niedziela, 30 marca 2025

Recenzja: Adam Zadworny, Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku, wyd. Czarne, Wołowiec 2025. #heweliusz

 


Gdy Heweliusz zatonął, miałem 14 lat, więc pamiętam coś tam z wiadomości i oczywiście jako nastolatek nie interesowałem się tym. Do teraz. Kupiłem książkę w Warszawie na dworcu głównym w księgarni, gdzie kupuję większość książek wydawnictwa Czarne. To wydawnictwo trzyma poziom polskiego reportażu. 

Książka Adama Zadwornego "Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku" nie jest żadną naukową rekonstrukcją katastrofy promu. To wyraźnie przedzielona cezurą sposobu opowiadania narracja. Przyznam, że pierwsza odsłaniająca życie polskiego marynarza przełomu PRL i III Rzeczpospolitej - przemyt i niejasne interesiki duże i małe, to miało swój koloryt. Autor bardzo kompetentnie przedstawił ludzi podróżujących owej feralnej nocy. Siłą rzeczy musiał skupić się na załodze przede wszystkim, a także na tych którym udało się przeżyć. Sama katastrofa jest też świetnie i bardzo dynamicznie pokazana zwłaszcza z perspektywy ludzi, którzy nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że statek idzie na dno. Jest tam businesswoman-armatorka, kapitan, oficerowie, chief, kucharze - ludzi ci mają imiona i nazwiska i autor sprytnie wybrnął z rafy, jaką daje konieczność opowiadania o ludziach prawdziwe żyjących. Przyznam, że kipiel morska - uniemożliwiająca oddychanie jest świetnie opisana. można niemal ją poczuć. 

Gdy kończy się katastrofa i narracja skupia się na tych, którzy zostali oraz na przewodzie sądowym niestety temperatura reportażu spada. Ale to nie jest zarzut, to konsekwencja stylu opowiadania. To, że przekonująco nie zabrzmiały wyroki w świetle tego, jaka była Polska w latach 90-tych ubiegłego wieku mnie przekonuje. Heweliusz to symbol tego, że jakoś to będzie. Niedokończony remont, konieczność zarobku, lekceważenie siły przyrody, to się wiele razy składało na tragedię. Ale w szczególności w realiach polskich ma to swoje konsekwencje. 

Naprawdę warto przeczytać. 
Moja ocena 8/10  

sobota, 1 marca 2025

recenzja: Nosferatu, reż. Robert Eggers, horror 2024

 


Film Roberta Eggersa, którego wcześniejszy film "Viking" mogliśmy oglądać w kinach w roku 2022, teraz zaserwował nam najnowszy swój obraz, który możemy oglądać od 21 lutego na dużym ekranie. To Nosferatu, czyli horror - film, na który czekałem i jak mało który ukazuje nasze najbardziej pierwotne lęki ludzkie. Dla mnie ten film stanowi niezwykłe, barwne kadrowo arcydzieło - uważam, że brak Oscara za zdjęcia byłby zaskoczeniem in minus. 

Fabuła przypomina klasyczny film o Draculi - motyw podróży męża kobiety, która stanowi przedmiot pożądania Nosferatu do mrocznego zamczyska w Rumunii jest przewidywalna. Nowością dla mnie jest aktorstwo - Nilolas Hoult znakomicie oddał zakochanego mężczyznę, który chce się za wszelką cenę wyrwać z domu bestii i uratować kobietę, która zdaje się rozumieć, że tylko jej dobrowolna ofiara zakończy koszmar. Aktorsko role kobiece są bardzo dobre. 

Dla mnie najciekawszym konstruktem filmu jest bestia - grana przez jednego z młodych braci Skarksgaardów, żywy trup który jest jak plaga, jak manifestująca siebie samą groza epidemii, niemal ze średniowiecznego tańca śmierci. Istotą - jak mniemam - przesłania, że lęki seksualne, które istnieją w każdym człowieku. Przed jaką bestią ostrzega nas Eggers? Spróbujmy podążyć w interpretacji najnowszego "Nosferatu" w kierunku metafizycznym. Czy to nowy totalitaryzm? Nowa epidemia, której bakcyl nieodkryty wciąż czeka gdzieś w Kongo lub w chińskiej jaskini? Istotą lęku przed Nosferatu jest lęk przed drugim człowiekiem i kontaktem z nim. 

Fabuła jest mniej ważna od niezwykłej plastyczności i wizyjności filmu. Szukam w pamięci obrazów, które odzwierciedlałyby fotosy z filmu. 

Dla mnie 8/10

czwartek, 20 lutego 2025

Recenzja": Serhii Plokhy, Wrota Europy. Zrozumieć Ukrainę, tłum. F. Skrzepa, wyd. Znak, Kraków 2022, ss.502


Wracając wczoraj z Warszawy miałem kilka godzin żeby rozprawić się z książką ukraińskiego historyka Serhija Plokhy wydaną w roku 2022 przez Znak w tłumaczeniu Franciszka Skrzepy. Na początku recenzji musimy sobie zdać sprawę, do kogo adresowana jest ta książka. Jej tytuł bowiem bynajmniej nie jest w języku ukraińskim. To po prostu "The gates of Europe: A history of Ukraine" i jest to książka napisana przez historyka ukraińskiego dla amerykańskiego i generalnie zachodniego odbiorcy, który do 2022 lub generalnie do rewolucji z roku 2014, która poprzedziła pierwszą inwazję Rosji na Ukrainę niewiele o Ukrainie wiedział. Takie, prawidłowe rozumienie, po co książka została napisana umożliwia odczytanie jej prawidłowego kontekstu. O tym, z jakich instrumentów narracyjnych ta książka jest zbudowana szerzej w recenzji. 

Nie rozumiem związku pierwszych rozdziałów z Ukrainą. Co ma wspólnego scytyjski step w starożytności, lub historia greckich kolonii na Krymie. To zdecydowana przesada, by traktować to jako historię starożytna Ukrainy. Jeśli we wszystkich syntezach historii Polski, które znam mało kto pisze o historii starożytnej ziem polskich i nikt nie traktuje ich w kategoriach etnicznych. Zresztą o przymiotniku "etniczny" jeszcze się wypowiem w kontekście tego, jak ukraiński historyk sobie poczyna. 

Autor zaczyna pisać o Rusi Kijowskiej dopiero kilkadziesiąt stron później, którą można i trzeba uznać za pierwsze państwo chrześcijańskie o dynastii bez wątpienia normańskiej, która zaczęła historię państwowości wschodnich Słowian. Chrzest Włodzimierza Wielkiego w 981 roku jest cezurą podobną do naszego roku 966. Jednak Plokhy nie uważa Rusi Kijowskiej za początek Ukrainy. Dla niego i chyba można się z tym zgodzić to jest początek wszystkiego, co państwowe u wschodnich Słowian. Gdyby nie pewne wydarzenie, dziś istniałoby na wschód od Polski tylko jedno państwo, ze stalicą w Kijowie właśnie. Co się stało? Zmiana w historii jest tutaj bezdyskusyjna - 6 grudnia 1240 kończy się żywot Rusi Kijowskiej. Mongołowie krwawo mordując całe miasto zmienili bieg historii. Tak jak zdobycie Bagdadu przez dzikusów Hulagu w roku 1258 sprawiło, że świat islamu zatrzymał się w rozwoju cywilizacji tak zniszczenie Kijowa jest cezurą, w której w tej przestrzeni na wschód od Polski zaczną się procesy państwotwórcze dotyczące kilku organizmów państwowych. Tutaj zgoda. Autor widzi początek Ukrainy w księstwie halicko-włodzimierskim księcia Daniela z wieku XIV. Przy okazji autor poczynił sobie uwagę następującej treści na stronie 87 - książę Daniel rezydował w Chełmie (położonym w granicach dzisiejszej Polski). Z kontekstu logiczno-semantycznego tych zdań wnioskuję, że ukraiński historyk uważa, że Chełm jest ...ukraiński i jest na terenie dzisiejszej Polski. Dziwne, prawda? Ale takich smaczków jest więcej. 

Uwiera Serhija Plokhy to, że w czasie Unii Lubelskiej zignorowano sprawę ruską - gens ruthenus nie został uznany za pełnoprawny naród polityczny. Z tym też można i wypada się zgodzić. Jednak dalej są niekonsekwencje. Na stronie 122 autor umniejsza zupełnie rolę pierwszej bitwy chocimskiej 1621 roku i stwierdza, że Rzeczpospolita poniosła tam porażkę. Umniejsza rolę współpracy hetmana Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego z Polakami. Ale to jeszcze nic. Dla ukraińskiego historyka nie istnieje temat masakry polskich jeńców pod BATOHEM, bo niby z jakiej racji miałby być? Chmielnicki w jego narracji jest początkowo zaskoczony skalą sukcesu, ale ukraiński historyk zasadniczo nie zatrzymuje się na konsekwencjach układu w Perejasławiu, gdzie Chmielnicki oddał Ukrainę Rosji. Argumentuje na stronie 150, że car Aleksy dał Kozakom prawdziwą wolność. Negatywnie natomiast opisuje hetmana Wyhowskiego, który dążył do unii w Polską. Muszę przyznać, że niektóre wywody historyka są zabawne. Na przykład dokument prawny znany jako "konstytucja Filipa Orlika, często jest uważany za pierwsza konstytucje Ukrainy, [przyjętą, co wielu podkreśla z dumą na długo przed konstytucją Stanów Zjednoczonych" - s.176. Nie wiem, kim wybitnym jest Filip Orlik, ale przypomnę, że jeśli już szukamy wzorcowego dokumentu konstytucyjnego przed rokiem 1787, to ja znam dwa. Pierwszy to konstytucja republiki korsykańskiej z roku 1769 i konstytucja Nihil Novi z Radomia z roku 1506 i ta druga weszła w życia i regulowała relacje między władzami państwa polsko-litewskiego do rozbiorów. I to jest clou tej narracji. Plokhy jest nacechowany głęboką niechęcią do Polski, co jest charakterystyczne dla środowiska Ukraińców wywodzących się z diaspory amerykańskiej i kanadyjskiej. Mnóstwo jest w tej książce takich czułych słówek, które podkreślają jak bardzo Ukraińcom było w Polsce źle - a to było źle chłopom, a to księżom bardzo źle. Oczywiście, w Rosji było lepiej. Poza tym gdy piszemy o wiekach XVII i XVIII w moim przekonaniu nie istniała identyfikacja narodowa ukraińska tak samo jak nie istniała polska identyfikacja narodowa, ponieważ w tym czasie tylko szlachta uważała się za naród. Reszta społeczeństwa była zeń wykluczona. Nie wiem, co sądzić, gdy pisze Plokhy na stornie 182, że "na zachodzie władca rosyjski zatrzymał pochód Kościoła Katolickiego na linii Dniepru i zaczął go spychać na zachód". To brzmi jak wojna światów, w stylu Huntingtona. To dowód na to, że myślenie antypolskie i antykatolickie jest częścią myślenia tego autora, jak gdyby kościół grecko-katolicki nie był dziś częścią narodowej tożsamości Ukrainy, a przecież powstał w tak nielubianej przez niego Unii Brzeskiej. Na stronie 195 autor nie sprzeciwia się zasadniczo twierdzeniu, że rozbiory Polski to zasadniczo "zjednoczenie ziem ruskich", choć zdaje sobie sprawę, że to kalka historyków sowieckich. Często w odniesieniu do XVII i XVII wieku używa on słów "etniczny Ukrainiec" jak na przykład carski minister Bezborodko, albo "etniczny Polak" w odróżnieniu od "spolonizowanego katolika". Czym są te nacjonalistyczne supozycje logiczne w odniesieniu do czasu, kiedy nacjonalizm nie istniał? Zupełnie nie zgadzam się z twierdzeniem, że przed 1848 rokiem istniał polski nacjonalizm na stornie 215. Rok 1848 nie odegrał żadnej istotnej roli w historii Polski. Podobnie w roku 1863 istnieli dla Serhyia Plokhy "polscy nacjonaliści", choć wytężając całą moją wiedzę i pamięć na sztandarze powstania styczniowego była orzeł, pogoń i święty Michał Archanioł. Czy nie tak? Powstanie styczniowe jak mało które próbowało naprawić historyczny błąd Unii Lubelskiej i próbowało wyjść do Ukraińców. Poświęciłem temu jeden z tekstów naukowych. Otóż w maju 1863 grupa studentów Uniwersytetu Kijowskiego - Polaków i szlachty pojechała na wieś ukraińską ze złotą hramotą, czyli odezwą rządu narodowego i została zmasakrowana widłami, cepami, siekierami i piłami do drewna. Tego epizodu ukraiński historyk nie zna, bo nie zna historii powstania styczniowego. Andriej Potiebnia, Ukrainiec który porzucił armię carską i walczył w szeregach powstania zginął pod Skałką.. Jego pan autor też nie zna, a powinien. 

W moim przekonaniu autor bagatelizuje wpływ jaki na świadomość ukraińską miała OUN i Stepan Bandera. Pisze o nim, ale oszczędnie, i widać po przemilczeniach, jak śliski to jest dla autora temat. Nie dziwie się. Na stronie 347 pojawia się jedno zdanie, cytuję "Polska ludność Wołynia padła ofiarą ataku ukraińskich nacjonalistów". Koniec cytatu. To skandalicznie mało jak na rozdział "Hitlerowski lebensraum". Za to w rozdziale "Zwycięzcy" na stronie 353 znajduje się stwierdzenie, że to pojawienie się sowieckich oddziałów partyzanckich wywołało konflikt polsko-ukraiński po Stalingradzie. Sowieci mieli otrzymać pomoc od polskich osadników i w rezultacie "wybuchły walki". Pada zdanie, że "większość ofiar czystek etnicznych stanowili Polacy". Ukraiński historyk stwierdza, że Polacy zabili od 15 do 30 tys. Ukraińców, a polskie ofiary od 60 do 90 tys. Przeniesienie rzezi wołyńskiej do rozdziału o Sowietach jest manipulacją, bo zaciera obraz zbrodni ukraińskiej, która była wypisz wymaluj przeniesieniem hitlerowskiej idei czystej rasy na grunt ukraiński. 

U dołu tej strony redakcja Znaku, która jak widać, też nie mogła tego znieść zamieściła ogromny przypis do ustaleń profesora Grzegorza Motyki, najwybitniejszego znawcy problematyki wołyńskiej. Plokhy stwarza wrażenie, że czystki były wzajemne i obie strony ponoszą za to odpowiedzialność. Przykro mi, ale prawda jest inna. 

To ukraińscy nacjonaliści - Melnyk i jego ludzie, za wiedzą Bandery o czym informowała go w Sachsenhausen żona - zaplanował i przeprowadził ludobójstwo, które można porównać do tego, co z Serbami zrobili ustasze w Chorwacji i Hutu na Tutsich w roku 1994. Tylko w tych trzech przypadkach w historii wieku XX ludobójstwa dokonano siekierami, tasakami, piłami do drewna, młotami, w bezpośredniej obecności ofiar i katów, którzy czerpali z tego przyjemność. Nikt i nic nie zmyje tego z banderowsko-melnykowskiej historii UPA. 

Ta książka zmęczyła mnie bardzo, ale jej lektura jest dla polskich czytelniczek i czytelników ożywcza - ukazuje bowiem jak ukraiński, pracujący w USA historyk, widzi historię Ukrainy. Z wieloma tezami tej książki można się nie zgadzać, można i trzeba z nim polemizować, spierać się uczciwie i na fakty. 

I na koniec tej recenzji jedno oświadczenie: wspieram i zawsze będę wspierać walkę demokratycznej Ukrainy z faszystowską, putinowską Rosją. Ale jako Polak mam nadzieję, że przyjdzie dzień w którym Ukraińcy i Ukrainki, a wierzę, że są w większości dobrymi ludźmi dziś, zapłaczą na ponad stu tysiącami Polaków wymordowanych w ludobójstwie na Wołyniu dokonanymi przez UPA. Nie możemy w naszych relacjach uciec od tego tematu. Ukraina może mieć nowych bohaterów narodowych na następne setki lat - chłopaków z Mariupola, lotników, żołnierzy i żołnierki ukraińskie walcząca o wolność z armią rosyjską, polskich ochotników którzy oddali życie za wolną Ukrainę w tej wojnie i kiedyś potępią Banderę i jego ludobójczą ideologię. Wierzę, że doczekam tego dnia. Pojednanie się narodów jest trudne, ale droga doń nigdy nie wiedzie przez przemilczanie. 


 

piątek, 14 lutego 2025

Recenzja: Ciche braterstwo - The Order, reż. Justin Kurzel, prod. USA #theorder

 




Film "Ciche braterstwo" - Justina Kurzela - angielski tytuł The Order nie wszedł w Stanach Zjednoczonych do kin, gdyż dystrybutorzy przestraszyli się werystycznej wizji amerykańskiej niezwykle skrajnych, nacjonalistycznych środowisk prawicowych, które odegrały tak dużą rolę w próbie ataku na Kapitol w styczniu 2021 roku, kiedy obecny prezydent USA przegrał wybory. Zresztą na końcu w postscriptum autorzy filmu o tym wspominają. Zresztą film ukazuje to środowisko w sposób bardzo ciekawy, nie epatujący skrajnościami - choć film jest okrutny. Obejrzałem go na Amazon Prime Video. 

Osią filmu jest nieuchronny konflikt - jak w "Poetyce" Arystotelesa dwu mężczyzn, bo to jest film w starym stylu, bardzo męski, a naszkicowane kobiety są ważnymi, choć tylko postaciami tła. Oto do stanu Waszyngton na sam północno-zachodni skraj przyjeżdża z Idaho detektyw FBI Terry Husk (w tej roli świetny Jude Law, pogodzony z tym, że lata uciekają), prowadzący śledztwo w sprawie napadów przeprowadzanych przez tajemniczą ekstremistyczną grupę. Jego alter-ego w tym filmie jest biały ekstremista Bob Mathews, którego poznajemy silnie przez kontekst rodzinny - a gra go Nicolas Hoult. Swoją drogą to dwaj Anglicy grają w tym filmie mocne i wyraziste amerykańskie postaci. Ekstremista nie jest potworem, jakiego można sobie wyobrażać - jest jak mówiłem rodzinny, czuły dla żony, dla adoptowanego syna. Ale Hoult gra go tak, że od razu wiemy, że ten człowiek będzie zabijał. On żyje nienawiścią i supremacją białej rasy. Reżyserowi udało się pokazać kompleks prowadzący do gotowości popełnienia masowych zbrodni - co przecież świetnie w zeszłym roku pokazała "Strefa Interesów". I kluczowa dla poetyki filmu, przepełnionego intrygującą ścieżką muzyczną jest scena gdy dwaj przeciwnicy nie wiedząc o sobie wybierają się na polowanie i mierzą do tego samego jelenia. Ta scena jest ciekawie zrobiona, bo obydwaj przeciwnicy na łonie natury gawędzą sobie, wiedząc że ich starcie jest nieuniknione. 

Swoją drogą to ciekawy film pokazujący Amerykę Reagana z innej strony, odzierający ją do reszty z nimbu niezwykłości, czy też ziemi obiecanej. Ukazana na bliższym planie amerykańska prowincja z pewnością dziś jest jeszcze smutniejsza i bardziej odrapana niż wtedy. Pas Rdzy wyhodował przecież zwycięstwo Trumpa, które nie wzięło się z nikąd, ukazując, że procesy gnicia wielkiej demokracji mogą nieoczekiwanie przedzierzgnąć ją w autorytarną dyktaturę. Już taki film widzieliśmy "Civil War", który można traktować jako ostrzeżenie. 

Bardzo mocny film. Klasyczny, bez fajerwerków, z ciekawie zarysowanymi postaciami, które muszą nieuchronnie spotkać się w ostatecznej bitwie. Film jest oparty na autentycznych wydarzeniach z 1983 roku. 

niedziela, 19 stycznia 2025

#Caravaggio - Oczekiwanie w drodze do Egiptu - impresja filozoficzna



 

Dziś mam dla Państwa tylko obraz mojego ulubionego malarza baroku, Michelangelo Merisi di Caravaggio (1571-1610). Obraz ten zatytułowany został "Oczekiwanie w drodze do Egiptu" i datowany jest na mniej więcej lata 1597-1598. Zleceniodawca nie jest do końca jasny. Oczywiście, można interpretować obraz teologicznie i pewnie dobrzy są w tym różni duchowni. Ja jednak nie chcę tak tego analizować. Obraz oczywiście jest podzielony na dwie części. Matka z dzieckiem i jej opiekun, który dostaje od Boga w postaci anioła muzykę jest przeniesieniem aktu tworzenia, uzmysłowieniem człowiekowi jego możliwości. Jednak skłaniałbym się do tego by Państwo spojrzeli na anioły Caravaggio z perspektywy bardziej cielesnej. Proszę uważnie się przyjrzeć aniołowi.

Otóż chrześcijaństwo w zasadzie od Ewangelii św. Jana przyjęło w dużej mierze platońsko-stoickie rozumienie Logosu, jako słowa Bożego. Ludzkiego Chrystusa łatwiej idealizować, gdy weźmie się od Greków cały koncept stworzenia przez sens, bo przecież Słowo ma sens wyrażany też matematycznie w logice. Przez sens wszystko powstało i nic nie mogło się stać bez jego udziału: niech będzie matematyka, podstawowy język wszechświata. Potem człowiek, tak nędzny, a mimo podniesiony w chrześcijaństwie do boskości. I tak idziemy do uwielbianej przez kościół koncepcji duszy, którą ogranicza grzeszne ciało. Obsesja cielesności i związanej z nią grzeszności jest w kościele żywa. 

A tu, proszę spojrzeć.

Koncept anioła to przecież ciało, oświetlone, wydobyte z nicości, pulsujące ciepłem i krwią, jedynym życiem jakie znamy. To ciało u Caravaggio jest boskie, to na nie agresywny światłocień pada zawsze i w nim wszystko inne nabiera innego odniesienia. A może powinniśmy spojrzeć na ciało u Caravaggia tak jak chciał tego Michel Foucault? U Francuza człowiek jest ciałem spętanym przez ducha, ubezwłasnowolnionym przez niego, nieważne czy platońskim, katolickim, protestanckim, ale duchem który ma ukarać ciało za to jakie jest. A przecież nie ma, jak dobrze rozumiem teologię, dla człowieka innej możliwości zbawienia jak przez ciało, bo przecież jesteśmy naszym ciałem i nie będziemy w tym życiu innym. Łącze ostatnio w moich analizach filozofię Foucaulta i malarstwo Caravaggia. 

Zmagam się z czasem, który mi przecieka przez palce. Może się coś z tego urodzi? Może powieść? A może na stare lata, jak szaleniec, pójdę na studia z historii sztuki?



niedziela, 12 stycznia 2025

#American Primeval #switameryki Recenzja: Świt Ameryki, mini serial. Netflix 2025

 


Czytelniczko-Czytelniku 

Znów Netflix zrobił coś dobrego, co jak pewnie Państwo wiedzą nie jest wcale częste. Mini serial robi wrażenie sposobem opowiadania, a właściwie sposobem pokazania Utah, czyli Dzikiego Zachodu w roku 1857 czyli jeszcze przed wojną secesyjną. Oto kobieta z synem przyjeżdża do Utah w poszukiwaniu męża i szuka przewodnika, który przeprowadzi ją bezpiecznie przez góry. W wieku XIX Góry Skaliste stanowiły straszną zaporę w drodze do Kalifornii, ale prawdziwy wysyp żądnych nowego życia pionierów zaczął się wylewać na Zachód dopiero po wojnie Stanów Zjednoczonych z Meksykiem (1846-1848), kiedy administracja prezydent Polka zagarnęła ogromny obszar na Zachodzie, z Texasem, Nowym Meksykiem, Nevadą, Arizoną , Kalifornią i Utah. 

W serialu nic nie jest takie, jakie się wydaje. Kobieta i jej syn nie są bowiem tym, za kogo się podają. Oto dołącza ona do dużej grupy osadników, wśród których znajdują się wyznawcy religii mormońskiej. W ogóle sposób w jaki pokazano tę - wielce oryginalną amerykańską grupę religijną - jest bardzo dosadny. W walce o rząd dusz w Utah mormoni nie cofają się przed niczym. I w zasadzie dochodzimy tutaj do sedna tego serialu. Tak jak w słynnym ongiś anty-westernie Clinta Eastwooda "Bez przebaczenia" który w 1994 roku był nominowany do Oscarów, w tym mini serialu przemawia poetyka wszechobecnego zła. Nie ma ono charakteru metafizycznego mimo wątku mormońskiego, to wszechobecny lepki brud, okrucieństwo, każdy dosłownie każdy może poderżnąć człowiekowi gardło. Każdy krok może oznaczać śmierć, tym bardziej że osoby jawiące się jako dobre i religijne, są w istocie dokładną odwrotnością. Piekło jest w ludziach, w ich chęci posiadania, we władzy, w układach, zależnościach, prawie feudalnych. Rewolwer nie kłamie. To uniwersalny alfabet którym porozumiewają się ludzie na dzikim zachodzie w roku 1857. Kula oznacza zdanie adresowane do kogoś, to tak spoista narracja, gęsta, nie dająca spokoju choćby na chwilę. Groźna jest przyroda, choć wspaniale sfilmowana. Indianie jako rdzenna ludność, konkretnie Szoszoni (mówią we własnym języku) są na krawędzi zagłady i nic nie będzie w stanie ich uratować. Nawet mormońska kobieta, która do nich przystanie chcąc wyrwać się w ostatecznym rozrachunku jako jednostka tłamszona przez mężczyzn i ich fanatyczną religię nie może ich ocalić. Mit "Tańczącego z Wiolkami" nie działa. Costner też próbował w zeszłym roku swojego wielkiego dzieła, którego nie da się oglądać, ponieważ stworzył film archaiczny, w stylu Johna Wayne`a, gdzie biali są nieskazitelni, a Indianie są źli. W serialu Netlixa Szoszoni jedynie próbują przetrwać, zanim zmiecie ich niekończąca się fala białych. Okrucieństwo jest tutaj jedynie sposobem przetrwania. Niczym więcej. Przetrwają tylko ci, którzy zabijają i nie pozwalają dać się zabić. Oto uniwersalna prawda o podboju zachodu. Nie dokonali go urzędnicy, żołnierze, nauczyciele i pastorzy. Dokonali tego złodzieje, mordercy, koniokrady, cwaniaki, osobnicy nie potrafiący czytać i pisać, wyrzutki społeczne, najsprytniejsze łaziki pod tą szerokością geograficzną, okrutnicy i gwałtownicy. Ich bóstwo czasem objawia się w niedźwiedziu, czasem ma postać wilka, ale już na pewno uniwersalnego bóstwa, dolara amerykańskiego, sławnego zielonego, za który ludzie są gotowi na każdą nikczemność. Myślę, że to świadoma i podjęta odważnie przez twórców dekonstrukcja. Wszyscy bohaterowie są źli, różnią się tylko stopniem wewnętrznej degeneracji. 

Serial jest tak ciężki, że momentami przerywałem, żeby oswoić się z okrucieństwem. Przyszywanie skalpu na żywca to naprawdę żadna frajda, a ogląda się to niezwykle realistycznie. W filmie grają aktorzy nieznani powszechnie i to dobrze. Nie ma ani jednej ogranej twarzy. Serial dla ludzi o mocnych nerwach. Polecam. 


8/10      

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Projekt nowej trzytomowej powieści o Kresach #Kresy

 



Czytelniku - Czytelniczko 

Cóż, nowy rok zaczął się z przytupem, a ja zacząłem tej zimy pisać być może największą do tej pory - jak zwykle epicką, ci z Państwa, którzy już mnie trochę czytali, wiedzą że tak właśnie będzie - powieść o czasach przedwojennych, wojennych i powojennych z perspektywy trzech spokrewnionych kobiet pochodzących z Kresów. Zamierzam trochę odczarować Kresy, które funkcjonują w naszej przestrzeni historycznej jako jeden z trzech, obok Powstania Warszawskiego, oraz polskiego podziemia antykomunistycznego mitów założycielskich III RP, szczególnie prezentowanych w środowiskach prawicowych. Jednak od czasów "Bożej Podszewki" w latach 90-tych szczególnie zajadle atakowanej, oraz "Wołynia" Smarzowskiego nie ma w zasadzie narracji która pokazałaby Kresy w polskiej literaturze popularnej. Zamierzam to naprawić. 

Długo przymierzałem się do takiej powieści, ale impuls dała mi jak zwykle wspaniałe Wydawnictwo LIRA które zainteresowane jest powieścią wojenną z ekspozycją kobiecych bohaterek. Historia tych trzech kobiet obok których pojawią się ciekawe postaci męskie, będzie jednak wpisana w szerszy kontekst - mianowicie dwunastu powieści wojennych które ukazują się od 2019 roku, a które mają za zadanie stworzenie literackiego uniwersum ludzkich losów zmienionych przez II wojnę światową. W każdej z tych powieści raz jeszcze zobaczymy choć na kilka rozdziałów postaci, które już Państwo znają, ale w innym czasie ich życia. Trochę jak w "Poszukiwaniu straconego czasu" Prousta przywoływana jest jednak konkretna chwila, tak tutaj interesuje mnie całość życia tych postaci (np. Mokrzyckiego) które czytelnicy ujrzą od młodości po starość, z całym bagażem tego jak wojna i powojnie zmienia ich. Kim byli przed wojną, a kim po niej. 

Oczywiście w tej powieści, nad która już pracuję - w zasadzie jednej, ale rozbitej na trzy tomy z zachowaną numeracja rozdziałów - chcę pokazać panoramę społeczną Kresów - Polaków, Ukraińców, Żydów, Tatarów, Ormian, ludzi kościoła, komunistów, ziemian i środowiska robotnicze. Chcę pokazać ostatnie lata II Rzeczypospolitej z całym bagażem jej konfliktów społecznych i narodowościowych, strajków głodowych, policji strzelającej do robotników, zajadłego ukraińskiego nacjonalizmu, sanacyjnych bonzów polskich i społeczne uwarunkowania losów kobiecych. Chcę pokazać jak zmienia się psychika moich bohaterek na przestrzeni lat. Pierwszy tom będzie od 1930 roku do czerwca 1941, czyli do wejścia Niemców przeciwko ZSRR, drugi od 1941 do 1944 z całym pandemonium wojny. Proszę zwrócić uwagę, że Kresy zostały zniszczone podwójnie, na co zwrócił uwagę Timothy Snyder - najpierw od września 1939 Sowieci niszczyli polską i ukraińską inteligencję, zniszczyli przestrzeń praworządności, a potem na to nasunie się walec niemiecki i straszliwa furia SS i Policji niemieckiej wobec Żydów. Czeka mnie ukazanie sprawy wołyńskiej i zrobię to tak jak opisałem Jasenovac w "Amerykance" - kto czytał sceny z Jasenovaca w tej powieści, wie już co czeka czytelniczki i czytelników. Bez znieczulenia. Chcę pokazać polskie podziemie, które nie potrafiło ochronić Polaków na Kresach. Uważam, że dojrzeliśmy jako społeczeństwo do tego. Przy czym nie chcę tego, co opisuje się jako "Das Klischee" - kliszę narodowościową, daleki jestem od tego. Byli dobrzy i źli ludzie, a nie grupy etniczne. I wreszcie tom trzeci od 1944 do lat pięćdziesiątych, może sześćdziesiątych, żeby zamknąć wszystkie wątki. Chcę pokazać niewypał, jakim była operacja "Burza", konanie polskiego Lwowa w 1945 i 1946 roku, jak zaciekle walec sowiecki po raz trzeci zniszczył Kresy, wynaradawiając, przenosząc ludzi, miedzy innymi do Gliwic - tu znów będzie link do mojej gliwickiej powieści. Nie lubię bowiem wątków niedomkniętych i zwracam na to uwagę. 

Na zdjęciu miasto będące tłem wielu wydarzeń - Stanisławów, obecnie Iwano-Frankowsk na Ukrainie walczącej z fanatycznym, faszystowskim rosyjskim państwem Putina. Miasto urzekające, w którym byłem tylko raz, ale to gdzieś we mnie jest na dnie duszy. Pojawią się też Kuty nad Czeremoszem, Równe i fascynujące postaci historyczne: Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Niemcy, Rosjanie, ...ludzie dobrzy lub źli, lub ludzie, którzy nie robiąc nic, nie potrafią dokonać wyboru, choć to też jest wybór. Będzie bardzo epicko, wszystko ze sobą zszyte, piękne i okrutne. 

 Źródło: www.polona.pl, sygn.: Poczt.9646.

niedziela, 1 grudnia 2024

Recenzja: serial STAMTĄD, HBO Max #stamtąd #from

 


W historii telewizji i seriali, a więc sedna kultu masowej, która teraz przeniosła się do streamingu - serial From (Stamtąd) powstały oryginalnie w MGM, a prezentowany w całości przez Max, można śmiało powiedzieć, że dla gratki suspensu, czy też horroru powstała najciekawsza produkcja od czasów serialu Lost, którego całość można ostatnio obejrzeć na Netflixie. 

Całość jest pomysłem jak gdyby już wykorzystanym, ale jak się okazuje nie w pełni. Oto przypadkowi ludzie w wyniku podróży po samochodowej po Stanach Zjednoczonych napotykają na drodze drzewo, nie mogąc go przesunąć, próbują je ominąć po czym trafiają do miasteczka, które okazuje się miejscem przeklętym, poza czasem i przestrzenią, z którego nie da się uciec. Jest to miejsce tym bardziej niebezpieczne, że w nocy chodzą po mieście przypominające zewnętrznie ludzi potwory, które zabijają w sadystyczny sposób każdego kogo napotkają na drodze. Miejsce to musiało istnieć przez wieki, gdyż uwiezionym w miasteczku ludziom pokazują się zjawy, takie jak żołnierz z czasów wojny secesyjnej, a potwory noszą ubrania stylizowane na lata pięćdziesiąte. Tajemnic związanych z osobami uwięzionymi i nadnaturalnymi wydarzeniami jest więcej, ale nie chcę ich spojlerować. 

Pod względem warsztatowym to jest pierwszorzędnie poprowadzona narracja pełna suspensu i zaskakujących zwrotów akcji, zarówno obejmująca punkty zwrotne w rozumieniu postaci, jak i rzeczywistych zwrotów akcji całej linii narracyjnej, dzięki której możemy się zorientować, że miasteczko nie jest tym, za co chce uchodzić. Jesteśmy świeżo po trzeciej serii, która mnóstwo rzeczy zagmatwała, ale tez wyjaśniła. Po trzeciej serii orientujemy się czym są potwory i dlaczego dręczą ludzi, ale tajemnic jest znacznie więcej. Zwracają uwagę kapitalnie wykorzystane w kreacji grozy dzieci - kilku bohaterom pokazuje się chłopiec w bieli, który symbolizuje jakąś dobrą siłę, która próbuje pomóc mieszkańcom miasteczka uwięzionym wbrew sobie w spektaklu krwi i grozy. 

Myślę, że po trzecim sezonie że ten serial pokazuje w jakiś metaforyczny sposób Amerykę XXI wieku, oczywiście wielokulturową, ale w większości ludzie uwięzieni w miasteczku chodzą biednie ubrani, tak jakby stanowili metaforę spauperyzowanej części amerykańskiego społeczeństwa. Każdy z mieszkańców, których poznajemy lepiej, ma swoje problemy: to samotność, wyobcowanie, alkoholizm, problemy z tożsamością, z wiarą, wszyscy oni muszą zmagać się z egzystencjalną pustką tego uwięzienia, odcięcia od rzeczywistego świata, do którego nie mogą wrócić. Przyczyna Zła w miasteczku, które ma swoje różne oblicza - potwory łażące w nocy nie są najgorszymi z istot mieszkających w lasach wokół miasteczka, jest związana ze stosunkiem do dzieci, tych najmłodszych. Warto zastanowić się dlaczego potwory stały się takie jakimi są. 

Jest mnóstwo pytań o symbolikę - o kruki jakby żywcem przeniesione z "Ptaków" Hitchcocka, czy czerpanymi pełnymi garściami pomysłów z prozy Stephena Kinga. Jak na razie po trzech sezonach, nierównych, choć gwarantujących ostre przeżycia w ostatnich odcinkach serii, nie mamy banalizacji horroru, tajemnica ma związek z czasem i miejscem, a zatem z czasoprzestrzenią wokół miasteczka, rytuałem wiecznego powrotu który znamy choćby z myśli Nietzschego. 

Polecam 8/10 

(sezon I - 9, sezon II - 8, sezon III- 7)  

niedziela, 24 listopada 2024

#recenzja Napoleon - Ridley Scott - wersja reżyserska (director`s cut)

 


To jest w zasadzie dopisek do recenzji filmu Ridleya Scotta "Napoleon" sprzed roku, którego wersję reżyserską mogłem obejrzeć na Apple TV. 

Przed rokiem napisałem recenzję innego filmu Ridleya Scotta "Napoleon" i dziś po roku nie zmieniłbym ani jednego słowa. Wtedy nie przeszkadzały mi nieścisłości historyczne, ponieważ nie miały one żadnego wpływu na odbiór filmu. Teraz obejrzałem wersję reżyserską - director`s cut - którą można obejrzeć na Apple TV. Jest o ponad godzinę dłuższa i jest to znacznie, znacznie lepszy film, niż wersja kinowa i tak jak przypuszczałem rok wcześniej tylko wersja reżyserska będzie wyznacznikiem tego, jaki to jest film. Tak jak wersja reżyserska "Królestwa Niebieskiego". 

W wersji dłuższej wychodzą niuanse, których wcześniej nie widzieliśmy. Scott, jak rzadko który reżyser Hollywood pokazał męczeństwo katolików podczas rewolucji francuskiej. Scena ścinania na gilotynie zakonnic klauzurowych, karmelitanek, jest wstrząsająca. Siostry śpiewają po łacinie hymn "O stworzycielu duchu przyjdź" i idą na gilotynę jedna po drugiej. Czegoś takiego nie pokazano dotąd w żadnym hollywoodzkim filmie. Związek z Józefiną jest głębszy i mocniejszy. Film ukazuje jej pobyt w więzieniu podczas dyktatury jakobinów. Upadek Robespierre`a jest niemal zabawny, jak w takt muzyki przebojów francuskich gilotyna utnie również głowę temu totalitaryście. Nie ma natomiast bitwy pod piramidami, choć wątek egipski z 1798 jest powiązany z odkryciem, że Józefina go zdradzała. Wersja reżyserska pokazuje jak bardzo Napoleon był produktem rewolucji, który ją zatrzymał nadając monarchii francuskiej inny charakter. Scena z posłem brytyjskim i pierwszym konsulem jest dopiero teraz zrozumiała, ponieważ film pokazuje też bitwę pod Marengo, choć przez chwilę. Wszystkie sceny są głębsze i mają sens w tej wersji. Car mówi z dworzanami po rosyjsku i całkiem sprawnie to wygląda na ekranie. Talleyrand jest wyjątkową zdradliwą kanalią. Kampania rosyjska jest dłuższa i bardziej makabryczna - jest nawet scena, gdy pokazują Napoleonowi zamarznięte ludzkie zwłoki z wyciętym mięsem. Film bez ogródek pokazuje, jak Napoleon ucieka z kampanii rosyjskiej - znów trzecia wzmianka o Polsce, tym razem o Warszawie, zakończenie w tym długie i nie do końca ścisłe historycznie Waterloo jest podobne jak w wersji kinowej. Niuanse także dotyczące choroby Napoleona - film w wersji reżyserskiej sugeruje chyba jednak raka odbytu jako przyczynę śmierci cesarza. Pod względem gry aktorskiej to jest film niebo lepszy od Gladiatora II. Takiego pełnego filmu o Napoleonie potrzebowaliśmy, choć sądzę, że materiału było nawet na 5 godzin. Ale tego już nie zobaczymy. 

środa, 20 listopada 2024

Recenzja: Konklawe. reż. Edward Berger, #konklawe

 


Czytelniczko - Czytelniku, kimkolwiek jesteś 

Film w reżyserii Edwarda Bergera na podstawie powieści Thomasa Harrisa wypada zrecenzować już dla samych aktorów  Ralpha Fiennesa, który jest bardzo znanym aktorem od czasów "Listy Schindlera" czyli od 30 lat, Obok niego wystąpili Stanley Tucci, czy Isabella Rosselini. Film reklamowany jest jako thriller - i abstrahując od znaczenia tego słowa chciałbym zrecenzować go w trzech płaszczyznach. 

Pod względem aktorskim jest więcej niż dobrze. Fiennes przekonująco oddaje ewolucję bohatera, od podporządkowanego i świadomego obrzydliwości biurokratycznej machiny Kościoła Katolickiego kardynała po świadomego gracza podejmującego grę o tron i wchodzącego w gąszcz intryg kardynałów. Pomagają mu w tym dobrze dobrani i świadomi swojego warsztatu aktorzy Stanley Tucci, czy dawno nieoglądany John Lithgow. I nie ma co dyskutować. Aktorsko wypada bardzo przekonująco, choć w centrum z racji scenariusza jest bohater grany przez Fiennesa, targany sprzecznościami, pokazujący ludzkie oblicze. Kardynał Lawrence jest przekonujący. Momentami tragiczny, przebiegły, ale wewnętrznie uczciwy. 

Druga płaszczyzna to suspens. Tutaj też jest bardzo dobrze, może nawet więcej niż dobrze, choć suspens powinien prowadzić do tajemnicy. Suspens jest oparty na spojrzeniu, grze aktorskiej najwyższej próby, zawiązującym się spisku ukazując jakże ludzko, że po śmierci papieża zaczyna się brutalna walka o władzę. W tej walce nie może trupów, choć kiedyś przed trzystu laty niewątpliwie królowała trucizna. Dziś jest pomówienie, wyciąganie smrodów z życiorysów, podkopywanie wiarygodności. Jednym słowem zaplecze w jakim wybierany jest papież, głowa Kościoła katolickiego, do którego należy miliard ludzi, jest dalekie od mówienia "tak-tak" "nie-nie". To też jest przekonujące. Odważnie tez ukazana jest intryga "utopienia" kandydatury afrykańskiego kardynała. 

Trzecia płaszczyzna interpretacyjna na najwyższym poziomie - tym metafizycznym, jednym słowem eklezjologicznym, filozoficznym, duchowym to jak film pokazuje rozumienie katolicyzmu przez świat anglo-amerykański. Bo spojrzenie Harrisa i reżysera jest oparte na postrzeganiu kościoła z perspektywy liberalnej i wolnościowej, która na gruncie katolicyzmu jest...fałszywa. I w tym wymiarze ten film ponosi porażkę. Konflikt wykreowany miedzy członkami konklawe - miedzy integrystycznym i liberalnym kościołem jest w gruncie rzeczy teatralny i nieprawdziwy. Trzecia płaszczyzna domaga się miejsca dla kobiet w kościele takie jakie mają mężczyźni i choć nie mam nic przeciwko kobietom-diakonom, uważam, że to jest interpretacja fałszywa. Kościół anglikański wcale nie jest bardziej żywy od kapłanów-kobiet niż kościół katolicki. Z perspektywy prawdy ekranu wybór papieża jako osoby trans jest może nośne medialnie, ale całkowicie nieprawdziwe. Taka osoba zostałaby zdemaskowana w seminarium bardzo szybko, a nawet gdyby była wyświęcona zostałaby zmuszona do rezygnacji. W recenzji filmu muszę ocenić prawdopodobieństwo "prawdy" ekranu do prawdy realności. I pod tym względem "Konklawe" ponosi porażkę. 

Czym jest zatem ten film? To bajka anglo-saskiego liberalnego świata o katolicyzmie, jakimi oni chcieliby go widzieć. To wyraz być może tęsknoty tego świata do rzeczywistości "długiego trwania" proszę wybaczyć, że używam terminu Fernanda Braudela, ale kościół katolicki taki jest - to "długie trwanie" poprzez stulecia i pożogi, co dla wierzących jest dowodem prawdziwości tego kościoła, a dla niewierzących ciekawym faktem społecznym. Pod względem warsztatowym pierwszorzędny thriller polityczny. Ale wymowa jest słaba, nieprzekonująca. Świat liberalny, choć bardzo chce, nie może zrozumieć katolicyzmu. Dla świata liberalnego katolicyzm i jego rzymskie długie trwanie jest kantowską rzeczą w sobie, której choćby bardzo chciał, przeniknąć nie go może.  

Recenzja: Adam Zadworny, Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku, wyd. Czarne, Wołowiec 2025. #heweliusz

  Gdy Heweliusz zatonął, miałem 14 lat, więc pamiętam coś tam z wiadomości i oczywiście jako nastolatek nie interesowałem się tym. Do teraz....