Blog poświęcony historii - w szczególności historiografii i literaturze, i filmowi. Blog ten jest oficjalnym blogiem pisarza i historyka Wojciecha Dutki.
niedziela, 3 czerwca 2018
Recenzja: Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, wyd. Czarne, Wołowiec, 2016
Czytelniku,
Gdy milicja zatłukła maturzystę Grzegorza Przemyka w warszawskim komisariacie na ulicy Jezuickiej w Warszawie w maju 1983 miałem cztery lata. Z oczywistych powodów nie pamiętam atmosfery i nagonki, jaką władze PRL rozpętały zaraz po tym na matce chłopca, lekarzach oraz sanitariuszach pogotowia ratunkowego, których próbowano wrobić - niestety skutecznie - w pobicie. Gdy tylko zobaczyłem książkę Łazarewicza w księgarni, natychmiast ją kupiłem licząc na znakomitą lekturę. I się nie zawiodłem. Uważam, że książka ta jest jednym z najlepiej napisanych reportaży historycznych dotyczących mrocznych czasów dyktatury generała Jaruzelskiego w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku.
Sprawa śmiertelnego pobicia dziewiętnastoletniego Grzegorza Przymyka, warszawskiego maturzysty była, obok wcześniejszej śmierci Stanisława Pyjasa, czy nieco późniejszej śmierci księdza Popiełuszki jednym z najsłynniejszych mordów dokonanych przez przedstawicieli władzy ludowej na Polakach w schyłkowym okresie PRL. Książka Cezarego Łazarewicza, dziennikarza i reportażysty wydana nakładem wydawnictwa Czarne podejmuje raz jeszcze tę głośną przed laty sprawę, ale z punktu widzenia literackiego reportażu. Kluczem do odczytania tego reportażu jest jednak historia, która na płaszczyźnie narracyjnej książki, nie jest zamkniętą przeszłością, ale stanowi rodzaj continuum łączącego czas i ludzi, cierpienie i zapomnienie, kłamstwo i walkę z nim. Dziś nie żyje nie tylko Grześ Przemyk i jego matka, ale także ojciec. Odchodzą powoli ludzie, którzy pamiętali ten straszny czas. Książka ta stanowi zatem próbę przywrócenia pamięci Grzegorzowi Przemykowi i jego matce Barbarze Sadowskiej.
Muszę powiedzieć, że dawno nie czytałem książki z takim ciężarem gatunkowym o PRL. Pozycja ta stanowi książkę będącą pochodną obfitych źródeł historycznych z IPN, ale napisaną nieporównanie lepiej i wielopłaszczyznowo niż zrobiliby to historycy IPN. Przede wszystkim dlatego, że nie zachowuje linearności opowiadania. Łazarewicza interesuje sama sprawa pobicia i śmierci Przemyka, ale zarazem, bohaterem tej narracji jest jego matka, zapomniana dziś poetka Barbara Sadowska (1940-1986). Bohaterami są wrobieni przez władze PRL w śmierć jej syna sanitariusz i kierowca karetki pogotowia ratunkowego. Łazarewicz pozwolił w swej książce mówić wielu ludziom, którzy byli dla Grzegorza Przemyka ważni. Do centralnych pozycji tej książki urósł również przyjaciel Grzesia, Cezary F. który jako jedyny bezpośredni świadek pobicia - "Bijcie tak, żeby nie było śladów" mówił milicjant do swoich kolegów, którzy katowali Przemyka - nigdy nie wycofał zeznań, choć Służba Bezpieczeństwa dosłownie stawała na głowie prowadząc rozległą grę operacyjną mającą na celu najpierw szantaż, by Cezary F. wycofał się z zarzutów wobec MO, a potem, żeby go zdyskredytować.
To książka o śmierci zadanej młodemu chłopakowi, który lubił dziewczyny, imprezy, poezję, czy muzykę Jacka Kaczmarskiego na gitarze, ale zarazem autorowi udało się stworzyć wielopłaszczyznową opowieść o żałobie matki i jej powolnym odchodzeniu. I o wszechobecnej sieci szpicli Służby Bezpieczeństwa, którzy otaczali matkę, jej przyjaciół podtrzymujących ją na duchu. Barbara Sadowska została ukazana z dwu perspektyw: cierpiącej "Matki-Polki", która cierpi za naród i zwykłej zrozpaczonej kobiety, której wyrwano serce. Ta druga perspektywa jest bliższa autorowi, który dystansuje się od lansowanej przez Kościół męczennicy na zasadzie "Bóg dał, Bóg odebrał". Sadowska została ukazana taką jaką była, niezdolną do stałej pracy kobietą, z niestabilnym życiem uczuciowym, oddającą się poezji, żyjącą ze skromnej renty i samotnie wychowującą syna. Przemyk wyrastał w domu literackiej bohemy ówczesnej Warszawy, był nastolatkiem naznaczonym swoim czasem, czytającym poezję Rafała Wojaczka, enfant terrible, poetyckiego świata PRL.
Książka Łazarewicza tylko częściowo odpowiada na pytania, jakie zadałby historyk-śledczy: kto? Dlaczego? Autora "Żeby nie było śladów" interesuje niezwykle ciekawy kontekst kłamstwa, które od samego początku cechowało władze PRL: generała Kiszczaka naciskającego na uniewinnienie milicjantów, Jerzego Urbana, rzecznika rządu, kłamiącego jak z nut, czy prokuratorów zajmujących się tą sprawą. Ta książka traktuje również o strachu rozumianym jako motor działań SB, i władze PRL dążących za wszelką cenę do zatuszowania sprawy. Łazarewicz oczywiście wymienia z imienia i nazwiska ZOMO-wców odpowiedzialnych za pobicie. Przenosi nas także w świat III Rzeczypospolitej, gdzie nie można było skazać sprawców. Do dziś żaden z milicjantów nie poniósł bezpośredniej odpowiedzialności. To książka o bezradności polskiego państwa wobec draństwa, podłości ludzi tworzących PRL.
"Żeby nie było śladów" jest wreszcie opowieścią o mataczeniu, o wszystkich zakulisowych działaniach władz PRL, całego potężnego aparatu nacisku. To bolesny paradoks - główny świadek oskarżenia, Cezary F - przyznał, że w jego sprawę zamieszanych było dwustu czterdziestu różnych esbeków - a dziś III RP nie potrafiła skazać żadnego z nich. Mord na Przemyku był esencją brutalnego bestialstwa ekipy Jaruzelskiego i maestrią kłamstwa akolitów systemu. To książka potrzebna, bolesna, pozbawiona trudnego do przyjęcia patosu, znakomicie zaplanowana narracyjnie, wielopoziomowa opowieść, nadająca się do zrobienia kapitalnego thrillera historycznego osadzonego w latach osiemdziesiątych. Filmowość scen przytaczanych przez Łazarewicza jest znamienna.
Uważam, że książka "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" Cezarego Łazarewicza powinna stać się lekturą obowiązkową dla studentów polonistyki, historii i wszystkich tych, którzy na serio zajmują się akademicko humanistyką. Godny polecenia ten tekst także dla wszystkich interesujących się historią PRL. Ponadto pokazuje ta książka, że można i trzeba uprawiać refleksję historyczną także na poziomie literackim, bo czymże jest historia jeśli nie literaturą faktu?
PS1
Książka otrzymała NIKE. Po raz pierwszy od lat zgadzam się z tym wyróżnieniem.
PS2
W teatrze "Polonia" Jandy grają przedstawienie oparte na tej książce. Warto.
niedziela, 20 maja 2018
Adam Hochschild, Duch króla Leopolda....forgotten Belgian crime.
Adam Hochschild, Duch króla Leopolda. Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce, ŚWIAT KSIĄŻKI, tłum. Piotr Tarczyński, Warszawa 2009 (pierwsze wydanie New York, 1998).
Badając spuściznę Stanisława Koźmiana (w roku 2015 ukazała się moja książka na jego temat "Zapomniany Stańczyk. Rzecz o Stanisławie Koźmianie") natrafiłem na informację, że jeden z synów Jana Stadnickiego, konserwatywnego polityka w Galicji, członka austriackiego parlamentu, Bernard Stadnicki w roku 1904 zmarł w Bokali w Kongo na jedną z tropikalnych chorób. Postawiłem sobie natychmiast pytanie: Co młody Polak robił w Kongo na początku XX wieku? Co sprawiło, że młody członek znakomitej szlacheckiej rodziny rzucił wszystko, na rzecz kongijskiego buszu?
Informacja ta może być łatwo potraktowana jak przyczynek do powieści przygodowej o szlachetnym młodym człowieku, który zawędrował do Afryki ucząc „czarnych dzikusów” kultury i cywilizacji. Nader to niepoprawna opowiastka godna publikacji w prawicowej prasie. Po dziś dzień słychać w niej mit, że kolonie zapewniały dobrobyt krajom podbitym, ucząc ich ludność podstaw zachodniej cywilizacji.
Sądzę, że najprostsza odpowiedź na postawione wyżej pytanie musi brzmieć tak: robił to samo co setki innych młodych, żądnych władzy, bogactwa młodych białych Europejczyków. Stał się trybem ludobójczej maszyny o nazwie Wolne Państwo Konga rządzonej z Brukseli przez króla Belgów, Leopolda II. Ta historia stanie się na moim blogu przyczynkiem do recenzji, a raczej świadectwa mojej nieukrywanej fascynacji historią Afryki, pisaną z perspektywy post-kolonialnej, odrzucającej do niedawna panujący dogmat, że Europejczycy wszędzie i zawsze przynosili pokój, dobrobyt i chrześcijaństwo.
Książka Adama Hochschilda dotarła do polskiego czytelnika dopiero po wielu latach od chwili wydania. Od pierwszej chwili kiedy wziąłem książkę do ręki, wiedziałem że nie oderwę się od niej przez następne dwa, trzy dni zaniedbując inne obowiązki. Potrafię wyczuwać książki – kiedy wiem, że mam do czynienia z arcydziełem – ciarki przechodzą mnie po plecach. Taki było i w tym przypadku.
Książka zaczyna się od bardzo filmowego obrazka. Portugalscy żeglarze płynąc wokół Afryki dotarli do miejsca, gdzie rzeka Kongo wpada do Atlantyku. Dziesiątki mil od lądu woda oceanu miała brunatny kolor i była słodka. Portugalczycy nie wiedzieli do ujścia jakiej rzeki trafili, ale dostrzegli że musiała być ogromna. Porównanie z Europejczykami docierającymi do ujścia Amazonki jest jak najbardziej na miejscu. Hochschild udanie demitologizuje protoplastów dzisiejszych autorów książek podróżniczych. Henry Morton Stanley, człowiek który jako pierwszy przemierzył Afrykę ze wschodu na zachód i odkrył źródła rzeki Kongo. To bohater brytyjskiej i amerykańskiej prasy, człowiek postępu, którego król Leopold II wykorzystał do założenia firmy pod przykrywką której prowadził swoje kolonialne, obłąkańcze plany. Król Leopold II powinien być stawiany obok Goebbelsa, tak był biegły w sztuce kłamstwa i zwodzenia wielu ludzi, od autorytetów pióra po wielkie osobistości świata kultury. Podbój Konga miał być bowiem przedsięwzięciem … filantropijnym, misyjnym i cywilizacyjnym.
Król Belgów miał szczęście. Jako jedyny z europejskich monarchów miał prywatną kolonię, większą od obszaru Austro-Wegier, terra incognito w pełnym tego słowa znaczeniu. Rzeka Kongo ma bowiem mnóstwo dopływów, i dopiero po pokonaniu spadku rzeki (ostatnie 300km) można na niej rozwinąć żeglugę. Leopold II w Kongu nigdy nie był, ale zaczął eksplorację od morderczej budowy kolei, która umożliwi mu komunikację po olbrzymim nieznanym terytorium. Tragedia ludności Konga, której ofiary historycy oceniają na około 10 mln ludności, zaczęła się w chwili, kiedy gorączka na drzewo hebanowe oraz kość słoniową ustąpiła gorączce kauczuku, naturalnej gumy. Tę europejski przemysł zaczął w końcu XIX wieku wykorzystywać na mnóstwo sposobów, do produkcji uszczelek, kaloszy, ogumienia pierwszych automobili, etc.
W Brukseli ponoć po dziś dzień jest sklep z czekoladą, w której belgijscy mistrzowie czekolady robią na zamówienie ulubione czekoladki króla, małe formy ludzkich rąk wypełnione słodkim kremem brzoskwiniowym. Straszliwy żart? Niestosowność? Aby zmusić ludność Konga do poszukiwania w bezkresnej dżungli pnącza kauczuku Belgowie zastosowali prosty system kar. Każda wioska, jaka nie dostarczyła kauczuku, otrzymywała karę. Obcinano dłonie wszystkim dzieciom, i aby powiadomić oszczędne belgijskie władze ilu buntowników zostało zastrzelonych (kule kosztują), Belgowie kazali wędzić obcięte ludzkie dłonie. Ponieważ wędzone ludzkie mięso się nie psuje w upale. Każda kula odpowiadała jednej obciętej dłoni…
Oprócz ludzi zaangażowanych w ludobójczy proceder, byli też biali ludzie którzy postanowili się przeciwstawić terrorowi Belgów w Kongo. Mam na myśli Polaka, Józefa Conrada-Korzeniowskiego, którego „Jądro ciemności” wcale nie jest metaforą, tylko zapisem – bardzo dosłownym – tego co Polak zobaczył w Kongo. Inni tacy jak Edmund Dean Morel, czy Roger Casement poświęcili większość życia i autorytetu, żeby pokazać światu to, co Belgowie uczynili w Kongo. O nich także jest ta książka. System Belgów był tak doskonale skonstruowany, że stał się wzorem do wprowadzania do innych europejskich kolonii, na przykład do Namibii przez Niemców czy do innych krajów przez Anglików, czy Holendrów.
Belgia żyje dziś jako centrum zjednoczonej Europy. A jest to kraj, który zbudował swój dobrobyt na straszliwym i zapomnianym ludobójstwie. Brukselski rynek uchodzi za jeden z najpiękniejszych na świecie, a bogactwo tego kraju jest przysłowiowe. Mało kto wie, że całe bogactwo Belgii jest pokłosiem Konga, ileż budynków z których Belgia jest dumna wybudował dobrotliwy król Leopold II. Pierwsza Wojna Światowa i okupacja Belgii przez Niemców, a potem Druga Wojna Światowa zakryły ludobójstwo dokonane w imieniu króla Belgów przez Walonów i Flamandów oraz innych Europejczyków na ludności tego afrykańskiego kraju. Dziś niemożliwe jest ocenienie ilu ludzi wymordowali Belgowie. Oczywiście nie za pomocą komór gazowych, ale morderczej pracy, głodu, maczet używanych przez funkcjonariuszy Force Publique , przerażających praktyk polegających na kolekcjonowaniu ludzkich głów. Jeden z Belgów Leon Rom, bohater książek o belgijskich dobrotliwych zwyczajach w Kongo, zasadzał obcięte ludzkie głowy na sztachetach wokół swego domu. Inny bohater Belgii, Guillame van Kerckhoven płacił swym żołnierzom dwa i pół pensa za obciętą głowę Afrykanina. Ludzie ci, tak jak Leopold II, są dziś uznawani za bohaterów Belgii, wzór do naśladowania.
Książka Adama Hochschilda jest ujmująca narracyjnie opowieścią, klarowną, odsłaniającą przed czytelnikiem warstwa po warstwie „jądro ciemności” jakim było … i jest Kongo po dziś dzień. Belgowie przynieśli do Kongo autorytaryzm o morderczych skłonnościach, a Kongijczycy do dzisiaj nie potrafią wyzwolić się z uścisku kulturowego białego człowieka. Kraj ten odziedziczył stan permanentnego strachu i wojny tlącej się tam zgala od kamer i portali społecznościowych. W samej tylko II wojnie w Kongo 2002-2009 zginęło 5,5 miliona ludzi, co czyni ów konflikt najbardziej morderczym po Drugiej Wojnie Światowej konfliktem na naszym globie. Czy mówią o tym politycy? Czy zająknęła się o tym Unia Europejska? Czy Belgia posyła do Kongo żywność, czy w ramach walki z AIDS Europejczycy wysyłają do Kongo prezerwatywy, ryż na uspokojenie serc europejskiej opinii publicznej? Czy dobrotliwe ONZ obejmie Kongo programem mającym na celu przeciwdziałanie nadmiernego wzrostu populacji?
Kongo po dziś dzień jest jądrem ciemności, niemym wołaniem do Boga o sprawiedliwość. Jest piekłem zapomnianym, na uboczu naszego sytego i zadowolonego świata. Szacuje się, że ludność Konga wynosząca około 1890 roku około 15-16 milionów ludzi do roku 1918 zmniejszyła się o około 9 milionów. Belgowie osiągnęli niezwykły wynik w ludobójstwie - około pół miliona istnień w ciągu roku.
O ofiarach Belgów w Kongo nikt pamiętać nie chce. Mało kto o nich wie. W Belgii nie można oficjalnie poruszać tego problemu: obowiązuje belgijskie przedstawicielstwa dyplomatyczne instrukcja z roku 2001 (sic!) ówczesnego ministra Luisa Michela, że należy podkreślać dobroczynny wpływ cywilizacyjny na Kongo. A pomniki Leopolda II stoją w Brukseli, Antwerpii, Ostendzie po dziś dzień. Belgia to taki ładny, spokojny kraj...
Książka Hochschilda jest także intrygującym świadectwem jak pisać książki historyczne: bohaterowie są pełnokrwistymi ludźmi. Nie stroni Adam Hochschild od psychologicznego rysu swoich bohaterów. Leopold II był niekochanym i wymuszonym dzieckiem swoich niekochających się rodziców. Ta trauma zaważyła na jego życiu. Z ojcem się prawie nie spotykał, z matką rzadziej niż ze służącymi i nauczycielami. Musiał się ożenić bez miłości i bez miłości płodzić dzieci. O związkach sasko-koburskiej rodziny Leopolda II z Habsburgami warto poświęcić książkę, jakaż byłaby sensacyjnie pikantna.
Jednak Adam Hochschild pisze również smakowicie o innych ważnych bohaterach książki. Szczególnie dramatycznie został ukazany Roger Casement, którego pasji i współczuciu zawdzięczamy wiele dowodów popełnionych przez Belgów mordów, irlandzki patriota zamordowany przez Brytyjczyków po powstaniu wielkanocnym w Dublinie w 1916. Osobista tragedia życia tego człowieka, geja, żyjącego w hipokryzji ówczesnej wiktoriańskiej i edwardiańskiej Anglii stanowi także pogłębiony biograficzny rys tej niezwykłej książki.
„Duch Króla Leopolda” powinien być lekturą obowiązkową na studiach historycznych i antropologicznych. To książka niezwykła, niosąca ogromny bagaż emocji, syntetyczny majstersztyk. Zarazem to lektura przerażająca, świadectwo do czego zdolni byli Europejczycy w Afryce, owładnięci żądzą władzy i bogactwa.
środa, 2 maja 2018
Kaiser`s holocaust. The story about the forgotten German crime
Czytelniku, dziś ważna książka, bez której nie da się zrozumieć niemieckiej winy za II wojnę światową, choć dotyczy ona zupełnie innego okresu w historii:
David Olusoga, Gaspar Erichsen. Zbrodnia Kajzera. Historia zapomnianej niemieckiej zbrodni, przeł. Piotr Tarczyński, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012
Jesienią 2010 roku spotkałem w Gőrlitz po raz pierwszy osobę z Namibii. Była to kobieta – skąd inąd znakomita nauczycielka matematyki - która opowiedziała mi historię swojego dzieciństwa. Urodziła się w Namibii jako dziecko niemieckich emigrantów. Namibia jest w jej opowieści krajem marzeń, a zarazem wielkiej odrazy. Wyjechała z tego jedynego niemieckojęzycznego kraju poza Europą z poczuciem traumy. Przyznaję, że wtedy nie rozumiałem jej doświadczenia.
Historiografia powstała po wojnie, a także niemiecka debata o zbrodniach popełnionych w imię Niemiec w latach 1939-1945 założyły, że zbrodnie niemieckiego nazizmu stanowią aberrację w historii Niemiec. W latach 50-tych widząc, że niemieckie produkty nie są sprzedawane, władze RFN postanowiły przeprowadzić skuteczną, długofalową akcję. Naziści stracili zatem etnos, pojawiają się od tej pory w prasie angielskojęzycznej, w podręcznikach, popularnych opracowaniach z historii jako "naziści bez narodu". Naziści ci stali się sprawcami wojny i ludobójstwa, którzy jednocześnie oszukali naród niemiecki. Taki był kontekst słów papieża Benedykta XVI w Auschwitz w 2006 roku – Niemcy zostali oszukani – były to słowa papieża, z którymi nigdy się nie zgodziłem. Nikt nikogo nie oszukał. Naziści wyrośli z trzewi niemieckiej chrześcijańskiej kultury mieszczańskiej, stanowiąc jej prymitywny paroksyzm, potworne monstrum zrodzone z niemieckiej pychy, przekonania o wyższości nad innymi narodami, kompleksu przegranej wielkiej wojny 1914-1918 oraz nacjonalizmu podsyconego skrajnym darwinizmem, kultem siły i rasy.
Co począć z implikacjami filozoficznymi tych zbrodni? Zatrzymam się na chwilę w stosunku Niemców do państwa. To Prusy narzuciły Niemcom swoją wizję państwa drugiej połowie XIX wieku, gdzie jednostka była temuż państwu całkowicie podporządkowana. Ów stosunek wynikał z szerszego kontekstu filozoficznego. Kant (Prusak) podporządkował rzeczywistość realnie istniejącego świata ludzkiemu umysłowi, a etyka Kanta ograniczała się jedynie do tego, aby człowiek przestrzegał tylko takich zasad, które mogłyby stać się dobrem powszechnym. Wskazywał jasno na prymat państwa, które mogło uznać zasady za dobre dla obywateli. Hegel (kolejny Prusak) i jego idealizm absolutny uznawał nadrzędność państwa, a obywatel wart był tyle, o ile wykonywał obowiązki. Ta filozofia podporządkowywała wszystko ludzkiemu umysłowi, jedynej instancji rozróżniającej dobro od zła. Ludzki rozum może być jednak błędny. Nie jest przypadkiem, iż człowiek który miał szansę wydobyć filozofię z miejsca, w którym zapędzili ją Kartezjusz (z przesunięciem na podmiot poznania), Kant, Hegel, i totalny, ale w innym tego słowa znaczeniu Marks, Martin Heiddegger uznał Hitlera, za ucieleśnienie dziejowego ducha narodu niemieckiego i stał się nazistą. Oczywiście, że między nazizmem niemieckim a wcześniejszą filozofię niemiecką nie ma bezpośredniego związku, ale paradoksalnie to dzięki tej filozofii wkładanej do głów niemieckim studentom i doktorantom, Hitler mógł przydarzyć się tylko w Niemczech i w żadnym innym kraju. Austria stała się niestety częścią tego monstrum. Naród utożsamił en masse swoją wolę z wolą jednego człowieka, który w 1933 roku stał się dla milionów zwykłych Niemców ucieleśnieniem niemieckiego ducha. Właśnie w tym pojęciu istnieje iunctim – absolutny duch dziejów wcielający się na zasadzie dialektycznego przeciwieństwa w naród niemiecki. Nazizm był reakcją dialektyczną na Republikę Weimarską i Traktat Wersalski, stanowił ich antytezę, a III Rzesza wyrosła – dosłownie z trzewi – jako synteza cesarskich wilhelmińskich Niemiec oraz żyjących w strachu wielkich długów demokratycznych weimarskich Niemiec, których wspólna filozofia nosiła w sobie zarzewie totalności, kroplę grozy z kart dzieł Hegla.
Co jednak z tym filozoficznym wątkiem ma zbrodnia Niemców w latach 1904-1909 w Namibii? Przypominam sobie moją wizytę w Bayreuth na wycieczce z projektem szkolnym. Miałem okazję zwiedzić ratusz miasta – wszędzie wiszą portrety burmistrzów Bayreuth, tymczasem nie ma żadnego za lata 1933-1945. Tak jakby w Niemczech była wówczas czarna dziura. Nie spotkałem lepszego dowodu wpychania III Rzeszy pod dywan dzisiejszych Niemiec, które z sympatyczną panią Merkel, wielokulturowym społeczeństwem i demokracją, poszanowaniem mniejszości stworzyły przekonanie, że zbrodnie lat 1939-1945 są aberracją, sprzecznością, która nigdy więcej się nie powtórzy.
Tymczasem książka Caspara Erichsena i Davida Olusogi ukazuje, że to przekonanie jest mitem, ponieważ rozwiązania przetestowane przez Niemców w Namibii stały się później inspiracją dla mordu na niespotykaną skalę w dziejach cywilizacji. Jednym słowem zbrodnie Niemców podczas II Wojny Światowej nie są – wypadkiem przy pracy, nieszczęściem, co sugeruje serial „Nasi Matki, Nasi Ojcowie”. Niemcy już wcześniej dokonały ludobójstwa na ludach Herero i Nama, afrykańskich społecznościach rolniczo-koczowniczych, rdzennych mieszkańcach tej ziemi. Niemcy nazywali ich Hotentotami, ponieważ ci czarnoskórzy mieszkańcy Namibii byli już chrześcijanami przejmującymi protestantyzm w wersji kalwińskiej od holenderskich Burów z Afryki Południowej. Ludobójstwo z lat 1939-1945 jest zatem kontynuacją rozwiązań, które na mniejszą skalę przetestowano w Namibii. Na kontekst kolonialny podboju wschodu w latach 1941-42 oraz wcześniejszej napaści na Polskę wskazywała Hannah Arendt już w latach 60-tych wieku XX. Mało kto zwrócił na jej tezę uwagę.
W 1904 roku wybuchało powstanie Herero i Nama. Cesarz Niemców Wilhelm II, o którym polski malarz Julian Fałat mawiał, że ma o jedną klepkę za dużo, wpadł we wściekłość. Niemcy wysłali do Afryki 15 tysięcy żołnierzy pod generałem von Trotha, którzy mieli przeprowadzić „ostateczne rozwiązanie tej sprawy”. Genarał Von Trotha wydał tak zwany „vernichtungsbefehl” nakazujący wymordowanie całej ludności Herero. Wkrótce do walki przeciw Niemcom ruszyli także Nama. Spotkał ich los straszliwy. Niemcy zaadoptowali wcześniejsze rozwiązanie Brytyjczyków z wojen burskich i zorganizowali kilka obozów koncentracyjnych, m. in w Swakopmundzie, a najgorsze w Lüderitz nad Atlatykiem oraz na tzw. Shark Island, gdzie eksterminowano całą ludność Nama. Niemieccy lekarze jechali 13 tysięcy kilometrów, żeby kolekcjonować głowy Herero i Nama, konserwować je w alkoholu, zbierać czaszki i szkielety pomordowanych Afrykanów dla niemieckich anatomicznych kolekcji w uniwersytetach, w Jenie, Heidelbergu czy Berlinie.
To w Namibii po raz pierwszy zastosowano ideę „lebensraum” – to pojęcie pojawia się dosłownie w niemieckich dokumentach kolonialnych z Namibii. Pojęcie to stworzył niemiecki geograf Freidrich Von Ratzel (kolejny Prusak). W imię owej przestrzeni życiowej po raz pierwszy w dziejach cywilizacji obóz koncentracyjny stał się miejscem nie odosobnienia ludności cywilnej, aby nie pomagała partyzantom (Burowie), ale celem eksterminacji całej populacji. Maszyneria administracji niemieckiej jest doskonała i raz wprawiona w ruch, nie zatrzymuje się. Tak stanie się również w latach 1941-45, gdzie Niemcy zaganiali swoje ofiary żydowskie po całej Europie niczym gigantyczną siecią i strącali je w otchłań, przedtem rabując ich mienie, grabiąc ich ciała, wykorzystując nawet włosy pomordowanych dla produkcji materaców dla niemieckich kobiet. To wszystko znamy z Auschwitz. Tymczasem korzenie tego haniebnego procederu, sama jego idea, zrodziła się w Afryce, w Namibii.
Czy jest jakiś bezpośredni dowód związku między tymi zbrodniami, odległymi o 40 lat? Ojciec Hermanna Gőringa był gubernatorem Namibii… o czym mało kto wie. Erichsen i Olusoga bardzo precyzyjnie pokazują ów związek na szerszym tle (doradcy Hitlera, którzy uczestniczyli w kolonialnej wojnie w Afryce), związki Instytutu Eugeniki im. Cesarza Wilhelma, gdzie swoje straszliwe badania prowadził Von Vershuer i Mengele, z kolekcjami „ludzkimi” z Afryki są bardzo mocne i przekonujące. To jakby wcześniejsza odsłona tej samej zbrodni, rozłożonej na dwie części, odległe od siebie geograficznie i czasowo o prawie czterdzieści lat.
Książka Caspara Erichsena oraz Davida Olusogi to lektura okrutna, którą powinien przeczytać każdy, kto chce zrozumieć otchłań zła, w której utonęły Niemcy w latach 1933-1945. Książka ta obala mit spokojnych i fajnych Niemiec. Ale czy w Niemczech wie ktoś o zbrodniach w Afryce popełnionych w imię i dla Niemiec 13 tysięcy kilometrów od Europy? Czy ktoś wie, że zbrodnie te mają związek z Holokaustem, jaki Niemcy zgotowali Żydom i Romom w Europie w czasie II wojny światowej?
Ja stawiam tezę, że nie.
niedziela, 15 kwietnia 2018
Recenzja: "Juliusz Cezar" na podstawie tragedii Williama Shakespeare, Teatr Powszechny im. Z. Hubnera, Warszawa, reż. B. Wysocka
Czytelniku tego bloga,
Chyba kiedy byłem uczniem ósmej klasy szkoły podstawowej, dobre 24 lata temu, ówczesna telewizja pokazała starą amerykańską ekranizację tragedii Williama Shakespeara "Juliusz Cezar" ze znakomitymi rolami Marlona Brando jako Marka Antoniusza, Jamesa Masona jako Brutusa i młodego, ale jakże dojrzałego Johna Gielguda jako Kasjusza. Do dziś kiedy to oglądam, zachwyt nad klasycznym pięknem tego tekstu, nie pozwala mi zobaczyć innych aktorów i innego wykonania tego dramatu. Dzisiejszy teatr lubi konwencję w której tekst klasyczny zostanie przeniesiony do przestrzeni i inscenizacji nie-klasycznej, po to, aby używając tekstu dramatycznego mówić o naszej rzeczywistości. Spektakl obejrzałem w piątek 13 kwietnia wieczorem z moimi uczniami, z którymi przybyłem do stolicy na finał XXX Olimpiady Filozoficznej.
Reżyserii podjęła się Barbara Wysocka (która w kluczowym momencie tekstu zagrała Marka Antoniusza), która z pewnością stworzyła inscenizację ciekawą i nietuzinkową, opartą na przewrotnym odczytaniu tekstu wielkiego Anglika przenosząc go do Polski (bo gdzieżby indziej). Dramaturgię zawdzięczamy Tomaszowi Śpiewakowi. Obok tekstu Williama S. ważna w tym spektaklu była scenografia Barbary Haneckiej, a tworzy ją widownia z jakiegoś taniego cyrku, kina lub...sejmu. Cały dramat rozgrywał się na niej. Pierwsza godzina tej sztuki była bardzo wierna werbalnie oryginałowi, który w tłumaczeniu Barańczaka nabrał ostrości i wyrazistości. Ja jednak nie lubię tego tłumaczenia, właśnie przez wzgląd na film z 1953 roku.
Cezar jest groteskowy - to żarłok, sybaryta, grany bardzo dobrze przez Michała Jarmickiego. Stylu Powszechnego nie lubię, jednak w większości aktorzy byli dość przekonujący w eleganckich garniturach celowo wyglądając jak pracownicy korpo lub warszawskie japiszony nadziane kasą i testosteronem. Spektakl ma bowiem w zamyśle obnażać współczesność. Komentować. Jest kilka wstawek jak 75 drachm Cezara, które Wysocka porównuje do kwoty między 400 i 600 złotych. Jest to jasny i czytelny przytyk, a na widowni śmiech. To oczywiście nie jest dramat wielkiego Anglika, a raczej swobodna jego interpretacja, z której Powszechny ostatnimi czasy słynie. Jednak w całym spektaklu pada dosłownie tylko jedna "kurwa", co czyni go strawnym i właściwym także dla szkolnej młodzieży.
Największe emocje budzi nie scena zabójstwa - bo jest ono pokazane widzom od razu na początku, spektakl nie-linearnie zaczyna się od widoku zabójców ubrudzonych krwią i siedzących obok przykrytego zakrwawionym kocem wielkiego ciała Cezara. Naprzemiennie aktorzy grają po dwie lub trzy role - nie mam nic przeciw temu - ale kluczowy moment dramatu, w którym spiskowcy pozwalają Markowi Antoniuszowi na wygłoszenie mowy pożegnalnej został po prostu całkowicie położony dramaturgicznie. Wysocka bowiem deklamuje ową mowę, ale nie gra jej. Mam przed oczami teraz Marona Brando/Marka Antoniusza, zrozpaczonego nad ciałem Cezara:
"Wybacz mi krwawy prochu, żem tak łagodny wobec tych rzeźników,
lecz tutaj, na twoje rany przysięgam, że od tej chwili klątwa na Rzym spadnie,
wojna domowa, która sprawi,
że matki uśmiechać się będą, gdy ręka wojna poćwiartuje ich dzieci,
nałóg i występek zdławią wszelką litość,
a duch Cezara wychodząc z Hadesu krzyknie władczym głosem "Biada"
i spuści psy wojny, by głosowi temu wtórowały,
by czyn ten zbrodniczy uniósł się ku niebu
odorem trupów wyzutych z pogrzebu"
Brando w tej roli, lub Charlton Heston w równie udanej ekranizacji z 1970 roku to emocjonalny wulkan. Jednak reżyserka wybrała świadomie inna konwencje pokazania tego tekstu. Rozumiem, że Barbara Wysocka chciała pokazać manipulację tłumem, bić w świat polityki, ale to po prostu nie wyszło. Dramaturgicznie bez efektu, choć pomysł z mówieniem do mikrofonu jest dobry. Konwencja tego przedstawienia nie pozwalała przekroczyć ram umowności gry aktorskiej. W niektórych momentach Brutus i Kasjusz ( w tych rolach Arkadiusz Brykalski i Michał Czachor) bez przerwy na siebie krzyczą, choć w oryginalnym dramacie ich relacja jest dwuznaczna, niebezpiecznie bliska, niedopowiedziana. Zabójstwo Cezara jest dla Kasjusza sposobem na własną zawiść, a Brutus dokonuje mordu z przyczyn szlachetnych pro publico bono.
To, co w spektaklu w Powszechnym jest ciekawym i smakowitym to muzyka. Dramatowi towarzyszy bowiem polski rock i pop z lat osiemdziesiątych. Gdy Cezar spędza w domu noc poprzedzającą Idy Marcowe, na cały głos słyszymy piosenkę Obywatela GC i Republiki "Gdzie są moi przyjaciele...". To jest naprawdę dobre i czujemy absurd tej nocy.Druga część jest luźniej związana z szekspirowskim tekstem. Tworzenie list proskrypcyjnych wygląda jak tworzenie listy do głosowania w sejmie, a bitwa pod Fillipi to groteskowe obrzucanie się kulkami papieru.
Teatr Wysockiej chce ostrzec polskiego widza przed groźbą wojny domowej? Ja jej nie widzę, i nie widzę potencjału na takową, ale nienawiść polityczna, brak szacunku do przeciwnika politycznego jest doprawdy zatrważająca. Iluż dziś zwolenników opozycji życzy po prostu Kaczyńskiemu śmierci? Jednak tym razem Powszechny - Tear, który prowokuje tym razem zachował konieczny dystans do nawiązania do aktualnej sytuacji w kraju. Brakuje mi na koniec słów Marka Antoniusza, gdy zostaje odnalezione ciało Brutusa"
Ze wszystkich spiskowców on jedyny nie zazdrościł Cezarowi sławy,
on jedyny zabił przyjaciela dla dobra ogółu, charakter miał godny, a cała rozumność była w nim tak harmonijnie wykształcona, że Natura mogłaby z dumą rzec całemu światu
OTO CZŁOWIEK
ECCE HOMO
I te słowa nie wymagają wyjaśnienia.
Kurtyna!
piątek, 6 kwietnia 2018
Recenzja: Teatr Bez Sceny, Katowice, Jonas Gardell, Przytuleni, reż. Gabriel Gietzky
Czytelniku tego bloga,
Szóstego kwietnia AD 2018. Piątek wieczór. Zmierzam do teatru - bo gdzież indziej mógłbym znaleźć metaforę życia? - tym razem wybrałem niszowy i mało znany w Polsce, choć istniejący 25 lat "Teatr Bez Sceny" w Katowicach. Teatr niezwykle kameralny, gdzie widownia liczy czterdzieści miejsc, a mała przestrzeń sceny wymusza niezwykłą, a przez to pomysłową scenografię. Założycielem tego teatru jest znakomity aktor ze Śląska, Andrzej Dopierała, którego wcześniej widywałem na scenie Teatru Śląskiego w Katowicach, ostatnio w "Muzułmanach" według Artura Pałygi. Jednak tym razem wybrałem się na sztukę szwedzkiego dramaturga Jonasa Gardella "Przytuleni" (tytuł oryginału Cheek to cheek) w reżyserii Gabriela Getzky`ego. Scenografię i kostiumy są dziełem Marii Kanigowskiej, a polski tekst sztuki z języka szwedzkiego zawdzięczamy Halinie Thylwe. Muszę powiedzieć, że tekst w polskim wykonaniu brzmi bardzo dobrze. Chciałbym podkreślić, że ową sztukę można obejrzeć w Polsce wyłącznie w "Teatrze Bez Sceny" i już niedługo, ponieważ teatrowi kończy się licencja. Zastrzeżenie Teatru jest jednak jasne: spektakl jest dla widzów dorosłych.
Lubię teatr. Znajduję w nim przestrzeń wolności. Kluczową dla zrozumienia sztuki jest scena pierwsza i zarazem ostania - w której dopowiedziane zostanie ostatnie słowo i podarowany zostanie ostatni gest czułości - w której widzimy na stole prosektoryjnym w zakładzie pogrzebowym ciało mężczyzny ubranego w strój divy, drag queen. Ta nie-hetero normatywność jest zamierzona. Poznajemy bowiem główną postać sztuki, a raczej jej maskę, Ragnara, mężczyznę, który nie potrafi być mężczyzną i zarazem nie jest w stanie ofiarować siebie nikomu jako kobieta. Ragnar jako drag queen wstaje z łoża śmierci i udziela nam kilku informacji o swoim Ja, bo nie o sobie.
Ta postać składa się z kilku "Ja" używając buddyjskiej metaforyki - i Dopierała naprawdę pokazuje je wszystkie zdzierając je z twarzy jedną po drugiej. Wycierając z ust szminkę i makijaż widzimy, że jego kobiecość jest jedynie konwencją, ułudą, w której Ragnar pragnie zaznać trochę czułości. Birbant i rozpustnik to kolejna twarz Ragnara, która rozpada się, gdy Ragnar w łóżku z kochanką błaga ją o zwykły gest przytulenia, bliskości. Kolejne "Ja" Ragnara upada, gdy rozmawia telefonicznie z przyjacielem Hakanem i kochanką Angelą (w tych rolach na telebimie Michał Rolnicki znany ze świetnych "Pięknych dwudziestoletnich" według Marka Hłaski na deskach Teatru Śląskiego sceny kameralnej i Violetta Smolińska). Przyjaciele obnażają go jako kłamcę, nieudacznika i alkoholika. Poznajemy go w ostatnim "Ja" jako wielkiego artystę, lub megalomana mającego o sobie samym wielkie mniemanie, który za młodości zyskał wielką popularność śpiewając w kobiecym przebraniu piosenki Judith Garland. Nikt nie chce już przychodzić na jego występy. Nikt Ragnara nie chce słuchać. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, jak śpiewał Perfekt. Ragnar tego jednak nie wie. Na tym polega tragizm tej postaci.
Andrzej Dopierała jest w roli Ragnara/ Judith Garland znakomity, rola bowiem wymaga przekroczenia siebie samego w stopniu absolutnym, panowania nad mimiką twarzy i dyscypliną ciała, które wciska się w kiczowatą sukienkę kobiety, aby zagrać ostatnią rolę - spektakl przed śmiercią. Słowo tragikomedia nie oddaje chyba do końca sensu tekstu Gardella. Dla mnie bowiem "Przytuleni" jest opowieścią o oswojeniu się ze śmiercią. Ta nie jest straszna dla tych, którzy odchodzą, ale dla tych którzy zostają. Jednak na Ragnara nikt za życia nie czekał, i nikt też nie opłacze go po śmierci. Ragnar miota się sam ze sobą, ze swoim drugim, kobiecym "Ja", ale jako mężczyzna jest lubieżnym, okrutnym władcą, sprowadzającym kobiety do roli psa lub seksualnego przedmiotu. Sztuka jest oczywiście odważna obyczajowo, ale nagość jest tutaj jedynie narzędziem do ukazania pustki, w jakiej Ragnar się znajduje. Ta samotność zostaje wystawiona na próbę. Ragnar poznaje Margaretę, pracownicę zakładu pogrzebowego. Ona darzy go uczuciem, on jest brutalny, odpychający, okrutny, używający ciała i duszy kochanki jak narzędzia seksualnego. Ważna uwaga: proszę nie myśleć, że spektakl jest przeładowany erotyką. Wręcz przeciwnie, jest ascetyczny - a sceny nagości są obnażające, okrutne i puste.
Pod względem sztuki aktorskiej spektakl nie może rozczarowywać. Partnerką Dopierały jest Anna Kadulska, której Margareth jest autentyczna, ale wycofana emocjonalnie. Ja widziałbym Margareth trochę bardziej drapieżną, emocjonalną. Ale ascetyzm Anny Kadulskiej ma też swoje plusy. Gra aktorów jest doskonale widoczna, ponieważ bliskość publiczności nie pozwala aktorom ukryć żadnego defektu. Muszą być perfekcyjni i są tacy. Czego mi brakuje to dowiedzieć się czegoś więcej o kobiecym "Ja" Ragnara. Poznajemy ją jako mimiczną kopię Judith Garland, w fatalnej peruce, biustonoszu, sukience. Jednak ta maska kogoś kryje - czy to potwór, czy okaleczony, spragniony miłości, samotny, bo opuszczony przez siebie samego człowiek, na to pytanie widz musi odpowiedzieć sobie sam. Okrucieństwo tej postaci jest zarazem żałosne, obnażające. To obnażenie jest celowym odarciem się ze wszystkiego, a zarazem zaproszeniem do pogodzenia się ze śmiercią. Bo to właśnie śmierć jest celem Ragnara, a Margereth odtrącona i zdradzona jako kobieta stanie się Charonem Ragnara, gdy ten uda się na spotkanie ostatecznej Tajemnicy, jaką jest śmierć. Wszyscy umrzemy, to banał, ale w tym banale jest ta ostateczna krawędź, zza której nie ma odwrotu.
"Przytuleni" Jonasa Gardella w inscenizacji katowickiego "Teatru Bez Sceny" to sztuka niezwykle odważna, ale zarazem oszczędna, ascetyczna i okrutna. Jest to tekst zagrany perfekcyjnie, bez dłużyzn, z jasno zarysowaną osią dramaturgiczną w której scena pierwsza, ciało Ragnara wyjeżdżające z prosektorium jest zarazem ostatnim pożegnaniem. Znakomity, trudny, wymagający spektakl - nie dla każdego. Teatr bez Sceny jest przedsięwzięciem prywatnym, a cena za bilet na dwugodzinny spektakl 40 zł, wcale nie byłą wygórowana. Polecam widzom dorosłym, nie obawiającym się Inności.
niedziela, 1 kwietnia 2018
Król Trędowaty, czyli biografia Baldwina IV autorstwa Bernarda Hamiltona.
Czytelniku,
Myślę, że to dobra lektura na Wielkanoc.
Książka Bernarda Hamiltona wpadła mi w ręce jesienią ubiegłego roku i znając literackie nawiązania do tego władcy średniowiecznego Królestwa Jerozolimskiego panującego nieszczęśliwie w latach 1174-1185 z polskiej literatury i z Hollywood (zaraz wyjaśnię o co chodzi), nie mogłem sobie odmówić przyjemności jej zakupienia i przeczytania. Jej autor, Bernard Hamilton jest brytyjskim historykiem średniowiecza (któryż to Brytyjczyk, którego recenzuję!) specjalizującym się właśnie w historii krucjat. Jego szlif profesjonalizmu widać na każdej stronie tej ważnej i ciekawej książki. Dodam, że Hamilton jest historykiem znanym, w Polsce ukazały się jego popularnonaukowe "Krucjaty".
Zacznę jednak od nawiązania literackiego i filmowego. Król Baldwin IV Trędowaty jest fascynującą postacią. Zofia Kossak-Szczucka poświęciła mu jeden z tomów swojej zapomnianej trylogii o krucjatach o tytule właśnie "Król Trędowaty". Strasznie chciałem napisać o nim powieść, ale Kossak-Szczucka była pierwsza. W moim "Bractwie Mandylionu" anglo-normandzki krzyżowiec Gotfryd z Melville też jest dotknięty trądem. Musiałem w ten sposób nawiązać do tej niezwykłej, autentycznej postaci chociaż w taki sposób. Drugim nawiązaniem, do którego przed właściwą recenzją książki Hamiltona, warto nawiązać, jest "Królestwo Niebieskie" Ridleya Scotta, wielki epicki film poświęcony krucjatom, jaki Hollywood zrobiło w 2006 roku. Zaznaczam, że film ten trzeba oglądać w wersji reżyserskiej, dłuższej o dwie godziny od pierwowzoru. Tam król Baldwin pojawia się w srebrnej masce, za którą kryje się znakomity amerykański aktor Edward Norton.
Dlaczego książkę Hamiltona uważam za niezwykłą biografię? Do dziejów Baldwina IV Trędowatego mamy sporo źródeł, które w obszernym wstępie autor niezwykle kompetentnie omawia. Są to zarówno źródła łacińskie, bizantyjskie, ormiańskie oraz arabskie, zarówno muzułmańskie i chrześcijańskie. Hamilton jest jednak mediewistą i dosłownie wyciska z nich wszystko to, co pozwala mu odczytać postać Baldwina IV oraz ukazać życie Królestwa Jerozolimskiego w innym świetle, niż uczynił to Ridley Scott w swoim do bólu poprawnym politycznie filmie. Hamiltonowi udała się rzecz niebywała - zbudował koherentną wizję panowania trędowatego króla odczytując źródła inaczej niż Steven Runciman w swoich "Wyprawach krzyżowych", z których my wszyscy historycy uczyliśmy się krucjat. Przede wszystkim biografia króla trędowatego jest też wciągającą, fascynującą panoramą Królestwa krzyżowców w Ziemi Świętej z perspektywy jerozolimskiego dworu.
W jego narracji Baldwin jest władcą wybitnym, zarówno pod względem militarnym, gdy w 1176 roku pod Montgisard mając nie więcej niż pięciuset rycerzy zakonnych - templariuszy oraz joannitów - rozbił doszczętnie wielką armię muzułmańską Saladyna, który o mały włos nie postradał wówczas swojego życia, jak i pod względem politycznym. Królestwo Jerozolimskie nieustannie lawirowało między muzułmanami, Bizancjum i zachodnią Europą. Baldwin potrafił mając lat kilkanaście narzucić swoją wolę skłóconym baronom i rycerstwu zakonnemu. Co różni jego narrację to tło - Hamilton buduje inny obraz Królestwa Jerozolimskiego, które było sprawnie zarządzaną i znakomicie prosperującą gospodarczo państwowością stojącą na dużo wyższym poziomie niż otaczający ją muzułmanie. I w argumentacji Hamiltona nie ma cienia ideologii, tylko fakty, zestawienia, analizy gospodarcze, listy. Wszystko osadzone w tych źródłach. Jerozolima zarządzana przez krzyżowców nie była feudalną kolonią zarządzaną przez nieudolnych politycznie baronów, przynajmniej do śmierci króla trędowatego.
Z narracji wyłania się też obraz króla, wysokiego, przystojnego młodzieńca o jasnych włosach, który talenty militarne polityczne odziedziczył po swoim ojcu królu jerozolimskim Amalryku. Był znakomicie wykształcony - mówił biegle po francusku, łacinie, flamandzku i arabsku. Jego nauczycielem był wszakże biskup Wilhelm z Tyru, urodzony w Lewancie intelektualista. Hamilton podaje też rekonstrukcji wstrząsającej choroby młodego króla. Nie wiadomo kto przywlókł do pałacu królewskiego trąd w jego najgorszej leprosomatycznej wersji. Trądem można zarazić się przez długotrwałe przebywanie z osobą chorą, lub poprzez bezpośredni kontakt z zanieczyszczonymi bandażami osoby chorej. Do książki dołączona jest także współczesna medyczna analiza jego choroby.
Baldwin musiał chorować już przez dłuższy czas, ponieważ dopiero zranienie go przez kolegów podczas zabawy przykuło uwagę Wilhelma z Tyru. Chłopak nie czuł bowiem bólu. Osoba chora ma porażone nerwy, wiec nie czuje bodźców. Gdy umarł jego ojciec Amalryk, chorobę młodego władcy ukryto. Jednak z upływem lat zaczęła ona atakować młodego człowieka coraz bardziej, do tego stopnia, że najprawdopodobniej stracił oczy, nos, policzki, oraz palce u rąk i nóg cierpiąc męczarnie. Nie wiemy wiele o jego motywacji religijnej. Książka skupia uwagę na sukcesji, nie było bowiem mowy o tym, by chory na trąd władca mógł doczekać się potomstwa. Walka o sukcesję wyniesie na tron słabego i miernego Gwidona z Lusignan, którego rządy doprowadzą królestwo do katastrofy pod Hittin w roku 1187 i utraty przez chrześcijan Jerozolimy.
Książka podzielona została na dziesięć rozdziałów, z których każdy oparto o jakąś cezurę z życia króla, lub samego Królestwa Jerozolimskiego. Centralne, świetnie skomponowane punkty książki to bitwa pod Montgisard, jedno z najświetniejszych zwycięstw chrześcijan nad muzułmanami, choć zupełnie zapomnianemu oraz śmierć króla, który mimo męczarni zachował świadomość i umierał pogodzony ze sobą i Bogiem. Hamilton nie przynudza łacińskimi cytatami, są one wszystkie bezpiecznie dla oka schowane z przypisach, ale w tekście analizuje je i wyciąga esencję. Słowo o narracji historyka - mimo trudnego, nieznanego szerszemu kręgowi kontekstu, prowadzi narrację krótkimi zdaniami, przez co książka nabiera kompetentnej ale szybkiej formy zmierzającej łatwo do końca. A liczy to dzieło prawie czterysta stron.
Polecam miłośnikom średniowiecza; dla studentów mediewistyki to książka tym ciekawsza, że można zobaczyć jaki jest warsztat dojrzałego mediewisty rozumiejącego epokę i czas, nie narzucającego zniekształconego obrazu średniowiecza wynikającego z błędu imputacji kulturowej. Po książkę mogą spokojnie sięgnąć studenci historii w Polsce. Życzyłbym mediewistom polskim zajmującym się historią średniowieczną Polski takiego oczytania i znawstwa źródeł, ale i lekkości stylu.
Na koniec refleksja będąc w roku 2014 w Jerozolimie oprócz doświadczenia religijnego rozważnie nerwowo szukałem w bazylice Męki Pańskiej grobu króla. Nie udało mi się znaleźć, ani napisu na posadzce, ani inskrypcji. Jednak będąc w tym świętym miejscu nie mogłem się pozbyć dręczącej mnie myśli o królu trędowatym....
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560
Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby Autorem opracowania je...
-
W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyseri...
-
Czytelniku, Dziś wiedza o Antyku, grecko-rzymskim stała się elitarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Słowa tytułu tej książki możn...
-
Czytelniku, Profesor Grzegorz Motyka jest historykiem PAN zajmującym się historią najnowszą, szczególnie stosunkami polsko-ukraińskim...




