Blog poświęcony historii - w szczególności historiografii i literaturze, i filmowi. Blog ten jest oficjalnym blogiem pisarza i historyka Wojciecha Dutki.
środa, 2 maja 2018
Kaiser`s holocaust. The story about the forgotten German crime
Czytelniku, dziś ważna książka, bez której nie da się zrozumieć niemieckiej winy za II wojnę światową, choć dotyczy ona zupełnie innego okresu w historii:
David Olusoga, Gaspar Erichsen. Zbrodnia Kajzera. Historia zapomnianej niemieckiej zbrodni, przeł. Piotr Tarczyński, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012
Jesienią 2010 roku spotkałem w Gőrlitz po raz pierwszy osobę z Namibii. Była to kobieta – skąd inąd znakomita nauczycielka matematyki - która opowiedziała mi historię swojego dzieciństwa. Urodziła się w Namibii jako dziecko niemieckich emigrantów. Namibia jest w jej opowieści krajem marzeń, a zarazem wielkiej odrazy. Wyjechała z tego jedynego niemieckojęzycznego kraju poza Europą z poczuciem traumy. Przyznaję, że wtedy nie rozumiałem jej doświadczenia.
Historiografia powstała po wojnie, a także niemiecka debata o zbrodniach popełnionych w imię Niemiec w latach 1939-1945 założyły, że zbrodnie niemieckiego nazizmu stanowią aberrację w historii Niemiec. W latach 50-tych widząc, że niemieckie produkty nie są sprzedawane, władze RFN postanowiły przeprowadzić skuteczną, długofalową akcję. Naziści stracili zatem etnos, pojawiają się od tej pory w prasie angielskojęzycznej, w podręcznikach, popularnych opracowaniach z historii jako "naziści bez narodu". Naziści ci stali się sprawcami wojny i ludobójstwa, którzy jednocześnie oszukali naród niemiecki. Taki był kontekst słów papieża Benedykta XVI w Auschwitz w 2006 roku – Niemcy zostali oszukani – były to słowa papieża, z którymi nigdy się nie zgodziłem. Nikt nikogo nie oszukał. Naziści wyrośli z trzewi niemieckiej chrześcijańskiej kultury mieszczańskiej, stanowiąc jej prymitywny paroksyzm, potworne monstrum zrodzone z niemieckiej pychy, przekonania o wyższości nad innymi narodami, kompleksu przegranej wielkiej wojny 1914-1918 oraz nacjonalizmu podsyconego skrajnym darwinizmem, kultem siły i rasy.
Co począć z implikacjami filozoficznymi tych zbrodni? Zatrzymam się na chwilę w stosunku Niemców do państwa. To Prusy narzuciły Niemcom swoją wizję państwa drugiej połowie XIX wieku, gdzie jednostka była temuż państwu całkowicie podporządkowana. Ów stosunek wynikał z szerszego kontekstu filozoficznego. Kant (Prusak) podporządkował rzeczywistość realnie istniejącego świata ludzkiemu umysłowi, a etyka Kanta ograniczała się jedynie do tego, aby człowiek przestrzegał tylko takich zasad, które mogłyby stać się dobrem powszechnym. Wskazywał jasno na prymat państwa, które mogło uznać zasady za dobre dla obywateli. Hegel (kolejny Prusak) i jego idealizm absolutny uznawał nadrzędność państwa, a obywatel wart był tyle, o ile wykonywał obowiązki. Ta filozofia podporządkowywała wszystko ludzkiemu umysłowi, jedynej instancji rozróżniającej dobro od zła. Ludzki rozum może być jednak błędny. Nie jest przypadkiem, iż człowiek który miał szansę wydobyć filozofię z miejsca, w którym zapędzili ją Kartezjusz (z przesunięciem na podmiot poznania), Kant, Hegel, i totalny, ale w innym tego słowa znaczeniu Marks, Martin Heiddegger uznał Hitlera, za ucieleśnienie dziejowego ducha narodu niemieckiego i stał się nazistą. Oczywiście, że między nazizmem niemieckim a wcześniejszą filozofię niemiecką nie ma bezpośredniego związku, ale paradoksalnie to dzięki tej filozofii wkładanej do głów niemieckim studentom i doktorantom, Hitler mógł przydarzyć się tylko w Niemczech i w żadnym innym kraju. Austria stała się niestety częścią tego monstrum. Naród utożsamił en masse swoją wolę z wolą jednego człowieka, który w 1933 roku stał się dla milionów zwykłych Niemców ucieleśnieniem niemieckiego ducha. Właśnie w tym pojęciu istnieje iunctim – absolutny duch dziejów wcielający się na zasadzie dialektycznego przeciwieństwa w naród niemiecki. Nazizm był reakcją dialektyczną na Republikę Weimarską i Traktat Wersalski, stanowił ich antytezę, a III Rzesza wyrosła – dosłownie z trzewi – jako synteza cesarskich wilhelmińskich Niemiec oraz żyjących w strachu wielkich długów demokratycznych weimarskich Niemiec, których wspólna filozofia nosiła w sobie zarzewie totalności, kroplę grozy z kart dzieł Hegla.
Co jednak z tym filozoficznym wątkiem ma zbrodnia Niemców w latach 1904-1909 w Namibii? Przypominam sobie moją wizytę w Bayreuth na wycieczce z projektem szkolnym. Miałem okazję zwiedzić ratusz miasta – wszędzie wiszą portrety burmistrzów Bayreuth, tymczasem nie ma żadnego za lata 1933-1945. Tak jakby w Niemczech była wówczas czarna dziura. Nie spotkałem lepszego dowodu wpychania III Rzeszy pod dywan dzisiejszych Niemiec, które z sympatyczną panią Merkel, wielokulturowym społeczeństwem i demokracją, poszanowaniem mniejszości stworzyły przekonanie, że zbrodnie lat 1939-1945 są aberracją, sprzecznością, która nigdy więcej się nie powtórzy.
Tymczasem książka Caspara Erichsena i Davida Olusogi ukazuje, że to przekonanie jest mitem, ponieważ rozwiązania przetestowane przez Niemców w Namibii stały się później inspiracją dla mordu na niespotykaną skalę w dziejach cywilizacji. Jednym słowem zbrodnie Niemców podczas II Wojny Światowej nie są – wypadkiem przy pracy, nieszczęściem, co sugeruje serial „Nasi Matki, Nasi Ojcowie”. Niemcy już wcześniej dokonały ludobójstwa na ludach Herero i Nama, afrykańskich społecznościach rolniczo-koczowniczych, rdzennych mieszkańcach tej ziemi. Niemcy nazywali ich Hotentotami, ponieważ ci czarnoskórzy mieszkańcy Namibii byli już chrześcijanami przejmującymi protestantyzm w wersji kalwińskiej od holenderskich Burów z Afryki Południowej. Ludobójstwo z lat 1939-1945 jest zatem kontynuacją rozwiązań, które na mniejszą skalę przetestowano w Namibii. Na kontekst kolonialny podboju wschodu w latach 1941-42 oraz wcześniejszej napaści na Polskę wskazywała Hannah Arendt już w latach 60-tych wieku XX. Mało kto zwrócił na jej tezę uwagę.
W 1904 roku wybuchało powstanie Herero i Nama. Cesarz Niemców Wilhelm II, o którym polski malarz Julian Fałat mawiał, że ma o jedną klepkę za dużo, wpadł we wściekłość. Niemcy wysłali do Afryki 15 tysięcy żołnierzy pod generałem von Trotha, którzy mieli przeprowadzić „ostateczne rozwiązanie tej sprawy”. Genarał Von Trotha wydał tak zwany „vernichtungsbefehl” nakazujący wymordowanie całej ludności Herero. Wkrótce do walki przeciw Niemcom ruszyli także Nama. Spotkał ich los straszliwy. Niemcy zaadoptowali wcześniejsze rozwiązanie Brytyjczyków z wojen burskich i zorganizowali kilka obozów koncentracyjnych, m. in w Swakopmundzie, a najgorsze w Lüderitz nad Atlatykiem oraz na tzw. Shark Island, gdzie eksterminowano całą ludność Nama. Niemieccy lekarze jechali 13 tysięcy kilometrów, żeby kolekcjonować głowy Herero i Nama, konserwować je w alkoholu, zbierać czaszki i szkielety pomordowanych Afrykanów dla niemieckich anatomicznych kolekcji w uniwersytetach, w Jenie, Heidelbergu czy Berlinie.
To w Namibii po raz pierwszy zastosowano ideę „lebensraum” – to pojęcie pojawia się dosłownie w niemieckich dokumentach kolonialnych z Namibii. Pojęcie to stworzył niemiecki geograf Freidrich Von Ratzel (kolejny Prusak). W imię owej przestrzeni życiowej po raz pierwszy w dziejach cywilizacji obóz koncentracyjny stał się miejscem nie odosobnienia ludności cywilnej, aby nie pomagała partyzantom (Burowie), ale celem eksterminacji całej populacji. Maszyneria administracji niemieckiej jest doskonała i raz wprawiona w ruch, nie zatrzymuje się. Tak stanie się również w latach 1941-45, gdzie Niemcy zaganiali swoje ofiary żydowskie po całej Europie niczym gigantyczną siecią i strącali je w otchłań, przedtem rabując ich mienie, grabiąc ich ciała, wykorzystując nawet włosy pomordowanych dla produkcji materaców dla niemieckich kobiet. To wszystko znamy z Auschwitz. Tymczasem korzenie tego haniebnego procederu, sama jego idea, zrodziła się w Afryce, w Namibii.
Czy jest jakiś bezpośredni dowód związku między tymi zbrodniami, odległymi o 40 lat? Ojciec Hermanna Gőringa był gubernatorem Namibii… o czym mało kto wie. Erichsen i Olusoga bardzo precyzyjnie pokazują ów związek na szerszym tle (doradcy Hitlera, którzy uczestniczyli w kolonialnej wojnie w Afryce), związki Instytutu Eugeniki im. Cesarza Wilhelma, gdzie swoje straszliwe badania prowadził Von Vershuer i Mengele, z kolekcjami „ludzkimi” z Afryki są bardzo mocne i przekonujące. To jakby wcześniejsza odsłona tej samej zbrodni, rozłożonej na dwie części, odległe od siebie geograficznie i czasowo o prawie czterdzieści lat.
Książka Caspara Erichsena oraz Davida Olusogi to lektura okrutna, którą powinien przeczytać każdy, kto chce zrozumieć otchłań zła, w której utonęły Niemcy w latach 1933-1945. Książka ta obala mit spokojnych i fajnych Niemiec. Ale czy w Niemczech wie ktoś o zbrodniach w Afryce popełnionych w imię i dla Niemiec 13 tysięcy kilometrów od Europy? Czy ktoś wie, że zbrodnie te mają związek z Holokaustem, jaki Niemcy zgotowali Żydom i Romom w Europie w czasie II wojny światowej?
Ja stawiam tezę, że nie.
niedziela, 15 kwietnia 2018
Recenzja: "Juliusz Cezar" na podstawie tragedii Williama Shakespeare, Teatr Powszechny im. Z. Hubnera, Warszawa, reż. B. Wysocka
Czytelniku tego bloga,
Chyba kiedy byłem uczniem ósmej klasy szkoły podstawowej, dobre 24 lata temu, ówczesna telewizja pokazała starą amerykańską ekranizację tragedii Williama Shakespeara "Juliusz Cezar" ze znakomitymi rolami Marlona Brando jako Marka Antoniusza, Jamesa Masona jako Brutusa i młodego, ale jakże dojrzałego Johna Gielguda jako Kasjusza. Do dziś kiedy to oglądam, zachwyt nad klasycznym pięknem tego tekstu, nie pozwala mi zobaczyć innych aktorów i innego wykonania tego dramatu. Dzisiejszy teatr lubi konwencję w której tekst klasyczny zostanie przeniesiony do przestrzeni i inscenizacji nie-klasycznej, po to, aby używając tekstu dramatycznego mówić o naszej rzeczywistości. Spektakl obejrzałem w piątek 13 kwietnia wieczorem z moimi uczniami, z którymi przybyłem do stolicy na finał XXX Olimpiady Filozoficznej.
Reżyserii podjęła się Barbara Wysocka (która w kluczowym momencie tekstu zagrała Marka Antoniusza), która z pewnością stworzyła inscenizację ciekawą i nietuzinkową, opartą na przewrotnym odczytaniu tekstu wielkiego Anglika przenosząc go do Polski (bo gdzieżby indziej). Dramaturgię zawdzięczamy Tomaszowi Śpiewakowi. Obok tekstu Williama S. ważna w tym spektaklu była scenografia Barbary Haneckiej, a tworzy ją widownia z jakiegoś taniego cyrku, kina lub...sejmu. Cały dramat rozgrywał się na niej. Pierwsza godzina tej sztuki była bardzo wierna werbalnie oryginałowi, który w tłumaczeniu Barańczaka nabrał ostrości i wyrazistości. Ja jednak nie lubię tego tłumaczenia, właśnie przez wzgląd na film z 1953 roku.
Cezar jest groteskowy - to żarłok, sybaryta, grany bardzo dobrze przez Michała Jarmickiego. Stylu Powszechnego nie lubię, jednak w większości aktorzy byli dość przekonujący w eleganckich garniturach celowo wyglądając jak pracownicy korpo lub warszawskie japiszony nadziane kasą i testosteronem. Spektakl ma bowiem w zamyśle obnażać współczesność. Komentować. Jest kilka wstawek jak 75 drachm Cezara, które Wysocka porównuje do kwoty między 400 i 600 złotych. Jest to jasny i czytelny przytyk, a na widowni śmiech. To oczywiście nie jest dramat wielkiego Anglika, a raczej swobodna jego interpretacja, z której Powszechny ostatnimi czasy słynie. Jednak w całym spektaklu pada dosłownie tylko jedna "kurwa", co czyni go strawnym i właściwym także dla szkolnej młodzieży.
Największe emocje budzi nie scena zabójstwa - bo jest ono pokazane widzom od razu na początku, spektakl nie-linearnie zaczyna się od widoku zabójców ubrudzonych krwią i siedzących obok przykrytego zakrwawionym kocem wielkiego ciała Cezara. Naprzemiennie aktorzy grają po dwie lub trzy role - nie mam nic przeciw temu - ale kluczowy moment dramatu, w którym spiskowcy pozwalają Markowi Antoniuszowi na wygłoszenie mowy pożegnalnej został po prostu całkowicie położony dramaturgicznie. Wysocka bowiem deklamuje ową mowę, ale nie gra jej. Mam przed oczami teraz Marona Brando/Marka Antoniusza, zrozpaczonego nad ciałem Cezara:
"Wybacz mi krwawy prochu, żem tak łagodny wobec tych rzeźników,
lecz tutaj, na twoje rany przysięgam, że od tej chwili klątwa na Rzym spadnie,
wojna domowa, która sprawi,
że matki uśmiechać się będą, gdy ręka wojna poćwiartuje ich dzieci,
nałóg i występek zdławią wszelką litość,
a duch Cezara wychodząc z Hadesu krzyknie władczym głosem "Biada"
i spuści psy wojny, by głosowi temu wtórowały,
by czyn ten zbrodniczy uniósł się ku niebu
odorem trupów wyzutych z pogrzebu"
Brando w tej roli, lub Charlton Heston w równie udanej ekranizacji z 1970 roku to emocjonalny wulkan. Jednak reżyserka wybrała świadomie inna konwencje pokazania tego tekstu. Rozumiem, że Barbara Wysocka chciała pokazać manipulację tłumem, bić w świat polityki, ale to po prostu nie wyszło. Dramaturgicznie bez efektu, choć pomysł z mówieniem do mikrofonu jest dobry. Konwencja tego przedstawienia nie pozwalała przekroczyć ram umowności gry aktorskiej. W niektórych momentach Brutus i Kasjusz ( w tych rolach Arkadiusz Brykalski i Michał Czachor) bez przerwy na siebie krzyczą, choć w oryginalnym dramacie ich relacja jest dwuznaczna, niebezpiecznie bliska, niedopowiedziana. Zabójstwo Cezara jest dla Kasjusza sposobem na własną zawiść, a Brutus dokonuje mordu z przyczyn szlachetnych pro publico bono.
To, co w spektaklu w Powszechnym jest ciekawym i smakowitym to muzyka. Dramatowi towarzyszy bowiem polski rock i pop z lat osiemdziesiątych. Gdy Cezar spędza w domu noc poprzedzającą Idy Marcowe, na cały głos słyszymy piosenkę Obywatela GC i Republiki "Gdzie są moi przyjaciele...". To jest naprawdę dobre i czujemy absurd tej nocy.Druga część jest luźniej związana z szekspirowskim tekstem. Tworzenie list proskrypcyjnych wygląda jak tworzenie listy do głosowania w sejmie, a bitwa pod Fillipi to groteskowe obrzucanie się kulkami papieru.
Teatr Wysockiej chce ostrzec polskiego widza przed groźbą wojny domowej? Ja jej nie widzę, i nie widzę potencjału na takową, ale nienawiść polityczna, brak szacunku do przeciwnika politycznego jest doprawdy zatrważająca. Iluż dziś zwolenników opozycji życzy po prostu Kaczyńskiemu śmierci? Jednak tym razem Powszechny - Tear, który prowokuje tym razem zachował konieczny dystans do nawiązania do aktualnej sytuacji w kraju. Brakuje mi na koniec słów Marka Antoniusza, gdy zostaje odnalezione ciało Brutusa"
Ze wszystkich spiskowców on jedyny nie zazdrościł Cezarowi sławy,
on jedyny zabił przyjaciela dla dobra ogółu, charakter miał godny, a cała rozumność była w nim tak harmonijnie wykształcona, że Natura mogłaby z dumą rzec całemu światu
OTO CZŁOWIEK
ECCE HOMO
I te słowa nie wymagają wyjaśnienia.
Kurtyna!
piątek, 6 kwietnia 2018
Recenzja: Teatr Bez Sceny, Katowice, Jonas Gardell, Przytuleni, reż. Gabriel Gietzky
Czytelniku tego bloga,
Szóstego kwietnia AD 2018. Piątek wieczór. Zmierzam do teatru - bo gdzież indziej mógłbym znaleźć metaforę życia? - tym razem wybrałem niszowy i mało znany w Polsce, choć istniejący 25 lat "Teatr Bez Sceny" w Katowicach. Teatr niezwykle kameralny, gdzie widownia liczy czterdzieści miejsc, a mała przestrzeń sceny wymusza niezwykłą, a przez to pomysłową scenografię. Założycielem tego teatru jest znakomity aktor ze Śląska, Andrzej Dopierała, którego wcześniej widywałem na scenie Teatru Śląskiego w Katowicach, ostatnio w "Muzułmanach" według Artura Pałygi. Jednak tym razem wybrałem się na sztukę szwedzkiego dramaturga Jonasa Gardella "Przytuleni" (tytuł oryginału Cheek to cheek) w reżyserii Gabriela Getzky`ego. Scenografię i kostiumy są dziełem Marii Kanigowskiej, a polski tekst sztuki z języka szwedzkiego zawdzięczamy Halinie Thylwe. Muszę powiedzieć, że tekst w polskim wykonaniu brzmi bardzo dobrze. Chciałbym podkreślić, że ową sztukę można obejrzeć w Polsce wyłącznie w "Teatrze Bez Sceny" i już niedługo, ponieważ teatrowi kończy się licencja. Zastrzeżenie Teatru jest jednak jasne: spektakl jest dla widzów dorosłych.
Lubię teatr. Znajduję w nim przestrzeń wolności. Kluczową dla zrozumienia sztuki jest scena pierwsza i zarazem ostania - w której dopowiedziane zostanie ostatnie słowo i podarowany zostanie ostatni gest czułości - w której widzimy na stole prosektoryjnym w zakładzie pogrzebowym ciało mężczyzny ubranego w strój divy, drag queen. Ta nie-hetero normatywność jest zamierzona. Poznajemy bowiem główną postać sztuki, a raczej jej maskę, Ragnara, mężczyznę, który nie potrafi być mężczyzną i zarazem nie jest w stanie ofiarować siebie nikomu jako kobieta. Ragnar jako drag queen wstaje z łoża śmierci i udziela nam kilku informacji o swoim Ja, bo nie o sobie.
Ta postać składa się z kilku "Ja" używając buddyjskiej metaforyki - i Dopierała naprawdę pokazuje je wszystkie zdzierając je z twarzy jedną po drugiej. Wycierając z ust szminkę i makijaż widzimy, że jego kobiecość jest jedynie konwencją, ułudą, w której Ragnar pragnie zaznać trochę czułości. Birbant i rozpustnik to kolejna twarz Ragnara, która rozpada się, gdy Ragnar w łóżku z kochanką błaga ją o zwykły gest przytulenia, bliskości. Kolejne "Ja" Ragnara upada, gdy rozmawia telefonicznie z przyjacielem Hakanem i kochanką Angelą (w tych rolach na telebimie Michał Rolnicki znany ze świetnych "Pięknych dwudziestoletnich" według Marka Hłaski na deskach Teatru Śląskiego sceny kameralnej i Violetta Smolińska). Przyjaciele obnażają go jako kłamcę, nieudacznika i alkoholika. Poznajemy go w ostatnim "Ja" jako wielkiego artystę, lub megalomana mającego o sobie samym wielkie mniemanie, który za młodości zyskał wielką popularność śpiewając w kobiecym przebraniu piosenki Judith Garland. Nikt nie chce już przychodzić na jego występy. Nikt Ragnara nie chce słuchać. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, jak śpiewał Perfekt. Ragnar tego jednak nie wie. Na tym polega tragizm tej postaci.
Andrzej Dopierała jest w roli Ragnara/ Judith Garland znakomity, rola bowiem wymaga przekroczenia siebie samego w stopniu absolutnym, panowania nad mimiką twarzy i dyscypliną ciała, które wciska się w kiczowatą sukienkę kobiety, aby zagrać ostatnią rolę - spektakl przed śmiercią. Słowo tragikomedia nie oddaje chyba do końca sensu tekstu Gardella. Dla mnie bowiem "Przytuleni" jest opowieścią o oswojeniu się ze śmiercią. Ta nie jest straszna dla tych, którzy odchodzą, ale dla tych którzy zostają. Jednak na Ragnara nikt za życia nie czekał, i nikt też nie opłacze go po śmierci. Ragnar miota się sam ze sobą, ze swoim drugim, kobiecym "Ja", ale jako mężczyzna jest lubieżnym, okrutnym władcą, sprowadzającym kobiety do roli psa lub seksualnego przedmiotu. Sztuka jest oczywiście odważna obyczajowo, ale nagość jest tutaj jedynie narzędziem do ukazania pustki, w jakiej Ragnar się znajduje. Ta samotność zostaje wystawiona na próbę. Ragnar poznaje Margaretę, pracownicę zakładu pogrzebowego. Ona darzy go uczuciem, on jest brutalny, odpychający, okrutny, używający ciała i duszy kochanki jak narzędzia seksualnego. Ważna uwaga: proszę nie myśleć, że spektakl jest przeładowany erotyką. Wręcz przeciwnie, jest ascetyczny - a sceny nagości są obnażające, okrutne i puste.
Pod względem sztuki aktorskiej spektakl nie może rozczarowywać. Partnerką Dopierały jest Anna Kadulska, której Margareth jest autentyczna, ale wycofana emocjonalnie. Ja widziałbym Margareth trochę bardziej drapieżną, emocjonalną. Ale ascetyzm Anny Kadulskiej ma też swoje plusy. Gra aktorów jest doskonale widoczna, ponieważ bliskość publiczności nie pozwala aktorom ukryć żadnego defektu. Muszą być perfekcyjni i są tacy. Czego mi brakuje to dowiedzieć się czegoś więcej o kobiecym "Ja" Ragnara. Poznajemy ją jako mimiczną kopię Judith Garland, w fatalnej peruce, biustonoszu, sukience. Jednak ta maska kogoś kryje - czy to potwór, czy okaleczony, spragniony miłości, samotny, bo opuszczony przez siebie samego człowiek, na to pytanie widz musi odpowiedzieć sobie sam. Okrucieństwo tej postaci jest zarazem żałosne, obnażające. To obnażenie jest celowym odarciem się ze wszystkiego, a zarazem zaproszeniem do pogodzenia się ze śmiercią. Bo to właśnie śmierć jest celem Ragnara, a Margereth odtrącona i zdradzona jako kobieta stanie się Charonem Ragnara, gdy ten uda się na spotkanie ostatecznej Tajemnicy, jaką jest śmierć. Wszyscy umrzemy, to banał, ale w tym banale jest ta ostateczna krawędź, zza której nie ma odwrotu.
"Przytuleni" Jonasa Gardella w inscenizacji katowickiego "Teatru Bez Sceny" to sztuka niezwykle odważna, ale zarazem oszczędna, ascetyczna i okrutna. Jest to tekst zagrany perfekcyjnie, bez dłużyzn, z jasno zarysowaną osią dramaturgiczną w której scena pierwsza, ciało Ragnara wyjeżdżające z prosektorium jest zarazem ostatnim pożegnaniem. Znakomity, trudny, wymagający spektakl - nie dla każdego. Teatr bez Sceny jest przedsięwzięciem prywatnym, a cena za bilet na dwugodzinny spektakl 40 zł, wcale nie byłą wygórowana. Polecam widzom dorosłym, nie obawiającym się Inności.
niedziela, 1 kwietnia 2018
Król Trędowaty, czyli biografia Baldwina IV autorstwa Bernarda Hamiltona.
Czytelniku,
Myślę, że to dobra lektura na Wielkanoc.
Książka Bernarda Hamiltona wpadła mi w ręce jesienią ubiegłego roku i znając literackie nawiązania do tego władcy średniowiecznego Królestwa Jerozolimskiego panującego nieszczęśliwie w latach 1174-1185 z polskiej literatury i z Hollywood (zaraz wyjaśnię o co chodzi), nie mogłem sobie odmówić przyjemności jej zakupienia i przeczytania. Jej autor, Bernard Hamilton jest brytyjskim historykiem średniowiecza (któryż to Brytyjczyk, którego recenzuję!) specjalizującym się właśnie w historii krucjat. Jego szlif profesjonalizmu widać na każdej stronie tej ważnej i ciekawej książki. Dodam, że Hamilton jest historykiem znanym, w Polsce ukazały się jego popularnonaukowe "Krucjaty".
Zacznę jednak od nawiązania literackiego i filmowego. Król Baldwin IV Trędowaty jest fascynującą postacią. Zofia Kossak-Szczucka poświęciła mu jeden z tomów swojej zapomnianej trylogii o krucjatach o tytule właśnie "Król Trędowaty". Strasznie chciałem napisać o nim powieść, ale Kossak-Szczucka była pierwsza. W moim "Bractwie Mandylionu" anglo-normandzki krzyżowiec Gotfryd z Melville też jest dotknięty trądem. Musiałem w ten sposób nawiązać do tej niezwykłej, autentycznej postaci chociaż w taki sposób. Drugim nawiązaniem, do którego przed właściwą recenzją książki Hamiltona, warto nawiązać, jest "Królestwo Niebieskie" Ridleya Scotta, wielki epicki film poświęcony krucjatom, jaki Hollywood zrobiło w 2006 roku. Zaznaczam, że film ten trzeba oglądać w wersji reżyserskiej, dłuższej o dwie godziny od pierwowzoru. Tam król Baldwin pojawia się w srebrnej masce, za którą kryje się znakomity amerykański aktor Edward Norton.
Dlaczego książkę Hamiltona uważam za niezwykłą biografię? Do dziejów Baldwina IV Trędowatego mamy sporo źródeł, które w obszernym wstępie autor niezwykle kompetentnie omawia. Są to zarówno źródła łacińskie, bizantyjskie, ormiańskie oraz arabskie, zarówno muzułmańskie i chrześcijańskie. Hamilton jest jednak mediewistą i dosłownie wyciska z nich wszystko to, co pozwala mu odczytać postać Baldwina IV oraz ukazać życie Królestwa Jerozolimskiego w innym świetle, niż uczynił to Ridley Scott w swoim do bólu poprawnym politycznie filmie. Hamiltonowi udała się rzecz niebywała - zbudował koherentną wizję panowania trędowatego króla odczytując źródła inaczej niż Steven Runciman w swoich "Wyprawach krzyżowych", z których my wszyscy historycy uczyliśmy się krucjat. Przede wszystkim biografia króla trędowatego jest też wciągającą, fascynującą panoramą Królestwa krzyżowców w Ziemi Świętej z perspektywy jerozolimskiego dworu.
W jego narracji Baldwin jest władcą wybitnym, zarówno pod względem militarnym, gdy w 1176 roku pod Montgisard mając nie więcej niż pięciuset rycerzy zakonnych - templariuszy oraz joannitów - rozbił doszczętnie wielką armię muzułmańską Saladyna, który o mały włos nie postradał wówczas swojego życia, jak i pod względem politycznym. Królestwo Jerozolimskie nieustannie lawirowało między muzułmanami, Bizancjum i zachodnią Europą. Baldwin potrafił mając lat kilkanaście narzucić swoją wolę skłóconym baronom i rycerstwu zakonnemu. Co różni jego narrację to tło - Hamilton buduje inny obraz Królestwa Jerozolimskiego, które było sprawnie zarządzaną i znakomicie prosperującą gospodarczo państwowością stojącą na dużo wyższym poziomie niż otaczający ją muzułmanie. I w argumentacji Hamiltona nie ma cienia ideologii, tylko fakty, zestawienia, analizy gospodarcze, listy. Wszystko osadzone w tych źródłach. Jerozolima zarządzana przez krzyżowców nie była feudalną kolonią zarządzaną przez nieudolnych politycznie baronów, przynajmniej do śmierci króla trędowatego.
Z narracji wyłania się też obraz króla, wysokiego, przystojnego młodzieńca o jasnych włosach, który talenty militarne polityczne odziedziczył po swoim ojcu królu jerozolimskim Amalryku. Był znakomicie wykształcony - mówił biegle po francusku, łacinie, flamandzku i arabsku. Jego nauczycielem był wszakże biskup Wilhelm z Tyru, urodzony w Lewancie intelektualista. Hamilton podaje też rekonstrukcji wstrząsającej choroby młodego króla. Nie wiadomo kto przywlókł do pałacu królewskiego trąd w jego najgorszej leprosomatycznej wersji. Trądem można zarazić się przez długotrwałe przebywanie z osobą chorą, lub poprzez bezpośredni kontakt z zanieczyszczonymi bandażami osoby chorej. Do książki dołączona jest także współczesna medyczna analiza jego choroby.
Baldwin musiał chorować już przez dłuższy czas, ponieważ dopiero zranienie go przez kolegów podczas zabawy przykuło uwagę Wilhelma z Tyru. Chłopak nie czuł bowiem bólu. Osoba chora ma porażone nerwy, wiec nie czuje bodźców. Gdy umarł jego ojciec Amalryk, chorobę młodego władcy ukryto. Jednak z upływem lat zaczęła ona atakować młodego człowieka coraz bardziej, do tego stopnia, że najprawdopodobniej stracił oczy, nos, policzki, oraz palce u rąk i nóg cierpiąc męczarnie. Nie wiemy wiele o jego motywacji religijnej. Książka skupia uwagę na sukcesji, nie było bowiem mowy o tym, by chory na trąd władca mógł doczekać się potomstwa. Walka o sukcesję wyniesie na tron słabego i miernego Gwidona z Lusignan, którego rządy doprowadzą królestwo do katastrofy pod Hittin w roku 1187 i utraty przez chrześcijan Jerozolimy.
Książka podzielona została na dziesięć rozdziałów, z których każdy oparto o jakąś cezurę z życia króla, lub samego Królestwa Jerozolimskiego. Centralne, świetnie skomponowane punkty książki to bitwa pod Montgisard, jedno z najświetniejszych zwycięstw chrześcijan nad muzułmanami, choć zupełnie zapomnianemu oraz śmierć króla, który mimo męczarni zachował świadomość i umierał pogodzony ze sobą i Bogiem. Hamilton nie przynudza łacińskimi cytatami, są one wszystkie bezpiecznie dla oka schowane z przypisach, ale w tekście analizuje je i wyciąga esencję. Słowo o narracji historyka - mimo trudnego, nieznanego szerszemu kręgowi kontekstu, prowadzi narrację krótkimi zdaniami, przez co książka nabiera kompetentnej ale szybkiej formy zmierzającej łatwo do końca. A liczy to dzieło prawie czterysta stron.
Polecam miłośnikom średniowiecza; dla studentów mediewistyki to książka tym ciekawsza, że można zobaczyć jaki jest warsztat dojrzałego mediewisty rozumiejącego epokę i czas, nie narzucającego zniekształconego obrazu średniowiecza wynikającego z błędu imputacji kulturowej. Po książkę mogą spokojnie sięgnąć studenci historii w Polsce. Życzyłbym mediewistom polskim zajmującym się historią średniowieczną Polski takiego oczytania i znawstwa źródeł, ale i lekkości stylu.
Na koniec refleksja będąc w roku 2014 w Jerozolimie oprócz doświadczenia religijnego rozważnie nerwowo szukałem w bazylice Męki Pańskiej grobu króla. Nie udało mi się znaleźć, ani napisu na posadzce, ani inskrypcji. Jednak będąc w tym świętym miejscu nie mogłem się pozbyć dręczącej mnie myśli o królu trędowatym....
niedziela, 11 marca 2018
Recenzja: Mary Beard, S.P.Q.R Historia starożytnego Rzymu
Czytelniku,
Dziś wiedza o Antyku, grecko-rzymskim stała się elitarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Słowa tytułu tej książki można odnaleźć dziś na T-shirtach, choć noszący je często nie wiedzą, co to znaczy. Senat i Lud Rzymski, fundamentalna formuła, według której podbito dwa tysiące lat tamu cały obszar Śródziemnomorza. Nie jest też łatwo znaleźć w olbrzymim zalewie literatury historycznej coś naprawdę cennego i napisanego nie tylko z wielką wiedzą, ale i należycie użytym piórem. Profesor Mary Beard, profesor filologii klasycznej Uniwersytetu w Cambridge, jest jedną z najbardziej znanych i niestrudzonych badaczy Antyku, którzy poświęcili się propagowaniu wiedzy i mody na języki starożytne, zwłaszcza język łaciński. Jej trzyodcinkowy film dokumentalny BBC poświęcony starożytnemu Rzymowi jest jednym z lepszych, jakie nakręcono w ostatnich latach. Jest też znana z książki poświęconej Pompejom, rzymskiemu miastu zasypanemu przez wulkaniczne popioły podczas straszliwego wybuchu Wezuwiusza w roku 79 A.D
Polski czytelnik otrzymuje książkę Beard w niezmienionej okładce. Książka jest elegancko wydana i w dwunastu rozdziałach omawia w błyskotliwej pełnej anegdot narracji historię miasta od mitycznego 753 roku przed Chrystusem po rok 212 AD, kiedy to syn cesarza z Afryki, Septymiusza Sewera, Karakalla, nadał z niewyjaśnionych do tej pory powodów obywatelstwo rzymskie wszystkim wolnym mieszkańcom Imperium. Dla Mary Beard to jest wyraźna cezura. Przyznam, że dla mnie, cokolwiek to znaczy - wielbiciela kultury starożytnego Rzymu - jest to dość zaskakująca cezura. Ten umowny rok dla angielskiej profesor stanowi początek czegoś innego - zmieniającego się cesarstwa, które w ewolucji swojego ustroju odejdzie od augustowego primus inter pares na rzecz dynamicznego i autokratycznego późnego cesarstwa w którym panujący stał się Panem - dominus. Dla mnie ta data jest dość zgryźliwą niezgodnością, ponieważ Imperium Rzymskie trwało przecież dalej. Wiek trzeci po Chrystusie to jest rzeczywiście okres głębokiego kryzysu, który ja datowałbym skromnie na lata 218-270 AD (od upadku Heliogabala po przypadkową śmierć Aureliana). Rzym chrześcijański wieku IV i V to też przecież jest Rzym, inny niż w bliskich Beard czasach Cycerona, ale to jest prawna, niczym nie zmącona kontynuacja państwa Cezara. Rozumiem jednak, że prof. Beard musiała w którymś momencie skończyć.
Jednak jej narracja w dwunastu rozdziałach jest znakomita i obalająca mity. Podstawowym mitem jakim posługuje się większość autorów na przykład podręczników szkolnych (np. Janusz Ustrzycki w strasznej książce dla Gimnazjów, na szczęście już niedługo!) jest przekonanie o upadku cesarstwa rzymskiego, który to mit wtłaczany jest do głów Europejczyków od czasów wiekopomnej książki sir Edwarda Gibbona od XVIII wieku. W wieku V nastąpił gwałtowny kryzys spowodowany dwoma wielkimi migracjami. Pierwszą z lat osiemdziesiątych wieku IV Rzym przetrwał, druga wywołana pojawieniem się Hunów w wieku V i wielka falą ludów germańskich doprowadziła do zaniku głównego ośrodka w Rzymie i powstania królestw, w których jednak wciąż mieszkali Rzymianie. Kultura rzymska nie znikła przecież w wieku V, a trwała dalej co najmniej do początków VII wieku.
Mary Beard wspaniale opisuje początki Rzymu, które nie była jakąś wielką historią. Była to mieścina przestępców, zbiegłych złodziei i rozbójników, która na dodatek cierpiała na brak kobiet (stąd porwanie Sabinek!). Zresztą Beard bez ogródek nazywa w Rzymie najlepszym to, co etruskie. Nie wiemy czy rzeczywiście było w Rzymie 7 królów od 753 do 509, kiedy to powstała Republika, bo musieliby panować po kilkadziesiąt lat. Wydaje się, że Etruskowie podbili Rzym i władali nim przez 200 lat, a ostatnim królem etruskim, który pokonał Romę, był Lars Porsenna z Clusium.
Ukazuje kształtowanie się etosu republikańskiego i pokazuje jak wielki Rzymianie mieli problem z mało chwalebnym początkiem ich Imperium. Rzymska historiografia pełna jest zresztą takich mitów.
Ciekawe są passusy dotyczące wojen z Kartaginą, republiką założoną przez Fenicjan. Faktycznie jest to starożytne pandemonium - miasto zostało całkowicie zniszczone w 146 roku jak Korynt, największe miasto kupieckie w Grecji, tym samym Rzymianie wyeliminowali dwu największych rywali wymazując ich z historii - dosłownie. Kartagina musiała mieć przecież bogatą literaturę, mitologię i piśmiennictwo, z którego nie przetrwało nic. Beard konkluduje, że wielkość republiki stała się dla niej problemem, ponieważ była zbyt inertna i podatna na większe kryzysy ustrojowe (reformy Grakchów, wojna ze sprzymierzeńcami 98 roku, powstanie Spartakusa będące w istocie wojną domową - rzeczywiście chyba nie miało nic wspólnego z wizją Stanleya Kubricka ze słynnego filmu pod takim tytułem), co zadecydowało o sukcesie Cezara, który zdołał narzucić Rzymowi swoją oświeconą dyktaturę. W istocie Cezar zmienił bieg dziejów Europy mordując prawie milion Celtów w Galii i ujarzmiając kraj, który później stanie się jednym z fundamentów Europy jaką znamy. To Rzymianie założyli Londyn, bo stamtąd zarządzali najbardziej wysuniętą na północ prowincją i tylko dlatego jest to dziś jedno z najwspanialszych miast świata.
Nie mniej fascynująca jest historia ukryta przez lata, którą Beard wydobyła dzięki dyskursowi o historii płci (spojrzenie gender odkryło rzeczy, których nie dostrzegaliśmy w klasycznie pojmowanej historii Rzymu). Beard odkryła życie codzienne o intensywności, którego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Rzym na przykład w powszechnym ujęciu kojarzy się z willami i pałacami, a tymczasem ulice wiecznego miasta w czasach Cezarów, kiedy dwie trzecie ludności świata żyło i umierało pod ich panowaniem, były ciemne, zabudowane do granic wysokimi, kilku piętrowymi kamienicami, który stanowiły odwróconą drabinę społeczną. Im wyżej się mieszkało, tym gorzej. Nie było bieżącej wody, a wszystkie intymne czynności wykonywało się publicznie w łaźni, rzymskich termach, oraz w publicznych szaletach. W Rzymie było ich koło trzydziestu, ale nie wiemy czy były koedukacyjne, czy rozdzielne dla obu płci. Dzięki Mary Beard uświadomiłem sobie, że w termiach nie było wstydu - proszę sobie wyobrazić trzydzieści tysięcy nagich Rzymian dziennie odwiedzało termy Karakalli czy termy Dioklecjana w kolejce do basenów z wodą, ze swoimi niewolnikami. Miejsca te - jak pokazują termy z Pompejów - służyły także do uprawiania seksu. Nic więc dziwnego, że poeta Juwenalis skwitował, że termy to najlepsze miejsce do tego by stracić mieszek złota oraz złapać....trypra.
Jednak Rzym w książce Mary Beard jest bestią, jak sobie go wyobrażałem. Pożerał wszystkich asymilując ich do roli Rzymian, przyjęcia panującego Cezara, języka łacińskiego i podporządkowania się. Jeśli nie, czekał na człowieka los gorszy od śmierci. Przykład Kolosseum, czyli Amfitheatrum Flavianum, zbudowanego na zabagnionym terenie przez piętnaście tysięcy żydowskich niewolników sprowadzonych przez Tytusa po zdobyciu Jerozolimy w roku 70 AD. Żydów czekał w Imperium los straszliwy. W latach 132-136 wybuchło powstanie Bar Kochby, i Żydzi pokonawszy legion XXII zdołali się wyzwolić na trzy lata. W 135 roku spadła na nich stu pięćdziesięciotysięczna armia Hadriana, która wymordowała - jeśli wierzyć Kasjuszowi Dionowi - ponad sześćset tysięcy Żydów. Hadrian wybudował w miejscu dawnej Jerozolimy miasto Aalia Capitolina, poświęcone Jowiszowi, do którego Żydzi z diaspory mieli zakaz wchodzenia.
Jednym z paradoksów Rzymu jest to, że niewolnictwo, jakkolwiek potępialibyśmy je z dzisiejszego punktu widzenia odgrywało znamienną rolę w społeczeństwie Rzymu w okresie republikańskim i potem w okresie cesarstwa. Znamy mnóstwo przypadków, dzięki analizom inskrypcji nagrobnych, że wielu obywateli rzymskich było ...niewolnikami, których Panowie wyzwalali, po czym sami, lub ich dzieci wiązały się z nimi uczuciowo. Beard analizując dość odważne obyczajowo sceny malowideł w Pompejach wysuwa wniosek, że najbardziej przykrą stroną niewolnictwa było to, że niewolnik nie dysponował własnym ciałem. Przez łoże Pana/Pani do wolności. Jednak niewolnictwo miało także bardziej straszne cechy. Znane są przypadki, że jeńcy germańscy lub Brytowie pojawiali się w Rzymie na targowiskach w takiej liczbie, że kosztowali mniej od ...wołu. Z uwagi na skąpą ilość źródeł nie wiemy jeszcze wielu rzeczy, które oświetliłyby kwestię niewolnictwa. Obroża niewolnika nie różniła się od obroży psa lub krowy i był na niej napis "zwróć mnie mojemu Panu, bo uciekłem bezczelnie, aby mnie mógł ukarać". Beard kapitalnie konkluduje, że nie wiemy, co o takim napisie myślał sam niewolnik. Wyzwoleńcy zasilali świeżą krwią wielkie miasto, wrastali w nie, stawali się Rzymianami. To jest też fakt, z jakiego musimy zdać sobie sprawę.
Jest w tej książce wiele smaku, uroku, dzięki świetnemu pióru Angielki. Polecam tę książkę wszystkim fascynatom Rzymu, bo jest kapitalnie napisana, z intelektualną werwą, zwadą, kapitalnie odczytującą źródła. Jeśli wierzyć Beard, badania historii Rzymu, jest jak balansowanie na linie. Jednak ta sztuka udała się jej niezwykle.
czwartek, 1 marca 2018
Recenzja: Tamte dni, tamte noce. Call me by your name Reż. Luca Guadagnino
Czytelniku,
W Gliwicach trzaskający mróz, może minus 10, a ja zmierzam wieczorem z przyjaciółką do kina „Amok” by obejrzeć niezwykły film Luca Guadagniego „Call me by your name” pod polskim tytułem "Tamte dni, tamte noce". Proszę wybaczyć, że w tej recenzji nie odniosę się – jak każe sztuka recenzencka – do scenariusza i reżysera. Napomknę jedynie, że scenariusz napisał James Ivory na podstawie powieści Andre Acimana pod tym samym tytułem. Książki nie znam i zapewne nie będę jej już czytał, ponieważ film stał się zbyt jaskrawym i pod względem maestrii kinowej zbyt przejmującym obrazem, by niweczyć go powieścią. W tym przypadku film przejdzie do historii kina. Nie mam co do tego złudzeń. To prosty film. Prostota jest atutem.
Od razu zaznaczam, proszę nie traktować tego filmu jako ideologicznej kontynuacji „Tajemnicy Brokeback Mountain” sprzed ponad 10 lat. Tamten film Anga Lee był w gruncie rzeczy tanim romansidłem uwikłanym w ideologiczne boje. Luca Guadagnino nikomu nie dokłada, nie wali katolików maczugą, a ze swych bohaterów uwikłanych w miłość, nie czyni rycerzy tęczowej krucjaty o prawa osób nie-hetero normatywnych. To nie jest film na tak prymitywnym poziomie. Oczywiście jest to film o miłości, w tym przypadku właśnie nie-hetero normatywnej, ale ma ten film coś z klasy „Kochanków z Marony” Jarosława Iwaszkiewicza. Ale to podobieństwo jest tylko koincydencją. To pokazuje trop, czym ten film jest.
Obejrzałem ten film i po zakończeniu nie mogłem wyjść z wrażenia, jak głęboką relację udało się reżyserowie zasugerować. Początkowo film może nudzić, ale po dwudziestu minutach wchodzimy w epokę. Jest rok 1983, północne Włochy. Do domu mieszkającego we Włoszech profesora archeologii przyjeżdża amerykański doktorant. Tam poznaje siedemnastoletniego syna profesora. Pierwszą płaszczyzną kulturową jest żydowskość bohaterów. Jednak są oni luźno związani z Drzewem Dawidowym. Film pokazuje kilka tygodni z życia europejskiej inteligencji lat osiemdziesiątych wieku XX, epoki optymizmu.
Kluczem do zrozumienia tego filmu jest jego metaforyczna, cielesna dosłowność. Jest w nim przedmiot- klucz, który pozwala zrozumieć wizję, jaka przyświecała reżyserowi. To wydobyty z dna morza grecki posąg. Jak się dowiadujemy, jest to oryginał posągu kurosa – jaki stał w letnim pałacu cesarza Hadriana w Bajach (zatopionych przez morze) w II wieku po Chrystusie. Być może – tego nie wiemy – jako wzór do posągu służył kochanek cesarza słynny młody Grek, Antinous. Ale rzeźba jest okaleczona. Nie ma przedramienia. W owym ciele z brązu jest jakiś defekt. I taka jest też namiętność – Eros - bożek upajającej jednej nocy. Namiętność z defektem to sedno interpretacyjne filmu. Twarz posągu, mimo upływu lat, zachowała zachwyt i cierpienie. Idealny kształt brązowego ciała młodego mężczyzny jest kluczem do tego filmu. Gdzieś nad tym posągiem spotykają się dłonie amerykańskiego doktoranta, dorosłego i wiedzącego dużo o miłości mężczyzny i wrażliwego, dojrzałego ponad swój wiek chłopca, który o miłości wie niewiele, który jej szuka w ramionach przygodnie poznanej dziewczyny. Jednak ta relacja nie będzie mieć znaczenia. Bohaterów życie nie oszczędzi wciągając ich w relację, z której nie będzie już odwrotu.
Wątek antyczny jest widoczny w tym soundtracku:
https://www.youtube.com/watch?v=KQT32vW61eI
Jednak ja widzę w tym filmie silny wątek idealistyczny. Nie waham się także nazwać go erosem platońskim. Platon w dialogu „Uczta”, ale bardziej jeszcze w dialogu „Timaios” użył greckiego Erosa do zobrazowania jedynej wartości w ludzkim życiu, jaką jest uczucie do drugiego człowieka. Proszę, by Państwo dobrze i z dobrą wolą zrozumieli owo pojęcie. Ono nie ma znaczenia chrześcijańskiego. Platon pochwalał szaleństwo, jakim jest miłość. Bo ono zbliża dwa ciała na odległość światła świecy; w tym świetle ukazują się nam różne przedmioty, czasami ich zarysy. Światło to ubogie, dalekie odbicie światłą idei. Idealizm platoński jest zatem implementowany z dużą dozą wyczucia chwili, ale i dosłowności cielesnej, która osoby wrażliwe, ukształtowane w hetero-normatywnej chrześcijańskiej wrażliwości seksualnej może razić. Jednak to tylko powierzchowność. W głębi jest plastyczna, wizja idealnej miłości, która jest zarazem szczęściem i cierpieniem niespełnienia. Amerykański doktorant zostawi chłopca ze złamanym sercem, ale nie ma w tym niczyjej winy, takie jest po prostu życie. Trzeba się ożenić z kobietą, mieć dzieci, wybudować dom i zasadzić drzewo.
Zachwycająca aktorsko i pod względem głębi jest scena rozmowy chłopca z ojcem, profesorem, który WIE o relacji syna z drugim mężczyzną. W tej rozmowie, niezwykle czułej, jest ukazana inna grecka miłość – agape – jaką Ojciec bezwarunkowo darzy swojego syna. Mówi do niego, że to, co zyskał tym romansem jest ulotne i prawdziwe, ale ceną będzie cierpienie, jakie może nie mieć końca. Jednak warto – mówi ojciec – bo teraz wiesz synu, co to znaczy kochać i być kochanym, dawać i obdarowywać. Ta scena wyrażona domową codziennością jest przeszywającą do szpiku kości samowiedzą. To mądrość platońskiego mędrca rozumiejącego, że dusza mająca powrócić do świata czystych idei, musi się oczyścić w cierpieniu.
„Call me by your name” ma znów idiotyczny polski tytuł „Tamte dni, tamte noce” jak z taniego przeboju disco polo - jest wnikliwą psychologiczną wiwisekcją współczesności, kunsztowną w formie i treści. Pod tym płaszczem współczesności kryje się Antyk i platońska wizja miłości-samowiedzy. To niezwykle kunsztowna gra aktorska, wymagająca zwłaszcza od młodego Timothy`ego Chalameta niebywałej dojrzałości artystycznej. To jest rola na Oscara.
Film należy rozumieć jako opowieść o miłości niespełnionej, odartej ze złudzeń, płynącej wolno w rytm włoskiej prowincji, w smakowaniu moreli, w grze słów (świetna lingwistyczna potyczka o arabski źródłosłów włoskiej moreli „apriccose”), w rytm muzyki lat osiemdziesiątych płynącej z syntezatorów, gdzieś między cudownie opadającymi do morza winnicami i ogrodami Cinque Terre, gdzie mimo upału trudnego do wytrzymania, noc idzie przez dzień i nie zatrzyma tej nocy nawet odblask księżyca na twarzy greckiego posągu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Recenzja filmu: Lalka według Bolesława Prusa, reż. Maciej Kawalski #Lalka
Wyszedłem z kina pod ogromnym wrażeniem i nie waham się powiedzieć, że to najlepsza ekranizacja „Lalki”, jaką widziałem, a widziałem wszys...
-
W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyseri...
-
Czytelniku, Dziś wiedza o Antyku, grecko-rzymskim stała się elitarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Słowa tytułu tej książki możn...
-
Czytelniku, Profesor Grzegorz Motyka jest historykiem PAN zajmującym się historią najnowszą, szczególnie stosunkami polsko-ukraińskim...




