sobota, 24 października 2026

Recenzja filmu: Lalka według Bolesława Prusa, reż. Maciej Kowalski #Lalka

 


Wyszedłem z kina pod ogromnym wrażeniem i nie waham się powiedzieć, że to najlepsza ekranizacja „Lalki”, jaką widziałem, a widziałem wszystkie, łącznie z netflixową, którą uważam za wulgarną i prymitywną. Zachwyciło mnie już otwarcie. Scena otwierająca nawiązuje do wojny rosyjsko-tureckiej 1877–1878, zakończonej traktatem w San Stefano, na której Wokulski zbił swoją fortunę. Tak sprawnie wprowadzić widza w świat drugiej połowy XIX wieku udaje się niewielu filmom, a ta sugestywność utrzymuje się do ostatniej minuty.

Dla mnie jednak to przede wszystkim opowieść o złudzeniu, i tu zaczyna się właściwy temat. Fenomenologia uczy, że nigdy nie dociera się do drugiego człowieka „samego w sobie”. Husserl mówił o ujmowaniu przedmiotu w kolejnych profilach, czyli perspektywach, z których żadna nie wyczerpuje całości. Widzimy zawsze jedną stronę, resztę dopowiadamy. W miłości to dopowiadanie jest szczególnie zachłanne: z kilku spojrzeń, gestów i słów budujemy postać, a potem kochamy własną konstrukcję. Zawód miłosny jest momentem, w którym wyobrażenie zderza się z ontologiczną rzeczywistością osoby. Wokulski kocha Izabelę wymyśloną, szlachetną i niedostępną, a spotyka Izabelę realną. Kant powiedziałby, że pomylił zjawisko z rzeczą samą w sobie. Schopenhauer dodałby, że świat jest naszym przedstawieniem, a miłość jest jego najbardziej ryzykowną odmianą. Film pokazuje tę lukę między obrazem a istotą bezlitośnie i bez dydaktyzmu.

Tytułowa lalka okazuje się przy tym figurą wielowarstwową. Najprościej jest nią Izabela, przedmiot, który można kupić, jak wszystko w świecie, który Wokulski próbuje podbić. Wymowna jest tu scena, w której arystokratka grana przez Agatę Kuleszę mówi, że kobiet się nie uwodzi, kobiety się zdobywa i kupuje. To klucz do problemu, a zarazem argument przeciw odczytaniu czysto feministycznemu, bo film pokazuje mechanizm, nie go afirmuje. Wokulski jest na takie traktowanie za delikatny i za uczciwy, więc przegrywa właśnie przez to, co w nim najlepsze. Ale lalką bywa też on sam: kukłą poruszaną przez własną fantazję, przez salony, które go potrzebują wyłącznie dla pieniędzy, przez obietnicę, która nigdy nie zostanie spełniona. Platon mówił o jaskini, w której oglądamy cienie i bierzemy je za rzeczywistość. Wokulski wchodzi do tej jaskini z kapitałem, ale nie dostaje klucza do światła.

Dorociński gra to znakomicie. Jego Wokulski ma w sobie niewinną nieporadność człowieka, który potrafi zarobić fortunę, lecz nie umie poruszać się w świecie arystokracji, bo ten rządzi się regułami niewypowiedzianymi, których nie da się kupić ani wyuczyć. To człowiek z drobnej szlachty, tak jak sam Aleksander Głowacki, czyli Prus, który pojawia się zresztą w jednej z lepszych scen, w sklepie Wokulskiego. Ten zabieg uważam za bardzo trafny: autor wchodzi do własnej opowieści jako świadek, który wie, co oznacza bycie na zewnątrz. Wokulski nie może się przebić, bo granica nie przebiega między bogatymi i biednymi. Przebiega między tymi, którzy urodzili się w pewnym świecie, a tymi, którzy do niego aspirują.

Jest w tym filmie jeszcze jedna warstwa, o której warto powiedzieć: zderzenie dwóch porządków. Pozytywistyczna wiara w pracę, kapitał i naukę spotyka się z arystokratyczną wiarą w pochodzenie i honor. Wokulski jest romantykiem w świecie, który udaje, że już nim nie jest. Wierzy, że wystarczy zasłużyć, a rzeczywistość odpowiada mu, że zasłużyć nie można, można tylko się urodzić. Film pokazuje obie warstwy społeczne z równą uwagą i to jest jego wielka zaleta.

Drugi plan jest znakomity. Borys Szyc i Maja Ostaszewska jako państwo Krzeszowscy to małe arcydzieła aktorskie, Krystyna Janda jest bardzo przekonująca, a Andrzej Seweryn jako stary Łęcki gra w sposób, który po prostu zachwyca. Czytałem recenzje, według których Kamila Urzędowska nie udźwignęła roli Izabeli. Nie zgadzam się, bo Łęcka właśnie taka jest. Kocha namiętnie Starskiego, a jednocześnie żyje złudzeniem własnej pozycji, i to podwójne złudzenie, miłosne i społeczne, zostało pokazane świetnie. Izabela również patrzy na świat przez zniekształcone szkło. Wokulski jest tylko jedną z jego ofiar. Muzyka jest ujmująca, takiej dawno nie słyszałem w polskim filmie.

Mam jedną poważną pretensję do reżysera. Świat arystokracji jest przedstawiony tak, jakby nie było powstania styczniowego ani uwłaszczenia chłopów. Przypomnę, że w 1864 roku car rozciągnął ukaz uwłaszczeniowy na Królestwo Polskie, trzy lata po uwłaszczeniu w Rosji. Tymczasem Rosjan w filmie prawie nie ma, poza kilkoma patrolami na ulicach Warszawy. Młody widz, który niewiele wie o historii, może wyciągnąć wniosek, że tak po prostu wyglądała Polska i że wszystko było polskie. To błąd, bo nie da się opowiedzieć tej historii, pomijając zaborcę. Ironią jest to, że sam film mówi o złudzeniu, a w warstwie historycznej samo go reprodukuje.

To jednak nie umniejsza wartości całości. Jestem przekonany, że ta „Lalka” głęboko wejdzie w polski kod kulturowy i długo będzie uchodzić za wzorcową ekranizację. Dowodzi też, że powieść się nie zestarzała, choć licealiści jej nie czytają, tylko korzystają z bryków. Może film trafi tam, gdzie nie dociera lektura. Obawiam się jednak, że w epoce schamienia, w której żyjemy, obnażone ciało na TikToku znaczy dla młodego widza więcej niż dzieło, które pyta, czy kiedykolwiek naprawdę widzimy drugiego człowieka.

Znakomita rzecz. Nie wykluczam, że pójdę jeszcze raz, bo wiele niuansów wymaga drugiego seansu. Szczególnie gra drugoplanowych postaci jest tak niezwykła - od służby po subiektów Wokulskiego, których też grają nie byle jacy aktorzy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Recenzja filmu: Lalka według Bolesława Prusa, reż. Maciej Kowalski #Lalka

  Wyszedłem z kina pod ogromnym wrażeniem i nie waham się powiedzieć, że to najlepsza ekranizacja „Lalki”, jaką widziałem, a widziałem wszys...