Blog poświęcony historii - w szczególności historiografii i literaturze, i filmowi. Blog ten jest oficjalnym blogiem pisarza i historyka Wojciecha Dutki.
sobota, 26 czerwca 2021
Recenzja: " Po próbie" według Ingmara Bergmana, reż. A. Dopierała, Teatr Bez Sceny, Katowice, 26.06.2021
niedziela, 11 kwietnia 2021
Tukidydes i wojna pepoponeska - krótki i niemądry tekst
Dlaczego klasycy?
Któż z Państwa pamięta doskonały wiersz Zbigniewa Herberta, w
którym książę poetów przywołał postać Tukidydesa z Aten, znakomitego
historyka, autora "Wojny Peloponeskiej"? Bez tej książki, niedokończonej
przez autora, nie sposób wyobrazić sobie nowożytnego sposobu uprawiania
historii. Dlaczego sięgam po tę księgę teraz? Dlaczego wydobyłem ją z
półki i choć nosi ślady intensywnego czytania przed laty robię z niej
bohatera tego tekstu? Otóż Tukidydes, jako pierwszy historyk
odpowiedział na pytanie dlaczego wybuchają wojny. Czy zastanawiali się
Państwo nad tym? Z biedy? Nie. Oczywiście możemy wszystko
zamerykanizować poprzez czytelny i jakże nieprawdziwy podział na "good
guys" oraz "bad guys". Według Tukidydesa wojna peloponeska, która
zniszczyła wielkość Grecji Antycznej zaczęła się od poczucia zagrożenia i
zazdrości, jaką Lacedemończycy, czyli Spartanie odczuwali na widok
nowej wielkiej potęgi Aten. Ten mechanizm starego imperium wobec nowego
zdarzył się w innym czasie i przestrzeni. Wojna mogła wybuchnąć w 1906
roku po kryzysie marokańskim, w 1908 po tym, jak chciwe Austro-Węgry
anektowały Bośnię i Hercegowinę, a wybuchła po tym, jak serbski student
zastrzelił arcyksięcia habsburskiego w Sarejewie u progu wakacji. Jednak
prawdziwa przyczyna wielkiej wojny z lat 1914-1918 tkwiła w zawiści,
jaką Anglia odczuwała wobec nowej wielkiej potęgi kaiserowskich Niemiec.
Oczywiście winny jest też idiotyczny kaiser Willy II, o którym Julian
Fałat, bielski malarz (tak po sąsiedzku) mawiał, że zamiast o jednej za
mało klepki, ma o jedną za dużo. Winna jest Francja, której żądza zemsty
za 1871 widziała w Niemcach wiecznego wroga i winna jest Rosja, która w
krytycznych chwilach początku sierpnia 1914 nie odwołała mobilizacji.
Dlaczego o tym piszę?
Bo nasz świat zaczyna przypominać ten sprzed
1914 roku. Przyzwyczailiśmy się po 1990, po słynnej i nieprawdziwej
tezie Francisa Fukayamy o końcu historii, mającym zapewnić tryumf
liberalnej demokracji, że jest tylko jedno imperium, USA.
Tak było do wczoraj.
Teraz
mamy dwa, a straszna potęga Chin jest coraz większym wyzwaniem dla
starego świata. Chciwe międzynarodowe koncerny przeniosły tam produkcję i
uzależniły świat od chińskiego teta-a-tete. Chińczycy okazali się
mądrzejsi od Rzymian, Napoleona, czy innych imperiów, i wraz ze swoją
ekspansją dając też coś od siebie, wystarczy popatrzeć na Afrykę, którą
wszyscy mieli jako drugi lub trzeci przedpokój na salony. Poprzedni
władca Chin, Hu Jintao był wyważony i nie przekraczał granicy, jednak Xi
Jinpin przesunął tę granicę. On wie, że zegar biologiczny tyka, wie, że
USA Trumpa (z całym krytycyzmem o jego megalomanii) postawiły Chinom
tamę gospodarczą, ich polityce sztucznie zaniżonego kursu juana, przez
co żaden kraj opierający się na gospodarce rynkowej nie może się z nimi
równać. Chiny zaczęły wychodzić z zamknięcia na Morzu
Południowochińskim przez sztuczne wyspy i zaczęły zagrażać sąsiadom.
Wyrzynają muzułmańskich Ujgurów, zdusiły metodami totalitarnymi wirusa.
Zresztą epidemia przyspieszyła tykanie zegara. Najważniejszym
wydarzeniem politycznym ostatnich 3 miesięcy jest zawarcie
multilateralnego paktu między USA z jednej oraz Indiami, Tajwanem,
Wietnamem (wprawdzie komunistyczny, ale nienawidzący Chin), Koreą Płd,
Japonią, Australią i Filipinami przeciwstawiającego się Chinom. Dlatego
Pekin zawarł sojusz z Moskwą - w marcu Ławrow był w Pekinie, a Putin
zaczął sprawdzać zachód (wschodnia Ukraina). Problem polega na tym, że
Chiny nie przeciwstawią się na morzu US Navy oraz ich sprzymierzeńcom.
Są niezmierzoną potęgą lądową, i mają na razie u swego boku schodzącą ze
sceny Rosję Putina. Ten nowy sojusz amerykański - Pax Pacifica - ma
zadusić Chiny lub zmusić je do ataku, tak jak embargo Roosvelta z lipca
1941 zmusiło Japonię do zaatakowania Pearl Harbor. Nie mówię, że jutro
Chiny zaatakują Tajwan, który im ciąży swoją quasi niepodległością, ale
przede wszystkim Tajwan zamyka Chiny w wyjściu na Pacyfik. Dwie ostatnie
wielkie wojny wygrały państwa morskie zaduszając Niemcy ( teza
Churchilla o tym, że mieliśmy tylko jedną wojnę w wieku XX o potęgę
Niemiec) i Japonię, ale teraz tak być nie musi. Europa jest skazana na
stary sojusz z USA i pytanie jak zachowają się cyniczne Niemcy żywiąc
reżym Putina nord stream II oraz uzależniwszy Europę od Chin, jest
aktualne. Jednak wszystkie wojny wygrywały stare potęgi pokonując nowe,
tak było w 1815 w przypadku nowej napoleońskiej Francji, tak było w 1918
i 1945, w pewnym sensie w 1990, gdy USA wygrały zimną wojnę.
Tak
oczywiście nie musi się stać. Szczegółową analizą, ile okrętów ile
samolotów, ile bomb atomowych mają te strony konfliktu, niech tym zajmą
się spece od bezpieczeństwa światowego.
Ja jestem tylko pisarzem i nie można moich słów traktować poważnie.
I najpewniej tak się nie stanie. Na pewno będziemy żyć w bezpiecznym świecie bogacącym się niewspółmiernie do innych cierpień, z dala od kataklizmów, uchodźców, konfliktów o wodę i biedy. Jesteśmy współczesnymi Ateńczykami, wielbiącymi wdzięki swojej demokracji, wpatrzonych w swoich Peryklesów i Alkibiadesów, będziemy znów chodzić na mecze piłki nożnej, jeść i pić więcej niż musimy i pokonamy każda chorobę dzięki antybiotykom połykanym jak pastylki i serwowanym masowo chowanym zwierzętom, które zarzynamy na burgery.
Będziemy szczęśliwi, piękni i nieśmiertelni.
poniedziałek, 15 lutego 2021
Recenzja: Andrew Roberts, Napoleon Wielki, wyd. Magnum, Warszawa 2017
Czytelniku cierpliwy tego bloga,
Ochotę na tę książkę nabrałem, gdy tylko ją ujrzałem w księgarni. Wielkie tomisko autorstwa kolejnego brytyjskiego historyka, Andrew Robertsa, przyciągało moją uwagę leniwie leżąc w wystawie księgarni. Kupując książki, które chcę przeczytać, nigdy nie kieruję się jakąś jedną miarą. Książka historyczna musi wciągać, mieć "to coś", co sprawi, że sięgnę po nią. Tak właśnie było w przypadku biografii Napoleona pióra angielskiego historyka i dziennikarza.
Muszę przyznać, że dla mnie jako historyka specjalizującego się w wieku XIX książka ta stanowiła lekturę obowiązkową. W Polsce brakowało dużej, wieloaspektowej i wreszcie wyzwolonej z "polskiego" myślenia o Bonapartym biografii. Książka Robertsa zapełnia te lukę. Mówię otwarcie: jeśli liczycie tylko na politykę, zawiedziecie się. Ta książka jest o życiu, o epoce, o wojnach (świetnie opisanych), seksie, tyranii i upadku. Jest też przewrotna opowieścią o mechanizmach władzy, które zawsze prowadzą człowieka ku samotności i pustce.
Z uwagi na ogrom tej książki muszę od razu zaznaczyć, że jest to niezwykle mocno oparta na źródłach biografia najbardziej niezwykłego Korsykanina w historii. Dla niewtajemniczonych od raz zaskakuje fakt, że Napoleon w domu mówił po włosku, a językiem francuskim posługiwał się biegle (robiąc straszliwe błędy ortograficzne), ale zawsze jako językiem drugim. Roberts prowadzi czytelnika po życiu Napoleona od najwcześniejszych lat dzieciństwa i młodości. Książka jest bardzo klarownie i klasycznie zbudowana, z trzech części, klasycznie prowadzących czytelnika przez wzlot, szczyt kariery i wielki finał. Ta matryca kariery Napoleona została nałożona w naprzemiennie następujących rozdziałach na chronologiczną matrycę jego życia. Rozdziały zostały tak zakomponowane, by oddać przełomowy charakter wydarzeń w życiu cesarza. I tak, rozdziały takie jak "Egipt", "Brumaire", "Austerlitz" nie pozostawiają wątpliwości co do chronologicznej, klasycznej matrycy konstrukcyjnej książki. Muszę powiedzieć, że zdecydowanie pomaga to w odbiorze dzieła. Pomaga czytelnikowi wrócić do przerwanej lektury, co wobec gigantycznej objętości dzieła nie nastręcza problemów.
Z lektury wyłania się intrygujący obraz Napoleona jako człowieka. Jego prywatność, życie seksualne (bardzo bogate i urozmaicone) oraz jego stosunek do najróżniejszych aspektów życia, polityki, literatury i muzyki wyłania się z drobiazgowo zanalizowanych listów cesarza. Napoleon jako jeden z niewielu ludzi jego pozycji pozostawił gigantyczny zbiór 33 tysięcy (sic!), wydanych i skatalogowanych listów pisanych ręką cesarza, które Fundacja Napoleońska wydała od 2004 roku. Listy te stały się podstawą źródłową tej książki, co stawia biografię Andrew Robertsa wśród najwybitniejszych pozycji historiograficznych dotyczących Bonapartego, jakie kiedykolwiek napisano. I tak feministki nie mogą lubić Napoleona pod żadnym względem. Jego stosunek do kobiet był przedmiotowy i bezwzględny. Uważał, że jedyne co kobieta ma to ciało i to jest jedyny jej atut. Uważał, że kobieta nie powinna być zbyt inteligentna, ponieważ nie to jest jej powołaniem. Poglądy zatem na kwestię kobiecą miał Napoleon w normie swoich czasów. Zarazem, Napoleon nie był bigotem. Przyjaźnił się w sposób bardzo lojalny z Jeanem Jacquesem Cambacérèsem, faktycznym twórcą cywilnego kodeksu napoleońskiego, którego jawny homoseksualny styl życia nie był żadną tajemnicą. Napoleon był raczej tolerancyjny wobec różnych przejawów ludzkiej seksualności, choć sam, w sposób konsekwentny był zdobywcą kobiet.
Książka ta siłą rzeczy oddaje wspaniale nakreśloną panoramę napoleońskich wojen. Z intuicją znawcy angielski historyk bez ogródek wskazuje na uwarunkowania naturalnego geniuszu strategicznego Napoleona. Był doskonałym matematykiem i obserwatorem. W przerwie bitwy pod Lodi z armią austriacką w północnych Włoszech Napoleon bawił się w wyciąganie pierwiastków sześciennych. Potrafił matematycznie zanalizować teren, na którym walczył. Dostrzegał naturalne uwarunkowania, pagórki, rzeki, płoty, naturalne pozycje. Ale całe nowatorstwo militarnego geniuszu Napoleona było też skorelowane z czasem, w jakim żył. W epoce tej nie istniały asfaltowe drogi. Polne drogi były wąskie i siłą rzeczy poruszająca się armia musiała wybierać kilka tras na raz, żeby zdążyć na czas. Napoleon podzielił armię na korpusy, a te na dywizje i brygady, te zaś na bataliony (pułki). Armia zyskała większą mobilność. Bonaparte był też wyznawcą zasady, że należy wejść między wrogie armie i rozbijać jedną po drugiej, zanim wróg zdoła się połączyć. Bonaparte wygrywał tak długo, dopóki jego wrogowie nie odrobili lekcji i nie zaczęli walczyć tak jak on. Wówczas przegrał, a nastąpiło to w 1815 roku, kiedy miał przeciw sobie całą Europę.
Książka pozwala się uwolnić polskiemu czytelnikowi od polsko - centryczności w spojrzeniu na Napoleona. O Polsce jest zaskakująco mało i chyba trzeba się przyzwyczaić, że dla Napoleona sprawa polska była sprawą z pogranicza Imperium, sprawą nie drugo, ale trzeciorzędną. O romansie z hrabiną Walewską znajdziemy kilka akapitów, ale bez ogródek Walewska wychowała ich wspólnego syna na Francuza. Syn Napoleona został ministrem spraw zagranicznych Francji w okresie II Cesarstwa za Napoleona III. Za wyjątkiem inwazji na Rosję, o Polsce jest znikomo. Napoleon potrafił przyjaźnić się z Polakami:. pierwszym był jego adiutant w Egipcie, potem generał Kossakowski, i sam książę Józef Poniatowski.
Czy Napoleon był genialny, ale niebezpieczny? Rozkładem i śmiercią setek tysięcy swoich żołnierzy Grand Armee w Rosji się nie przejął. Miał zaskakująco dużo szczęścia w swojej karierze. Gdy upadli Jakobini, od śmierci uratowała go Józefina. Wyszedł cało z dwu zamachów, jakie zorganizowali na niego rojaliści. Bez cienia wahania skazał na śmierć księcia d`Enghein w roku 1804, mimo że człowiek ten mu nie zagrażał. Andrew Roberts wskazuje, że Napoleon Bonaparte jest ostatnim z oświeceniowych tyranów, który zdołał przesunąć akcenty. Bez niego nie nadeszłaby w Europie era konstytucyjnych państw, oraz dał Europie wyrastający z tradycji oświeceniowej kodeks cywilny. Jest jednym z ludzi, którzy zmienili Europę, i wywarli na późniejszych epokach piętno. Książkę Andrew Robertsa, wydaną przez wydawnictwo Magnum, polecam wszystkim miłośnikom historii, nie tylko bonapartystom. To lektura totalna, konieczna dla zrozumienia epoki. Wydaje się nieodzowna na studiach historycznych.
Mistrzowska książka o Korsykaninie, mówiącego w domu po włosku, robiącego koszmarne błędy ortograficzne po francusku, który stał się symbolem Francji tricolore.
Reaktywacja bloga
Czytelniku cierpliwy tego bloga,
Jak już zauważyłeś, bardzo zaniedbałem pisanie bloga.
Zmiany w życiu i przeniesienie się z jednego miasta do drugiego, i osadzenie się na powrót w strukturze zawodowej w moim przypadku oznaczało, że totalnie nie miałem czasu na pisanie blogosfery poświęconej książkom historycznym, tudzież literaturze faktu, którą namiętnie czytam, choć piszę powieści historyczne i sensacyjne. Niniejszym wracam do pisania tego bloga, ale zaznaczam, że recenzje nie będą ukazywać się często. Osoby lub wydawnictwa zainteresowane recenzjami proszę o kontakt przez stronę Wojciech Dutka pisarz
niedziela, 12 stycznia 2020
Przerwa w blogowaniu
Od kilku miesięcy nie zamieściłem żadnego tekstu. To celowe. Mam ogromny natłok różnych obowiązków związanych z pracą. Nie mam czasu na prowadzenie bloga. Jednak nie zarzucam powrotu do niego.
Na razie zapraszam na moją stronę na Facebooku
https://www.facebook.com/pisarzWojciechDutka/
Pozdrawiam
Wojciech Dutka
niedziela, 16 czerwca 2019
Recenzja: Czernobyl, mini-serial HBO, 5 odcinków, 2019
Czytelniku,
Jest godzina pierwsza w nocy minut 23, sekund 40, sobota, 26 kwietnia 1986 roku. Czernobyl. Blok reaktora czwartego. W tamtej chwili nastąpiła eksplozja pary wodnej i wodory zgromadzonego pod wielkim ciśnieniem. Jądro reaktora, pręty paliwa z Uranu 235 chłodzone wodą, pod wpływem temperatury wywołanej błędnie wykonanym i zaprogramowanym testem "włącz -wyłącz" mającym na celu przetestowanie czy energia elektryczna z turbiny może jeszcze przez minutę zasilać wyłączający się reaktor doprowadziła do eksplozji nuklearnej. Bo z tym w istocie mamy do czynienia. Tak zaczęła się katastrofa, która stanie się symbolem i preludium upadku Związku Radzieckiego.
Dziś telewizja stała się nośnikiem rzeczy naprawdę ważnych. HBO zaprezentowało miniserial złożony z 5 odcinków, a w rolach głównych wystąpili Jared Harris jako Walerij Legasow. Partnerują mu znakomity Szwed Stellan Skarksgaard, a także Brytyjka Emily Watson. Scenariusz serialu napisała historia - bo właśnie ona jest kluczem do zrozumienia filmu. To bezprecedensowa produkcja ukazująca jako mało która z tak wielkim realizmem Związek Radziecki, ludzi, struktury władzy, kłamstwo, fałsz i niekompetencję kraju - wielkiej potęgi militarnej i atomowej, gdzie ludzkie życie warte było bardzo mało.
Serial jest sprytnie zakomponowany narracyjnie. Pierwsza scena to samobójstwo Walerija Legasowa,wielkiego naukowca, który poświęcił wszystko, aby zabezpieczyć Europę przed skutkami eksplozji, które mogłyby stać się katastrofalne w skali setek, jeśli nie tysięcy lat. Byl on pierwszym naukowcem, który zdał sobie sprawę z tego, co się stało. To on przeczytawszy raport lokalnych władz i zeznań strażaków, których wysłano z Prypeci do "gaszenia pożaru", zauważył, że w tekście jest mowa o rozrzuconym graficie na przestrzeni wielu setek metrów od rozwalonego i płonącego budynku reaktora czwartego. To on poinformował Michaiła Gorbaczowa, przywódcę Związku Radzieckiego, że wybuchł reaktor, a paliwo jako radioaktywna lawa przepala się przed beton pokrywy i jeśli wejdzie w reakcję z woda w zbiornikach i wodami gruntowymi (Czernobyl jest zbudowany na podmokłym gruncie), to wówczas Hiroszima to będzie igraszką.
Oto co Walerij Legasow widział w Czernobylu (cytat za: https://wiki.czarnobyl.pl/wiki/Walerij_Legasow)
"Już w odległości dziewięciu, dziesięciu kilometrów do elektrowni
widać było nad nią szkarłatną poświatę... podobnie jak nad dużym
kombinatem metalurgicznym lub dużą fabryką, która swym blaskiem
rozjaśnia nocne niebo. Pamiętam tę drogę do teraz, muszę powiedzieć,
że wtedy nie przyszło mi do głowy, że zmierzamy ku wydarzeniu
światowemu, wydarzeniu, które prawdopodobnie zapadnie w historii
ludzkości na zawsze, jak wybuchy słynnych wulkanów, śmierć ludzi w
Pompejach lub coś o tej skali".
Mało kto sobie zdawał sprawę, że to było niszczące promieniowanie, które przechodziło przez metal, drewno, beton i żywe ciało niosąc śmierć. Właśnie śmierć jest najbardziej wstrząsająca w serialu. Film bowiem oddaje przede wszystkim hołd zwykłym ludziom z Rosji, Białorusi i Ukrainy, którzy oddali życie poświęceni przez podłe i bezduszne władze Związku Radzieckiego. Ożywa tragedia strażaków, których męczarnie w szpitalu w Moskwie, pokazano z wiwisekcyjną dokładnością. Nigdy nie widziałem ludzi - jeszcze żywych - którzy płoną od promieniowania, jak schodzi z nich skóra, odsłaniając żywe mięso.... Niesamowite są sceny z udziałem górników z Tuły, którzy nago w temperaturze 50 stopni kopali tunel pod reaktorem, aby nie dopuścić do przedostania się radioaktywnej lawy do wody gruntowej. Scena z ministrem górnictwa pyszna. Podobnie jak ożywa tragedia innych istot żywych. Obserwujemy masakrę zwierząt domowych, który wybito do nogi. Rozmowa o zabijaniu młodego chłopaka po maturze wcielonego do armii sowieckiej i starszego kolegi z Afganistanu (w tej roli znakomity duński aktor Fares Fares) oddaje rozterki kata. Do zabijania można się przyzwyczaić, napisałem przecież w "Czerni i Purpurze". Grozę budzą scen, gdy młodzi żołnierze musieli zrzucać z dachu radioaktywne resztki grafitu, podczas gdy promieniowanie wokół nich jak po wybuchu bomby atomowej. Ilu z tych ludzi umarło nie dożywszy trzydziestki? Jedak serial ukazując szerokie tło społeczne i polityczne ukazuje też mechanizmy władzy i kłamstwa, bo o kłamstwie, na którym zbudowano Związek Radziecki i system komunistyczny, jest także ów serial. Kłamstwie, które zatruło umysły. Najbardziej nikczemną postacią jest Anatolij Diatłow, odpowiedzialny za eksperyment, człowiek niekompetentny i typowy produkt sowieckiego prania mózgu. Choć z drugiej strony sam typ reaktora RBM, jaki pracował w Czernobylu, był wadliwy i bardzo ryzykowny. Ciąg zdarzeń, przypadkowych zarządzeń, niekompetencji i błędów doprowadził do katastrofy. Polecam wszystkim serial HBO. Doskonałe trzymające w napięciu kino historyczne i katastroficzne, najwyższej jakości. |
” | |
wtorek, 4 czerwca 2019
"Kłamstwo: według Floriana Zellera w Teatrze Bez Sceny
Paul - Andrzej Dopierała
Laurance - Agnieszka Bieńkowska / Oliwia Spisak
Michel - Wiesław Kupczak / Karol Gaj
poniedziałek, 6 maja 2019
Na marginesie "Czerni i Purpury"
Moje zdumienie wywołał fakt, że nikt do tej pory nie sięgnął po ich dzieje. Miłość młodego esesmana do żydowskiej więźniarki w obozie, który stał się synonimem Szoah, bezprecedensowego mordu dokonanego przez niemieckich nazistów na sześciu milionach europejskich Żydów, niesie ogromną ilość emocji. To temat krańcowo trudny dla pisarza, zwłaszcza że najważniejsze literackie książki na temat Zagłady opublikowali naoczni świadkowie, tacy jak Wiesław Kielar czy Primo Levi. Nie jestem też w sytuacji
Martina Pollacka, który opisuje historię własnej rodziny uwikłanej w nazizm (Śmierć w bunkrze, wyd. Czarne 2007). Jednak zdecydowałem się podjąć ten trudny, ale jakże intrygujący dla pisarza temat. O sprawie wspominali jedynie historycy Andreas Kilian i Gideon Greiff, znani z badania Holocaustu, a także Laurence Reece w swojej słynnej książce "Auschwitz: the Nazis and the final solution". Do czasu mojej powieści żaden z pisarzy i reżyserów nie uważał za stosowne, żeby zrobić o tym film, lub napisać książkę. W takim razie ja wypełniłem pustkę. Dlaczego tak się stało?
sobota, 30 marca 2019
Recenzja: Grzegorz Motyka, Obywatel "Igła" - krawiec ze Skaryszewa. Analiza mikrohistoryczna kontrrewolucji wyklętych, wyd. ISP PAN, Warszawa 2018
Czytelniku,
Profesor Grzegorz Motyka jest historykiem PAN zajmującym się historią najnowszą, szczególnie stosunkami polsko-ukraińskimi podczas II wojny światowej i represjami komunistycznymi na polskim podziemiu niepodległościowym po wojnie. Jednym słowem to historyk wytrawny, dojrzały i co dla mnie najważniejsze, obeznany ze źródłami epoki w stopniu pozwalającym na zaufanie.
Chciałbym niniejszym postem zrecenzować książkę wyjątkową, bo opartą na metodzie mikro-historycznej: Obywatel "Igła" - krawiec ze Skaryszewa. Analiza mikrohistoryczna kontrrewolucji wyklętych, poświęcona postaci porucznika Tadeusza Zielińskiego pseudonim "Igła" 1927-1948, żołnierza wyklętego walczącego z komunistami w powiatach radomskim i kozienieckim po wojnie.
Dlaczego zwróciłem uwagę na tę postać i tę książkę? Żyjemy przecież w epoce państwowego kultu żołnierzy wyklętych, którego szeroki zakres możemy obserwować co rusz, przy okazji jakiegoś pomnika, lub przy okazji marszu narodowców w Warszawie, lub co gorsza w marszu nacjonalistów ku czci "Burego" w Hajnówce. Chciałbym też, byście Państwo wiedzieli, że to nie jest moja tradycja. Jednak książka Grzegorza Motyki jest na tyle ciekawa, że chciałbym zatrzymać się na chwilę. Rzadko doprawdy w siermiężnych publikacjach IPN poświęconych żołnierzom wyklętym można spotkać użycie dojrzałych metod historycznych, takich właśnie jak analiza mikrohistoryczna. Jej najwspanialszym przykładem jest znakomita książką Natalie Zemon Davies "Powrót Martina Guerre`a" z roku 1983. Na zasadzie pars pro toto można dzięki niej pokazać szerszy proces historyczny na podstawie historii jednego człowieka, który urasta do rangi reprezentanta pokolenia lub grupy społecznej.
Niewiele wiemy o historii Tadeusza Zielińskiego (1927-1948), zwykłego, prostego chłopaka, który poszedł do partyzantki AK pod koniec wojny, ale jego prawdziwa, krótka, krwawa walka rozegrała się dopiero po wojnie, z komunistami. Nie wiemy, czy wojnę przeżyli jego rodzice i rodzeństwo. Nie wiemy z kim się spotykał, czy miał dziewczynę. Stał się jednak jednym z najbardziej znienawidzonych przez władze ludową żołnierzy wyklętych, który udanymi akcjami, zabijaniem członków PPR oraz UB (w tym wysokich rangą członków UB) dał się komunistom bardzo we znaki. Po trzech latach zaciętej walki, zagnany i wyczerpany psychicznie i fizycznie, popełnił samobójstwo rozrywając się granatem po zdradzie najbliższego kolegi. Nie ma swojego grobu. Zachowało się jedyne jego zdjęcie:
Jego biografia pozostanie już w znacznej mierze niezrekonstruowana - ale według profesora Motyki - "Igła" był to jedyny żołnierz wyklęty, który NIE dopuszczał się żadnych antysemickich występków. Pod tym kątem jego sumienie i konto jest czyste. Dla mnie ma to znaczenie. Zarazem Motyka ma świadomość, że kult żołnierzy wyklętych jest dziś fenomenem społecznym i z pewnością jest reakcją ludową, popularną na sączony przez lata przez środowisko "Gazety Wyborczej" dystans do tradycji narodowej, ukazywanej jako coś jednoznacznie złego. Tymczasem "Igła" może być uznany za kontrapunkt w tej narracji. Jest to człowiek zapomniany, a zupełnie niesłusznie.
Motyka udanie tworzy książkę, która jest też analiza socjologiczną i politologiczną tego fenomenu. Odnosi to do uznanych nazwisk polskiej historiografii, takich jak na przykład Paweł Jasienica, także żołnierz wyklęty Zygmunta Szendzielarza - Łupaszki, prześladowany w PRL za biografię i poglądy. Mając za odniesienie znakomity esej Jasienicy " O wojnie domowej" odnoszący się tylko pozornie do kontrrewolucji w Wandei w 1793 Motyka próbuje zrozumieć kontrrewolucję wyklętych i doszukuje się w niej głębokich mechanizmów społecznych, naturalnemu oporowi przeciw tyranii uderzającej w najbardziej intymne dla Polaków miejsca: Kościół Katolicki i tradycję. To żołnierze wyklęci, a nie PPR i PSL cieszyli się na polskiej wsi niekłamanym poparciem. I widzi w tej walce przyczynę dla której kolektywizacja wsi w Polsce nie powiodła się tam, gdzie ugruntowana była własność prywatna. To właśnie jej bronił "Igła".
Porucznik Tadeusz Zieliński "Igła" to bez wątpienia piękny, wspaniały człowiek, którego prawica nie musi się wstydzić.
Chcę o nim napisać powieść.
wtorek, 12 lutego 2019
Recenzja: Helena Łuczywo, Anna Bikont, Jacek, wyd. Agora - Wyd. Czarne, Warszawa 2018
Czytelniku,
Jacek Kuroń był jedną z ważniejszych postaci polskiej najnowszej historii po roku 1945. Opozycjonista, założyciel KOR, jedna z najbardziej ekspresyjnych postaci niekomunistycznej lewicy. To ikona. Trzeba mieć osobistą odwagę,aby porwać się na pisanie biografii ikony. Podjęły się tego związane z Gazetą Wyborczą Helena Łuczywo i Ana Bikont, swoją drogą osoby bardzo w pisaniu doświadczone, mające pewien warsztat, i wszystkie atuty w ręku. Jaki jest według mnie rezultat?
To jednak przegrana, ale za chwilę wyjaśnię dlaczego.
Nauczono mnie jako historyka, że pisanie o czyimś życiu, a więc pisanie biografii jest jedną z najtrudniejszych arkan pisania i warsztatu historyka. Trzeba bowiem zmierzyć się z wszechświatem w skali mikro, jakim jest życie człowieka - jego charakter, pasje, ułomności, niedoskonałości, fobie, pasje, dzieła, poglądy, seksualność i innych ludzi obracających się wokół niego. Taką biografią jest biografia zakonnika z Wirtembergi "Martin Luter: Un destin" pióra Lucien Febvre`a. A zarazem nauczono mnie, a na studiach doktoranckich na Uniwersytecie Jagiellońskim miałem naprawdę dobrych nauczycieli, że historyk nie może podchodzić do bohatera biografii na kolanach. Jest zarazem pokusą zbyt wielką, aby w czasie pisania nie polubić za bardzo swojego bohatera, bo to będzie widać w narracji historyka, która jak pryzmat pokazuje poglądy tego, który pisze.
Problem polega na tym, że Helena Łuczywo i Anna Bikont - z całym szacunkiem - są Kuroniem autentycznie i bez reszty zachwycone. Nie ma się czemu dziwić. Znały go doskonale, obracały się i obracają w kręgu jego znajomych, a więc ludzi KOR-u. To nie jest zarzut, a zarazem trochę jest, ponieważ mimo prób autorki nie zdobyły się na w pełni krytyczną narrację o swoim bohaterze. Trochę taką jaką Artur Domosławski zaserwował wiele lat temu pisząc bezlitośnie szczerą biografię Ryszarda Kapuścińskiego. On nie był na kolanach wobec swojego bohatera, mimo że blisko go znał i skończyło się w sądzie. Łuczywo i Bikont nie zdobyły się na to. Celem książki chyba nie jest biografia totalna Jacka Kuronia, w pełni historyczna. Jest to trochę dzieło "ku pokrzepieniu serc" środowiska Wyborczej i przyjaciół Pana Jacka Kuronia.
Muszę się jako recenzent wypowiedzieć o metodzie oraz o sposobie narracji autorek. Ich warsztat, tak świetny w przypadku Anny Bikont, niestety się zatracił. Autorki mają dziwną manierę przywoływania dłuższych wypowiedzi przyjaciół, znajomych Jacka Kuronia, ludzi z nim związanych. To trochę irytujące, ponieważ nie widzimy postaci historycznej Jacka Kuronia, ale wyłącznie jego obraz z oczu przyjaciół i znajomych. To osłabia wartość poznawczą książki. Bikont i Łuczywo toczą dyskusję z tymi poglądami, a trochę pozostawiają je bez komentarza.
Nie mogę nie napisać, że na mały plus wypada próba ukazania życiowych zakrętów Jacka Kuronia, takich jak nieumyślne doprowadzenie do śmierci uczestników spływu kajakowego, których Kuroń był harcerskim wychowawcą. Piszą, ale jakoś bez przekonania, o jego "denuncjacjach wrogów ludu" w latach pięćdziesiątych, w apogeum stalinizmu, jako harcerza i opiekuna harcerzy. Ten stalinowski okres w życiu Kuronia jest jakże charakterystyczny dla całego środowiska. To zachłyśnięcie się komunizmem w jego siermiężnej i skostniałej formie stało się jednak punktem wyjścia dla poszukiwania własnej, lewicowej identyfikacji przeciwko komunizmowi. Te fragmenty książki są mocne i zarazem udało się pokazać Kuronia na tle Modzelewskiego i może trochę Michnika w okresie poprzedzającym straszliwy rok 1968 jako człowieka, który wychodzi z gorzkiej świadomości przegranej jako komunisty do zażartego wroga komunizmu.
Wydaje mi się, że na sposobie narracji autorek ucierpiało istotnie tempo książki, która gdzieś koło strony 400 stała się nużąco przewidywalna. Wiemy, jak to się skończy. Książka pokazuje Kuronia jako człowieka boleśnie rozdartego miedzy ideami, o które walczył. Brakuj mi po prostu innego dysonansu: jego stosunku do żony, która poświęciła się mu bez reszty Gajce Kuroń - która jest ukrytą, drugoplanową bohaterką tej książki. Za bojownikiem stała lojalna, piorąca-sprzątająca, gotująca żona, bo Kuroń nigdy nie zajmował się domem i miał do pieniędzy stosunek ambiwalentny. Z książki przebija, ale nie wybrzmiewa - nie byłoby Kuronia, ikony lewicy, gdyby nie jego pierwsza żona, Gajka, kobieta z ambicjami intelektualnymi, która poświęciła wszystko, do samego końca dla męża i skryła się w jego cieniu. Dzięki książce Bikont i Łuczywo polubiłem bardzo panią Gajkę, zaś Jacka Kuronia nie.
I wreszcie na koniec gorzka konstatacja. Jacek Kuroń był naprawdę jedną z najważniejszych postaci polskiej lewicy XX wieku, postacią jakiej lewica nie ma teraz w Polsce i długo jeszcze mieć nie będzie. Ta książka jest dla mnie dramatyczną próbą środowiska Gazety Wyborczej zachowania pamięci o nim. Bo jemu naprawdę jak mało komu na lewicy należy się zaszczyt nazwania ulicy jego imieniem. W Warszawie dalej będą patronowali ulicom bohaterowie PRL, ale zostawiam to, bo tonie należy do recenzji.
Gdyby Bikont i Łuczywo miały redaktora terrorystę, który z siedmiuset stronicowej książki zrobiłby trzysta pięćdziesiąt, skoncentrowanych na postaci, dynamicznych stron, ta książka tylko by zyskała na klasie. Kuroń zasługuje po prostu na lepszą biografię. Patrzę na tę książkę nie tylko jako historyk, ale jako pisarz i nauczyciel historii. A to są trzy trochę różne, choć nie rozbieżne perspektywy. I we wszystkich trzech widzę braki.
Jacek Kuroń - oddala się od naszego czasu, im bardziej oddalamy się od PRL, tym bardziej młode pokolenie go zapomni. Ja pamiętam go tylko jako faceta w dżinsowej koszuli mówiącego w telewizji w cotygodniowych pogadankach o tzw. Kuroniówce. Moi uczniowie nie skojarzą zapewne tego pojęcia. I to jest proces nie do zatrzymania. I to mnie smuci.
Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560
Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby Autorem opracowania je...
-
W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyseri...
-
Czytelniku, Dziś wiedza o Antyku, grecko-rzymskim stała się elitarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Słowa tytułu tej książki możn...
-
Czytelniku, Profesor Grzegorz Motyka jest historykiem PAN zajmującym się historią najnowszą, szczególnie stosunkami polsko-ukraińskim...








