krążyło wokół mnie przez
lata. Przeczytawszy książkę kanadyjskiej dziennikarki Alexandry Richie już
wiem, że można taką książkę napisać.
Profesor Davies wprowadził do polskiej historiografii nieznośną narracyjnie
manierę kapsuł, które 10 lat temu okrzyknięto wielkim nowatorstwem. Krakowski
ZNAK wydaje książkę Daviesa od 10 lat i śmiem twierdzić, że wychowało się na
niej wiele roczników młodzieży, studentów i adeptów olimpiady historycznej.
Pisząc recenzję książki będą musiał chcąc czy nie chcąc recenzować także
książkę Daviesa. W istocie Davies gloryfikuje Powstanie Warszawskie. Może z
perspektywy czasu przyjęta przez niego perspektywa była słuszna w roku 2004; ja
jednak widzę to inaczej.
Czy można pisać krytycznie o książce człowieka,
który przez elity III Rzeczypospolitej doznał zaszczytu polskiego obywatelstwa?
Ja śmiem twierdzić, że książka Normana Daviesa została wydana w momencie dla
Polski bardzo optymistycznym, taką miała również wizję powstania jako
tragicznego zrywu, w gruncie rzeczy romantycznego zwieńczenia bezlitosnej
okupacji. Książka Richie została wydana w roku 2014, i te 10 lat naprawdę
robi różnicę.
Myślę, że epoka i kontekst wydarzeń politycznych także
oddziaływają na sposób odczytania książek, nadania im nowych znaczeń. Nie
na darmo historycy muszą się uczyć, że każda epoka inaczej odczytuje klasyczne
pozycje. „Powstanie `44” Daviesa zostało skrojone na miarę swego czasu – w roku 2004 Polska
weszła wówczas do Unii Europejskiej, i wydawało się nam, że los Polski jest
bezpieczny.
Książka Richie „Warszawa 1944” została wydana w innym momencie;
w 2014 roku po aneksji Krymu przez Rosję i po podważeniu granic po II Wojnie Światowej.
Inną też książka Richie niesie metaforykę: jest to książka posępna i złowroga,
od której przygnębiającego wrażenia trudno się uwolnić.
Wojciech Wrzosek, znakomity metodolog historii z Uniwersytetu Adama
Mickiewicza w Poznaniu powiedział swego czasu, że klasyczna historiografia
krąży wokół trzech głównych idoli; mianowicie czasu, miejsca i bohatera.
Książka Alexandry Richie o Powstaniu Warszawskim jest właśnie takim dziełem,
zachowującym porządek, klarowność rozdziałów i opowieści. Podstawową różnicą
między książką Richie i Daviesa jest perspektywa wobec toczącej się wojny. To w
książce Kanadyjki czytelnik znajdzie szeroki obraz frontu wschodniego. Niemcy
zostali doszczętnie rozbici przez Armię Czerwoną w operacji
Bagration
na terenie Białorusi. Rozbite oddziały niemieckie przetaczyły się przez
Warszawę w końcu lipca 1944 sprawiając złudzenie, że oto nadchodzi ta sama
chwila, co w listopadzie roku 1918. Jednak to tylko pozory. Richie w
przeciwieństwie do Daviesa opisuje bardzo dokładnie jedną z najważniejszych
bitew pancernych na froncie wschodnim,
tak zwaną bitwę pod Wołominem.
Był to zwrot zaczepny świeżych niemieckich jednostek pancernych i
zmotoryzowanych feldmarszałka Waltera Modela, które zaskoczyły armię radziecką.
Rosjanie zostali pod Wołominem zdziesiątkowani, tracąc ponad 350 czołgów i
dział pancernych. Niemcy zdołali opanować panikę, a powstanie w Warszawie
zaczęło się właśnie w chwili, kiedy Waffen SS i Wehrmacht ( 9 armia generała
Von Vormanna) ściągali potężne odwody pod Warszawę.
Nie było zatem
gorszego momentu na rozpoczęcie walki. Davies ma tylko jedną przewagę
nad książką Richie; znakomite jest jego 150 pierwszych stron o polskim państwie
podziemnym i niemieckiej okupacji w Polsce. Nie ma lepszego dotąd tekstu, który
pokazałby syntetycznie lata 1939-1944 w polskiej historiografii ostatnich
dwudziestu lat.
Na szczęście Richie nie wchodzi w porządek polskiej debaty o powstaniu,
pozostawiając polskie piekiełko Polakom.
Kanadyjską autorkę interesuje
przede wszystkim kontekst ulicy, i to też wielka różnica. Kontekst ulicy
jest dużo prawdziwszy. Miron Białoszewski pisał w swym dzienniku z
powstania, że miasto stopniowo osuwało się w śmierć. Oczywiście epicki
wymiar książki Richie odnosi się także do zakulisowych gier dyplomatycznych.
Mikołajczyk w Moskwie jest oczywiście bezradnym klientem, a bezsens sytuacji
rządu polskiego zdaje się jedno tylko zdanie Mołotowa do Mikołajczyka na
Kremlu:
„Po co Pan tutaj przyjechał?”. Dyplomacja nie jest w książce Richie
najważniejsza i dobrze. Dopełnia ona tylko do cna klęskę Polaków.
Kanadyjka
jako pierwsza autorka piszący o powstaniu dużo uwagi
poświęciła drugiej stronie; poznajemy z bliska katów Warszawy: Dirlewangera,
Reinefahrta, von dem Bacha i innych niemieckich oprawców Warszawy. Jej książka
pozwala zajrzeć nie tylko na Zieleniak, miejsce przeraźliwych grabieży i
gwałtów na tysiącach polskich kobiet.
Masakra na Woli jest tym bardziej
przerażająca, że Richie w zasadzie nie oszczędza czytelnikowi niczego.
Bestialstwo Niemców oraz walczących w ich imieniu jednostek rosyjskich
faszystów, oraz Azerów w tak zwanych oddziałach Kamińskiego (brygada RONA) oraz
niemieckich kryminalistów z brygady Dirlewangera nie pozostawia złudzeń.
Powstanie jest przegrane od samego początku. Jednak w książce Kanadyjki
powstanie nabiera niezwykłej ostrości. Przygodny seks w gruzach z nieznaną
dziewczyną, czy powszechne zjadanie psiego i kociego mięsa, nabiera w narracji
Richie ekwiwalentu życia.
Śmierć jest tak powszednia, że życie jest jeszcze
straszniejsze. Warszawiacy nie mieli wyboru: musieli przecież pić, a stanie
po wodę z wykopanych na starym mieście studni było wyrokiem śmierci.
Chociaż książka nie ma wyraźnie zarysowanych części, dają się wyraźnie
rozpoznać dwie. Rozdziały od I do VI ukazują preludium do powstania;
niemiecką okupacje w Polsce oraz losy niemieckich dowódców nabierających swych
zbrodniczych doświadczeń w zwalczaniu partyzantów na Białorusi. Rozdziały VII
do XII usytuowane są w Warszawie i kanadyjska autorka ukazuje walk od Woli i
straszliwej rzezi jej mieszkańców, przez rozstrzelanie Ochoty oraz straszliwy
szturm Starego Miasta. Udało się Richie ukazać niemożliwy do zrozumienia
dzisiaj nastrój Warszawy: gdy Stare Miasto rozpadało się od straszliwych
pocisków sześciuset milimetrowego moździerza
Karl oraz przez ostrzał z
niemieckich moździerzy rakietowych
Nebelwerfer, na Śródmieściu działały
kawiarnie, toczyło się w miarę normalne życie. Warszawiacy z niedowierzaniem
traktowali opowieści o straszliwej sile niemieckiej artylerii, o przerażających
rzeziach. To efekt zaskoczenia. Nie oszczędza Richie Polakom niczego; od decyzyjnego
chaosu w komendzie AK po bezradność oddziałów powstańczych, które nie mogły
obronić cywilnej ludności. Rzezie w szpitalach na Woli, gdzie Niemcy spalili
żywcem lekarzy, pielęgniarki i pacjentów ukazują grozę i bezsens powstania.
Walka
Niemców ze Starym Miastem jest osobistą wendettą Hitlera ze stolicą
Polski.
Mało kto wie, że doświadczenia Warszawiaków, którzy przeżyli rzeź Woli,
są zaskakująco zbieżne z najbardziej mrocznymi doświadczeniami ocalałych z
Zagłady więźniów Sonderkommando. Mowa o przytaczanej historii
Tadeusza
Klimaszewskiego, którego esesmani z oddziałów Reinefahrta pacyfikującymi
Wolę, zmusili do udziału w tazk zwanym
Verbrennungskommando. Warszawiacy
ci musieli pod groźbą śmierci zbierać tysiące rozkładających się w sierpniowym
upale zwłok i spalać je na wielkich stosach. Metoda była prosta. Warstwa zwłok
i drewna, naprzemiennie. Tłuszcz sam podsycał ogień. Taką samą metodę spalania
zwłok z wykorzystaniem ludzkiego tłuszczu stosowano w Chełmie nad Nerem i w
Auschwitz-Birkenau. Po wojnie Klimaszewski, który przez przypadek uciekł z tego
komanda, pozostawił unikalną relację wykorzystaną w książce Richie.
Masakra na Woli jest zatem ludobójstwem na skalę niestosowaną w walkach z
cywilami.
Celem Niemców było przecież całkowite wytrzebienie polskiej
populacji Woli.
Richie wybrała perspektywę zwykłych Warszawiaków. Oddaje ona im głos. Ten
głosi jest silniejszy niż w książce Daviesa. Z ich perspektywy bezradny,
zlękniony i całkowicie zmanipulowany przez Okulickiego i Montera-Chruściela,
generał
Tadeusz Bór-Komorowski jest wyjątkowo żałosną postacią. Buduje go jedna
scena. Gdy podmuch wybuchu czołgu-pułapki na starym mieście rzuca Bora o
ścianę, wydaje on rozkaz o wycofaniu się do Śródmieścia. Jeden z Ak-owców
powiedział
„Pierwszy rozsądny rozkaz Komendanta Głównego”. Nikt nie
zaoponował. Był to poniżenie autorytetu dowódcy. Ja sam waham się, czy
Bór-Komorowski powinien mieć w Warszawie swoją ulicę.
W opisie wrześniowych
zmagań o Czerniaków Richie przytacza bez wahania jak wściekła na powstańców
była ludność cywilna. Jednak jej uwaga biegnie także na drugi, praski brzeg
od 14 września wyzwolony przez radziecką armię. Potępia ona to, że Rosjanie nic
nie uczynili, a ich pomoc była spóźniona. Richie – słusznie - daje spokój
oczywistej winie Stalina; jej książka zwraca uwagę Polakom na ich winę.
Richie
udała się rzecz niebywała; zdołała ona w swojej książce zrzucić mit powstania
zwyciężonego, ale zwycięskiego moralnie.
Co ważne w książce Richie, związanej przecież emocjonalnie i rodzinnie z
Polską, nie ma krzty patosu. Książka jest zimna, niemal dziennikarska,
drobiazgowa, nieznośnie bolesna w swej wymowie. Oprócz epickości zmagań o
Warszawę Kanadyjka znakomicie operuje źródłami; potrafi wycisnąć z nich
dosłownie ostatnią kroplę treści. Skala mikro, budowana wokół obficie
cytowanych historii, ludzi którzy przeżyli, znakomicie współtworzy narrację w
sakli makro. Udała się jej sztuka zbudowania całościowej, koherentnej wizji
powstania warszawskiego ograbionego z wtórnego nadawanego mu sensu.
Po
przeczytaniu książki Richie należy bez reszty odrzucić uwznioślające narracje
serwowane przez portal Fronda, Kościół Katolicki, że Bóg doświadczył Polskę z
miłości. Dla mnie latem 1944 Niebo nad Warszawą było puste.
Książka Alexandry Richie znakomicie przybliża szerokiej anglosaskiej
publiczności Powstanie Warszawskie. Dla angielskiego, kanadyjskiego i
amerykańskiego czytelnika powstała ta książka.
Jeśli miałbym pokusić się o
ocenę tej pozycji z perspektywy sztuk pisania o wojnie, jej książkę można
postawić na jednej szali z najznakomitszymi książkami Beevora jak Stalingrad.
Kanadyjka napisała może na złość feministkom bardzo męską w wymowie książkę,
twardą, zaglądającą w otwartą ranę, skonstruowaną wedle najlepszych wzorców.
Myślę, że żadna z polskich historyczek i historyków nie potrafiliby
napisać takiej książki ( nie uchybiając żadnemu z moich szacownych kolegów po
fachu), która w sposób tak bezlitosny, w oparciu o fakty, źródła i relacje
świadków obnaża polityczny i militarny bezsens Powstania.
Oddaje ona honor polskim żołnierzom i ludności cywilnej Warszawy.
Ale to nie jest dla mnie pocieszenie.