poniedziałek, 15 lutego 2021

Reaktywacja bloga

 

Czytelniku cierpliwy tego bloga,

Jak już zauważyłeś, bardzo zaniedbałem pisanie bloga. 

Zmiany w życiu i przeniesienie się z jednego miasta do drugiego, i osadzenie się na powrót w strukturze zawodowej w moim przypadku oznaczało, że totalnie nie miałem czasu na pisanie blogosfery poświęconej książkom historycznym, tudzież literaturze faktu, którą namiętnie czytam, choć piszę powieści historyczne i sensacyjne.  Niniejszym wracam do pisania tego bloga, ale zaznaczam, że recenzje nie będą ukazywać się często. Osoby lub wydawnictwa zainteresowane recenzjami proszę o kontakt przez stronę Wojciech Dutka pisarz

niedziela, 12 stycznia 2020

Przerwa w blogowaniu

Szanowni Czytelnicy,

Od kilku miesięcy nie zamieściłem żadnego tekstu. To celowe. Mam ogromny natłok różnych obowiązków związanych z pracą. Nie mam czasu na prowadzenie bloga. Jednak nie zarzucam powrotu do niego.

Na razie zapraszam na moją stronę na Facebooku
 https://www.facebook.com/pisarzWojciechDutka/

Pozdrawiam
Wojciech Dutka  

niedziela, 16 czerwca 2019

Recenzja: Czernobyl, mini-serial HBO, 5 odcinków, 2019



Czytelniku,

Jest godzina pierwsza w nocy minut 23, sekund 40, sobota, 26 kwietnia 1986 roku. Czernobyl. Blok reaktora czwartego. W tamtej chwili nastąpiła eksplozja pary wodnej i wodory zgromadzonego pod wielkim ciśnieniem. Jądro reaktora, pręty paliwa z Uranu 235 chłodzone wodą, pod wpływem temperatury wywołanej błędnie wykonanym i zaprogramowanym testem "włącz -wyłącz" mającym na celu przetestowanie czy energia elektryczna z turbiny może jeszcze przez minutę zasilać wyłączający się reaktor doprowadziła do eksplozji nuklearnej. Bo z tym w istocie mamy do czynienia. Tak zaczęła się katastrofa, która stanie się symbolem i preludium upadku Związku Radzieckiego.

Dziś telewizja stała się nośnikiem rzeczy naprawdę ważnych. HBO zaprezentowało miniserial złożony z 5 odcinków, a w rolach głównych wystąpili Jared Harris jako Walerij Legasow. Partnerują mu znakomity Szwed Stellan Skarksgaard, a także Brytyjka Emily Watson. Scenariusz serialu napisała historia  - bo właśnie ona jest kluczem do zrozumienia filmu. To bezprecedensowa produkcja ukazująca jako mało która z tak wielkim realizmem Związek Radziecki, ludzi, struktury władzy, kłamstwo, fałsz i niekompetencję kraju - wielkiej potęgi militarnej i atomowej, gdzie ludzkie życie warte było bardzo mało.

Serial jest sprytnie zakomponowany narracyjnie. Pierwsza scena to samobójstwo Walerija Legasowa,wielkiego naukowca, który poświęcił wszystko, aby zabezpieczyć Europę przed skutkami eksplozji, które mogłyby stać się katastrofalne w skali setek, jeśli nie tysięcy lat. Byl on pierwszym naukowcem, który zdał sobie sprawę z tego, co się stało. To on przeczytawszy raport lokalnych władz i zeznań strażaków, których wysłano z Prypeci do "gaszenia pożaru", zauważył, że w tekście jest mowa o rozrzuconym graficie na przestrzeni wielu setek metrów od rozwalonego i płonącego budynku reaktora czwartego. To on poinformował Michaiła Gorbaczowa, przywódcę Związku Radzieckiego, że wybuchł reaktor, a paliwo jako radioaktywna lawa przepala się przed beton pokrywy i jeśli wejdzie w reakcję z woda w zbiornikach i wodami gruntowymi (Czernobyl jest zbudowany na podmokłym gruncie), to wówczas Hiroszima to będzie igraszką.

Oto co Walerij Legasow widział w Czernobylu (cytat za: https://wiki.czarnobyl.pl/wiki/Walerij_Legasow)


"Już w odległości dziewięciu, dziesięciu kilometrów do elektrowni widać było nad nią szkarłatną poświatę... podobnie jak nad dużym kombinatem metalurgicznym lub dużą fabryką, która swym blaskiem rozjaśnia nocne niebo. Pamiętam tę ​​drogę do teraz, muszę powiedzieć, że wtedy nie przyszło mi do głowy, że zmierzamy ku wydarzeniu światowemu, wydarzeniu, które prawdopodobnie zapadnie w historii ludzkości na zawsze, jak wybuchy słynnych wulkanów, śmierć ludzi w Pompejach lub coś o tej skali".

Mało kto sobie zdawał sprawę, że to było niszczące promieniowanie, które przechodziło przez metal, drewno, beton i żywe ciało niosąc śmierć. Właśnie śmierć jest najbardziej wstrząsająca w serialu. Film bowiem oddaje przede wszystkim hołd zwykłym ludziom z Rosji, Białorusi i Ukrainy, którzy oddali życie poświęceni przez podłe i bezduszne władze Związku Radzieckiego. Ożywa tragedia strażaków, których męczarnie w szpitalu w Moskwie, pokazano z wiwisekcyjną dokładnością. Nigdy nie widziałem ludzi - jeszcze żywych - którzy płoną od promieniowania, jak schodzi z nich skóra, odsłaniając żywe mięso....

Niesamowite są sceny z udziałem górników z Tuły, którzy nago w temperaturze 50 stopni kopali tunel pod reaktorem, aby nie dopuścić do przedostania się radioaktywnej lawy do wody gruntowej. Scena z ministrem górnictwa pyszna. Podobnie jak ożywa tragedia innych istot żywych. Obserwujemy masakrę zwierząt domowych, który wybito do nogi. Rozmowa o zabijaniu młodego chłopaka po maturze wcielonego do armii sowieckiej i starszego kolegi z Afganistanu (w tej roli znakomity duński aktor Fares Fares) oddaje rozterki kata. Do zabijania można się przyzwyczaić, napisałem przecież w "Czerni i Purpurze". Grozę budzą scen, gdy młodzi żołnierze musieli zrzucać z dachu radioaktywne resztki grafitu, podczas gdy promieniowanie wokół nich jak po wybuchu bomby atomowej. Ilu z tych ludzi umarło nie dożywszy trzydziestki?

Jedak serial ukazując szerokie tło społeczne i polityczne ukazuje też mechanizmy władzy i kłamstwa, bo o kłamstwie, na którym zbudowano Związek Radziecki i system komunistyczny, jest także ów serial. Kłamstwie, które zatruło umysły. Najbardziej nikczemną postacią jest Anatolij Diatłow, odpowiedzialny za eksperyment, człowiek niekompetentny i typowy produkt sowieckiego prania mózgu. Choć z drugiej strony sam typ reaktora RBM, jaki pracował w Czernobylu, był wadliwy i bardzo ryzykowny. Ciąg zdarzeń, przypadkowych zarządzeń, niekompetencji i błędów doprowadził do katastrofy.

Polecam wszystkim serial HBO. Doskonałe trzymające w napięciu kino historyczne i katastroficzne, najwyższej jakości.

wtorek, 4 czerwca 2019

"Kłamstwo: według Floriana Zellera w Teatrze Bez Sceny


Czytelniku, 

Czy kłamać jest godnie? Uczciwie? Czy kłamstwo popłaca? Czy kłamiąc możemy okazać miłość i szacunek swojej partnerce/partnerowi życiowemu? Jaka jest granica tolerancji kłamstwa w związku? Można tych pytań o kłamstwo zadać więcej. Jednak istnieje współczesna sztuka teatralna misternie ukazująca wzajemne zakłamanie współczesnych. Jej autorem jest z pewnością jeden z najpoczytniejszych francuskich pisarzy i dramaturgów Florian Zeller. Sztuka nosi tytuł "Le Mensogne", czyli kłamstwo właśnie. 

Słówko o inscenizacji Teatru Bez Sceny - jest nad wyraz oszczędna i minimalistyczna. Wymusza to mała przestrzeń teatru, ale zarazem przestrzeń ta jest bardzo dobrze zaaranżowana kolorystycznie. W czarnej przestrzeni, znajdują się cztery karminowe krzesła. Skupiają one uwagę widza. W tej przestrzeni jest czterech aktorów, dwie kobiety i dwu mężczyzn, którzy nawzajem oplatają się siecią kłamstwa. Kostiumy są zasługą Ewy Dopierały, kolorystycznie wszyscy aktorzy noszą kostiumy na zasadzie kontrastu wobec czerwieni krzeseł i pustki/ciemności sceny. Peter Brook powiedział kiedyś takie jedno zdanie oddające kwintesencję sztuki teatralnej. "Dajcie mi człowieka i niechaj słucha go drugi człowiek. Tak oto dokonuje się akt teatru". Zatem nie trzeba kwiecistej dekoracji. Nie trzeba wnętrza luksusowego mieszkania paryskiej elity. Prosta przestrzeń. I kłamstwo.   

Spektakl wyreżyserował Andrzej Dopierała i wydaje mi się, że poznaję gust reżysera. Dopierała lubi bardzo dramat skandynawski, a komedię francuską. Trudno o lepszą rekomendację. W sztuce grają:

Alice - Ewa Kutynia
Paul - Andrzej Dopierała
Laurance - Agnieszka Bieńkowska / Oliwia Spisak
Michel - Wiesław Kupczak / Karol Gaj

Muszę przyznać, że znakomita jest rola Ewy Kutyni. Jako Alice prezentuje ona całą gamę uczuć, jakie kobieta może okazać. Alice potrafi być namiętna, zazdrosna, zakłamana, zrozpaczona, i pod tymi maskami kryje się perfekcyjna umiejętność kłamstwa. Jej mąż (w tej roli sam Dopierała) też kłamie, ale jest też zaskakująco naiwny, miota się, próbuje jednym kłamstwem zasłonić drugie. Istotę tej sztuki jest też ukazanie relacyjności ludzkich związków, uczuć, ich ulotności, potęgi chwili, dotyku Erosa, który jak wszyscy dobrze wiemy, jest bożkiem kapryśnym, który raz ukazawszy swoją potęgę może uciec, by nigdy się nie dać odnaleźć. 

Sztukę ogląda się bardzo dobrze, akcja płynnie przechodzi do przodu - z zaskakującym finałem nie zdradzę o co chodzi - w czym zasługa znakomitego przekładu Barbary Grzegorzewskiej. Dialogi są cięte, ostre jak brzytwa, dwie pary wydobywają swoją hipokryzję i obłudę przez celne docinki, szpilę wbitą z uśmiechem na ustach. Tekst - a w teatrze to jest bardzo ważne - brzmi bardzo dobrze, jest nowoczesny, pozbawiony archaizmów i wulgarności. 

"Kłamstwo" Floriana Zellera w reżyserii Andrzeja Dopierały jest sztuką lekką nad wyraz, ale z własną głębią, ironią, doskonałą na letnie popołudnie. Jeśli ktoś gustuje w intelektualnej komedii i ma wolny wieczór. Polecam.  

poniedziałek, 6 maja 2019

Na marginesie "Czerni i Purpury"


Czytelniku, 

W dniu 4 kwietnia wydawnictwo Albatros opublikowało drugie wydanie mojej powieści "Czerń i Purpura" wydanej po raz pierwszy w roku 2013 i zyskała miejsce na Top 100 Empiku i listy bestsellerów "Świata Książki". Raz jeszcze chcę podziękować wydawnictwu za wznowienie tej powieści. Dziś widać, jak dobra była to decyzja. 

Nie zamierzam oczywiście pisać żadnej recenzji własnej książki. Dzisiejszy wpis na blogu (na którym nie pojawiłem się od 30 marca) jest po prostu dopowiedzeniem tego, co być może czytelnicy chcieliby wiedzieć. Kilku osobom powinienem podziękować, w tym szczególnie mojemu nieżyjącemu wydawcy i przyjacielowi Andrzejowi Kuryłowiczowi. 

Zagłada była, jest i będzie tematem krańcowo trudnym dla pisarza, który chce stworzyć powieść opartą na faktach. Ostatnio widzimy kilka przykładów powieści o Auschwitz, które - z całym szacunkiem dla autorów - nie przedstawiają większych wartości historycznych i aksjologicznych. Ja uważam, że Zagłada powinna boleć tych, którzy o niej czytają. Bezprecedensowość Zagłady polega na tym, że jeden wysoko rozwinięty technicznie naród europejski, jakim byli Niemcy, postanowił unicestwić inny naród nie mający podówczas własnego państwa, a byli nim europejscy Żydzi. Jest na ten temat ogromna literatura badawcza - począwszy od Raoula Hillberga z jego epokową trzytomową "Zagładą Żydów" przez Laurence Reece, po Timothy`ego Snydera. 

W latach 2007-2009 miałem okazję naprawdę dobrze poznać historię Auschwitz-Birkenau i pomysł napisania powieści opartej na faktach - relacji uczuciowej Franza Wunscha do Heleny Citronovej - uznałem jednak, że zmienię nazwiska głównych bohaterów z szacunku do tych prawdziwych.

Maria Janion, pisząc o wyjątkowości Shoah, odnosiła się do faktu, że śmierć stała się końcowym produktem machiny Zagłady; że po raz pierwszy w dziejach cywilizacji technicznej człowieka na taką skalę zastosowano metody przemysłowe w celu wyniszczenia jednego narodu. Bezprecedensowość Zagłady była, jest i będzie jeszcze przez długi czas zajmowała pisarzy.

W mojej książce, która nie rości sobie pretensji do bycia dokumentem, sportretowałam obóz Auschwitz w tle historii fikcyjnych postaci: Franza Weimerta i Mileny Zinger. Na kartach powieści czytelnik może odnaleźć elementy historii tego miejsca od roku tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego, czyli rozbudowę Birkenau, utworzenie obozu kobiecego, rozbudowę "Kanady" oraz intensyfikację Zagłady. Większość osób sportretowanych w książce to postaci historyczne. Z szacunku dla prawdziwych bohaterów stworzyłem fikcyjnych, którzy od prawdziwych zapożyczyli jedynie część ich nieprawdopodobnej i dlatego tak fascynującej historii.

Moje zdumienie wywołał fakt, że nikt do tej pory nie sięgnął po ich dzieje. Miłość młodego esesmana do żydowskiej więźniarki w obozie, który stał się synonimem Szoah, bezprecedensowego mordu dokonanego przez niemieckich nazistów na sześciu milionach europejskich Żydów, niesie ogromną ilość emocji. To temat krańcowo trudny dla pisarza, zwłaszcza że najważniejsze literackie książki na temat Zagłady opublikowali naoczni świadkowie, tacy jak Wiesław Kielar czy Primo Levi. Nie jestem też w sytuacji
Martina Pollacka, który opisuje historię własnej rodziny uwikłanej w nazizm (Śmierć w bunkrze, wyd. Czarne 2007). Jednak zdecydowałem się podjąć ten trudny, ale jakże intrygujący dla pisarza temat. O sprawie wspominali jedynie historycy Andreas Kilian i Gideon Greiff, znani z badania Holocaustu, a także Laurence Reece w swojej słynnej książce "Auschwitz: the Nazis and the final solution". Do czasu mojej powieści żaden z pisarzy i reżyserów nie uważał za stosowne, żeby zrobić o tym film, lub napisać książkę. W takim razie ja wypełniłem pustkę. Dlaczego tak się stało?
Pisze o tym w smakowitej, krytycznej recenzji mojej książki Przemysław Jakub Hinc na łamach Zupełnie Innej Opowieści: 

https://zupelnieinnaopowiesc.com/2019/04/30/milosc-w-auschwitz-wojciech-dutka-czern-i-purpura/

Napisałem książkę w latach 2008-2010, ale powodowany obawą o to, jak może być przyjęta powieść będącą beletrystyką o Auschwitz zdecydowałem odczekać rok. Ostatecznie książka ukazała się w roku 2013, ale dopiero teraz, w roku 2019 wraz z drugim wydaniem zdobyła sobie ona czytelników, którym ukazuje straszliwy obraz życie codziennego w Auschwitz. Starałem się maksymalnie wiernie przekazać wiedzę o funkcjonowaniu obozu, jaka zdobyłem i zdaję sobie sprawę, że lektura książki może być dla czytelników - szczególnie osób wrażliwych - przeżyciem wstrząsającym. Czasami wysuwa się przeciw książce argument, iż jest ona napisana językiem prostym. To prawda i to zabieg celowy. Nie wyobrażam sobie pisania w sposób zawoalowany w sytuacji, gdy przekaz powieści powinien być wyrażony explicite. Dobitnie, okrutnie i nie owijając w bawełnę. 

Moja książka dotyczy miłości bez dotyku, bez przekroczenia relacji seksualnej, w niemieckim obozie Auschwitz-Birkenau, Piekle na ziemi, gdzie żadna miłość nie miała prawa zaistnieć. Po raz pierwszy o sprawie Wunscha i Citronovej usłyszałem w roku 2005 podczas rocznicy wyzwolenia obozu. Telewizja Polska wyemitowała wówczas pięcioodcinkowy film dokumentalny o Auschwitz. Potem zacząłem przez lata badać temat, zbierać materiały. Poznałem dokładnie historię obozu. I tak po nitce do kłębka, narodził się pomysł na powieść. Gdyby cofnął się czas, myślę, że napisałbym ją tak samo - takim samym prostym językiem, aby dotrzeć do jak najszerszej liczby czytelników. Piszę bowiem dla wszystkich, a wyszedłem z literackiego popu, czego nigdy się nie wstydziłem. 

"Czerń i Purpura" była także najtrudniejszą dla mnie książką, ponieważ musiałem wejść w psychologiczne uwarunkowania kata. Podkreślam, że w polskiej literaturze obozowej od czasów "Medalionów" Nałkowskiej, czy opowiadań Tadeusza Borowskiego poza tekstem "Pasażerka" Zofii Przasnysz nie ma narracji pokazującej Auschwitz z perspektywy kata. Ta właśnie perspektywa wydawała mi się znacznie ciekawsza niż perspektywa ofiar, z całym szacunkiem dla nich właśnie zdecydowałem stworzyć wielopłaszczyznową postać młodego mężczyzny - sam pisząc książkę miałem ledwo 30 lat - który z pobożnego i autentycznie religijnego ministranta zamienia się w bezlitosnego kata, który z zimna krwią potrafi zastrzelić więźnia. Bardzo trudne, prawie niemożliwe było też to, że powieść beletrystyczna o Auschwitz oparta na historii Citronovej i Wunscha nie może oznaczać usprawiedliwienia. Można zrozumieć, choć też nie do końca motywację kata, ale zapomnieć i wybaczyć nie można. Jak pisał Zbigniew Herbert:
 - Nie wybaczaj, bo nie w Twojej mocy jest wybaczać w imieniu tych, których zdradzono o świcie... 
Wunsch/Weimert w mojej książce był też tym ciekawszy, ponieważ wyszedł ze świata katolickiego, który znam dobrze.

 Czy moja powieść przetrwa sprawdzian najtrudniejszy, jakim jest uplyw czasu? Racje ma Michel Houllebecq mówiąc , że przetrwają tylko takie książki, których nikt inny nie miał odwagi napisać. Mam wrażenie, że nie chodzi wielkiemu Francuzowi o skandal, bo on sam w sobie jest krótkotrwały, a o coś innego. O dotknięcie tematu w taki sposób, w jaki nikt tego nie uczynił wcześniej. O miłości Wunscha do Citronovej nikt w Polsce przede mną tego nie uczynił ( w Hiszpanii będzie ksiazka na ten temat wkrótce), jednak pisząc o miłości w Auschwitz trzeba pisać jednoczesnie o Piekle. Jeśli więc ktoś liczy na romansidlo, czytając moja książkę zawiedzie się. 

CZY moja książka może nieść nadzieję? W ostatnich dniach pisze do mnie bardzo wiele osób - którym dziękuję za to, że postanowiły podzielić się swoimi odczuciami - które są w stanie głębokiego rozbicia emocjonalnego po lekturze mojej książki. Jeśli komuś sprawiłem mimowolnie ból, proszę traktować go w kategorii katharsis. Auschwitz musi nas boleć, żebyśmy nie zapomnieli, że droga do unicestwienia, samotności i pustki nie zamknęła się wraz z końcem II Wojny Światowej. Odwieczne Zło, które nie waham się nazwać po imieniu, tkwiąc w naturze człowieka znów da o sobie znać, jeśli ludzie zapomną lekcję z Auschwitz. I nasza coraz bardziej wysublimowana techniczna cywilizacja nie uchroni nas przed piekielnymi czeluściami, jeśli wyłączymy ludzkie uczucia, jeśli z jakiegoś powodu uznamy, że dana grupa społeczna, narodowościowa, religijna nie może być tolerowana, to wówczas droga do Srebrenicy, plemiennej rzezi Hutu i Tutsi, lub ludobójczych czystek państwa islamskiego stoi otworem. 

Tylko od nas zależy, czy pozwolimy powrócić Złemu. 

sobota, 30 marca 2019

Recenzja: Grzegorz Motyka, Obywatel "Igła" - krawiec ze Skaryszewa. Analiza mikrohistoryczna kontrrewolucji wyklętych, wyd. ISP PAN, Warszawa 2018



Czytelniku,

Profesor Grzegorz Motyka jest historykiem PAN zajmującym się historią najnowszą, szczególnie stosunkami polsko-ukraińskimi podczas II wojny światowej i represjami komunistycznymi na polskim podziemiu niepodległościowym po wojnie. Jednym słowem to historyk wytrawny, dojrzały i co dla mnie najważniejsze, obeznany ze źródłami epoki w stopniu pozwalającym na zaufanie.
Chciałbym niniejszym postem zrecenzować książkę wyjątkową, bo opartą na metodzie mikro-historycznej: Obywatel "Igła" - krawiec ze Skaryszewa. Analiza mikrohistoryczna kontrrewolucji wyklętych, poświęcona postaci porucznika Tadeusza Zielińskiego pseudonim "Igła" 1927-1948, żołnierza wyklętego walczącego z komunistami w powiatach radomskim i kozienieckim po wojnie. 

Dlaczego zwróciłem uwagę na tę postać i tę książkę? Żyjemy przecież w epoce państwowego kultu żołnierzy wyklętych, którego szeroki zakres możemy obserwować co rusz, przy okazji jakiegoś pomnika, lub przy okazji marszu narodowców w Warszawie, lub co gorsza w marszu nacjonalistów ku czci "Burego" w Hajnówce. Chciałbym też, byście Państwo wiedzieli, że to nie jest moja tradycja. Jednak książka Grzegorza Motyki jest na tyle ciekawa, że chciałbym zatrzymać się na chwilę. Rzadko doprawdy w siermiężnych publikacjach IPN poświęconych żołnierzom wyklętym można spotkać użycie dojrzałych metod historycznych, takich właśnie jak  analiza mikrohistoryczna. Jej najwspanialszym przykładem jest znakomita książką Natalie Zemon Davies "Powrót Martina Guerre`a" z roku 1983. Na zasadzie pars pro toto można dzięki niej pokazać szerszy proces historyczny na podstawie historii jednego człowieka, który urasta do rangi reprezentanta pokolenia lub grupy społecznej.

Niewiele wiemy o historii Tadeusza Zielińskiego (1927-1948), zwykłego, prostego chłopaka, który poszedł do partyzantki AK pod koniec wojny, ale jego prawdziwa, krótka, krwawa walka rozegrała się dopiero po wojnie, z komunistami. Nie wiemy, czy wojnę przeżyli jego rodzice i rodzeństwo. Nie wiemy z kim się spotykał, czy miał dziewczynę. Stał się jednak jednym z najbardziej znienawidzonych przez władze ludową żołnierzy wyklętych, który udanymi akcjami, zabijaniem członków PPR oraz UB (w tym wysokich rangą członków UB) dał się komunistom bardzo we znaki. Po trzech latach zaciętej walki, zagnany i wyczerpany psychicznie i fizycznie, popełnił samobójstwo rozrywając się granatem po zdradzie najbliższego kolegi. Nie ma swojego grobu. Zachowało się jedyne jego zdjęcie:




Jego biografia pozostanie już w znacznej mierze niezrekonstruowana - ale według profesora Motyki - "Igła" był to jedyny żołnierz wyklęty, który NIE dopuszczał się żadnych antysemickich występków. Pod tym kątem jego sumienie i konto jest czyste. Dla mnie ma to znaczenie. Zarazem Motyka ma świadomość, że kult żołnierzy wyklętych jest dziś fenomenem społecznym i z pewnością jest reakcją ludową, popularną na sączony przez lata przez środowisko "Gazety Wyborczej" dystans do tradycji narodowej, ukazywanej jako coś jednoznacznie złego. Tymczasem "Igła" może być uznany za kontrapunkt w tej narracji. Jest to człowiek zapomniany, a zupełnie niesłusznie.

Motyka udanie tworzy książkę, która jest też analiza socjologiczną i politologiczną tego fenomenu. Odnosi to do uznanych nazwisk polskiej historiografii, takich jak na przykład Paweł Jasienica, także żołnierz wyklęty Zygmunta Szendzielarza - Łupaszki, prześladowany w PRL za biografię i poglądy. Mając za odniesienie znakomity esej Jasienicy " O wojnie domowej" odnoszący się tylko pozornie do kontrrewolucji w Wandei w 1793 Motyka próbuje zrozumieć kontrrewolucję wyklętych i doszukuje się w niej głębokich mechanizmów społecznych, naturalnemu oporowi przeciw tyranii uderzającej w najbardziej intymne dla Polaków miejsca: Kościół Katolicki i tradycję. To żołnierze wyklęci, a nie PPR i PSL cieszyli się na polskiej wsi niekłamanym poparciem. I widzi w tej walce przyczynę dla której kolektywizacja wsi w Polsce nie powiodła się tam, gdzie ugruntowana była własność prywatna. To właśnie jej bronił "Igła".

Porucznik Tadeusz Zieliński "Igła" to bez wątpienia piękny, wspaniały człowiek, którego prawica nie musi się wstydzić. 

Chcę o nim napisać powieść.  

wtorek, 12 lutego 2019

Recenzja: Helena Łuczywo, Anna Bikont, Jacek, wyd. Agora - Wyd. Czarne, Warszawa 2018







Czytelniku,

Jacek Kuroń był jedną z ważniejszych postaci polskiej najnowszej historii po roku 1945. Opozycjonista, założyciel KOR, jedna z najbardziej ekspresyjnych postaci niekomunistycznej lewicy. To ikona. Trzeba mieć osobistą odwagę,aby porwać się na pisanie biografii ikony. Podjęły się tego związane z Gazetą Wyborczą Helena Łuczywo i Ana Bikont, swoją drogą osoby bardzo w pisaniu doświadczone, mające pewien warsztat, i wszystkie atuty w ręku. Jaki jest według mnie rezultat?
To jednak przegrana, ale za chwilę wyjaśnię dlaczego. 

Nauczono mnie jako historyka, że pisanie o czyimś życiu, a więc pisanie biografii jest jedną z najtrudniejszych arkan pisania i warsztatu historyka. Trzeba bowiem zmierzyć się z wszechświatem w skali mikro, jakim jest życie człowieka - jego charakter, pasje, ułomności, niedoskonałości, fobie, pasje, dzieła, poglądy, seksualność i innych ludzi obracających się wokół niego. Taką biografią jest biografia zakonnika z Wirtembergi "Martin Luter: Un destin" pióra Lucien Febvre`a. A zarazem nauczono mnie, a na studiach doktoranckich na Uniwersytecie Jagiellońskim miałem naprawdę dobrych nauczycieli, że historyk nie może podchodzić do bohatera biografii na kolanach. Jest zarazem pokusą zbyt wielką, aby w czasie pisania nie polubić za bardzo swojego bohatera, bo to będzie widać w narracji historyka, która jak pryzmat pokazuje poglądy tego, który pisze.

Problem polega na tym, że Helena Łuczywo i Anna Bikont - z całym szacunkiem - są Kuroniem autentycznie i bez reszty zachwycone. Nie ma się czemu dziwić. Znały go doskonale, obracały się i obracają w kręgu jego znajomych, a więc ludzi KOR-u. To nie jest zarzut, a zarazem trochę jest, ponieważ mimo prób autorki nie zdobyły się na w pełni krytyczną narrację o swoim bohaterze. Trochę taką jaką Artur Domosławski zaserwował wiele lat temu pisząc bezlitośnie szczerą biografię Ryszarda Kapuścińskiego. On nie był na kolanach wobec swojego bohatera, mimo że blisko go znał i skończyło się w sądzie. Łuczywo i Bikont nie zdobyły się na to. Celem książki chyba nie jest biografia totalna Jacka Kuronia, w pełni historyczna. Jest to trochę dzieło "ku pokrzepieniu serc" środowiska Wyborczej i przyjaciół Pana Jacka Kuronia.

Muszę się jako recenzent wypowiedzieć o metodzie oraz o sposobie narracji autorek. Ich warsztat, tak świetny w przypadku Anny Bikont, niestety się zatracił. Autorki mają dziwną manierę przywoływania dłuższych wypowiedzi przyjaciół, znajomych Jacka Kuronia, ludzi z nim związanych. To trochę irytujące, ponieważ nie widzimy postaci historycznej Jacka Kuronia, ale wyłącznie jego obraz z oczu przyjaciół i znajomych. To osłabia wartość poznawczą książki. Bikont i Łuczywo toczą dyskusję z tymi poglądami, a trochę pozostawiają je bez komentarza.

Nie mogę nie napisać, że na mały plus wypada próba ukazania życiowych zakrętów Jacka Kuronia, takich jak nieumyślne doprowadzenie do śmierci uczestników spływu kajakowego, których Kuroń był harcerskim wychowawcą. Piszą, ale jakoś bez przekonania, o jego "denuncjacjach wrogów ludu" w latach pięćdziesiątych, w apogeum stalinizmu, jako harcerza i opiekuna harcerzy. Ten stalinowski okres w życiu Kuronia jest jakże charakterystyczny dla całego środowiska. To zachłyśnięcie się komunizmem w jego siermiężnej i skostniałej formie stało się jednak punktem wyjścia dla poszukiwania własnej, lewicowej identyfikacji przeciwko komunizmowi. Te fragmenty książki są mocne i zarazem udało się pokazać Kuronia na tle Modzelewskiego i może trochę Michnika w okresie poprzedzającym straszliwy rok 1968 jako człowieka, który wychodzi z gorzkiej świadomości przegranej jako komunisty do zażartego wroga komunizmu.

Wydaje mi się, że na sposobie narracji autorek ucierpiało istotnie tempo książki, która gdzieś koło strony 400 stała się nużąco przewidywalna. Wiemy, jak to się skończy. Książka pokazuje Kuronia jako człowieka boleśnie rozdartego miedzy ideami, o które walczył. Brakuj mi po prostu innego dysonansu: jego stosunku do żony, która poświęciła się mu bez reszty Gajce Kuroń - która jest ukrytą, drugoplanową bohaterką tej książki. Za bojownikiem stała lojalna, piorąca-sprzątająca, gotująca żona, bo Kuroń nigdy nie zajmował się domem i miał do pieniędzy stosunek ambiwalentny. Z książki przebija, ale nie wybrzmiewa - nie byłoby Kuronia, ikony lewicy, gdyby nie jego pierwsza żona, Gajka, kobieta z ambicjami intelektualnymi, która poświęciła wszystko, do samego końca dla męża i skryła się w jego cieniu. Dzięki książce Bikont i Łuczywo polubiłem bardzo panią Gajkę, zaś Jacka Kuronia nie.

I wreszcie na koniec gorzka konstatacja. Jacek Kuroń był naprawdę jedną z najważniejszych postaci polskiej lewicy XX wieku, postacią jakiej lewica nie ma teraz w Polsce i długo jeszcze mieć nie będzie. Ta książka jest dla mnie dramatyczną  próbą środowiska Gazety Wyborczej zachowania pamięci o nim. Bo jemu naprawdę jak mało komu na lewicy należy się zaszczyt nazwania ulicy jego imieniem. W Warszawie dalej będą patronowali ulicom bohaterowie PRL, ale zostawiam to, bo tonie należy do recenzji.

Gdyby Bikont i Łuczywo miały redaktora terrorystę, który z siedmiuset stronicowej książki zrobiłby trzysta pięćdziesiąt, skoncentrowanych na postaci, dynamicznych stron, ta książka tylko by zyskała na klasie. Kuroń zasługuje po prostu na lepszą biografię. Patrzę na tę książkę nie tylko jako historyk, ale jako pisarz i nauczyciel historii. A to są trzy trochę różne, choć nie rozbieżne perspektywy. I we wszystkich trzech widzę braki.

Jacek Kuroń - oddala się od naszego czasu, im bardziej oddalamy się od PRL, tym bardziej młode pokolenie go zapomni. Ja pamiętam go tylko jako faceta w dżinsowej koszuli mówiącego w telewizji w cotygodniowych pogadankach o tzw. Kuroniówce. Moi uczniowie nie skojarzą zapewne tego pojęcia. I to jest proces nie do zatrzymania. I to mnie smuci.  

niedziela, 6 stycznia 2019

Recenzja: Marcin Zaremba, Wielka Trwoga. Polska 1944-1947, wyd. ZNAK & ISP PAN, Kraków 2012



Czytelniku,

Nowy Rok 2019 zaczynam od mocnego akcentu. To książka Marcina Zaremby "Wielka Trwoga. Polska 1944-1947", którą ja uważam za jedną z najważniejszych książek o historii Polski XX wieku wydanych w wieku XXI. 

Nie wiem, jak się usprawiedliwić. Prowadząc bloga o książkach historycznych piszę recenzje na zasadzie własnego, świadomego wyboru i wiedząc o tej książce, znając ja, dopiero teraz umieszczam recenzję.Autor tej książki, dr hab.Marcin Zaremba jest wytrawnym historykiem XX wieku, wywodzącym się ze środowiska naukowego Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego.Myślę, że filozoficzne źródło tej niezwykłej książki tkwi w pojęciu płynnej nowoczesności, wprowadzonego do dyskursu historycznego przez nieżyjącego już Zygmunta Baumanna. Jedna uwaga: książka Zaremby jest znienawidzona przez prawicowo zorientowanych historyków, zarówno z IPN, jak i innych. Książka ta idzie przeciw lansowanej przez nich teorii o jedności narodu polskiego, jego wielkiej moralnej karcie w czasie okupacji i po niej.

"Wielka Trwoga. Polska 1944-1947" jest oczywiście dysertacją naukową, pracą habilitacyjną, profesora Zaremby, ale myślę, że moje recenzja 6 lat po opublikowaniu książki pokaże, że książka ta nie tylko się nie zdezaktualizowała, ale wręcz przeciwnie stanowi ona niezwykle dobrze udokumentowane źródłowo świadectwo, że historię Polski XX wieku można uprawiać inaczej od obecnie obowiązującego paradygmatu politycznego, tj. martyrologii i kategorii sublime, czyli uwznioślania dziejów narodu polskiego.

Książka Zaremby jest zbudowana wokół pojęcia strachu, i choć jest to termin psychologiczny i medyczny, zarazem stanowi ciekawy i do tej pory nieprzebadany w historiografii problem z zakresu historii społecznej. Zaremba wychodzi od dwu największych strachów w Polsce przedwojennej: Żydokomuny i bolszewików. To zagadnienia namacalnie obecne w źródłach, choćby w prasie, ale Zaremba osadza strach w kontekście historycznym, pokazując, że koszmar II wojny światowej (wciąż przypominam Państwu - nie mamy syntezy dziejów Polski pod okupacją niemiecką i sowiecką w latach 1939-1945) pogłębił strach, jako formę życia między ludźmi.

Kolejne rozdziały książki wiodą nas bezlitośnie w stronę jądra ciemności. Trauma historyczna, jaką była II wojna światowa wyzwoliła w ludziach przede wszystkim złe cechy, rozkładające więzi społeczne na czynniki pierwsze, cząstki elementarne, że pozwolę sobie użyć tytułu powieści Michela Huellbecqua jako metafory.

I tak widzimy strach przed Armią Czerwoną, grabiącą szczególnie tereny zachodnie i północne, jako należące wcześniej do Niemiec. Skala przestępstw dokonanych przez żołnierzy Armii Czerwonej na kobietach, są to przede wszystkim bardzo brutalne gwałty, jest zatrważająca. Psychoza przed dzikością żołnierzy radzieckich, tak zwanych wyzwolicieli udzielała się nawet urzędnikom nowego komunistycznego państwa polskiego.

Dalsze rozdziały traktują o żołnierzach z demobilu, pladze włóczęgostwa i żebractwa na ulicach. Demobilizowani żołnierze przysparzali wielu problemów społecznych. Mnie szczególnie ciekawy wydaje się rozdział dotyczący szabrownictwa. Nie tylko dlatego, że jest błyskotliwie napisany i widać, że źródła, jakie zostały użyte są bardzo mocnym argumentem Zaremby. Szabrowali prawie wszyscy. Z takich miast jak Kraków urządzano wycieczki do ziemie odzyskane, by wyszabrować co się da i robili to także przedstawiciele inteligencji.

Powojenny bandytyzm też został zauważony. Przede wszystkim warto rozróżnić prawdziwe bandy, łupiące i żyjące z szabru, od żołnierzy poakowskiego podziemia, którzy także dokonywali napadów, także po to, żeby przeżyć. Strach była także wykorzystywany przez władze komunistyczne, które używały go jako narzędzia nacisku i petryfikacji społeczeństwa, tak bardzo umęczonego wojną. Społeczne postaci strachu to także zauważone przez Zarembę obawy przed wybuchem następnej wojny między Aliantami i Związkiem Radzieckim, strach przed kolejną już wymianą pieniędzy, kolektywizacją na wzór sowiecki, czego szczególnie obawiali się chłopi, bezprawnym kwaterunkiem który okazywał się koszmarem dnia codziennego.

W sposób szczególny polskie społeczeństwo głód, drożyzna podstawowych produktów spożywczych, choroby zakaźne takie jak szalejąca po wojnie gruźlica, dyfteryt, koklusz i zakażenia weneryczne, szczególnie po przejściu Armii Czerwonej.

Szczególnie ciekawy i bolesny jest rozdział poruszający najbardziej amorficzne i nieokiełznane formy lęku takie jak fobie i przemoc na tle etnicznym. Strach to także stereotyp jeśli założyć prawdziwość definicji stereotypu jaką podał Walter Lipmann - to postrach narzucony naszym zmysłom. Zemsta na Niemcach jest oczywista. Winni byli wojny i musieli ponieść karę, nie litowano się nad pokonanym wrogiem, nota bene większość Niemców po wojnie uznawała mordowanie Polaków i Żydów za w pełni uzasadnione. Straszną, naprawdę straszną wymowę mają te części książki odnosząc się do walk z Ukraińcami, Białorusinami (krwawe rzezie Burego) i zmitologizowany strach przed Żydami, który tak dobitnie pokazuje stary mit Żydów, którzy mieli porywać dzieci. Antysemityzm jest też formą strachu i obawy przed Innym. 

Ogółem na celujący. Mistrzowska książka osadzona w źródłach nigdy wcześniej nie wykorzystanych, a są nimi listy, anonimy, i pisma znajdujące się w archiwum Polskiej Poczty. Książka Zaremby jest przełomowa ponieważ przełamuje ona nie tylko martyrologiczny i cierpiętniczy, lub mitologiczny obraz Polski odradzającej się jako państwo komunistyczne, ale bardzo wnikliwa jest diagnoza społeczna, obecna w źródłach, uchwycona ze strzępów ludzkich listów. Książka posępna i fascynująca, niemożliwa do napisania przez żadnego z historyków pracujących w IPN, instytucji, która stałą się ośrodkiem dyktującym polską politykę historyczną od 2015 roku.       

niedziela, 30 grudnia 2018

Z dziejów głupoty w Europie. Krótka rozprawa.



 Czytelniku,

Wytrawnych czytelników tego bloga, zarówno przeszłych jak i przyszłych, pokornie przepraszam za nazbyt czytelne nawiązanie do książki Aleksandra Bocheńskiego. Sadzę jednak, że głupota dziejowa była przywarą Polaków, a teraz, po raz wtóry stała się domeną przywódców politycznych w Europie. Przed ponad stu laty Europa znalazła się pod wpływem żelaznego kanclerza. Bismarck realizował politykę krwią i żelazem. Do czasu, gdy po powaleniu Austrii i Francji w latach 1866-1871 zjednoczył Niemcy. Potem od wojny się odżegnywał. Czytając pamiętniki Bismarcka, które powinny być dla każdego myślącego polityka lektura konieczną i bezwzględną, odnajdujemy tam definicję polityki. Cóż to jest? Sposób na napchanie sobie kasy? Tak definiuje ją większość polskich polityków. Czym może być polityka? Czy jest do niekończący się serial konferencji, wzajemnych dysput, tylko po to, by osiągnąć zgniły i nikogo niezadowalający kompromis? Co to jest? Otóż, według Bismarcka polityka to sztuka. Tak, tak, zgodnie z arystotelesowską linią rozumienia to sztuka wzajemnych relacji państwowych. Mogą ją stosować jedynie umysły wybitne, nieprzeciętne, nie ulegające wpływom i kierujące się interesem swojego państwa. To oznacza, że arystotelesowska definicja sztuki, jako trwałej zdolności do tworzenia zostaje również rozciągnięta na zarządzanie państwem i tworzenie jego wzajemnych relacji. Wojna jest wiec jednym z narzędzi polityki. Bismarck był więc pojętnym uczniem Machiavellego. Stary Florentyńczyk był mistrzem, ale i subtelnym, wyrachowanym graczem. Bismarck dołożył do tego brutalną siłę. 

Merkel, czyli wybitna mierność
Porównanie Putina i Bismarcka jest ahistoryczne i karkołomne. Nie w tym jednak rzecz. Tak jak Bismarck był wielkim politykiem słabością i miernością ludzi, z którymi się zmagał, tak Putin jest silny miernością ludzi tworzących garnitur decydentów w Unii Europejskiej. Wiem, co napisałem. Tak, pani Merkel też jest mierna. Ale to jest mierność w wybitności. Jest ona co prawda najsilniejszym kanclerzem Niemiec po roku 1990, ale w filozofii politycznego myślenia jest mierna. Zaznaczam, że chodzi mi o inny rodzaj mierności To niezdolność do przestawienia myślenia na inne tory. Niemcy pod rządami Merkel stały się głównym hamulcowym rozwoju Europy. Blokują konkurencję i wolność gospodarczą zadłużonego południa kontynentu, nie pozwalają na przeciwstawienie się putinowskiej Rosji w najbardziej krytycznym momencie od rozpadu Związku Radzieckiego. Merkel jest zbudowana jako polityk z utylitaryzmu posuniętego do rangi dogmatu. Dla niej dobre jest tylko to, co służy interesom Niemiec pojętym w bardzo wąskim stopniu. Dla niej wartość ma tylko taki układ, który daje Niemcom dzięki walucie euro perspektywę wzrostu gospodarczego na podstawie transferu solidnych, niemieckich produktów. Merkel jest mierna, ponieważ nie ma ona wizji Europy za lat dwadzieścia, ani dziesięć. Jej mierność i małość jest oparta na kilku mitach. Jednym z nich jest mit przyjaznej dla wielkiego niemieckiego biznesu Rosji. Ta Rosja zaczęła się za Gorbaczowa, a Niemcy bardzo kochali Gorbiego. Bez niego nie byłoby zjednoczenia Niemiec. Merkel nie ma żadnych poglądów ideowych. Jest pragmatykiem z partyjnej szkoły NRD. Przytoczę anegdotkę: jeden z fizyków z nią pracujących we wschodnim BERLINIE opowiedział, jak Merkel zareagowała, kiedy w Polsce wybuchła „Solidarność”. Powiedziała do niego wówczas, że to zagraża systemowi socjalistycznemu w całym bloku wschodnim i że trzeba coś z tym zrobić. W roku 1990 powiedziała, że „Solidarność” była wielkim przełomem dla demokracji w Europie. Czy to tylko zmiana szyldu podyktowana szybkim dostosowaniem się pragmatycznej kobiety, która przylgnęła do najbardziej nienaturalnego dla siebie środowiska, jakim była niemiecka chadecja. Merkel nie jest w stanie przeciwstawić się Putinowi i uczyni wszystko, żeby konflikt ukraiński który pali się coraz większym płomieniem przygasić nieco dmuchaniem w niego powietrza. Merkel swoimi działaniami, głaskaniem Putina, ukrytym sprzyjaniem Rosji wprowadza Europę w przeklęty wir niemiecko-rosyjskiego sojuszu, który był przecież głównym motorem wybuchu II wojny światowej w 1939 roku. Oczywiście, tak być nie musi. Ale tak będzie. Niemcy mając w gardle winę za wojnę będą robiły wszystko, by w ich przekonaniu ją powstrzymać przez politykę ustępstw. Tylko że to myślenie jest oparte na fałszywym micie Rosji, z którą można się dogadać i trzeba. Taka Rosja jednak nie istnieje. Teraz już wiemy, że Merkel odejdzie. System niemieckiej polityki jest na tę zmianę przygotowany. Jednak po niej może być już tylko jeszcze gorszy kanclerz z polskiej perspektywy.
 
Francja, czyli stary kogut na podwórku 

Pisząc dziś o Francji w zasadzie powinno się pisać o hańbie, nie głupocie. Lub o mieszance dwojga. Były prezydent Hollande i obecny prezydent Macrone są przedstawicielami oligarchii liberalnej i lewicowej, która rządzi Francją od rewolucji 1968 roku. Francja płaci teraz za nadmierna etatyzację państwa, jego scentralizowanie i sztywność ekonomiczną. Francja okazała się zupełnie nieprzygotowana do wejścia do strefy euro, której jedyny beneficjentem są Niemcy - będę powtarzał to jak Katon, że Kartagina powinna być zburzona - a dziś deficyt budżetowy Francji sięga, a zasadzie przekracza 3 procent PKB. Francja zmagająca się z kryzysem finansowym zarazem cierpi na kryzys elit. Emmanuel Macrone jest wydmuszką, zupełnie idiotyczną i pozbawioną szerszego zaplecza politycznego. Do tego dochodzą skandale obyczajowe - współpracownik prezydenta oskarżony o pobicie dziennikarza, uciekł na paszporcie dyplomatycznym do Londynu i ma ponoć rewelacje, czyli materiały obyczajowe obciążające prezydenta.We Francji rodzi się tej zimy oddolna pełzająca rewolucja społeczna klasy średniej - a tylko ta klasa zawsze doprowadzała do rewolucji - przeciw drożyźnie, idiotycznym projektom ideologicznym, takim jak walka z emisją CO2, bezkrytycznym przyjmowaniem emigrantów ekonomicznych i fanatyzmem islamskim, który po prostu we Francji jest. Król jest nagi. Wszyscy to widzą. Jeśli jednak wygra we Francji Front Narodowy to oznacza naprawdę trzęsienie ziemi, łącznie z wyjściem Francji z UE. 

Putin, czyli ostatnie stadium komunizmu

W myśl teorii marksistowskiej komunizm mają napędzać sprzeczności. Marksizm, jako forma ustroju umarł, poza Kubą, Wenezuelą, Wietnamem i Koreą Północną. Jednak wraz z upadkiem Związku Radzieckiego nie umarły jego pochodne. A były nimi rosyjski nacjonalizm i imperializm, pogarda dla ludzkiego życia, prawosławie jako forma rządu dusz w Rosji, mit słowiańszczyzny, wielkoruski szowinizm i tęsknota za Imperium. Zachód nie docenił, jak bardzo zabolało Rosjan zawalenie się Związku Radzieckiego. Jak wielką wytworzyło to pustkę, w której dzięki decyzji Jelcyna zaczął się Putin. Pisałem już obszernie o Rosji na tym blogu i nie chcąc się powtarzać chciałbym zanalizować Władimira Władymirowicza właśnie z perspektywy definicji polityki jako sztuki. To, co napiszę będzie złowrogie i będzie miało swoje konsekwencje. Putin nie ma sobie równych w Europie  pod względem używania sztuki politycznej dla osiągania dalekosiężnego celu, wizji. 

Jakaż to wizja? Odbudowania Imperium w granicach Związku Radzieckiego. Jednak namawiam do rozumienia tego głębiej. Europa Zachodnia nie doceniła tego, że po upadku Związku Radzieckiego Rosja znalazła się poza sferą wolnego przepływu kapitału. Zachód nie docenił tego, że wolnorynkowe reformy, które przyniosły sukces krajom Europy Środkowej, na wschód nie stworzyły nic. Przyczyna obecnej wojny, której końca i rozwiązania nie widzę, tkwi w chaosie na schodzie, stanie politycznej nieważkości. Wszystkie elementy to tygiel pierwiastków i nacjonalizmów. Pierwsze ostrzeżenie Europa dostała w roku 2008 podczas krótkiej wojny w Gruzji. Nikt tego w starej, zachodniej Europie nie chciał dostrzec. Holandia pasła ambicję Rosji zapewniając znakomitych menadżerów dla rosyjskich firm. Wojna Putina z Ukrainą jest właśnie dlatego niewypowiedziana i niesformalizowana, ponieważ jest to wojna pomyślana na dłuższy okres. Przewaga Rosjan w sensie liczby żołnierzy i technologicznie jest bezsporna.Ukraińcy mają dobrą armię, lepszą niż nasza, ale ulegną, gdyby Rosja zdecydowała się na twarde rozwiązanie, na przykład atak od strony Krymu i Doniecka. 

Ile jeszcze Ukraińcy wytrzymają? Rok? Dwa? Donieck zamienia się powoli w maszynkę do mięsa. Rosjanie mogą pozwolić sobie na straty dwa, trzy raz większe niż Ukraińcy, którzy nie mają żołnierzy tak doświadczonych jak Rosjanie. W końcu nacisk Ukraińców spowoduje wejście regularnej armii rosyjskiej. I Ukraina zamieni się w krwawą jatkę, jak na Bałkanach. Wrażliwcy zapytają; przecież to nielogiczne, Putin i rosyjska gospodarka na tym stracą. Z Rosji odpłyną miliony! Z perspektywy zachodu może tak to wygląda, ale nie z perspektywy Rosjan. Surowców energetycznych Rosji nie braknie. Rosyjskie kobiety, jak mówił Stalin, nadrobią straty naturalne w jedno pokolenie (przepraszam za cynizm). Białoruś będzie następną ofiarą, gdy baćka Łukaszenka zamknie oczy na wieki, Rosja zje Białoruś jak wilk zająca. Putin już udowodnił, że stosuje się do zasady - polityka podąża za faktami, a on wciąż kreuje fakty. Wycofanie się Amerykanów z Syrii oznacza, że to Rosja i Iran wygrały dla Assada wojnę.


Unia Europejska, czyli Związek Radziecki par excellence

Unia Europejska, do której weszliśmy jako kraj w roku 2004 (niestety głosowałem "za") zamienia się powoli w autorytarny, używający niedopuszczalnych, bo nigdzie nie zapisanych w traktatach sposobów dyscyplinowanie krajów, których suwerenność dyktuje im inne rozwiązania prawno-ustrojowe, niż te, które lubią eurokraci z Brukseli. Polska, Węgry, Rumunia, Włochy, czy państwa bałtyckie zostały zepchnięte do narożnika z wyborem: my będziemy was kochać tak bardzo, że wy też w końcu nas pokochacie. Unia stosuje podwójne standardy - ponieważ wobec Francji brutalnie tłumiącej demonstracje, która tonie w długach, wobec Niemiec, które z własnego egoizmu uzależniają Europę od Rosji pod względem energetycznym, nie uczyniła i nie uczyni nic. Ostatnio bardzo długo się zastanawiam nad pytaniem, czy za pieniądze mamy sprzedać naszą suwerenność? Czy mamy się wyrzec naszej chrześcijańskiej tożsamości dla ideologicznego projektu, który nie ma przyszłości, ponieważ jest niezgodny z krwioobiegiem rzeczy? Doszedłem do wniosku, że nie. W moim skromnym przekonaniu elity uosabiane przez tak dwuznacznych moralnie ludzi jak Róża Von Thun, czy Donald Tusk, nie zwrócą na takiego szaraczka jak ja uwagi. I nikt nie zada sobie pytania, co takiego się stało, że proeuropejski liberał, jakim byłem 10 lat temu przeistoczył się w przeciwnika Unii Europejskiej, w takim kształcie, jakim ona jest teraz? Jednak zapewniam, że w Europie, jak ona długa i szeroka, są tysiące takich nic nie znaczących ludzi, jak ja, którzy myślą tak jak ja. Nasza tożsamość jest warunkiem sine qua non bycia Europejczykiem. Sztuczne, ideologiczne, czynione od góry próby zdławienia jej nie przyniosą nic dobrego. W marcu 2019 roku będzie brexit, czyli wyjście Wielkiej Brytanii z UE, które dokonało się właśnie w imię suwerenności. Jeśli Unia nie zmieni się i kurs w stronę utworzenia państwa europejskiego będzie kontynuowany, 

Unia się rozpadnie w ciągu 10-15 lat pod wpływem odśrodkowych sił polityczno-społecznych takich jak: 
- wewnętrzne nacjonalizmy i interesy krajów Unii
- zbyt potężne Niemcy staną się dusicielem Unii od środka. Problem z Niemcami jest taki, że są za małe, by rządzić światem i za wielkie na Europę
- dalsze ingerencje Rosji w wewnętrzne sprawy Europy
- kryzys ekonomiczny powodowany walutą Euro - potworne zadłużone kraje, takie jak Włochy, Hiszpania, Francja nie wytrzymują fiskalizmu narzucanego przez Niemców
- brak poszanowanie suwerennych głosów narodów tworzących Unię
- fetysz ideologizacji 
- dalsze exity - wyjścia krajów ze wspólnoty 

Prognozy na 2019
Myślę, że rok 2019 może być rokiem przełomowym dla Europy. Pokuszę się, choć nigdy tego nie robię i nie robiłem żadnych prognoz politycznych.

Dla Polski:
- PiS wygra wybory do europarlamentu i jesienią 2019 roku wygra, choć z problemami wybory parlamentarne. Może mieć problem z utworzeniem koalicji, lub utworzy ją z Ruchem Kukiza. Opozycja jest podzielona. Mniej możliwe, choć nie zupełnie wykluczone jest stworzenie wspólnego frontu opozycji.

Dla Europy:
- socjaliści i liberałowie zostaną osłabieni w wyborach do parlamentu europejskiego
- Dalsze osłabienie pozycji Angeli Merkel w Niemczech (możliwe nawet wcześniejsze odejście z fotela kanclerza)
- Upadek francuskiego prezydenta, który całkowicie straci poparcie społeczne uniemożliwiające rządzenia. Francja będzie jednak niezdolna do wybrania kogokolwiek innego i w rezultacie system polityczny Francji zacznie gnić.
- dalsza agresja Rosji na Ukrainę - możliwe brutalne prowokacje.
- twardy Brexit
- dalsze zamachy terrorystyczne o podłożu fanatyzmu islamskiego

Dla Bliskiego Wschodu:
- ostateczne zakończenie wojny w Syrii - zwycięstwo Assada, czyli Rosji, Iranu i szyitów
- pogłębienie konfliktu szyicko-sunnickiego w tym dalsze napięcia między Iranem i Arabią Saudyjską
- możliwe uderzenie Izraela na Liban i Syrię, jeśli Jerozolima uzna, że wpływy Iranu w Syrii są zbyt silne 
- zniszczenie Kurdów przez Turcję (jakże to gorzkie dla Kurdów: wygrali wojnę z Państwem Islamskim dla USA, a Amerykanie po raz kolejny ich zdradzili)

Jaki jest mój finalny wniosek? Świat jest na prostej drodze do wielkiej wojny. Wielkie wojny zaczyna się wtedy, gdy jest zbyt wielu potężnych graczy, którzy chcą się nawzajem sprawdzić. To mówi teoria gier. W ciągu 10 może 15 lat konflikt amerykańsko - chiński jest nieuchronny, a powodem tego będzie ogromna dysproporcja w handlu między tymi potęgami na niekorzyść USA. Amerykanie już czują się zagrożeni budową sztucznych wysp przez Chiny na morzu południowo chińskim. Obecność Amerykanów na Tajwanie zamyka Chinom drogę na Pacyfik.


Nie wiem, czy i kiedy ona wybuchnie. Poliferyczność potencjalnego źródła wielkiej wojny jest wiele: Ukraina, Bliski Wschód, oraz coraz ostrzejszy konflikt w Azji południowo-wschodniej. Grają tam Chiny, Japonia, Tajwan, Korea Południowa, i Wietnam o złoża na morzu chińskim. Ale to temat na zupełnie inny esej. 

Mogą się też zdarzyć rzeczy, których niepodobna przewidzieć. 

sobota, 15 grudnia 2018

Recenzja: Outlaw king, prod. Netflix, 2018



Czytelniku,

Od wielu lat nie możemy doczekać się porządnego, kinowego filmu historycznego. Takiego na miarę "Braveheart" Mela Gibsona z 1995 roku. Po drodze był wizjonerski "Gladiator" Ridleya Scotta i mniej udane produkcje jak "Troja" Wolfganga Petersena. Ostatnim wielkim filmem historycznym o średniowieczu, który trzeba obejrzeć w wersji reżyserskiej było "Królestwo Niebieskie" wspomnianego Ridleya Scotta. Ten ostatni i ten pierwszy dotyczą średniowiecza, epoki tak bardzo fascynującej i dziś zupełnie niezrumienianej przez nam współczesnych ludzi.

Netflix ma spory udział w odbudowie gatunku przez trafiające do masowej wyobraźni seriale historyczne. O znakomitych "Wikingach" wspomnę, a powstało już 5 serii tego znakomitego serialu przybliżającego niezwykły świat Skandynawii przed przyjęciem chrześcijaństwa. W roku 2018 Netflix nakręcił film fabularny poświęcony postaci Roberta I Bruce, króla Szkotów panującego w latach 1306-1329, władcy panującego współczesnemu Polsce Łokietkowi.

Wszyscy pamiętamy rozdzierającą serce przedostatnią scenę filmu "Braveheart" Mela Gibsona, kiedy Anglicy schwytawszy podstępnie wodza szkockiego powstania Williama Wallace`a w 1306 roku w pułapkę, dokonują na nim brutalnej egzekucji przewidzianej ówczesnym angielskim prawem na zdrajcach, a polegającej na wytrzebieniu genitaliów i wnętrzności na oczach skazanego oraz poćwiartowaniu jego ciała. Trup Walllece`a został pocięty na cztery części, które Anglicy rozesłali w cztery strony Szkocji jako ostrzeżenie. Głowa jego została zatknięta na bramie Tower. Film Netflixa zaczyna się właśnie wtedy.

Widzimy Roberta Bruce`a (w tej roli przekonujący Chris Pine znany ze Star Treka amerykański aktor) składającego hołd lenny jednemu z najbardziej brutalnych królów Anglii, Edwardowi I Długonogiemu (Longshanks). Jednak dla mnie sceną otwierającą właściwy film jest ta, w której Robert de Bruce jedzie do granicznego Berwick upon Tweed zapłacić Anglikom podatki. Widzi wówczas powieszoną publicznie część poćwiartowanego ciała Wallece`a. Ten widok jest dla niego czymś tak strasznym, że człowiek który do tej pory był kunktatorem, dystansował się od walki z Anglią, przeistacza się w świadomego swojego celu wojownika.

Film pokazuje Roberta I Bruce takim jakim był. Zabójstwo dokonane w Kościele na jednym z rywali Johnie Comynie dokonane przy ołtarzu w Kościele ściągnęło nań klątwę i ekskomunikę, ale Bruce się tym nie przejął. Koronował się na króla Szkotów, nie Szkocji, co jeszcze bardziej zjednało mu ludzi. Film oczywiście został sfikcjonalizowany pod kątem dramaturgicznym. Ale i tak robi wielkie wrażenie. Przede wszystkim zasugerowanie widzowi Szkocji XIV wieku, brudnej i wspaniałej, pełnej błota i deszczu. 

Głównym przeciwnikiem Bruce`a w filmie jest syn króla Anglii, Edward II Plantagenet, ukazany jako człowiek niezwykle brutalny i wiarołomny. Scena pojedynku w bitwie pod Loudon Hill jest ahistoryczna. Netflix pominął tym razem podstawową cechę osobowości Edwarda II, jaką był jego homoseksualizm, który stał się wiele lat później przyczyną jego upadku jako władcy. Ale to jest postać dobrze zagrana, i bardzo dobrze usytuowana w dramacie.

Muszę powiedzieć, że prawdziwym majstersztykiem jest finalna, ośmiominutowa sekwencja bitwy pod Loudon Hill - która znów ahistoryczne przypomina wielkie zwycięstwo Szkotów nad armia Edwarda II pod Bannockburn w 1314, które dało Szkocji niepodległość. Bitwa ta pokazuje starcie ciężkiej angielskiej jazdy ze szkocką piechotą toczoną w błocie i deszczu. To naprawdę zapierający dech kawał kina. Jest to bitwa tak realistycznie i brutalnie sfilmowana, że dorównuje z pewnością epickością bitwie pod Stirling w filmie Braveheart. Warto podkreślić, że film Netfixa jest zdecydowanie bardziej wierny średniowieczu niż Gibson, który kazał w końcu XIII wieku chodzić Szkotom w kiltach. Takich błędów w filmie produkcji Netfixa nie ma.

Uważam "The Outlaw King" - "Króla wyjętego spod prawa" za najlepszy film historyczny ostatnich lat, pełny epickiego rozmachu film, który można i należy oglądać jako dopełnienie Braveheart z 1995 roku. Polecam. Brutalne, niezwykle mocne kino historyczne, głęboko zapadające w pamięć.

  

Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560

  Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby   Autorem opracowania je...