niedziela, 10 czerwca 2018

Zawsze razem, opowiadanie. Autor: Wojciech Dutka





ZAWSZE BĘDZIEMY RAZEM

Słowacja, 1951

Kiedy patrzę na tę fotografię nieuchronnie wracają dawne wspomnienia. Jej brzegi są dziś postrzępione, a klisza zupełnie zżółkła. To ważna fotografia, będąca jedynym śladem po kobiecie, którą kochałem.
Mam na imię Mikulaš Novotny i jestem kolejarzem. Pracuję na bratysławskim dworcu. Mam nudną, a przez to zupełnie wytrzymałą nerwowo pracę. Nie musicie wiedzieć o mnie nic więcej, ponieważ nie ma niczego ważnego w moim życiu.
Od kilku tygodni obserwuję człowieka, który nieustannie, z tygodniowym rytmem wysiada z podmiejskiego pociągu. Dzisiaj znów go ujrzałem. Towarzyszyli mu młoda, atrakcyjna kobieta oraz dziesięcioletnie dziecko. Chłopczyk i kobieta wyglądają na bardzo zadowolonych. Kilka razy moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem tego mężczyzny. Udaje, że mnie nie widzi. Na razie ja również udaję, że nic nigdy się nie stało i że nasze drogi nigdy wcześniej się nie przecięły. To jednak nieprawda. Dowodem tego jest ta stara fotografia.
Ukazuje ona tego samego mężczyznę z dworca w towarzystwie innej kobiety. Zdjęcie zrobiono jeszcze przed wojną, być może nawet przed Monachium, bo w tle bratysławskiego zamku powiewa flaga Czechosłowacji. Na zdjęciu, które obecnie mam w posiadaniu, ta para obejmuje się pod kasztanowcem. Drzewo kwitło, stąd mogę wywnioskować, że musiał to być maj 1938, ostatniego szczęśliwego roku. Zawsze, kiedy spoglądam na tę fotografię, wiem, że szczęście tego pasażera zostało zbudowane na kłamstwie.

*

W 1939 roku, na wiosnę, kiedy wojska pewnego malarza spod Salzburga zajęły Pragę, umarła Czechosłowacja. Ja miałem okazję widzieć, jak na bratysławskim zamku zmieniają się flagi. Ja, nic nieznaczący trybik w czasoprzestrzeni, odprawiałem wówczas codziennie pociągi jeżdżące już po słowackiej ojczyźnie. Robiłem to z poświęceniem dla nowej, narodowej, prawdziwie słowackiej sprawy. Miałem także kilka patriotycznych uniesień. Znajdowałem się raz w tłumie ludzi pod bratysławskim zamkiem, kiedy w samochodzie wjeżdżał na niego premier Słowacji, dobroduszny ksiądz Josef Tiso. Krzyczałem wówczas:
- Niech żyje premier!  Niech żyje wolna Republika Słowacka!
Byłem też bardzo dumny, że odtąd sprawdzałem bilety i życzyłem przyjemnej podróży pasażerom w imieniu słowackich kolei.

*

Jako konduktor uwielbiałem się wpatrywać z ukrycia w ludzkie twarze. Bo, prawdę mówiąc, w pociągu można przecież spotkać wszystkie ludzkie typy; zmęczonych ojców wracających z pracy do domu, przekupki wiozące na targ jajka i domowe sery, drobnych cinkciarzy, starsze małżeństwa jeżdżące do Bratysławy w odwiedziny do dzieci, zakochane pary przed maturą. Mnie oczywiście interesowały młode ładne kobiety. Młody, elegancki konduktor w starannie dopasowanym mundurze to nader powabny widok dla wielu dziewcząt szukających chłopaka.
Lubię ludzkie twarze, szczególnie te, które mają w sobie zadatek tajemnicy. Nie wiem i nie umiem powiedzieć, na czym dokładnie polega tajemnica twarzy. Czasami to po prostu wzrok, ta władza oczu dająca wgląd do ludzkiej duszy. Czasami to profil, chwilami tak doskonały, że nie mogę oderwać od takiej twarzy wzroku. Szukam piękna. Pociąga mnie. Lubię intensywność ludzkich twarzy, ich niepokój, albo wyraz mądrego szczęścia. Czasami dochodzę do wniosku, że pociąga mnie piękno idealne, odbicie doskonalszego świata, o którym zawsze marzyłem. W twarzy tej kobiety było to „coś”. Jej profil był piękny, ale cała jej twarz zdradzała jakiś wewnętrzny niepokój, który przykuł moją uwagę. Patrzyła na tego mężczyznę z prawdziwym uwielbieniem. Byli zakochani. Szczęśliwi.
Kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy myślałem, że to zarazem ostatni raz, kiedy mogę na nich patrzeć. Z tym większym zaskoczeniem tydzień później odkryłem, że podróżują ta samą trasą, co ja. Mogłem jedynie domyślać się prawdziwego celu ich cotygodniowych podróży. Może odwiedzają kogoś z rodziny? Albo jeżdżą w celach ogólnie rozrywkowych na prowincję? A może po prostu lubią jeździć pociągami? 

*

Moja ulubiona para znacznie się od siebie różniła. On wyglądał na prowincjonalnego nauczyciela lub urzędnika. Nie wyróżniał się niczym specjalnym. Miał zaczesane do tyłu włosy, lśniące od brylantyny, nosił też znoszony, ale mimo to wyglądający schludnie płaszcz oraz skórzaną teczkę. Ona natomiast miała ładne, ciemne, kasztanowoczarne włosy, czasami upięte w kok, ale zwykle opadające luźno po obu stronach małej, ale kształtnej głowy. Karnacja również odróżniała ją od innych Słowaczek.
Kiedyś, gdy byłem jeszcze chłopcem i byłem zupełnie niewinny, zachwycała mnie książka, czytana na wieczornych spotkaniach u dziadka. Katedra Marii Panny przenosiła mnie w zupełnie inny świat, w którym szpetny Quasimodo kochał się w pięknej cygańskiej dziewczynie, Esmeraldzie.
Ja chyba podobnie zadurzyłem się w tej pięknej i nieznanej mi pasażerce. Podobała mi się. Za każdym razem, kiedy ich widziałem, budziła się we mnie zazdrość. Widziałem siebie na miejscu tego mężczyzny. Zazdrościłem mu, że to on, a nie ja, co noc ją kocha, razem z nią się budzi i razem z nią chodzi na spacery. W końcu, popadając – naturalnie bezwiednie – w obsesję na punkcie tej pary, pragnąłem poznać jej życie z precyzją lekarza dokonującego wiwisekcji.
Podczas podróży lubiłem się im przyglądać zza gazety, która zabierałem ze sobą do torby konduktorskiej. Nie pamiętałem nawet, że czytałem zawsze ten sam numer gazety, wymięty i wytarmoszony. Dostrzegli, że się nimi zainteresowałem. W końcu zaczęliśmy się sobie nawzajem kłaniać. Na początku było zawsze uprzejme, ale i trzymające na dystans, „dzień dobry”, ale potem miłe spojrzenie, lub nieco rzadziej – miły uśmiech na przywitanie. Zawsze też uśmiechała się do mnie ona, ale tylko wówczas, kiedy mężczyzna obok ucinał sobie drzemkę. Czekałem tylko na ten uśmiech, który przeszywał mnie na wylot, aż do samego dna duszy. Ten uśmiech kasztanowłosej pasażerki był dla mnie obietnicą czegoś, co z przyczyn obiektywnych, nigdy nie mogło nastąpić. Ale ta obietnica mi nie wystarczała. Chciałem, żeby stała się rzeczywistością.
Nocami w domu gubiłem się w domysłach. Czy ona jest Węgierką? Na Słowacji mieszka przecież dużo Węgrów. Gdyby to była prawda, nasz hipotetyczny związek, randez-vous w imaginacji, byłby bardzo odważny…obyczajowo. Wersja cygańska była jeszcze bardziej pociągająca. Stanowiła spełnienie marzeń o Esmeraldzie z książki Wiktora Hugo. Miłość do Cyganki, choć romantyczna, niosła także niebezpieczeństwo. Kobiety cygańskie, jak mawiano u mnie na wsi, gubią przecież dusze mężczyzn. Mimo tej udręki, ponieważ obiekt mojej miłości nic o mnie nie wiedział, owe wiosenne miesiące 1942 roku były najszczęśliwszymi miesiącami mojego życia. Odnalazłem kogoś, dla kogo warto było czekać przez cały nudny tydzień monotonnej pracy na ten jeden dzień, w którym przez kilka godzin podróży moje marzenie miało stać się, choć na chwilę, obietnicą rzeczywistości.

*
Jednak w lipcu 1942 roku czekałem na nich na próżno. Nie pojawiali się w pociągu. Bardzo się tym denerwowałem. Nie byłem w stanie ani jeść, ani spać, ani modlić się. Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego sierpniowego ranka, w poczekalni na dworcu wpadłem na nich. Gdy rzuciłem okiem na jego i na nią, czułem, że coś nie jest tak, jak być powinno. Kobieta siedziała na walizce ze spuszczoną głową. On cos jej tłumaczył. Nie słyszałem, ponieważ znajdowałem się za szybą. Wywnioskowałem z tej sceny, że to ona wybierała się w podróż.
Nagle zostałem wezwany do dyspozytorni. Musiałem wykonywać obowiązki, więc zostawiłem ich w poczekalni, a sam poszedłem do miejsca, gdzie byłem potrzebny. Okazało się, że tego dnia odwołano wszystkie rejsowe, pociągi pasażerskie i w zamianę z Bratysławy miał odjechać jeden pociąg specjalny. Starszy zawiadowca stacji był bardzo zdenerwowany, ale zapewnił mnie, że musimy zrobić wszystko, żeby ten pociąg został załadowany sprawnie i szybko.
- Załadowany? To będzie pociąg towarowy?
- Nie – odpowiedział po chwili – tylko specjalny transport Żydów. Niemcy tego od nas żądają.
Spędziłem ponad godzinę w dyspozytorni. Kiedy wróciłem, w poczekalni oraz w całej dworcowej hali znajdowało się znacznie więcej ludzi. Chciałem natychmiast odnaleźć znajomą z widzenia parę i zapytać, co robią w tym miejscu. Przeciskałem się z trudem przez tłum. Niektórzy siedzieli na posadzce. Zarówno starsze osoby, jak i małe dzieci nie maiły sił, aby stać przez pół dnia w dusznym dworcu. Nie pozwalano im wyjść na zewnątrz, mówiąc, że mogą przegapić pociąg, który miał ich zawieść do lepszego życia. Nie mogłem ich odnaleźć. Gdy byłem już bliski rezygnacji, ktoś niespodziewanie dotknął mnie po plecach. Odwróciłem się zaskoczony.
To był on, znajomy mężczyzna z pociągu.
- Pamięta mnie Pan?
- Oczywiście – odpowiedziałem uspokajająco – znamy się z pociągu.
Wyczułem, że był bardzo zdenerwowany. Szkliste krople zimnego potu spływały mu po czole, przedzierały się przez las przemoczonych do suchej nitki brwi i spływały po twarzy. Mężczyzna, co chwilę wycierał również spocone ręce o mankiet marynarki. Czegoś ode mnie chciał.
- W czym mógłbym Panu pomóc? – zapytałem przyjaźnie.
Po chwili mężczyzna zaczął chaotycznie mówić.
- Chodzi o to…rozumie Pan…że moja żona nie chce wsiąść do pociągu. Ja jestem urzędnikiem w bratysławskim ratuszu i…sam Pan rozumie…chciałbym powiedzieć, że znaleźliśmy się z żoną w niecodziennej sytuacji…to znaczy, chciałem powiedzieć, że ja nie jestem Żydem…
Chodziło o transport. Muszę przyznać, że wtedy w 1942 roku nikt nie miał pojęcia o miejscach przeznaczenia tych transportów. Z tego powodu zachowanie tego mężczyzny wydawało mi się wtedy zupełnie absurdalne. Kryzys małżeński na dworcu. Próbowałem uspokoić tego mężczyznę.
- Czy problemem dla Państwa są miejsca w pociągu? Cóż, ja niestety nie mogę Państwu pomóc. Ja nie odpowiadam za wygodę podróżowania.
- Nie, nie – gorączkowo przerwał mi mój rozmówca chwytając mnie za dłoń – nie chodzi o to. Rzecz w tym, że to moja żona powinna pojechać tym pociągiem. Jak już mówiłem…jestem urzędnikiem. Obowiązuje mnie prawo. Decyzja rządu jest taka, że osoby żydowskiego pochodzenia mają pojechać do pracy do Generalnego Gubernatorstwa na terenie Polski. Ja mam pracę…to żona jest bezrobotna…
Zaczął mi się spowiadać. Praca. Obowiązki. On jest Słowakiem, katolikiem, może to udowodnić. On musi zostać.
- Nie rozumiem, dlaczego zwraca się Pan z tym do mnie?
Wydawał się szczerze zaskoczony.
- Bo wydawało się nam, a w szczególności mojej żonie, że pan nas …lubi.
Teraz ja czułem się zaskoczony. Nie przypuszczałem, że moje ukradkiem rzucane spojrzenia, nie uszły uwadze mężczyzny, ani jego żony. Zdałem sobie też sprawę, że zaciągnąłem u nich coś w rodzaju honorowego długu. Niewinne podglądactwo miało swoją cenę.

* 

Kobieta zdawała się być nieobecna. Siedziała na walizce. Wpatrywała się w podłogę, w jakiś niedostrzegalny dla mnie punkt. Zupełnie nie zwracała uwagi na ogromny tłok, jaki panował na dworcu. Nie zwróciła też uwagi, kiedy jej mąż i ja stanęliśmy obok niej. Co za zbieg okoliczności! Po raz pierwszy miałem okazję znaleźć się tak blisko kobiety, która wypełniała moje życie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w przeciągu kilku ostatnich miesięcy. Mój Boże, co ja jej miałem powiedzieć? Jak zachęcić do wyjazdu, o którym wówczas nic nie wiedziałem. Wówczas byłem niemal pewny, że wyjazd do Polski do Generalnego Gubernatorstwa, będzie o wiele lepszym rozwiązaniem niż siedzenie na Słowacji. Wszyscy przecież wiedzieli, że ostracyzm wobec Żydów, z każdym miesiącem stawał się coraz bardziej dokuczliwy.
Już miałem się nad nią nachylić i poprosić, żeby ze mną porozmawiała, gdy nagle, z dworca dobiegł nas przeraźliwy pisk wypuszczanej z lokomotywy pary. W przeraźliwie monotonnej i nudnej atmosferze oczekiwania na cokolwiek, ów pisk z parowozu ożywił ludzi. Wszyscy mieli chyba serdecznie dość siedzenia i czekania w tłoku i duchocie. Ludzie zaczęli się podnosić. Ja też odwróciłem się w stronę pustych do tej chwili peronów.
Powoli, ospale, sycząc i sapiąc w sierpniowym upale lokomotywa ciągnąca bydlęce wagony, przypominająca wielkiego nażartego boa, wtaczała się na dworzec. Wówczas ożywili się także policjanci oraz chłopcy z gwardii hlinkowskiej. Dawali do zrozumienia wszystkim, i to bardzo głośno i wyraźnie, że nadjeżdżający właśnie skład jest tym pociągiem, do którego mieli wsiąść wszyscy słowaccy Żydzi z dworca.
Wszyscy chwili wstać na raz. Jakieś dziecko, przedtem przytępione upałem, znów zaczęło płakać. Rozejrzałem się. Ci, którzy za chwilę mieli wsiąść do pociągu sprawiali wrażenie ospałych, bardzo zmęczonych i zupełnie nie rozumiejących tego, co się dzieje. Policjanci uspakajali, a ludzie kolei, tacy jak ja, znajdując się po środku tego tłumu, mieli uwiarygodniać całą sytuację.
Znów popatrzyłem na kobietę. Wstała. Spojrzała na mnie niewidzącym spojrzeniem. Chyba mnie nie poznawała. Spojrzała raz jeszcze na mężczyznę z ostatnim, niemal błagalnym pytaniem. On rozwiał jej wątpliwości.
- Proszę cię, nie róbmy teraz scen. Wszystko się jakoś ułoży. 
Chwycił jej walizkę. Po chwili dodał:
- Zawsze będziemy razem.

*

Postanowiłem im towarzyszyć. Kiedy weszliśmy na peron przeciskając się przez ciżbę ludzi, zauważyłem, że wagony tego pociągu nie należały do naszych kolei. Na każdym z nich widniał napis
DEUTSCHE REISCHSBAHN

To niemieckie koleje. Koło lokomotywy stało kilku Niemców. Poznałem ich po mundurach. Jeden z nich ustawiał właśnie aparat fotograficzny na statywie i miał zapewne ochotę sfotografować zajście. Pozostali przyglądali się wypełnianiu pociągu.
 W tym niesamowitym ścisku wsiadanie do wagonów wcale odbywało się szybko i sprawnie. Ci, którzy znajdowali się już wewnątrz wagonów, pomagali tym, którzy dopiero wsiadali. Słowacka policja zachowywała się poprawnie, ale wyraźnie ponaglała, żeby szybko wsiąść do pociągu. Ja pomogłem wsiąść kobiecie. Wówczas zauważyłem również, że jej mąż gdzieś zniknął.
Lokomotywa znów wydała z siebie przeciągły, głośny gwizd. Ludzie przyspieszyli wsiadanie. Po dwu kwadransach pociąg był pełny. Słyszałem płacz dzieci, jęki i przekleństwa. W pociągu było tak ciasno, a upał i bezlitosne tego dnia słońce wzmagało tylko udrękę ludzi zamkniętych w pociągach. Policja słowacka nie zamykała drzwi wagonów. Ludzie znajdujący się przy wejściu mogli, więc usiąść. Kilku Niemców obserwowało transport i nie zgłaszało żadnych uwag. To miał być przecież przyjazny wyjazd do pracy.
Lokomotywa drgnęła wydając spod siebie cały zestaw kakofonicznych dźwięków. Ogromne stalowe cielsko drgnęło po raz drugi i ruszyło do przodu. Znów spojrzałem na kobietę. Zapragnąłem towarzyszyć jej do końca, ponieważ jej maż gdzieś zniknął. Ona stała przy otwartych drzwiach wagonu. Po chwili spojrzała na mnie. Mimo wszystko czułem się szczęśliwy, bo ona spojrzała po raz pierwszy tylko na mnie. Pociąg poruszał się wolno, ale ja chcąc dotrzymać mu kroku, musiałem przejść do wolniutkiego truchciku. Pęd powietrza rozwiewał jej włosy. Kobieta wyciągnęła z kieszeni żorżetowej marynarki jakąś kartkę papieru i podała mi ją.
- To dla Pana – powiedziała głośno.
Chwyciłem ów kawałek papieru. Natychmiast spostrzegłem, że to zdjęcie. Tę fotografię przechowuję do dzisiaj. To jedyny ślad, że ta kobieta w ogóle istniała. To jedyny dowód, który przywraca tę kobietę z morza niepamięci. Przechowywałem to zdjęcie przez lata, od dnia, kiedy mi go dała. Ów dzień był zarazem ostatnim dniem, w którym widziałem tę kobietę żywą. Teraz, po latach to zdjęcie wyblakło, ale rysy kobiety stały się jeszcze bardziej ostrzejsze, bardziej wyraziste, jak gdyby dopominały się o pamięć.

*

Przez kilka następnych miesięcy rozsypywałem się na setki części i składałem na powrót w przedstawiciela gatunku homo sapiens. Praca na kolei sprawiała mi olbrzymi ból. Odprawiliśmy wiele pociągów, takich jak ten z sierpnia 1942 roku. Nie wytrzymałem tego. Na moją prośbę przeniesiono mnie do kasy. Miałem odtąd sprzedawać bilety.
Nie dałem za wygraną. Pragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej o miejscu przeznaczenia tych pociągów. W końcu po długich staraniach, dziesiątkach wypitych butelek wódki dowiedziałem się tego od dyżurnych ruchu. Wszystkie pociągi z Żydami jechały do dwu miejsc: stacja Treblinka oraz Auschwitz. Z początku nie miałem pewności, co to za miejsca, ale ludzka zdolność do plotkowania nie ma granic. W 1944 kiedy dwaj słowaccy Żydzi Rudolf Vrba i Alfred Wetzler, uciekli z obozu Auschwitz i powiadomili nuncjusza apostolskiego w Bratysławie o zbrodniach tam popełnianych. Dopiero wówczas opinia publiczna w naszym kraju mogła naprawdę dowiedzieć się o tych potwornościach. W tym samym, 1944 roku, wybuchło słowackie powstanie przeciwko Niemcom. Ja nie walczyłem. Bo w gruncie rzeczy jestem tchórzem. Przesiedziałem resztę okupacji na stacji sprzedając bilety. Robiłem to profesjonalnie i nikogo nie pytałem o poglądy, ani o polityczne sympatie.
Po wojnie, kiedy odrodziła się Czechosłowacja, a nas znów nikt nie pytał o zdanie, zrodziła się we mnie ogromna chęć opowiedzenia moich przeżyć przy transportach. Chciałem się wygadać komukolwiek. Nikt jednak nie chciał mnie słuchać. W końcu narodziła się we mnie nadzieja, że spotkam tego mężczyznę i zadam mu kilka pytań. Mimo to, gdzieś na dnie mojej duszy tkwiła obawa, że już nigdy nie będzie mi dane spotkać tego mężczyznę raz jeszcze. Od 1948 roku znów wróciłem na pociągi. Znów byłem konduktorem i znów posprawdzałem bilety. Brałem udział w życiu naszej nowej ojczyzny. Pod zamkiem bratysławskim powiewała znów flaga czechosłowacka, ( choć równie często można było spotkać czerwoną – radziecką), a ja znów w zapamiętaniu krzyczałem:
- Niech żyje przyjaźń międzynarodowa! Niech żyje towarzysz Stalin!
Zapisałem się nawet do partii, bo przecież warto być w samym centrum wydarzeń, a nie tkwić z boku, czekając na rozwój wypadków, które i tak wciągnęłyby mnie do środka kotła historii.

*

W maju 1951 roku jechałem jak codziennie tą samą trasą sprawdzając bilety. I znów zobaczyłem tego mężczyznę. To był wstrząs. Siedział w towarzystwie innej kobiety, niewysokiej i piegatej blondyneczki oraz kilkuletniego chłopca. Wyglądali na rodzinę. Stałem jak skamieniały nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Z zamyślenie i szoku wyrwał mnie dopiero opryskliwy głos mężczyzny:
- Co się Pan tak gapi? Proszę nam oddać bilety!
- Tak, tak, bardzo przepraszam – wyjąkałem coś w tym stylu.
Następnego dnia poszedłem po zwolnienie lekarskie. Jako przyczynę choroby podałem: ogólne wyczerpanie nerwowe. Jako partyjny, natychmiast otrzymałem to zwolnienie. Przez kilka następnych dnie naprawdę nie wiedziałem, co mam robić. Stare zdjęcie, na którym ten sam mężczyzna był w towarzystwie kobiety, zdradzonej i najprawdopodobniej zamordowanej, wgryzało się coraz głębiej w moje serce, sącząc powoli jad nienawiści. Zdjęcie, na którym widziałem kobietę, która pokochałem największą miłością w moim nędznym życiu, było jak niezagojona rana, do której ktoś, co rusz dosypywał soli.
Doszedłem do wniosku, że ta kobieta po prostu mnie wybrała. Oddając mi to zdjęcie na dworcu w sierpniu 1942 roku obciążyła mnie obowiązkiem pamięci. W jej geście, na pozór prostym i nic nieznaczącym tkwiła zapowiedź kary, którą musiał ponieść ten, który zdradził. Po kilku dniach uznałem, że Bóg wybrał mnie na swojego dobosza. Miałem wygrywać na bębnie sumienia tego mężczyzny takt do nawrócenia. Zrobiłem to, co każdy przyzwoity człowiek zrobiłby na moim miejscu.

*

21 czerwca 1951, Bratysława

Z akt milicji – wyciąg:

Postępowanie przeciw Mikulašowi Novotnemu, kolejarzowi. Oskarża się pana Novotnego, że 16 czerwca 1951 roku, zaatakował w pociągu nożem towarzysza redaktora Vojtecha Hovanca, zadając mu rzeczonym narzędziem 10 ciosów. Powstrzymali go pasażerowie. Towarzysz Hovanec na oczach żony oraz małoletniego syna poniósł śmierć.
Przesłuchano oskarżonego na komendzie milicji w Bratysławie. Oskarżony utrzymuje, że musiał ukarać towarzysza Novotnego za zdradę, której jakoby zmarły miał się dopuścić. Nie chciał jednocześnie wyjaśnić, na czym miałaby polegać ta zdrada.
Wnioskujemy o osadzenie oskarżonego w areszcie śledczym oraz o objęcie go obserwacją psychiatryczną, mający za zadanie wykazać, czy oskarżony był poczytalny w chwili popełniania czynu.

Starszy protokolant
 David  Schuster   

niedziela, 3 czerwca 2018

Recenzja: Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, wyd. Czarne, Wołowiec, 2016


Czytelniku,

Gdy milicja zatłukła maturzystę Grzegorza Przemyka w warszawskim komisariacie na ulicy Jezuickiej w Warszawie w maju 1983 miałem cztery lata. Z oczywistych powodów nie pamiętam atmosfery i nagonki, jaką władze PRL rozpętały zaraz po tym na matce chłopca, lekarzach oraz sanitariuszach pogotowia ratunkowego, których próbowano wrobić - niestety skutecznie - w pobicie. Gdy tylko zobaczyłem książkę Łazarewicza w księgarni, natychmiast ją kupiłem licząc na znakomitą lekturę. I się nie zawiodłem. Uważam, że książka ta jest jednym z najlepiej napisanych reportaży historycznych dotyczących mrocznych czasów dyktatury generała Jaruzelskiego w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku.

Sprawa śmiertelnego pobicia dziewiętnastoletniego Grzegorza Przymyka, warszawskiego maturzysty była, obok wcześniejszej śmierci Stanisława Pyjasa, czy nieco późniejszej śmierci księdza Popiełuszki jednym z najsłynniejszych mordów dokonanych przez przedstawicieli władzy ludowej na Polakach w schyłkowym okresie PRL. Książka Cezarego Łazarewicza, dziennikarza i reportażysty wydana nakładem wydawnictwa Czarne podejmuje raz jeszcze tę głośną przed laty sprawę, ale z punktu widzenia literackiego reportażu. Kluczem do odczytania tego reportażu jest jednak historia, która na płaszczyźnie narracyjnej książki, nie jest zamkniętą przeszłością, ale stanowi rodzaj continuum łączącego czas i ludzi, cierpienie i zapomnienie, kłamstwo i walkę z nim. Dziś nie żyje nie tylko Grześ Przemyk i jego matka, ale także ojciec. Odchodzą powoli ludzie, którzy pamiętali ten straszny czas. Książka ta stanowi zatem próbę przywrócenia pamięci Grzegorzowi Przemykowi i jego matce Barbarze Sadowskiej.

Muszę powiedzieć, że dawno nie czytałem książki z takim ciężarem gatunkowym o PRL. Pozycja ta stanowi książkę będącą pochodną obfitych źródeł historycznych z IPN, ale napisaną nieporównanie lepiej i wielopłaszczyznowo niż zrobiliby to historycy IPN. Przede wszystkim dlatego, że nie zachowuje linearności opowiadania. Łazarewicza interesuje sama sprawa pobicia i śmierci Przemyka, ale zarazem, bohaterem tej narracji jest jego matka, zapomniana dziś poetka Barbara Sadowska (1940-1986). Bohaterami są wrobieni przez władze PRL w śmierć jej syna sanitariusz i kierowca karetki pogotowia ratunkowego. Łazarewicz pozwolił w swej książce mówić wielu ludziom, którzy byli dla Grzegorza Przemyka ważni. Do centralnych pozycji tej książki urósł również przyjaciel Grzesia, Cezary F. który jako jedyny bezpośredni świadek pobicia - "Bijcie tak, żeby nie było śladów" mówił milicjant do swoich kolegów, którzy katowali Przemyka - nigdy nie wycofał zeznań, choć Służba Bezpieczeństwa dosłownie stawała na głowie prowadząc rozległą grę operacyjną mającą na celu najpierw szantaż, by Cezary F. wycofał się z zarzutów wobec MO, a potem, żeby go zdyskredytować.

To książka o śmierci zadanej młodemu chłopakowi, który lubił dziewczyny, imprezy, poezję, czy muzykę Jacka Kaczmarskiego na gitarze, ale zarazem autorowi udało się stworzyć wielopłaszczyznową opowieść o żałobie matki i jej powolnym odchodzeniu. I o wszechobecnej sieci szpicli Służby Bezpieczeństwa, którzy otaczali matkę, jej przyjaciół podtrzymujących ją na duchu. Barbara Sadowska została ukazana z dwu perspektyw: cierpiącej "Matki-Polki", która cierpi za naród i zwykłej zrozpaczonej kobiety, której wyrwano serce. Ta druga perspektywa jest  bliższa autorowi, który dystansuje się od lansowanej przez Kościół męczennicy na zasadzie "Bóg dał, Bóg odebrał". Sadowska została ukazana taką jaką była, niezdolną do stałej pracy kobietą, z niestabilnym życiem uczuciowym, oddającą się poezji, żyjącą ze skromnej renty i samotnie wychowującą syna. Przemyk wyrastał w domu literackiej bohemy ówczesnej Warszawy, był nastolatkiem naznaczonym swoim czasem, czytającym poezję Rafała Wojaczka, enfant terrible, poetyckiego świata PRL.

Książka Łazarewicza tylko częściowo odpowiada na pytania, jakie zadałby historyk-śledczy: kto? Dlaczego? Autora "Żeby nie było śladów" interesuje niezwykle ciekawy kontekst kłamstwa, które od samego początku cechowało władze PRL: generała Kiszczaka naciskającego na uniewinnienie milicjantów, Jerzego Urbana, rzecznika rządu, kłamiącego jak z nut, czy prokuratorów zajmujących się tą sprawą. Ta książka traktuje również o strachu rozumianym jako motor działań SB, i władze PRL dążących za wszelką cenę do zatuszowania sprawy. Łazarewicz oczywiście wymienia z imienia i nazwiska ZOMO-wców odpowiedzialnych za pobicie. Przenosi nas także w świat III Rzeczypospolitej, gdzie nie można było skazać sprawców. Do dziś żaden z milicjantów nie poniósł bezpośredniej odpowiedzialności. To książka o bezradności polskiego państwa wobec draństwa, podłości ludzi tworzących PRL. 

"Żeby nie było śladów" jest wreszcie opowieścią o mataczeniu, o wszystkich zakulisowych działaniach władz PRL, całego potężnego aparatu nacisku. To bolesny paradoks  - główny świadek oskarżenia, Cezary F - przyznał, że w jego sprawę zamieszanych było dwustu czterdziestu różnych esbeków - a dziś III RP nie potrafiła skazać żadnego z nich. Mord na Przemyku był esencją brutalnego bestialstwa ekipy Jaruzelskiego i maestrią kłamstwa akolitów systemu. To książka potrzebna, bolesna, pozbawiona trudnego do przyjęcia patosu, znakomicie zaplanowana narracyjnie, wielopoziomowa opowieść, nadająca się do zrobienia kapitalnego thrillera historycznego osadzonego w latach osiemdziesiątych. Filmowość scen przytaczanych przez Łazarewicza jest znamienna.

Uważam, że książka "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" Cezarego Łazarewicza powinna stać się lekturą obowiązkową dla studentów polonistyki, historii i wszystkich tych, którzy na serio zajmują się akademicko humanistyką. Godny polecenia ten tekst także dla wszystkich interesujących się historią PRL. Ponadto pokazuje ta książka, że można i trzeba uprawiać refleksję historyczną także na poziomie literackim, bo czymże jest historia jeśli nie literaturą faktu?

PS1
Książka otrzymała NIKE. Po raz pierwszy od lat zgadzam się z tym wyróżnieniem.
PS2
W teatrze "Polonia" Jandy grają przedstawienie oparte na tej książce. Warto.

niedziela, 20 maja 2018

Adam Hochschild, Duch króla Leopolda....forgotten Belgian crime.


Adam Hochschild, Duch króla Leopolda. Opowieść o chciwości, terrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce, ŚWIAT KSIĄŻKI, tłum. Piotr Tarczyński, Warszawa 2009 (pierwsze wydanie New York, 1998). 

Badając spuściznę Stanisława Koźmiana (w roku 2015 ukazała się moja książka na jego temat "Zapomniany Stańczyk. Rzecz o Stanisławie Koźmianie") natrafiłem na informację, że jeden z synów Jana Stadnickiego, konserwatywnego polityka w Galicji, członka austriackiego parlamentu, Bernard Stadnicki w roku 1904 zmarł w Bokali w Kongo na jedną z tropikalnych chorób. Postawiłem sobie natychmiast pytanie: Co młody Polak robił w Kongo na początku XX wieku? Co sprawiło, że młody członek znakomitej szlacheckiej rodziny rzucił wszystko, na rzecz kongijskiego buszu? 

Informacja ta może być łatwo potraktowana jak przyczynek do powieści przygodowej o szlachetnym młodym człowieku, który zawędrował do Afryki ucząc „czarnych dzikusów” kultury i cywilizacji. Nader to niepoprawna opowiastka godna publikacji w prawicowej prasie. Po dziś dzień słychać w niej mit, że kolonie zapewniały dobrobyt krajom podbitym, ucząc ich ludność podstaw zachodniej cywilizacji.

Sądzę, że najprostsza odpowiedź na postawione wyżej pytanie musi brzmieć tak: robił to samo co setki innych młodych, żądnych władzy, bogactwa młodych białych Europejczyków. Stał się trybem ludobójczej maszyny o nazwie Wolne Państwo Konga rządzonej z Brukseli przez króla Belgów, Leopolda II. Ta historia stanie się na moim blogu przyczynkiem do recenzji, a raczej świadectwa mojej nieukrywanej fascynacji historią Afryki, pisaną z perspektywy post-kolonialnej, odrzucającej do niedawna panujący dogmat, że Europejczycy wszędzie i zawsze przynosili pokój, dobrobyt i chrześcijaństwo.

Książka Adama Hochschilda dotarła do polskiego czytelnika dopiero po wielu latach od chwili wydania. Od pierwszej chwili kiedy wziąłem książkę do ręki, wiedziałem że nie oderwę się od niej przez następne dwa, trzy dni zaniedbując inne obowiązki. Potrafię wyczuwać książki – kiedy wiem, że mam do czynienia z arcydziełem – ciarki przechodzą mnie po plecach. Taki było i w tym przypadku.

Książka zaczyna się od bardzo filmowego obrazka. Portugalscy żeglarze płynąc wokół Afryki dotarli do miejsca, gdzie rzeka Kongo wpada do Atlantyku. Dziesiątki mil od lądu woda oceanu miała brunatny kolor i była słodka. Portugalczycy nie wiedzieli do ujścia jakiej rzeki trafili, ale dostrzegli że musiała być ogromna. Porównanie z Europejczykami docierającymi do ujścia Amazonki jest jak najbardziej na miejscu. Hochschild udanie demitologizuje protoplastów dzisiejszych autorów książek podróżniczych. Henry Morton Stanley, człowiek który jako pierwszy przemierzył Afrykę ze wschodu na zachód i odkrył źródła rzeki Kongo. To bohater brytyjskiej i amerykańskiej prasy, człowiek postępu, którego król Leopold II wykorzystał do założenia firmy pod przykrywką której prowadził swoje kolonialne, obłąkańcze plany. Król Leopold II powinien być stawiany obok Goebbelsa, tak był biegły w sztuce kłamstwa i zwodzenia wielu ludzi, od autorytetów pióra po wielkie osobistości świata kultury. Podbój Konga miał być bowiem przedsięwzięciem … filantropijnym, misyjnym i cywilizacyjnym.

Król Belgów miał szczęście. Jako jedyny z europejskich monarchów miał prywatną kolonię, większą od obszaru Austro-Wegier, terra incognito w pełnym tego słowa znaczeniu. Rzeka Kongo ma bowiem mnóstwo dopływów, i dopiero po pokonaniu spadku rzeki (ostatnie 300km) można na niej rozwinąć żeglugę. Leopold II w Kongu nigdy nie był, ale zaczął eksplorację od morderczej budowy kolei, która umożliwi mu komunikację po olbrzymim nieznanym terytorium. Tragedia ludności Konga, której ofiary historycy oceniają na około 10 mln ludności, zaczęła się w chwili, kiedy gorączka na drzewo hebanowe oraz kość słoniową ustąpiła gorączce kauczuku, naturalnej gumy. Tę europejski przemysł zaczął w końcu XIX wieku wykorzystywać na mnóstwo sposobów, do produkcji uszczelek, kaloszy, ogumienia pierwszych automobili, etc.

W Brukseli ponoć po dziś dzień jest sklep z czekoladą, w której belgijscy mistrzowie czekolady robią na zamówienie ulubione czekoladki króla, małe formy ludzkich rąk wypełnione słodkim kremem brzoskwiniowym. Straszliwy żart? Niestosowność? Aby zmusić ludność Konga do poszukiwania w bezkresnej dżungli pnącza kauczuku Belgowie zastosowali prosty system kar. Każda wioska, jaka nie dostarczyła kauczuku, otrzymywała karę. Obcinano dłonie wszystkim dzieciom, i aby powiadomić oszczędne belgijskie władze ilu buntowników zostało zastrzelonych (kule kosztują), Belgowie kazali wędzić obcięte ludzkie dłonie. Ponieważ wędzone ludzkie mięso się nie psuje w upale. Każda kula odpowiadała jednej obciętej dłoni…

Oprócz ludzi zaangażowanych w ludobójczy proceder, byli też biali ludzie którzy postanowili się przeciwstawić terrorowi Belgów w Kongo. Mam na myśli Polaka, Józefa Conrada-Korzeniowskiego, którego „Jądro ciemności” wcale nie jest metaforą, tylko zapisem – bardzo dosłownym – tego co Polak zobaczył w Kongo. Inni tacy jak Edmund Dean Morel, czy Roger Casement poświęcili większość życia i autorytetu, żeby pokazać światu to, co Belgowie uczynili w Kongo. O nich także jest ta książka. System Belgów był tak doskonale skonstruowany, że stał się wzorem do wprowadzania do innych europejskich kolonii, na przykład do Namibii przez Niemców czy do innych krajów przez Anglików, czy Holendrów.

Belgia żyje dziś jako centrum zjednoczonej Europy. A jest to kraj, który zbudował swój dobrobyt na straszliwym i zapomnianym ludobójstwie. Brukselski rynek uchodzi za jeden z najpiękniejszych na świecie, a bogactwo tego kraju jest przysłowiowe. Mało kto wie, że całe bogactwo Belgii jest pokłosiem Konga, ileż budynków z których Belgia jest dumna wybudował dobrotliwy król Leopold II. Pierwsza Wojna Światowa i okupacja Belgii przez Niemców, a potem Druga Wojna Światowa zakryły ludobójstwo dokonane w imieniu króla Belgów przez Walonów i Flamandów oraz innych Europejczyków na ludności tego afrykańskiego kraju. Dziś niemożliwe jest ocenienie ilu ludzi wymordowali Belgowie. Oczywiście nie za pomocą komór gazowych, ale morderczej pracy, głodu, maczet używanych przez funkcjonariuszy Force Publique , przerażających praktyk polegających na kolekcjonowaniu ludzkich głów. Jeden z Belgów Leon Rom, bohater książek o belgijskich dobrotliwych zwyczajach w Kongo, zasadzał obcięte ludzkie głowy na sztachetach wokół swego domu. Inny bohater Belgii, Guillame van Kerckhoven płacił swym żołnierzom dwa i pół pensa za obciętą głowę Afrykanina. Ludzie ci, tak jak Leopold II, są dziś uznawani za bohaterów Belgii, wzór do naśladowania.

Książka Adama Hochschilda jest ujmująca narracyjnie opowieścią, klarowną, odsłaniającą przed czytelnikiem warstwa po warstwie „jądro ciemności” jakim było … i jest Kongo po dziś dzień. Belgowie przynieśli do Kongo autorytaryzm o morderczych skłonnościach, a Kongijczycy do dzisiaj nie potrafią wyzwolić się z uścisku kulturowego białego człowieka. Kraj ten odziedziczył stan permanentnego strachu i wojny tlącej się tam zgala od kamer i portali społecznościowych. W samej tylko II wojnie w Kongo 2002-2009 zginęło 5,5 miliona ludzi, co czyni ów konflikt najbardziej morderczym po Drugiej Wojnie Światowej konfliktem na naszym globie.  Czy mówią o tym politycy? Czy zająknęła się o tym Unia Europejska? Czy Belgia posyła do Kongo żywność, czy w ramach walki z AIDS Europejczycy wysyłają do Kongo prezerwatywy, ryż na uspokojenie serc europejskiej opinii publicznej? Czy dobrotliwe ONZ obejmie Kongo programem mającym na celu przeciwdziałanie nadmiernego wzrostu populacji?

Kongo po dziś dzień jest jądrem ciemności, niemym wołaniem do Boga o sprawiedliwość. Jest piekłem zapomnianym, na uboczu naszego sytego i zadowolonego świata. Szacuje się, że ludność Konga wynosząca około 1890 roku około 15-16 milionów ludzi do roku 1918 zmniejszyła się o około 9 milionów. Belgowie osiągnęli niezwykły wynik w ludobójstwie  - około pół miliona istnień w ciągu roku.

O ofiarach Belgów w Kongo nikt pamiętać nie chce. Mało kto o nich wie. W Belgii nie można oficjalnie poruszać tego problemu: obowiązuje belgijskie przedstawicielstwa dyplomatyczne instrukcja z roku 2001 (sic!) ówczesnego ministra Luisa Michela, że należy podkreślać dobroczynny wpływ cywilizacyjny na Kongo. A pomniki Leopolda II stoją w Brukseli, Antwerpii, Ostendzie po dziś dzień. Belgia to taki ładny, spokojny kraj...

Książka Hochschilda jest także intrygującym świadectwem jak pisać książki historyczne: bohaterowie są pełnokrwistymi ludźmi. Nie stroni Adam Hochschild od psychologicznego rysu swoich bohaterów. Leopold II był niekochanym i wymuszonym dzieckiem swoich niekochających się rodziców. Ta trauma zaważyła na jego życiu. Z ojcem się prawie nie spotykał, z matką rzadziej niż ze służącymi i nauczycielami. Musiał się ożenić bez miłości i bez miłości płodzić dzieci. O związkach sasko-koburskiej rodziny Leopolda II z Habsburgami warto poświęcić książkę, jakaż byłaby sensacyjnie pikantna.

Jednak Adam Hochschild pisze również smakowicie o innych ważnych bohaterach książki. Szczególnie dramatycznie został ukazany Roger Casement, którego pasji i współczuciu zawdzięczamy wiele dowodów popełnionych przez Belgów mordów, irlandzki patriota zamordowany przez Brytyjczyków po powstaniu wielkanocnym w Dublinie w 1916. Osobista tragedia życia tego człowieka, geja, żyjącego w hipokryzji ówczesnej wiktoriańskiej i edwardiańskiej Anglii stanowi także pogłębiony biograficzny rys tej niezwykłej książki. 

„Duch Króla Leopolda” powinien być lekturą obowiązkową na studiach historycznych i antropologicznych. To książka niezwykła, niosąca ogromny bagaż emocji, syntetyczny majstersztyk. Zarazem to lektura przerażająca, świadectwo do czego zdolni byli Europejczycy w Afryce, owładnięci żądzą władzy i bogactwa.

środa, 2 maja 2018

Kaiser`s holocaust. The story about the forgotten German crime






 Czytelniku, dziś ważna książka, bez której nie da się zrozumieć niemieckiej winy za II wojnę światową, choć dotyczy ona zupełnie innego okresu w historii:

David Olusoga, Gaspar Erichsen. Zbrodnia Kajzera. Historia zapomnianej niemieckiej zbrodni, przeł. Piotr Tarczyński, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012



Jesienią 2010 roku spotkałem w Gőrlitz po raz pierwszy osobę z Namibii. Była to kobieta – skąd inąd znakomita nauczycielka matematyki  - która opowiedziała mi historię swojego dzieciństwa. Urodziła się w Namibii jako dziecko niemieckich emigrantów. Namibia jest w jej opowieści krajem marzeń, a zarazem wielkiej odrazy. Wyjechała z tego jedynego niemieckojęzycznego kraju poza Europą z poczuciem traumy. Przyznaję, że wtedy nie rozumiałem jej doświadczenia.

Historiografia powstała po wojnie, a także niemiecka debata o zbrodniach popełnionych w imię Niemiec w latach 1939-1945 założyły, że zbrodnie niemieckiego nazizmu stanowią aberrację w historii Niemiec. W latach 50-tych widząc, że niemieckie produkty  nie są sprzedawane, władze RFN postanowiły przeprowadzić skuteczną, długofalową akcję. Naziści stracili zatem etnos, pojawiają się od tej pory w prasie angielskojęzycznej, w podręcznikach, popularnych opracowaniach z historii jako "naziści bez narodu". Naziści ci stali się sprawcami wojny i ludobójstwa, którzy jednocześnie oszukali naród niemiecki. Taki był kontekst słów papieża Benedykta XVI w Auschwitz w 2006 roku – Niemcy zostali oszukani – były to słowa papieża, z którymi nigdy się nie zgodziłem. Nikt nikogo nie oszukał. Naziści wyrośli z trzewi niemieckiej chrześcijańskiej kultury mieszczańskiej, stanowiąc jej prymitywny paroksyzm, potworne monstrum zrodzone z niemieckiej pychy, przekonania o wyższości nad innymi narodami, kompleksu przegranej wielkiej wojny 1914-1918 oraz nacjonalizmu podsyconego skrajnym darwinizmem, kultem siły i rasy.

Co począć z implikacjami filozoficznymi tych zbrodni? Zatrzymam się na chwilę w stosunku Niemców do państwa. To Prusy narzuciły Niemcom swoją wizję państwa drugiej połowie XIX wieku, gdzie jednostka była temuż państwu całkowicie podporządkowana. Ów stosunek wynikał z szerszego kontekstu filozoficznego. Kant (Prusak) podporządkował rzeczywistość realnie istniejącego świata ludzkiemu umysłowi, a etyka Kanta ograniczała się jedynie do tego, aby człowiek przestrzegał tylko takich zasad, które mogłyby stać się dobrem powszechnym. Wskazywał jasno na prymat państwa, które mogło uznać zasady za dobre dla obywateli. Hegel (kolejny Prusak) i jego idealizm absolutny uznawał nadrzędność państwa, a obywatel wart był tyle, o ile wykonywał obowiązki. Ta filozofia podporządkowywała wszystko ludzkiemu umysłowi, jedynej instancji rozróżniającej dobro od zła. Ludzki rozum może być jednak błędny. Nie jest przypadkiem, iż człowiek który miał szansę wydobyć filozofię z miejsca, w którym zapędzili ją Kartezjusz (z przesunięciem na podmiot poznania), Kant, Hegel, i totalny, ale w innym tego słowa znaczeniu Marks, Martin Heiddegger uznał Hitlera, za ucieleśnienie dziejowego ducha narodu niemieckiego i stał się nazistą. Oczywiście, że między nazizmem niemieckim a wcześniejszą filozofię niemiecką nie ma bezpośredniego związku, ale paradoksalnie to dzięki tej filozofii wkładanej do głów niemieckim studentom i doktorantom, Hitler mógł przydarzyć się tylko w Niemczech i w żadnym innym kraju. Austria stała się niestety częścią tego monstrum. Naród utożsamił en masse swoją wolę z wolą jednego człowieka, który w 1933 roku stał się dla milionów zwykłych Niemców ucieleśnieniem niemieckiego ducha. Właśnie w tym pojęciu istnieje iunctim – absolutny duch dziejów wcielający się na zasadzie dialektycznego przeciwieństwa w naród niemiecki. Nazizm był reakcją dialektyczną na Republikę Weimarską i Traktat Wersalski, stanowił ich antytezę, a III Rzesza wyrosła – dosłownie z trzewi – jako synteza cesarskich wilhelmińskich Niemiec oraz żyjących w strachu wielkich długów demokratycznych weimarskich Niemiec, których wspólna filozofia nosiła w sobie zarzewie totalności, kroplę grozy z kart dzieł Hegla.

Co jednak z tym filozoficznym wątkiem ma zbrodnia Niemców w latach 1904-1909 w Namibii? Przypominam sobie moją wizytę  w Bayreuth na wycieczce z projektem szkolnym. Miałem okazję zwiedzić ratusz miasta – wszędzie wiszą portrety burmistrzów Bayreuth, tymczasem nie ma żadnego za lata 1933-1945. Tak jakby w Niemczech była wówczas czarna dziura. Nie spotkałem lepszego dowodu wpychania III Rzeszy pod dywan dzisiejszych Niemiec, które z sympatyczną panią Merkel, wielokulturowym społeczeństwem i demokracją, poszanowaniem mniejszości  stworzyły przekonanie, że zbrodnie lat 1939-1945 są aberracją, sprzecznością, która nigdy więcej się nie powtórzy.

Tymczasem książka Caspara Erichsena i Davida Olusogi ukazuje, że to przekonanie jest mitem, ponieważ rozwiązania przetestowane przez Niemców w Namibii stały się później inspiracją dla mordu na niespotykaną skalę w dziejach cywilizacji. Jednym słowem zbrodnie Niemców podczas II Wojny Światowej nie są – wypadkiem przy pracy, nieszczęściem, co sugeruje serial „Nasi Matki, Nasi Ojcowie”. Niemcy już wcześniej dokonały ludobójstwa na ludach Herero i Nama, afrykańskich społecznościach rolniczo-koczowniczych, rdzennych mieszkańcach tej ziemi. Niemcy nazywali ich Hotentotami, ponieważ ci czarnoskórzy mieszkańcy Namibii byli już chrześcijanami przejmującymi protestantyzm w wersji kalwińskiej od holenderskich Burów z Afryki Południowej. Ludobójstwo z lat 1939-1945 jest zatem kontynuacją rozwiązań, które na mniejszą skalę przetestowano w Namibii. Na kontekst kolonialny podboju wschodu w latach 1941-42 oraz wcześniejszej napaści na Polskę wskazywała Hannah Arendt już w latach 60-tych wieku XX. Mało kto zwrócił na jej tezę uwagę.

W 1904 roku wybuchało powstanie Herero i Nama. Cesarz Niemców Wilhelm II, o którym polski malarz Julian Fałat mawiał, że ma o jedną klepkę za dużo, wpadł we wściekłość. Niemcy wysłali do Afryki 15 tysięcy żołnierzy pod generałem von Trotha, którzy mieli przeprowadzić „ostateczne rozwiązanie tej sprawy”. Genarał Von Trotha wydał tak zwany „vernichtungsbefehl” nakazujący wymordowanie całej ludności Herero. Wkrótce do walki przeciw Niemcom ruszyli także Nama. Spotkał ich los straszliwy. Niemcy zaadoptowali wcześniejsze rozwiązanie Brytyjczyków z wojen burskich i zorganizowali kilka obozów koncentracyjnych, m. in w Swakopmundzie, a najgorsze w Lüderitz nad Atlatykiem oraz na tzw. Shark Island, gdzie eksterminowano całą ludność Nama. Niemieccy lekarze jechali 13 tysięcy kilometrów, żeby kolekcjonować głowy Herero i Nama, konserwować je w alkoholu, zbierać czaszki i szkielety pomordowanych Afrykanów dla niemieckich anatomicznych kolekcji w uniwersytetach, w Jenie, Heidelbergu czy Berlinie.

To w Namibii po raz pierwszy zastosowano ideę „lebensraum” – to pojęcie pojawia się dosłownie w niemieckich dokumentach kolonialnych z Namibii. Pojęcie to stworzył niemiecki geograf Freidrich Von Ratzel (kolejny Prusak). W imię owej przestrzeni życiowej po raz pierwszy w dziejach cywilizacji obóz koncentracyjny stał się miejscem nie odosobnienia ludności cywilnej, aby nie pomagała partyzantom (Burowie), ale celem eksterminacji całej populacji. Maszyneria administracji niemieckiej jest doskonała i raz wprawiona w ruch, nie zatrzymuje się. Tak stanie się również w latach 1941-45, gdzie Niemcy zaganiali swoje ofiary żydowskie po całej Europie niczym gigantyczną siecią i strącali je w otchłań, przedtem rabując ich mienie, grabiąc ich ciała, wykorzystując nawet włosy pomordowanych dla produkcji materaców dla niemieckich kobiet. To wszystko znamy z Auschwitz. Tymczasem korzenie tego haniebnego procederu, sama jego idea, zrodziła się w Afryce, w Namibii.

Czy jest jakiś bezpośredni dowód związku między tymi zbrodniami, odległymi o 40 lat? Ojciec Hermanna Gőringa był gubernatorem Namibii… o czym mało kto wie. Erichsen i Olusoga bardzo precyzyjnie pokazują ów związek na szerszym tle (doradcy Hitlera, którzy uczestniczyli w kolonialnej wojnie w Afryce), związki Instytutu Eugeniki im. Cesarza Wilhelma, gdzie swoje straszliwe badania prowadził Von Vershuer i Mengele, z kolekcjami „ludzkimi” z Afryki są bardzo mocne i przekonujące. To jakby wcześniejsza odsłona tej samej zbrodni, rozłożonej na dwie części, odległe od siebie geograficznie i czasowo o prawie czterdzieści lat.

Książka Caspara Erichsena oraz Davida Olusogi to lektura okrutna, którą powinien przeczytać każdy, kto chce zrozumieć otchłań zła, w której utonęły Niemcy w latach 1933-1945. Książka ta obala mit spokojnych i fajnych Niemiec. Ale czy w Niemczech wie ktoś o zbrodniach w Afryce popełnionych w imię i dla Niemiec 13 tysięcy kilometrów od Europy? Czy ktoś wie, że zbrodnie te mają związek z Holokaustem, jaki Niemcy zgotowali Żydom i Romom w Europie w czasie II wojny światowej? 

Ja stawiam tezę, że nie.

Recenzja: Agnieszka Haska, Hańba! Opowieści o polskiej zdradzie, WAB, Warszawa 2018, ss.346

  Agnieszka Haska – socjolożka i kulturoznawczyni związana z Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN – w swojej książce „Hańba! Opowieści o...