sobota, 21 sierpnia 2021

Serial Rzym - HBO - zachęta by obejrzeć film, który zmienił postrzeganie Antyku

 

Mija 16 lat od premiery serialu, który na zawsze zmienił telewizję i kanały streamingowe. Ciekawe, że dziś będąc niedoścignionym wzorem widowiska historycznego i zarazem rozrywki na niezwykle wysokim poziomie, sam pozostaje trochę w cieniu. A tymczasem wszystkie wielkie produkcje historyczne, nie wyłączając „Grę o tron” według G.R.R Martina przez „Tudorów” z Jonathanem Rhyse Myersem oraz „Wikingów” mają swój pierwowzór właśnie w tym serialu.

Cała konstrukcja dramaturgiczna została oparta o los dwu żołnierzy Cezara, Lucjusza Worenusa ( w tej roli Kevin MacKidd) oraz Tytusa Pullo (Ray Stevenson). To postacie historyczne, o których sam Cezar wspomina w „Comentarii de bello Gallico”. Ukazanie Rzymu z tej perspektywy w kulturze popularnej zmienia układ odniesienia, z którego patrzymy na Antyk. Poprzez długie lata edukacji klasycznej – z której sam wyrosłem, należę do tego niewielkiego kręgu ludzi, którzy ze słownikiem swobodnie tłumaczą z łaciny i greckiego – przyzwyczailiśmy się do patrzenia na Antyk rzymsko-grecki z perspektywy pałacu, cesarzy. Tymczasem Rzym w serialu jest miastem brudnym, tak w sennie dosłownym i metaforycznym, ulice Rzymu są wąskie, i można tam dostać nożem pod żebra. Oczywiście widzimy też życie bogaczy i patrycjuszy, Atii ( Poly Walker), matki Oktawiana która prowadzi pełna okrucieństwa wojnę z Serwillą (Lindsay Duncan), matką Brutusa (Tobias Menzies). Błysnął też w roli Cezara Ciaran Hinds, irlandzki aktor, który największe tryumfy święcił po serialu Rzym.

Jednak Antyk został wydobyty zza zasłony jaką chrześcijańscy moraliści patrzyli na życie Rzymian przez ostatnie kilkaset lat, nie wyłączając „Upadku Cesarstwa Rzymskiego” Gibbona (nie było upadku, lecz zanik). Ostatnio próbuje z dobrym skutkiem przełamać wizję Rzymu ugrzecznionego, miłego i moralnego Mary S. Beard w swoich dwu znakomicie zrealizowanych serialach dokumentalnych o Rzymie. Serial Michaela Apteda jest bezpruderyjny pod względem ukazywania seksualności. Nie mówiąc dosadnie, jakich scen można się spodziewać, odwołam się do nieco późniejszego krótkiego epigramatu Marcjalisa, z księgi III, wierszy 71

Mentula cum doleat puero, tibi, Naeuole, culus,

non sum diuinus, sed scio quid facias.

Gdy chłopca narzędzie, a ciebie Newolu tyłek boli,

Nie jestem bogiem, by wiedzieć, kto swawoli…

Dlatego proszę się nie gorszyć. Takie sceny w miejscach publicznych zdarzały się codziennie. Proszę sobie wyobrazić termy Karakalli, gdzie codziennie pięćdziesiąt tysięcy Rzymian jak ich natura stworzyła, z niewolnikami do szorowania pleców, dziećmi, ludźmi starszymi czy nastolatkami codziennie myła się i nikogo to nie gorszyło. Jak na ironię, wstyd zaimplikowali w kulturze rzymskiej chrześcijanie. Pod koniec IV wieku za Teodozjusza Wielkiego termy zamknięto, jako „siedlisko grzechu”

I choć wiele scen wydaje się przerysowanych, jak mianowanie przez Cezara senatorami ludzi z plebsu lub Gallów, ale sam klimat Rzymu oddany jest niezwykle. Niektóre sceny naprawdę niezwykłe – gdy poddają się Brutus i Cyceron (wspaniały David Bomber) Cezarowi, on wyciąga do niech ręce, wita ich i ściska jak przyjaciół, a gdy prowadzi ich na ucztę swoich oficerów po pokonaniu Pompejusza pod Farsalos, cezarianie milkną, lecz po chwili wszyscy jedzą i piją jak gdyby nic się nie stało.

Jeśli ktoś z Państwa nie widział serialu, wciąż jest dostępny na HBO GO, gdzie za cenę niewielkiego abonamentu można zobaczyć to serialowe „arcydzieło” nie waham się używać tego słowa. Żałować tylko, że nie nakręcono dalszych części z czasów dynastii julijsko-klaudyjskiej.

Mnie jako pisarza i wielbiciela Antyku Rzym nieustannie frapuje. Napisałem już „Kartagińskie ostrze” 2015 z czasów narodzin republiki, na jesieni tego roku wydam kolejną powieść o powstaniu Bar Kochby, ale też o Rzymie za czasów Hadriana. Planuję w ciągu następnych 3 lat wydać jeszcze dwie powieści antyczne. Mam zamiar w wielkim epickim fresku pokazać Rzym IV wieku – gdy pojawia się zagrożenie na granicy w postaci Gotów i innych germańskich najeźdźców, w czasie gdy chrześcijanie przejmują władzę czyniąc ze swojej prześladowanej religii wiarę wojującą i prześladującą. Chcę w tej powieści pokazać Rzym z takiej strony, z jakiej w polskiej literaturze pop nikt tego nie zrobił. A bohaterem będzie Ammian Marcellinus, ostatni wielki, zanurzony w tajemnicy historyk Rzymu. Potem będzie jeszcze jedna książka z późnego Antyku – gdy Italią władają Ostrogoci Teodoryka Wielkiego, a w Konstantynopolu władzę obejmuje Justynian. Zamierzam opowiedzieć historię człowieka, który umyka nam wszystkim, ostatniego cesarza Rzymu Romulusa Augustulusa i jego syna.

zdjęcie@filmweb 




poniedziałek, 9 sierpnia 2021

Moja nowa powieść o powstaniu Bar Kochby

 Jesienią ukaże się moja najnowsza powieść - proszę o jeszcze chwilę cierpliwości - o niemożliwym do rozwiązania konflikcie między światem rzymsko-greckim, uosabianym w powieści przez cesarza Hadriana (117-138 A.D), jego wodza Sekstusa Juliusza Sewera (postać autentyczna) oraz światem żydowskim (Szymon bar Kochba, rabbi Akiva ben Josef) i chrześcijanami, którzy w II wieku wychodzili coraz odważniej w świat starożytny mając wówczas tylko kerygmat o Jezusie z Nazaretu (w powieści pojawi się Justyn Męczennik oraz inne postacie). Jak tylko wydawnictwo ukaże okładkę, wówczas zdradzę tytuł powieści.

W chwili wybuchu powstania latem 132 roku - Żydzi podjęli heroiczną walkę z legionami Rzymu. Rozbili lub poważnie pokiereszowali legion X Fretensis, stojący w ruinach Jeruzalem (zniszczonym w roku 70 podczas poprzedniego powstania) i chyba legion XXII Deiotariana i wyzwolili się na prawie 3 lata, bijąc własną monetę, co jest przecież oznaką niepodległości. Powody powstania były dwa: decyzja Hadriana, aby odbudować Jerozolimę jako Aelia Capitolina, miasto w duchu rzymsko-helleńskim ze świątynią wszystkich bogów na miejscu tej Jedynej, którą miłował Izrael. Drugi powód to zakaz obrzezania, wydany latem 132 roku w jeszcze bardziej tajemniczych okolicznościach. Początkowo chrześcijanie poparli powstanie, tępieni przez władze rzymskie za niezgodę oddania czci cezarowi (co było zwykłą formalnością i okazaniem lojalności państwu). W roku 133 lub 134 Szymon bar Kochba został jednak przez sanhedryn uznany z mesjasza. W powieści zwrócę silnie uwagę na różnice w rozumieniu tego pojęcia przez Żydów i chrześcijan, bo te dwie wielkie religie mając wspólny splot, rozumieją go inaczej. Według mnie to zerwanie, które wtedy się dokonało - chrześcijanie zerwali kontakty z powstańcami, a sami zostali poddani prześladowaniu - przerodziło się w nienawiść między kościołem i synagogą. Chcę to bardzo uwypuklić w powieści.
Moi bohaterowie pochodzą z trzech różnych światów i zbudowanie ich przeżyć, akcji, wierzeń, motywacji, zachowania osadzonego w ich kulturze było trudne. Po wielu latach przygotowań napisanie tej powieści sprawiło, że mogłem zanurzyć się w świecie II wieku i zapraszam także Państwa, moich czytelników do tego świata - bezlitosnego, okrutnego, w którym nie ma miejsca na błąd, w którym przegrany musi umrzeć.
Przy okazji myślę, że udało mi się dokonać kontrapunktu w widzeniu i postrzeganiu postaci cesarza Hadriana, który w zachodniej kulturze funkcjonuje jako wielki budowniczy, wielki intelektualista, głównie dzięki powieści Marguerite Yourcenar "Pamiętnik Hadriana". Ja sądzę, że to jest obraz fałszywy. W moim przekonaniu Hadrian był intelektualistą antyku, kochał Grecję i Greków, ale zatrzymał ekspansję Rzymu, zrezygnował z romanizacji Germanów i Partów, co się potem na Rzymie zemściło. Jednak najważniejsze: był bezlitosnym autokratą ukrytym przed nami za kolekcją rzeźb swego pałacu z Tivoli (Tibury). W czasie powstania bar Kochby jego legiony na jego rozkaz zabiły w Judei co najmniej 660 tysięcy osób ( według Kasjusza Diona), co stanowi rysę na tym panowaniu. W opisie świata żydowskiego znalazłem możliwość stylizacji, głównie dzięki mojej fascynacji Romanem Brandstaetterem. W mojej powieści ożyje świat wspaniały, i okrutny, w którym cały świat, oikoumene, jest jednym państwem Rzymem, a w nim nie ma ucieczki przed biczem i mieczem dla tych, którzy się buntują.
To będzie pierwsza powieść o powstaniu bar Kochby, jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Izraela, w języku polskim. Już jesienią tego roku tylko w Wydawnictwo LIRA
Zdjęcia pochodzą z moich zbiorów. Współczesna Jerozolima - ach jak lubię tam być - na dwu zdjęciach właśnie Aelia Capitolina, miasto zbudowane przez Hadriana, po zaoraniu pozostałości po Jeruzalem.




sobota, 17 lipca 2021

Gra o Tron - recenzja serialu HBO


 

Przez długie lata ignorowałem ekranizację „Gry o Tron” według G.R.R. Martina, ponieważ nie uważałem fantasy za poważnego gatunku, który wyraźnie mi nie leży ani jako czytelnikowi ani jako autorowi powieści historycznych i sensacyjnych. Zawsze uważałem, że literatura pop powinna przynajmniej w minimalnym stopniu trzymać się rzeczywistości jaką znamy. Do tego dochodzi ciężka, niejednolita narracja autora w powieści, nie utrzymująca jedności czasu, miejsca i akcji. W istocie trzeba nam powiedzieć, że jego nazwisko – dzięki ekranizacji HBO – stał się kultowe i stawiane obok Ursuli Le Guin, czy samego J.R.R Tolkiena. Przyznaję się też – oczywiście, że zazdroszczę Martinowi sukcesu jego powieści. Byłbym nienormalny, gdybym nie zazdrościł. I przy okazji chciałem powiedzieć, że strasznie ciężko jest się przebić z języka niszowego, jakim jest język polski. Ja czekałem na to przez lat 15. Apeluję do Instytutu Książki o zwrócenie uwagi na powieść popularną, która stała się pełnoprawnym środkiem artykulacji współczesności, czy historii.

W tej krótkiej recenzji nie zdołam poruszyć wszystkich wątków, bo to niemożliwe, jednak zwrócę uwagę na kilka rozwiązań fabularnych, które wydają się być naprawdę ciekawe. Wydaje mi się, że w przeciwieństwie do Tolkiena u Martina jest inaczej zarysowana warstwa sterująca. U Anglika jest to chrześcijaństwo. Natomiast Martin sprowadził religię do wymiaru fanatyków z Septu, i zaryzykuje twierdzenie, że w tym pobrzmiewa własne zranienie Martina do katolicyzmu jako takiego. Nie osądzam, bo nie mam prawa, ale jedna z najbardziej strasznych scen ekranizacji to właśnie marsz pokutny królowej Cersie Lannister. Wiemy przecież, że to jedna z najbardziej potwornych postaci tego świata i w tej scenie jej współczujemy.

Okrucieństwo, epatowanie seksem są jednak wtórne. Istnieje bowiem pierwowzór telewizyjnego serialu kostiumowego, który wzniósł te płaszczyzny narracyjne na niedoścignione wyżyny. Mam na myśli inna produkcję HBO – wciąż dostępną na platformie, a mianowicie „RZYM” w reżyserii Michaela Apteda. Przewijają się tu i ówdzie ci sami aktorzy. Serial ten ukazał się w latach 2005-2006, co w wymiarze telewizyjnym jest epoka, ale kto nie oglądał dwu serii ukazującej Rzym tak bezpruderyjnie, jak nigdy wcześniej, niech to zrobi i wtedy zrozumie fenomen „Gry o tron”. Jednak w tym przypadku „Gra o tron” ma wyższy poziom okrucieństwa – tortur, pożerania przez psy, odzierania ze skóry, ścinanych łbów….brrrr.

Serial ma kilka świetnych narracyjnie momentów, które są tak zrobione, że mam wrażenie, że scenarzyści HBO doskonale rozumieli co to jest suspens. Jest kilka takich scen: otrucie Joffreya na uczcie weselnej, czy krwawe gody – szczególnie ta scena dosłownie wbiła mnie w fotel – oraz niezwykle epicko filmowane sceny batalistyczne, szczególnie bitwa bękartów, bitwa u czarnych wód, czy szturm na Kings Landing. Zagłada miasta ma w sobie coś z tego, co przecież tak dobrze znamy z naszej historii.

Kilka wątków jest nierzeczywistych i idiotycznych – mam na myśli sam koncept Innych, groteskowego przeniesienia „Nocy żywych trupów” Sergia Romero. Romantyczność jest na poziomie kiczowatej telenoweli i mimo tych słabości całość broni się aktorsko i narracyjnie. Najbardziej przekonała ,mnie rola Petera Dinklage`a jako Tyriona, postać tragiczna, groteskowa, ukazująca pragnienia bycia kochanym i wielką inteligencję. Myślę, że Dinklage stanie się aktorem jednej roli, jak wielu aktorów z „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona. Przy okazji powtarzam, nie ma sensu ekranizować trylogii Tolkiena raz jeszcze. To co mamy, wystarczy.

Gra o Tron według G. R.R Martina to rozrywka na najwyższym poziomie, wyłącznie – podkreślam – dla osób dorosłych.


sobota, 26 czerwca 2021

Recenzja: " Po próbie" według Ingmara Bergmana, reż. A. Dopierała, Teatr Bez Sceny, Katowice, 26.06.2021

 



Katowicki, prywatny "Teatr Bez Sceny" Andrzeja Dopierały w tym roku obchodzi 25. rocznicę działalności scenicznej. Ta rocznica stała się także dla mnie czasem powrotu tego teatru po dwuletniej wymuszonej pandemią przerwie w recenzowaniu spektakli. Każdy, kto zna miejsce – na ulicy 3 maja w Katowicach – wie, że to teatr będący miejscem spotkania, nieskrępowanego wyrażania sztuki. Dopierała powraca do niezwykle mocnego w historii „Teatru Bez Sceny” skandynawskiego dramatu psychologicznego. Tym razem jest to nie całkiem wierna adaptacja „Po próbie” według Ingmara Bergmana.
Dopierała lubi twórczość skandynawskich dramaturgów, i tym razem widz otrzymuje spektakl oszczędny w środkach wyrazu i oparty przede wszystkim na sztuce aktorskiej. Aktorzy, w roli starszego reżysera Henrika Voglera wystąpił sam Dopierała, a w podwójnej roli: młodej aktorki Anny, z której matką Vogler miał przed laty romans oraz postaci Rakel wystąpiła debiutantka Anna Nowak. Muszę przyznać, że podwójna rola tej młodej aktorki pokazuje jej duże możliwości sceniczne. Dopierała ma w swoich adaptacjach świetne wyczucie sceniczne aktorów z którymi współpracuje. I w tym przypadku instynkt go nie zawiódł, ponieważ Nowak świetnie poradziła sobie z wcieleniem się w dwie różne postaci kobiece; znakomicie panuje nad ciałem i jest go świadoma i ma doskonałą dykcję. Każde słowo w sztukach „Teatru Bez Sceny” ma bowiem znaczenie podwójne. Aktorzy grają w dużej bliskości widzów, co wymusza miejsce i scena, i wówczas nie ma miejsca na błąd, na zafałszowanie. Aktor musi perfekcyjnie realizować założenia reżysera. Brawa zatem dla młodej aktorki!
Dopierała potrafi również narracyjnie domykać sztuki, które przedstawia. „Po próbie” otwiera scena, kiedy młoda aktorka po próbie przebiera się za kulisami i dopiero wtedy, po zrzuceniu starej skóry symbolizowanej przez różną garderobę przechodzi do konfrontacji z Voglerem. W tej słownej, bezlitosnej potyczce obie strony zdzierają z siebie maski, zarówno te artystyczne, jak i maski skrywające najgłębsze zranienia, kompleksy, kłamstwa. To pierwsza płaszczyzna tej konfrontacji wymiar osobistego życia. Vogler i Anna są sobie bliscy, tak jak niegdyś sam reżyser i matka Anny. Czy Vogler widzi w córce wcielenie matki? Anna walczy w tej relacji o swoją autentyczność i podmiotowość jako kobiety, stara się zająć miejsce matki w łóżku i sercu Voglera. Gdy wkracza na scenę Rakel, rozgrywka się komplikuje. Vogler zdaje sobie sprawę, że gra jaką prowadzi z kobietami to próba oszukania śmierci. Jak sam wyznaje „śmierć mnie nadgryza”. W ostatniej scenie, bliźniaczej z pierwszą, tym razem stary Vogler zrzuca z siebie ubranie, tak jakby zrzucał wszystkie swoje maski i zasiada do stolika w szlafroku, gotowy do makijażu, czyli do nałożenia kolejnej maski, kolejnego kłamstwa.
Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Dopierała sięgnął po adaptację Bergmana z jeszcze jednego powodu. Tekst Szweda jest też sztuką o sztuce, teatrem o teatrze, w którym Mistrz może pozwolić sobie na próbę duchowego i intelektualnego zmierzenia się z byciem aktorem. Znając od kilku lat Andrzeja Dopierałę wiem, że w jego sztuce nie ma miejsca na artystyczne kompromisy. Aktor grając Voglera z autoironią spogląda też na siebie, na swój zawód. W sztuce o sztuce chodzi o coś innego niż w zwykłym przedstawieniu komediowym, czy kryminale. W tej kategorii trzeba znaleźć sposób na wejście na meta poziom, w którym sam teatr staje się swoim własnym odbiciem, oczyszczeniem. Vogler mówi do młodej Anny „aby zaistniał teatr, musza być spełnione trzy warunki: aktor, tekst i publiczność”, a stąd już niedaleko do słynnego zdania Petera Greenewaya, że teatr to aktor, słowo widz. Dopierała potrafił tym spektaklem wejść na ów meta poziom, w czym pomogła też scenografia. Była ona ukłonem w stronę innych adaptacji, wystawianych w „Teatrze Bez Sceny”. Tak więc był to dialog o sobie samym do potomności, de se ipso ad posteritatem.
Na spektakl przyjechałem specjalnie z Bielska-Białej. Cena biletu odpowiednia do rangi wystawianego tekstu. „Po próbie” według Ingmara Bergmana w adaptacji i reżyserii Andrzeja Dopierały, w tłumaczeniu Haliny Thylwe, w „Teatrze Bez Sceny” w siedzibie stowarzyszenia FAMI.LOCK w Katowicach przy ulicy 3 maja.
Polecam wszystkim, którzy szukają w teatrze nie taniej rozrywki, ale spotkania ze sztuką aktorską na wysokim poziomie i głębokiego przeżycia intelektualnego.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Tukidydes i wojna pepoponeska - krótki i niemądry tekst

 

 Dlaczego klasycy? 

Któż z Państwa pamięta doskonały wiersz Zbigniewa Herberta, w którym książę poetów przywołał postać Tukidydesa z Aten, znakomitego historyka, autora "Wojny Peloponeskiej"? Bez tej książki, niedokończonej przez autora, nie sposób wyobrazić sobie nowożytnego sposobu uprawiania historii. Dlaczego sięgam po tę księgę teraz? Dlaczego wydobyłem ją z półki i choć nosi ślady intensywnego czytania przed laty robię z niej bohatera tego tekstu? Otóż Tukidydes, jako pierwszy historyk odpowiedział na pytanie dlaczego wybuchają wojny. Czy zastanawiali się Państwo nad tym? Z biedy? Nie. Oczywiście możemy wszystko zamerykanizować poprzez czytelny i jakże nieprawdziwy podział na "good guys" oraz "bad guys". Według Tukidydesa wojna peloponeska, która zniszczyła wielkość Grecji Antycznej zaczęła się od poczucia zagrożenia i zazdrości, jaką Lacedemończycy, czyli Spartanie odczuwali na widok nowej wielkiej potęgi Aten. Ten mechanizm starego imperium wobec nowego zdarzył się w innym czasie i przestrzeni. Wojna mogła wybuchnąć w 1906 roku po kryzysie marokańskim, w 1908 po tym, jak chciwe Austro-Węgry anektowały Bośnię i Hercegowinę, a wybuchła po tym, jak serbski student zastrzelił arcyksięcia habsburskiego w Sarejewie u progu wakacji. Jednak prawdziwa przyczyna wielkiej wojny z lat 1914-1918 tkwiła w zawiści, jaką Anglia odczuwała wobec nowej wielkiej potęgi kaiserowskich Niemiec. Oczywiście winny jest też idiotyczny kaiser Willy II, o którym Julian Fałat, bielski malarz (tak po sąsiedzku) mawiał, że zamiast o jednej za mało klepki, ma o jedną za dużo. Winna jest Francja, której żądza zemsty za 1871 widziała w Niemcach wiecznego wroga i winna jest Rosja, która w krytycznych chwilach początku sierpnia 1914 nie odwołała mobilizacji. Dlaczego o tym piszę?
Bo nasz świat zaczyna przypominać ten sprzed 1914 roku. Przyzwyczailiśmy się po 1990, po słynnej i nieprawdziwej tezie Francisa Fukayamy o końcu historii, mającym zapewnić tryumf liberalnej demokracji, że jest tylko jedno imperium, USA. 


Tak było do wczoraj.
Teraz mamy dwa, a straszna potęga Chin jest coraz większym wyzwaniem dla starego świata. Chciwe międzynarodowe koncerny przeniosły tam produkcję i uzależniły świat od chińskiego teta-a-tete. Chińczycy okazali się mądrzejsi od Rzymian, Napoleona, czy innych imperiów, i wraz ze swoją ekspansją dając też coś od siebie, wystarczy popatrzeć na Afrykę, którą wszyscy mieli jako drugi lub trzeci przedpokój na salony. Poprzedni władca Chin, Hu Jintao był wyważony i nie przekraczał granicy, jednak Xi Jinpin przesunął tę granicę. On wie, że zegar biologiczny tyka, wie, że USA Trumpa (z całym krytycyzmem o jego megalomanii) postawiły Chinom tamę gospodarczą, ich polityce sztucznie zaniżonego kursu juana, przez co żaden kraj opierający się na gospodarce rynkowej nie może się z nimi równać. Chiny zaczęły wychodzić z zamknięcia na Morzu Południowochińskim przez sztuczne wyspy i zaczęły zagrażać sąsiadom. Wyrzynają muzułmańskich Ujgurów, zdusiły metodami totalitarnymi wirusa. Zresztą epidemia przyspieszyła tykanie zegara. Najważniejszym wydarzeniem politycznym ostatnich 3 miesięcy jest zawarcie multilateralnego paktu między USA z jednej oraz Indiami, Tajwanem, Wietnamem (wprawdzie komunistyczny, ale nienawidzący Chin), Koreą Płd, Japonią, Australią i Filipinami przeciwstawiającego się Chinom. Dlatego Pekin zawarł sojusz z Moskwą - w marcu Ławrow był w Pekinie, a Putin zaczął sprawdzać zachód (wschodnia Ukraina). Problem polega na tym, że Chiny nie przeciwstawią się na morzu US Navy oraz ich sprzymierzeńcom. Są niezmierzoną potęgą lądową, i mają na razie u swego boku schodzącą ze sceny Rosję Putina. Ten nowy sojusz amerykański - Pax Pacifica - ma zadusić Chiny lub zmusić je do ataku, tak jak embargo Roosvelta z lipca 1941 zmusiło Japonię do zaatakowania Pearl Harbor. Nie mówię, że jutro Chiny zaatakują Tajwan, który im ciąży swoją quasi niepodległością, ale przede wszystkim Tajwan zamyka Chiny w wyjściu na Pacyfik. Dwie ostatnie wielkie wojny wygrały państwa morskie zaduszając Niemcy ( teza Churchilla o tym, że mieliśmy tylko jedną wojnę w wieku XX o potęgę Niemiec) i Japonię, ale teraz tak być nie musi. Europa jest skazana na stary sojusz z USA i pytanie jak zachowają się cyniczne Niemcy żywiąc reżym Putina nord stream II oraz uzależniwszy Europę od Chin, jest aktualne. Jednak wszystkie wojny wygrywały stare potęgi pokonując nowe, tak było w 1815 w przypadku nowej napoleońskiej Francji, tak było w 1918 i 1945, w pewnym sensie w 1990, gdy USA wygrały zimną wojnę. 


Tak oczywiście nie musi się stać. Szczegółową analizą, ile okrętów ile samolotów, ile bomb atomowych mają te strony konfliktu, niech tym zajmą się spece od bezpieczeństwa światowego. 

Ja jestem tylko pisarzem i nie można moich słów traktować poważnie.

I najpewniej tak się nie stanie. Na pewno będziemy żyć w bezpiecznym świecie bogacącym się niewspółmiernie do innych cierpień, z dala od kataklizmów, uchodźców, konfliktów o wodę i biedy. Jesteśmy współczesnymi Ateńczykami, wielbiącymi wdzięki swojej demokracji, wpatrzonych w swoich Peryklesów i Alkibiadesów, będziemy znów chodzić na mecze piłki nożnej, jeść i pić więcej niż musimy i pokonamy każda chorobę dzięki antybiotykom połykanym jak pastylki i serwowanym masowo chowanym zwierzętom, które zarzynamy na burgery.

 Będziemy szczęśliwi, piękni i nieśmiertelni.

poniedziałek, 15 lutego 2021

Recenzja: Andrew Roberts, Napoleon Wielki, wyd. Magnum, Warszawa 2017


Czytelniku cierpliwy tego bloga,

Ochotę na tę książkę nabrałem, gdy tylko ją ujrzałem w księgarni. Wielkie tomisko autorstwa kolejnego brytyjskiego historyka, Andrew Robertsa, przyciągało moją uwagę leniwie leżąc w wystawie księgarni. Kupując książki, które chcę przeczytać, nigdy nie kieruję się jakąś jedną miarą. Książka historyczna musi wciągać, mieć "to coś", co sprawi, że sięgnę po nią. Tak właśnie było w przypadku biografii Napoleona pióra angielskiego historyka i dziennikarza.

Muszę przyznać, że dla mnie jako historyka specjalizującego się w wieku XIX książka ta stanowiła lekturę obowiązkową. W Polsce brakowało dużej, wieloaspektowej i wreszcie wyzwolonej z "polskiego" myślenia o Bonapartym biografii. Książka Robertsa zapełnia te lukę. Mówię otwarcie: jeśli liczycie tylko na politykę, zawiedziecie się. Ta książka jest o życiu, o epoce, o wojnach (świetnie opisanych), seksie, tyranii i upadku. Jest też przewrotna opowieścią o mechanizmach władzy, które zawsze prowadzą człowieka ku samotności i pustce.

Z uwagi na ogrom tej książki muszę od razu zaznaczyć, że jest to niezwykle mocno oparta na źródłach biografia najbardziej niezwykłego Korsykanina w historii. Dla niewtajemniczonych od raz zaskakuje fakt, że Napoleon w domu mówił po włosku, a językiem francuskim posługiwał się biegle (robiąc straszliwe błędy ortograficzne), ale zawsze jako językiem drugim. Roberts prowadzi czytelnika po życiu Napoleona od najwcześniejszych lat dzieciństwa i młodości. Książka jest bardzo klarownie i klasycznie zbudowana, z trzech części, klasycznie prowadzących czytelnika przez wzlot, szczyt kariery i wielki finał. Ta matryca kariery Napoleona została nałożona w naprzemiennie następujących rozdziałach na chronologiczną matrycę jego życia. Rozdziały zostały tak zakomponowane, by oddać przełomowy charakter wydarzeń w życiu cesarza. I tak, rozdziały takie jak "Egipt", "Brumaire", "Austerlitz" nie pozostawiają wątpliwości co do chronologicznej, klasycznej matrycy konstrukcyjnej książki. Muszę powiedzieć, że zdecydowanie pomaga to w odbiorze dzieła. Pomaga czytelnikowi wrócić do przerwanej lektury, co wobec gigantycznej objętości dzieła nie nastręcza problemów.

Z lektury wyłania się intrygujący obraz Napoleona jako człowieka. Jego prywatność, życie seksualne (bardzo bogate i urozmaicone) oraz jego stosunek do najróżniejszych aspektów życia, polityki, literatury i muzyki wyłania się z drobiazgowo zanalizowanych listów cesarza. Napoleon jako jeden z niewielu ludzi jego pozycji pozostawił gigantyczny zbiór 33 tysięcy (sic!), wydanych i skatalogowanych listów pisanych ręką cesarza, które Fundacja Napoleońska wydała od 2004 roku. Listy te stały się podstawą źródłową tej książki, co stawia biografię Andrew Robertsa wśród najwybitniejszych pozycji historiograficznych dotyczących Bonapartego, jakie kiedykolwiek napisano. I tak feministki nie mogą lubić Napoleona pod żadnym względem. Jego stosunek do kobiet był przedmiotowy i bezwzględny. Uważał, że jedyne co kobieta ma to ciało i to jest jedyny jej atut. Uważał, że kobieta nie powinna być zbyt inteligentna, ponieważ nie to jest jej powołaniem. Poglądy zatem na kwestię kobiecą miał Napoleon w normie swoich czasów. Zarazem, Napoleon nie był bigotem. Przyjaźnił się w sposób bardzo lojalny z Jeanem Jacquesem Cambacérèsem, faktycznym twórcą cywilnego kodeksu napoleońskiego, którego jawny homoseksualny styl życia nie był żadną tajemnicą. Napoleon był raczej tolerancyjny wobec różnych przejawów ludzkiej seksualności, choć sam, w sposób konsekwentny był zdobywcą kobiet.

Książka ta siłą rzeczy oddaje wspaniale nakreśloną panoramę napoleońskich wojen. Z intuicją znawcy angielski historyk bez ogródek wskazuje na uwarunkowania naturalnego geniuszu strategicznego Napoleona. Był doskonałym matematykiem i obserwatorem. W przerwie bitwy pod Lodi z armią austriacką w północnych Włoszech Napoleon bawił się w wyciąganie pierwiastków sześciennych. Potrafił matematycznie zanalizować teren, na którym walczył. Dostrzegał naturalne uwarunkowania, pagórki, rzeki, płoty, naturalne pozycje. Ale całe nowatorstwo militarnego geniuszu Napoleona było też skorelowane z czasem, w jakim żył. W epoce tej nie istniały asfaltowe drogi. Polne drogi były wąskie i siłą rzeczy poruszająca się armia musiała wybierać kilka tras na raz, żeby zdążyć na czas. Napoleon podzielił armię na korpusy, a te na dywizje i brygady, te zaś na bataliony (pułki). Armia zyskała większą mobilność. Bonaparte był też wyznawcą zasady, że należy wejść między wrogie armie i rozbijać jedną po drugiej, zanim wróg zdoła się połączyć. Bonaparte wygrywał tak długo, dopóki jego wrogowie nie odrobili lekcji i nie zaczęli walczyć tak jak on. Wówczas przegrał, a nastąpiło to w 1815 roku, kiedy miał przeciw sobie całą Europę.

Książka pozwala się uwolnić polskiemu czytelnikowi od polsko - centryczności w spojrzeniu na Napoleona. O Polsce jest zaskakująco mało i chyba trzeba się przyzwyczaić, że dla Napoleona sprawa polska była sprawą z pogranicza Imperium, sprawą nie drugo, ale trzeciorzędną. O romansie z hrabiną Walewską znajdziemy kilka akapitów, ale bez ogródek Walewska wychowała ich wspólnego syna na Francuza. Syn Napoleona został ministrem spraw zagranicznych Francji w okresie II Cesarstwa za Napoleona III. Za wyjątkiem inwazji na Rosję, o Polsce jest znikomo. Napoleon potrafił przyjaźnić się z Polakami:. pierwszym był jego adiutant w Egipcie, potem generał Kossakowski, i sam  książę Józef Poniatowski.

Czy Napoleon był genialny, ale niebezpieczny? Rozkładem i śmiercią setek tysięcy swoich żołnierzy Grand Armee w Rosji się nie przejął. Miał zaskakująco dużo szczęścia w swojej karierze. Gdy upadli Jakobini, od śmierci uratowała go Józefina. Wyszedł cało z dwu zamachów, jakie zorganizowali na niego rojaliści. Bez cienia wahania skazał na śmierć księcia d`Enghein w roku 1804, mimo że człowiek ten mu nie zagrażał. Andrew Roberts wskazuje, że Napoleon Bonaparte jest ostatnim z oświeceniowych tyranów, który zdołał przesunąć akcenty. Bez niego nie nadeszłaby w Europie era konstytucyjnych państw, oraz dał Europie wyrastający z tradycji oświeceniowej kodeks cywilny. Jest jednym z ludzi, którzy zmienili Europę, i wywarli na późniejszych epokach piętno. Książkę Andrew Robertsa, wydaną przez wydawnictwo Magnum, polecam wszystkim miłośnikom historii, nie tylko bonapartystom. To lektura totalna, konieczna dla zrozumienia epoki. Wydaje się nieodzowna na studiach historycznych.

Mistrzowska książka o Korsykaninie, mówiącego w domu po włosku, robiącego koszmarne błędy ortograficzne po francusku, który stał się symbolem Francji tricolore. 

Reaktywacja bloga

 

Czytelniku cierpliwy tego bloga,

Jak już zauważyłeś, bardzo zaniedbałem pisanie bloga. 

Zmiany w życiu i przeniesienie się z jednego miasta do drugiego, i osadzenie się na powrót w strukturze zawodowej w moim przypadku oznaczało, że totalnie nie miałem czasu na pisanie blogosfery poświęconej książkom historycznym, tudzież literaturze faktu, którą namiętnie czytam, choć piszę powieści historyczne i sensacyjne.  Niniejszym wracam do pisania tego bloga, ale zaznaczam, że recenzje nie będą ukazywać się często. Osoby lub wydawnictwa zainteresowane recenzjami proszę o kontakt przez stronę Wojciech Dutka pisarz

niedziela, 12 stycznia 2020

Przerwa w blogowaniu

Szanowni Czytelnicy,

Od kilku miesięcy nie zamieściłem żadnego tekstu. To celowe. Mam ogromny natłok różnych obowiązków związanych z pracą. Nie mam czasu na prowadzenie bloga. Jednak nie zarzucam powrotu do niego.

Na razie zapraszam na moją stronę na Facebooku
 https://www.facebook.com/pisarzWojciechDutka/

Pozdrawiam
Wojciech Dutka  

niedziela, 16 czerwca 2019

Recenzja: Czernobyl, mini-serial HBO, 5 odcinków, 2019



Czytelniku,

Jest godzina pierwsza w nocy minut 23, sekund 40, sobota, 26 kwietnia 1986 roku. Czernobyl. Blok reaktora czwartego. W tamtej chwili nastąpiła eksplozja pary wodnej i wodory zgromadzonego pod wielkim ciśnieniem. Jądro reaktora, pręty paliwa z Uranu 235 chłodzone wodą, pod wpływem temperatury wywołanej błędnie wykonanym i zaprogramowanym testem "włącz -wyłącz" mającym na celu przetestowanie czy energia elektryczna z turbiny może jeszcze przez minutę zasilać wyłączający się reaktor doprowadziła do eksplozji nuklearnej. Bo z tym w istocie mamy do czynienia. Tak zaczęła się katastrofa, która stanie się symbolem i preludium upadku Związku Radzieckiego.

Dziś telewizja stała się nośnikiem rzeczy naprawdę ważnych. HBO zaprezentowało miniserial złożony z 5 odcinków, a w rolach głównych wystąpili Jared Harris jako Walerij Legasow. Partnerują mu znakomity Szwed Stellan Skarksgaard, a także Brytyjka Emily Watson. Scenariusz serialu napisała historia  - bo właśnie ona jest kluczem do zrozumienia filmu. To bezprecedensowa produkcja ukazująca jako mało która z tak wielkim realizmem Związek Radziecki, ludzi, struktury władzy, kłamstwo, fałsz i niekompetencję kraju - wielkiej potęgi militarnej i atomowej, gdzie ludzkie życie warte było bardzo mało.

Serial jest sprytnie zakomponowany narracyjnie. Pierwsza scena to samobójstwo Walerija Legasowa,wielkiego naukowca, który poświęcił wszystko, aby zabezpieczyć Europę przed skutkami eksplozji, które mogłyby stać się katastrofalne w skali setek, jeśli nie tysięcy lat. Byl on pierwszym naukowcem, który zdał sobie sprawę z tego, co się stało. To on przeczytawszy raport lokalnych władz i zeznań strażaków, których wysłano z Prypeci do "gaszenia pożaru", zauważył, że w tekście jest mowa o rozrzuconym graficie na przestrzeni wielu setek metrów od rozwalonego i płonącego budynku reaktora czwartego. To on poinformował Michaiła Gorbaczowa, przywódcę Związku Radzieckiego, że wybuchł reaktor, a paliwo jako radioaktywna lawa przepala się przed beton pokrywy i jeśli wejdzie w reakcję z woda w zbiornikach i wodami gruntowymi (Czernobyl jest zbudowany na podmokłym gruncie), to wówczas Hiroszima to będzie igraszką.

Oto co Walerij Legasow widział w Czernobylu (cytat za: https://wiki.czarnobyl.pl/wiki/Walerij_Legasow)


"Już w odległości dziewięciu, dziesięciu kilometrów do elektrowni widać było nad nią szkarłatną poświatę... podobnie jak nad dużym kombinatem metalurgicznym lub dużą fabryką, która swym blaskiem rozjaśnia nocne niebo. Pamiętam tę ​​drogę do teraz, muszę powiedzieć, że wtedy nie przyszło mi do głowy, że zmierzamy ku wydarzeniu światowemu, wydarzeniu, które prawdopodobnie zapadnie w historii ludzkości na zawsze, jak wybuchy słynnych wulkanów, śmierć ludzi w Pompejach lub coś o tej skali".

Mało kto sobie zdawał sprawę, że to było niszczące promieniowanie, które przechodziło przez metal, drewno, beton i żywe ciało niosąc śmierć. Właśnie śmierć jest najbardziej wstrząsająca w serialu. Film bowiem oddaje przede wszystkim hołd zwykłym ludziom z Rosji, Białorusi i Ukrainy, którzy oddali życie poświęceni przez podłe i bezduszne władze Związku Radzieckiego. Ożywa tragedia strażaków, których męczarnie w szpitalu w Moskwie, pokazano z wiwisekcyjną dokładnością. Nigdy nie widziałem ludzi - jeszcze żywych - którzy płoną od promieniowania, jak schodzi z nich skóra, odsłaniając żywe mięso....

Niesamowite są sceny z udziałem górników z Tuły, którzy nago w temperaturze 50 stopni kopali tunel pod reaktorem, aby nie dopuścić do przedostania się radioaktywnej lawy do wody gruntowej. Scena z ministrem górnictwa pyszna. Podobnie jak ożywa tragedia innych istot żywych. Obserwujemy masakrę zwierząt domowych, który wybito do nogi. Rozmowa o zabijaniu młodego chłopaka po maturze wcielonego do armii sowieckiej i starszego kolegi z Afganistanu (w tej roli znakomity duński aktor Fares Fares) oddaje rozterki kata. Do zabijania można się przyzwyczaić, napisałem przecież w "Czerni i Purpurze". Grozę budzą scen, gdy młodzi żołnierze musieli zrzucać z dachu radioaktywne resztki grafitu, podczas gdy promieniowanie wokół nich jak po wybuchu bomby atomowej. Ilu z tych ludzi umarło nie dożywszy trzydziestki?

Jedak serial ukazując szerokie tło społeczne i polityczne ukazuje też mechanizmy władzy i kłamstwa, bo o kłamstwie, na którym zbudowano Związek Radziecki i system komunistyczny, jest także ów serial. Kłamstwie, które zatruło umysły. Najbardziej nikczemną postacią jest Anatolij Diatłow, odpowiedzialny za eksperyment, człowiek niekompetentny i typowy produkt sowieckiego prania mózgu. Choć z drugiej strony sam typ reaktora RBM, jaki pracował w Czernobylu, był wadliwy i bardzo ryzykowny. Ciąg zdarzeń, przypadkowych zarządzeń, niekompetencji i błędów doprowadził do katastrofy.

Polecam wszystkim serial HBO. Doskonałe trzymające w napięciu kino historyczne i katastroficzne, najwyższej jakości.

wtorek, 4 czerwca 2019

"Kłamstwo: według Floriana Zellera w Teatrze Bez Sceny


Czytelniku, 

Czy kłamać jest godnie? Uczciwie? Czy kłamstwo popłaca? Czy kłamiąc możemy okazać miłość i szacunek swojej partnerce/partnerowi życiowemu? Jaka jest granica tolerancji kłamstwa w związku? Można tych pytań o kłamstwo zadać więcej. Jednak istnieje współczesna sztuka teatralna misternie ukazująca wzajemne zakłamanie współczesnych. Jej autorem jest z pewnością jeden z najpoczytniejszych francuskich pisarzy i dramaturgów Florian Zeller. Sztuka nosi tytuł "Le Mensogne", czyli kłamstwo właśnie. 

Słówko o inscenizacji Teatru Bez Sceny - jest nad wyraz oszczędna i minimalistyczna. Wymusza to mała przestrzeń teatru, ale zarazem przestrzeń ta jest bardzo dobrze zaaranżowana kolorystycznie. W czarnej przestrzeni, znajdują się cztery karminowe krzesła. Skupiają one uwagę widza. W tej przestrzeni jest czterech aktorów, dwie kobiety i dwu mężczyzn, którzy nawzajem oplatają się siecią kłamstwa. Kostiumy są zasługą Ewy Dopierały, kolorystycznie wszyscy aktorzy noszą kostiumy na zasadzie kontrastu wobec czerwieni krzeseł i pustki/ciemności sceny. Peter Brook powiedział kiedyś takie jedno zdanie oddające kwintesencję sztuki teatralnej. "Dajcie mi człowieka i niechaj słucha go drugi człowiek. Tak oto dokonuje się akt teatru". Zatem nie trzeba kwiecistej dekoracji. Nie trzeba wnętrza luksusowego mieszkania paryskiej elity. Prosta przestrzeń. I kłamstwo.   

Spektakl wyreżyserował Andrzej Dopierała i wydaje mi się, że poznaję gust reżysera. Dopierała lubi bardzo dramat skandynawski, a komedię francuską. Trudno o lepszą rekomendację. W sztuce grają:

Alice - Ewa Kutynia
Paul - Andrzej Dopierała
Laurance - Agnieszka Bieńkowska / Oliwia Spisak
Michel - Wiesław Kupczak / Karol Gaj

Muszę przyznać, że znakomita jest rola Ewy Kutyni. Jako Alice prezentuje ona całą gamę uczuć, jakie kobieta może okazać. Alice potrafi być namiętna, zazdrosna, zakłamana, zrozpaczona, i pod tymi maskami kryje się perfekcyjna umiejętność kłamstwa. Jej mąż (w tej roli sam Dopierała) też kłamie, ale jest też zaskakująco naiwny, miota się, próbuje jednym kłamstwem zasłonić drugie. Istotę tej sztuki jest też ukazanie relacyjności ludzkich związków, uczuć, ich ulotności, potęgi chwili, dotyku Erosa, który jak wszyscy dobrze wiemy, jest bożkiem kapryśnym, który raz ukazawszy swoją potęgę może uciec, by nigdy się nie dać odnaleźć. 

Sztukę ogląda się bardzo dobrze, akcja płynnie przechodzi do przodu - z zaskakującym finałem nie zdradzę o co chodzi - w czym zasługa znakomitego przekładu Barbary Grzegorzewskiej. Dialogi są cięte, ostre jak brzytwa, dwie pary wydobywają swoją hipokryzję i obłudę przez celne docinki, szpilę wbitą z uśmiechem na ustach. Tekst - a w teatrze to jest bardzo ważne - brzmi bardzo dobrze, jest nowoczesny, pozbawiony archaizmów i wulgarności. 

"Kłamstwo" Floriana Zellera w reżyserii Andrzeja Dopierały jest sztuką lekką nad wyraz, ale z własną głębią, ironią, doskonałą na letnie popołudnie. Jeśli ktoś gustuje w intelektualnej komedii i ma wolny wieczór. Polecam.  

Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560

  Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby   Autorem opracowania je...