poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Esej o wojnie siedmioletniej - praktycznie pierwszej światowej wojnie w nowoczesności. Przyczynek do powieści.

 Czytelniczko, Czytelniku tego bloga 

Od dobrych trzydziestu lat w polskiej prоzie historycznej poruszamy się po dość utartych, dobrze znanych koleinach. A przecież wiek XVIII – ta fascynująca, mroczna i zarazem niezwykle barwna epoka osamotnienia, bezlitosnej gry mocarstw i wreszcie tragicznego, stopniowego upadku I Rzeczypospolitej – aż się prosi o wielką, wielowątkową powieść epicką z prawdziwego zdarzenia. Powieść intrygującą, mięsistą, z szerokim oddechem narracyjnym, która wciągnie czytelnika bez reszty, ale zamiast powielać szkolne podręcznikowe klisze, spojrzy na ten narodowy dramat z zupełnie nowej, nieoczywistej strony. Praca nad moją nową książką trwa obecnie w najlepsze. Piszę niezwykle intensywnie, z pełnym zatopieniem w realiach tamtej epoki, i z tego pisarskiego żywiołu kroi się pokaźny, bo liczący około 550 stron tom, który już wiosną 2027 w Wasze ręce nakładem Wydawnictwa Lira.

Od początku wiedziałem, że nie chcę pisać suchej, akademickiej kroniki gabinetowych dyplomatycznych układów. Bezstronna historia pisana z perspektywy królów i ambasadorów bywa chłodna. Mechanizm dziejów najpełniej, najmocniej i najbardziej dramatycznie dotyka przecież pojedynczego człowieka wtedy, gdy zostaje on bezwzględnie wciągnięty w jego zębate, miażdżące koła. Stąd zrodził się pomysł na głównego bohatera: młodego chłopaka, polskiego szlachcica z domu, który w 1756 roku zostaje po prostu bezczelnie porwany i siłą wcielony do armii pruskiej. W tle tej brutalnej życiowej rewolucji rozwijają się oczywiście skomplikowane zawirowania jego rodziny i osobiste dramaty, o których na razie nie mogę jeszcze zbyt wiele zdradzić – w końcu powieść dopiero powstaje, a tajemnica jest solą dobrej fabuły. Jednak to właśnie ten konkretny punkt widzenia – polskiego szlachcica utkniętego w pruskim mundurze, zmuszonego do posłuchu pruskiej drylowi i obserwującego od środka machinę wojenną Fryderyka – pozwala dotknąć z bliska konfliktu, który w moim przekonaniu absolutnie zadecydował o przyszłym losie naszej Ojczyzny.

Wojciech Kossak, Bitwa pod Serbinowem 

W polskiej świadomości historycznej wojna siedmioletnia wciąż pozostaje w cieniu, traktowana jak mało znaczący epizod gdzieś na obrzeżach naszej własnej historii, skoro Rzeczpospolita formalnie zachowywała w niej neutralność. A to przecież ogromny błąd! Wojna siedmioletnia była w rzeczywistości pierwszą de facto wojną światową, toczoną z rozmachem na dwóch kontynentach, w Europie i Ameryce Północnej, angażującą największe potęgi ówczesnego globu. I to właśnie z tego gigantycznego starcia wyniknął układ sił, który wydał na Polskę polityczny wyrok. Prusy wyszły z tego konfliktu zwycięsko, zdołały utrzymać swój stan posiadania na Śląsku i ugruntowały pozycję mocarstwa, z którym musieli liczyć się wszyscy.

Bitwa pod Kolinem 1757 - Fryderyk powiedział wtedy do swoich żołnierzy 
"Psy, czy chcecie żyć wiecznie?" 

Co jednak najważniejsze dla naszych dziejów, w żarze tej wojny zrodził się fatalny dla nas kompromis i sojusz pomiędzy Berlinem a Petersburgiem. Rosja i Prusy, walczące w tym konflikcie niezwykle zaciekle i krwawo, ostatecznie podały sobie ręce. A symbolicznym łącznikiem i personifikacją tego porozumienia stała się postać Zofii von Anhalt-Zerbst – księżniczki pochodzącej ze Szczecina, dawnej pruskiej poddanej króla Fryderyka, którą świat poznał przecież wkrótce jako carycę Katarzynę II. To wtedy, na polach bitewnych wojny siedmioletniej, zapadły decyzje i ukształtował się klimat polityczny, który skazał Rzeczpospolitą na nieuchronną zagładę.

Podczas pracy nad tą powieścią niezwykle mocno inspirowała mnie też strona wizualna tamtych czasów. Wojna siedmioletnia posiada absolutnie genialne malarstwo historyczne, zwłaszcza to XIX-wieczne, akademickie, do którego od zawsze mam ogromną słabość i o którym wielokrotnie wspominałem. Jest w tych obrazach z końca XIX wieku niesamowita, porywająca dynamika batalistyczna: chrzęst broni, dym wystrzałów, szarże kawalerii i ten specyficzny, groźny klimat epoki, połączony z apoteozą Fryderyka Wielkiego. Jeden z takich poruszających, monumentalnych obrazów – przedstawiający krwawą bitwę pod Zorndorfem – namalował zresztą wspaniale sam Wojciech Kossak. Malarstwo to ma w sobie niesamowity ładunek emocjonalny i plastyczność, które staram się słowem przelać na karty mojej książki, by czytelnik niemal czuł zapach prochu i słyszał dudnienie końskich kopyt. Jest też drugi obraz pokazujący tę bitwę autorstwa Carla Rochlinga, ukazujący w centrum fryderycjański mit, króla którego można było pokonać, ale nie można było go zniszczyć. 


Bitwa pod Serbinowem - 1758 - Carl Rohling. 

Jednak przymusowa służba w wojsku pruskim i doświadczenie wojennych zawieruch to dopiero początek drogi naszego bohatera. Narracja powieści poprowadzi czytelnika dalej, przez cały ten tragiczny i fascynujący łańcuch wydarzeń, które krok po kroku spychały państwo polsko-litewskie w przepaść. Przejdziemy przez elekcję Stanisława Augusta Poniatowskiego i narastający, bezczelny protektorat rosyjski, zamieniający nasz kraj w państwo Wasalne. Wejdziemy w sam środek Koliszczyzny – tego straszliwego, krwawego chłopskiego powstania na Ukrainie, w którym w okrutny sposób wymordowano tysiące szlachty, księży i cywilów. Przeżyjemy zryw Konfederacji Barskiej, czyli pierwszego wielkiego, choć rozpaczliwego powstania w obronie niepodległości, by wreszcie dotrzeć do finałowych akordów I Rzeczypospolitej: wielkiego zrywu reformatorów i uchwalenia Konstytucji 3 Maja, dramatycznej wojny w jej obronie oraz ostatniego, heroicznego zrywu pod wodzą Tadeusza Kościuszki z roku 1794. Proszę pamiętać, że zniknięcie Rzeczypospolitej tak wielkiego kraju z Europy pozwoli wzrosnąć Rosji i Prusom, a z tego po stu latach narodzi się koszmar wojen światowych. Kiedy Rosja i Niemcy nie mają wspólnej granicy i rozdziela je silna i duża Polska, nie ma wojen. Zauważyli to Państwo? 

Piszę tę powieść z ogromną pasją i wielką dbałością o detal. Mam głęboką nadzieję, że ta szeroko zakrojona opowieść – rozpięta pomiędzy bezlitosną, wielką polityką mocarstw a pojedynczym, dramatycznym losowym człowiekiem wplątanym w dziejowe młyny – da Wam nie tylko kawał znakomitej, wciągającej lektury na długie wieczory, ale pozwoli też spojrzeć na zmierzch naszego dawnego państwa z zupełnie nowej, głębszej perspektywy.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560

 

Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby  Autorem opracowania jest Ryszard Kaczmarek, historyk z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, były dyrektor tamtejszego Instytutu Historii. Jako recenzent stawiający sobie dydaktyczny i popularyzatorski cel jestem zobowiązany do odniesienie się zarówno do zewnętrznych, jak i wewnętrznych składników książki. Warto podkreślić, że książka profesora Kaczmarka jest pięknie wydana. Książka jest po prostu pięknym przedmiotem, a starannie dobrane fotografie z epoki świadczą o tym, że kolega Marcin Stasiak sumiennie i dobrze odrobił swoje zadanie. 

Książka Kaczmarka stanowi jego drugie podejście do bardzo ważnego, ale przez kilkadziesiąt lat PRL starannie spychanego pod dywan tematu udziału Polaków w wojsku niemieckim w XX wieku. Profesor Kaczmarek kilka lat temu wydał ciekawą i przełomową książkę o Polakach w hitlerowskim Wehrmachcie. Tym samym udało się Kaczmarkowi opisać fenomen historyczny, który umknął uwadze innych historyków. To ważna cecha dobrego historyka. Jest nas bowiem kilkanaście tysięcy w tym kraju, ale znikomy procent uprawia historię jako pisarze, naukowcy, nauczyciele, czy też łącząc te trzy płaszczyzny jednocześnie. Jako pisarz, nauczyciel i profesjonalny naukowiec podejmuję się niełatwego zadania zrecenzowania tej książki.

W przypadku takiego samograja jakim jest tytuł książki Kaczmarka ja osobiście spodziewałem się dynamicznej narracji, ukazującej zarówno epickość wojny, jak i jednostkowe doświadczenie. Moje pytanie jako recenzenta spoza grona recenzentów uczelnianych, jest następujące: czy Ryszard Kaczmarek podołał zadaniu narracyjnie? Czy jego książka o dramatycznych losach Polaków w armii niemieckiej w latach 1914-1918 jest narracyjnym majstersztykiem? Czy można pisać o wojnie inaczej niż robi to Antony Beevor? Niestety, żyjemy jako historycy w epoce Beevora, mało kto bowiem pisze o zjawisku wojny w sposób tak zajmujący jak on. Sądzę po dogłębnej analizie książki Ryszarda Kaczmarka, że podołał on zadaniu połowicznie.

Konstrukcja książki w moim przekonaniu jest zbyt szeroka. Uważam, że rozdział pierwszy o Polakach w armii niemieckiej przed wojną czytelnik może sobie spokojnie podarować. Jest to bowiem rozdział najzwyczajniej nudny. Od strony 49 przez prawie piętnaście stronnic Kaczmarek po prostu wymienia jednostki armii niemieckiej, w której Polacy są poważną częścią składu. Czytelnik dostaje coś w rodzaju spisu rodem z książki telefonicznej (np. strona 53). Po co pytam? Nadaje się ten tekst do czasopisma naukowego, względnie do jakiejś zbiorowej pracy o genezie wojny światowej i do niej przygotowaniach. Ale nie do takiej książki. Cierpi bowiem dynamika narracji. Konstrukcja dalszych rozdziałów jest linearna, oparta o metodę chronologiczno-problemową. Autor przenosi czytelnika z frontu wschodniego na zachodni, ukazuje wielkie zmagania na froncie zachodnim roku 1916, ukazuje dalsze fronty wojny, w których brali udział Polacy, w tym bałkański. W pewnym sensie tłumaczy Ryszarda Kaczmarka maniera polskich historyków wojskowości, którzy powielają szablon narracji; wojnę opisują przez liczby, podają numery jednostek wojskowych, alokacje tych jednostek. To narracja archaiczna. Aż prosi się o redaktora terrorystę, któremu nie straszny profesorski tytuł. Nic by się nie stało gdyby książka miała 470 stron, a nie ponad 550. Wyrzuciłbym z takiej książki tabele, statystyki i to wszystko, co znamionowało o wadze książki w style szkoły Annales. Tabel na końcu książki Kaczmarka jest mnóstwo. Niepotrzebnie. Nikt do tego nie zajrzy. Tekst powinien bronić się sam.

Jednak na szczęście książka Kaczmarka jest tylko częściowo z niej zbudowana. Śląski historyk wydobył bowiem dzieje Kazimierza Wallisa, polskojęzycznego Ślązaka, który służył w armii Kajzera od 1914 i pechowo zginął we wrześniu 1918 roku, kiedy Niemcy już cofali się pod naporem Sprzymierzonych. Muszę przyznać, że dla tak wymagającego czytelnika jak ja, postać ta stanowić powinna stanowić oś narracyjną książki. W pewnym sensie tak jest. Wallis towarzyszy czytelnikowi od pierwszych stron kampanii 1914 roku, a smutna wiadomość o jego śmierci zgodnie z prawidłami sztuki dramaturgicznej pojawia się w ostatnim kacie, na moment przed ostatnią kropką kończącą książkę. Szkoda, że takich ludzi w książce Kaczmarka jest mniej niż w narracjach Beevora o drugiej wojnie światowej. Może się czepiam, ale jednostkowość wojennego doświadczenia i dramatyzm narracyjny w książce Kaczmarka stoi zaledwie na dostatecznym poziomie. Można było spodziewać się po tej książce takiego dramatyzmu jak w Stalingradzie, gdy Beevor opisuje los hiwisów, obywateli ZSRR w armii niemieckiej. Kaczmarek zrobił jednak wiele, by czytelnika do swojej książki przekonać. Książka wzbogacona jest o pieczołowicie zeskanowane artefakty, notatki Wallisa. Pomysł dobry, bo przybliżający człowieka.

Inne aspekty poznawcze i dydaktyczne książki Ryszarda Kaczmarka stoją na bardzo wysokim poziomie. Ciekawe jest jak profesor pisze o stosunku Niemców do Polaków w niemieckiej armii, gdyż bynajmniej nie traktowano Polaków jako… Polaków.  To zaskakujące. Kaczmarek wydobył ze źródeł ciekawe fragmenty opisujące życie w okopach; jedzenie, rozrywki, a także życie seksualne żołnierzy utrzymujących niekiedy bliskie relacje miłosne z francuskimi lub niemieckimi kobietami (s.276). To bardzo nowoczesne podejście. Obcy jest Kaczmarkowi zideologizowany język sublimacji. Nie pisze o tym, jak Polacy w armii kajzera musieli walczyć marząc o wolnej Polsce, bo takowej w czasie wojny nie było. Pisze natomiast o brutalnej walce  o przeżycie, o aprowizacji, o strachu przed śmiercią oraz o codzienności strasznego życia w okopach, lub na zapleczu frontu.

Książka profesora Kaczmarka jest z pewnością pozycją po którą warto sięgnąć. Proszę jednak uważać: to nie jest narracja w stylu Beevora. Na płaszczyźnie warsztatu historycznego Kaczmarek osiągnął bardzo wysoki poziom; podziw budzi sposób analizy źródeł, internalizacji problemów, jakie niesie wojna. Konstrukcja pracy w oparciu o model linearny przyniosła takie, a nie inne rozwiązania narracyjne. Rodzynki przybliżające codzienność żołnierzy, anegdotyczność narracji, przybliżającej perspektywę mikro-historyczną w książce mającej przecież charakter syntezy są w książce Kaczmarka wielce smacznym, ale dość rzadkim dodatkiem. Wytrawny czytelnik aż prosi więcej. Z pewnością znajdą się amatorzy szczerze zauroczeni książką profesora Kaczmarka. Książka o Polakach w armii Kajzera jest koniecznym prequelem (proszę wybaczyć filmową metaforę) jego udanej książki o Polakach w Wehrmachcie. Jest to książka bardzo dobra, rzetelna, bardzo solidna warsztatowo, monumentalna, na swój sposób wypełniającą wielką lukę w polskiej historiografii. Narracyjnie jest jednak na dobry z minusem, zbyt wiele jest przeniesień z nudnego warsztatu historyka-naukowca, a za mało warsztatu literackiego.


Recenzja: Agnieszka Haska, Hańba! Opowieści o polskiej zdradzie, WAB, Warszawa 2018, ss.346

  Agnieszka Haska – socjolożka i kulturoznawczyni związana z Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN – w swojej książce „Hańba! Opowieści o...