Blog poświęcony historii - w szczególności historiografii i literaturze, i filmowi. Blog ten jest oficjalnym blogiem pisarza i historyka Wojciecha Dutki.
niedziela, 19 stycznia 2025
#Caravaggio - Oczekiwanie w drodze do Egiptu - impresja filozoficzna
niedziela, 12 stycznia 2025
#American Primeval #switameryki Recenzja: Świt Ameryki, mini serial. Netflix 2025
Czytelniczko-Czytelniku
Znów Netflix zrobił coś dobrego, co jak pewnie Państwo wiedzą nie jest wcale częste. Mini serial robi wrażenie sposobem opowiadania, a właściwie sposobem pokazania Utah, czyli Dzikiego Zachodu w roku 1857 czyli jeszcze przed wojną secesyjną. Oto kobieta z synem przyjeżdża do Utah w poszukiwaniu męża i szuka przewodnika, który przeprowadzi ją bezpiecznie przez góry. W wieku XIX Góry Skaliste stanowiły straszną zaporę w drodze do Kalifornii, ale prawdziwy wysyp żądnych nowego życia pionierów zaczął się wylewać na Zachód dopiero po wojnie Stanów Zjednoczonych z Meksykiem (1846-1848), kiedy administracja prezydent Polka zagarnęła ogromny obszar na Zachodzie, z Texasem, Nowym Meksykiem, Nevadą, Arizoną , Kalifornią i Utah.
W serialu nic nie jest takie, jakie się wydaje. Kobieta i jej syn nie są bowiem tym, za kogo się podają. Oto dołącza ona do dużej grupy osadników, wśród których znajdują się wyznawcy religii mormońskiej. W ogóle sposób w jaki pokazano tę - wielce oryginalną amerykańską grupę religijną - jest bardzo dosadny. W walce o rząd dusz w Utah mormoni nie cofają się przed niczym. I w zasadzie dochodzimy tutaj do sedna tego serialu. Tak jak w słynnym ongiś anty-westernie Clinta Eastwooda "Bez przebaczenia" który w 1994 roku był nominowany do Oscarów, w tym mini serialu przemawia poetyka wszechobecnego zła. Nie ma ono charakteru metafizycznego mimo wątku mormońskiego, to wszechobecny lepki brud, okrucieństwo, każdy dosłownie każdy może poderżnąć człowiekowi gardło. Każdy krok może oznaczać śmierć, tym bardziej że osoby jawiące się jako dobre i religijne, są w istocie dokładną odwrotnością. Piekło jest w ludziach, w ich chęci posiadania, we władzy, w układach, zależnościach, prawie feudalnych. Rewolwer nie kłamie. To uniwersalny alfabet którym porozumiewają się ludzie na dzikim zachodzie w roku 1857. Kula oznacza zdanie adresowane do kogoś, to tak spoista narracja, gęsta, nie dająca spokoju choćby na chwilę. Groźna jest przyroda, choć wspaniale sfilmowana. Indianie jako rdzenna ludność, konkretnie Szoszoni (mówią we własnym języku) są na krawędzi zagłady i nic nie będzie w stanie ich uratować. Nawet mormońska kobieta, która do nich przystanie chcąc wyrwać się w ostatecznym rozrachunku jako jednostka tłamszona przez mężczyzn i ich fanatyczną religię nie może ich ocalić. Mit "Tańczącego z Wiolkami" nie działa. Costner też próbował w zeszłym roku swojego wielkiego dzieła, którego nie da się oglądać, ponieważ stworzył film archaiczny, w stylu Johna Wayne`a, gdzie biali są nieskazitelni, a Indianie są źli. W serialu Netlixa Szoszoni jedynie próbują przetrwać, zanim zmiecie ich niekończąca się fala białych. Okrucieństwo jest tutaj jedynie sposobem przetrwania. Niczym więcej. Przetrwają tylko ci, którzy zabijają i nie pozwalają dać się zabić. Oto uniwersalna prawda o podboju zachodu. Nie dokonali go urzędnicy, żołnierze, nauczyciele i pastorzy. Dokonali tego złodzieje, mordercy, koniokrady, cwaniaki, osobnicy nie potrafiący czytać i pisać, wyrzutki społeczne, najsprytniejsze łaziki pod tą szerokością geograficzną, okrutnicy i gwałtownicy. Ich bóstwo czasem objawia się w niedźwiedziu, czasem ma postać wilka, ale już na pewno uniwersalnego bóstwa, dolara amerykańskiego, sławnego zielonego, za który ludzie są gotowi na każdą nikczemność. Myślę, że to świadoma i podjęta odważnie przez twórców dekonstrukcja. Wszyscy bohaterowie są źli, różnią się tylko stopniem wewnętrznej degeneracji.
Serial jest tak ciężki, że momentami przerywałem, żeby oswoić się z okrucieństwem. Przyszywanie skalpu na żywca to naprawdę żadna frajda, a ogląda się to niezwykle realistycznie. W filmie grają aktorzy nieznani powszechnie i to dobrze. Nie ma ani jednej ogranej twarzy. Serial dla ludzi o mocnych nerwach. Polecam.
8/10
poniedziałek, 6 stycznia 2025
Projekt nowej trzytomowej powieści o Kresach #Kresy
Czytelniku - Czytelniczko
Cóż, nowy rok zaczął się z przytupem, a ja zacząłem tej zimy pisać być może największą do tej pory - jak zwykle epicką, ci z Państwa, którzy już mnie trochę czytali, wiedzą że tak właśnie będzie - powieść o czasach przedwojennych, wojennych i powojennych z perspektywy trzech spokrewnionych kobiet pochodzących z Kresów. Zamierzam trochę odczarować Kresy, które funkcjonują w naszej przestrzeni historycznej jako jeden z trzech, obok Powstania Warszawskiego, oraz polskiego podziemia antykomunistycznego mitów założycielskich III RP, szczególnie prezentowanych w środowiskach prawicowych. Jednak od czasów "Bożej Podszewki" w latach 90-tych szczególnie zajadle atakowanej, oraz "Wołynia" Smarzowskiego nie ma w zasadzie narracji która pokazałaby Kresy w polskiej literaturze popularnej. Zamierzam to naprawić.
Długo przymierzałem się do takiej powieści, ale impuls dała mi jak zwykle wspaniałe Wydawnictwo LIRA które zainteresowane jest powieścią wojenną z ekspozycją kobiecych bohaterek. Historia tych trzech kobiet obok których pojawią się ciekawe postaci męskie, będzie jednak wpisana w szerszy kontekst - mianowicie dwunastu powieści wojennych które ukazują się od 2019 roku, a które mają za zadanie stworzenie literackiego uniwersum ludzkich losów zmienionych przez II wojnę światową. W każdej z tych powieści raz jeszcze zobaczymy choć na kilka rozdziałów postaci, które już Państwo znają, ale w innym czasie ich życia. Trochę jak w "Poszukiwaniu straconego czasu" Prousta przywoływana jest jednak konkretna chwila, tak tutaj interesuje mnie całość życia tych postaci (np. Mokrzyckiego) które czytelnicy ujrzą od młodości po starość, z całym bagażem tego jak wojna i powojnie zmienia ich. Kim byli przed wojną, a kim po niej.
Oczywiście w tej powieści, nad która już pracuję - w zasadzie jednej, ale rozbitej na trzy tomy z zachowaną numeracja rozdziałów - chcę pokazać panoramę społeczną Kresów - Polaków, Ukraińców, Żydów, Tatarów, Ormian, ludzi kościoła, komunistów, ziemian i środowiska robotnicze. Chcę pokazać ostatnie lata II Rzeczypospolitej z całym bagażem jej konfliktów społecznych i narodowościowych, strajków głodowych, policji strzelającej do robotników, zajadłego ukraińskiego nacjonalizmu, sanacyjnych bonzów polskich i społeczne uwarunkowania losów kobiecych. Chcę pokazać jak zmienia się psychika moich bohaterek na przestrzeni lat. Pierwszy tom będzie od 1930 roku do czerwca 1941, czyli do wejścia Niemców przeciwko ZSRR, drugi od 1941 do 1944 z całym pandemonium wojny. Proszę zwrócić uwagę, że Kresy zostały zniszczone podwójnie, na co zwrócił uwagę Timothy Snyder - najpierw od września 1939 Sowieci niszczyli polską i ukraińską inteligencję, zniszczyli przestrzeń praworządności, a potem na to nasunie się walec niemiecki i straszliwa furia SS i Policji niemieckiej wobec Żydów. Czeka mnie ukazanie sprawy wołyńskiej i zrobię to tak jak opisałem Jasenovac w "Amerykance" - kto czytał sceny z Jasenovaca w tej powieści, wie już co czeka czytelniczki i czytelników. Bez znieczulenia. Chcę pokazać polskie podziemie, które nie potrafiło ochronić Polaków na Kresach. Uważam, że dojrzeliśmy jako społeczeństwo do tego. Przy czym nie chcę tego, co opisuje się jako "Das Klischee" - kliszę narodowościową, daleki jestem od tego. Byli dobrzy i źli ludzie, a nie grupy etniczne. I wreszcie tom trzeci od 1944 do lat pięćdziesiątych, może sześćdziesiątych, żeby zamknąć wszystkie wątki. Chcę pokazać niewypał, jakim była operacja "Burza", konanie polskiego Lwowa w 1945 i 1946 roku, jak zaciekle walec sowiecki po raz trzeci zniszczył Kresy, wynaradawiając, przenosząc ludzi, miedzy innymi do Gliwic - tu znów będzie link do mojej gliwickiej powieści. Nie lubię bowiem wątków niedomkniętych i zwracam na to uwagę.
Na zdjęciu miasto będące tłem wielu wydarzeń - Stanisławów, obecnie Iwano-Frankowsk na Ukrainie walczącej z fanatycznym, faszystowskim rosyjskim państwem Putina. Miasto urzekające, w którym byłem tylko raz, ale to gdzieś we mnie jest na dnie duszy. Pojawią się też Kuty nad Czeremoszem, Równe i fascynujące postaci historyczne: Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Niemcy, Rosjanie, ...ludzie dobrzy lub źli, lub ludzie, którzy nie robiąc nic, nie potrafią dokonać wyboru, choć to też jest wybór. Będzie bardzo epicko, wszystko ze sobą zszyte, piękne i okrutne.
Źródło: www.polona.pl, sygn.: Poczt.9646.
niedziela, 1 grudnia 2024
Recenzja: serial STAMTĄD, HBO Max #stamtąd #from
W historii telewizji i seriali, a więc sedna kultu masowej, która teraz przeniosła się do streamingu - serial From (Stamtąd) powstały oryginalnie w MGM, a prezentowany w całości przez Max, można śmiało powiedzieć, że dla gratki suspensu, czy też horroru powstała najciekawsza produkcja od czasów serialu Lost, którego całość można ostatnio obejrzeć na Netflixie.
Całość jest pomysłem jak gdyby już wykorzystanym, ale jak się okazuje nie w pełni. Oto przypadkowi ludzie w wyniku podróży po samochodowej po Stanach Zjednoczonych napotykają na drodze drzewo, nie mogąc go przesunąć, próbują je ominąć po czym trafiają do miasteczka, które okazuje się miejscem przeklętym, poza czasem i przestrzenią, z którego nie da się uciec. Jest to miejsce tym bardziej niebezpieczne, że w nocy chodzą po mieście przypominające zewnętrznie ludzi potwory, które zabijają w sadystyczny sposób każdego kogo napotkają na drodze. Miejsce to musiało istnieć przez wieki, gdyż uwiezionym w miasteczku ludziom pokazują się zjawy, takie jak żołnierz z czasów wojny secesyjnej, a potwory noszą ubrania stylizowane na lata pięćdziesiąte. Tajemnic związanych z osobami uwięzionymi i nadnaturalnymi wydarzeniami jest więcej, ale nie chcę ich spojlerować.
Pod względem warsztatowym to jest pierwszorzędnie poprowadzona narracja pełna suspensu i zaskakujących zwrotów akcji, zarówno obejmująca punkty zwrotne w rozumieniu postaci, jak i rzeczywistych zwrotów akcji całej linii narracyjnej, dzięki której możemy się zorientować, że miasteczko nie jest tym, za co chce uchodzić. Jesteśmy świeżo po trzeciej serii, która mnóstwo rzeczy zagmatwała, ale tez wyjaśniła. Po trzeciej serii orientujemy się czym są potwory i dlaczego dręczą ludzi, ale tajemnic jest znacznie więcej. Zwracają uwagę kapitalnie wykorzystane w kreacji grozy dzieci - kilku bohaterom pokazuje się chłopiec w bieli, który symbolizuje jakąś dobrą siłę, która próbuje pomóc mieszkańcom miasteczka uwięzionym wbrew sobie w spektaklu krwi i grozy.
Myślę, że po trzecim sezonie że ten serial pokazuje w jakiś metaforyczny sposób Amerykę XXI wieku, oczywiście wielokulturową, ale w większości ludzie uwięzieni w miasteczku chodzą biednie ubrani, tak jakby stanowili metaforę spauperyzowanej części amerykańskiego społeczeństwa. Każdy z mieszkańców, których poznajemy lepiej, ma swoje problemy: to samotność, wyobcowanie, alkoholizm, problemy z tożsamością, z wiarą, wszyscy oni muszą zmagać się z egzystencjalną pustką tego uwięzienia, odcięcia od rzeczywistego świata, do którego nie mogą wrócić. Przyczyna Zła w miasteczku, które ma swoje różne oblicza - potwory łażące w nocy nie są najgorszymi z istot mieszkających w lasach wokół miasteczka, jest związana ze stosunkiem do dzieci, tych najmłodszych. Warto zastanowić się dlaczego potwory stały się takie jakimi są.
Jest mnóstwo pytań o symbolikę - o kruki jakby żywcem przeniesione z "Ptaków" Hitchcocka, czy czerpanymi pełnymi garściami pomysłów z prozy Stephena Kinga. Jak na razie po trzech sezonach, nierównych, choć gwarantujących ostre przeżycia w ostatnich odcinkach serii, nie mamy banalizacji horroru, tajemnica ma związek z czasem i miejscem, a zatem z czasoprzestrzenią wokół miasteczka, rytuałem wiecznego powrotu który znamy choćby z myśli Nietzschego.
Polecam 8/10
(sezon I - 9, sezon II - 8, sezon III- 7)
niedziela, 24 listopada 2024
#recenzja Napoleon - Ridley Scott - wersja reżyserska (director`s cut)
To jest w zasadzie dopisek do recenzji filmu Ridleya Scotta "Napoleon" sprzed roku, którego wersję reżyserską mogłem obejrzeć na Apple TV.
Przed rokiem napisałem recenzję innego filmu Ridleya Scotta "Napoleon" i dziś po roku nie zmieniłbym ani jednego słowa. Wtedy nie przeszkadzały mi nieścisłości historyczne, ponieważ nie miały one żadnego wpływu na odbiór filmu. Teraz obejrzałem wersję reżyserską - director`s cut - którą można obejrzeć na Apple TV. Jest o ponad godzinę dłuższa i jest to znacznie, znacznie lepszy film, niż wersja kinowa i tak jak przypuszczałem rok wcześniej tylko wersja reżyserska będzie wyznacznikiem tego, jaki to jest film. Tak jak wersja reżyserska "Królestwa Niebieskiego".
W wersji dłuższej wychodzą niuanse, których wcześniej nie widzieliśmy. Scott, jak rzadko który reżyser Hollywood pokazał męczeństwo katolików podczas rewolucji francuskiej. Scena ścinania na gilotynie zakonnic klauzurowych, karmelitanek, jest wstrząsająca. Siostry śpiewają po łacinie hymn "O stworzycielu duchu przyjdź" i idą na gilotynę jedna po drugiej. Czegoś takiego nie pokazano dotąd w żadnym hollywoodzkim filmie. Związek z Józefiną jest głębszy i mocniejszy. Film ukazuje jej pobyt w więzieniu podczas dyktatury jakobinów. Upadek Robespierre`a jest niemal zabawny, jak w takt muzyki przebojów francuskich gilotyna utnie również głowę temu totalitaryście. Nie ma natomiast bitwy pod piramidami, choć wątek egipski z 1798 jest powiązany z odkryciem, że Józefina go zdradzała. Wersja reżyserska pokazuje jak bardzo Napoleon był produktem rewolucji, który ją zatrzymał nadając monarchii francuskiej inny charakter. Scena z posłem brytyjskim i pierwszym konsulem jest dopiero teraz zrozumiała, ponieważ film pokazuje też bitwę pod Marengo, choć przez chwilę. Wszystkie sceny są głębsze i mają sens w tej wersji. Car mówi z dworzanami po rosyjsku i całkiem sprawnie to wygląda na ekranie. Talleyrand jest wyjątkową zdradliwą kanalią. Kampania rosyjska jest dłuższa i bardziej makabryczna - jest nawet scena, gdy pokazują Napoleonowi zamarznięte ludzkie zwłoki z wyciętym mięsem. Film bez ogródek pokazuje, jak Napoleon ucieka z kampanii rosyjskiej - znów trzecia wzmianka o Polsce, tym razem o Warszawie, zakończenie w tym długie i nie do końca ścisłe historycznie Waterloo jest podobne jak w wersji kinowej. Niuanse także dotyczące choroby Napoleona - film w wersji reżyserskiej sugeruje chyba jednak raka odbytu jako przyczynę śmierci cesarza. Pod względem gry aktorskiej to jest film niebo lepszy od Gladiatora II. Takiego pełnego filmu o Napoleonie potrzebowaliśmy, choć sądzę, że materiału było nawet na 5 godzin. Ale tego już nie zobaczymy.
środa, 20 listopada 2024
Recenzja: Konklawe. reż. Edward Berger, #konklawe
Czytelniczko - Czytelniku, kimkolwiek jesteś
Film w reżyserii Edwarda Bergera na podstawie powieści Thomasa Harrisa wypada zrecenzować już dla samych aktorów Ralpha Fiennesa, który jest bardzo znanym aktorem od czasów "Listy Schindlera" czyli od 30 lat, Obok niego wystąpili Stanley Tucci, czy Isabella Rosselini. Film reklamowany jest jako thriller - i abstrahując od znaczenia tego słowa chciałbym zrecenzować go w trzech płaszczyznach.
Pod względem aktorskim jest więcej niż dobrze. Fiennes przekonująco oddaje ewolucję bohatera, od podporządkowanego i świadomego obrzydliwości biurokratycznej machiny Kościoła Katolickiego kardynała po świadomego gracza podejmującego grę o tron i wchodzącego w gąszcz intryg kardynałów. Pomagają mu w tym dobrze dobrani i świadomi swojego warsztatu aktorzy Stanley Tucci, czy dawno nieoglądany John Lithgow. I nie ma co dyskutować. Aktorsko wypada bardzo przekonująco, choć w centrum z racji scenariusza jest bohater grany przez Fiennesa, targany sprzecznościami, pokazujący ludzkie oblicze. Kardynał Lawrence jest przekonujący. Momentami tragiczny, przebiegły, ale wewnętrznie uczciwy.
Druga płaszczyzna to suspens. Tutaj też jest bardzo dobrze, może nawet więcej niż dobrze, choć suspens powinien prowadzić do tajemnicy. Suspens jest oparty na spojrzeniu, grze aktorskiej najwyższej próby, zawiązującym się spisku ukazując jakże ludzko, że po śmierci papieża zaczyna się brutalna walka o władzę. W tej walce nie może trupów, choć kiedyś przed trzystu laty niewątpliwie królowała trucizna. Dziś jest pomówienie, wyciąganie smrodów z życiorysów, podkopywanie wiarygodności. Jednym słowem zaplecze w jakim wybierany jest papież, głowa Kościoła katolickiego, do którego należy miliard ludzi, jest dalekie od mówienia "tak-tak" "nie-nie". To też jest przekonujące. Odważnie tez ukazana jest intryga "utopienia" kandydatury afrykańskiego kardynała.
Trzecia płaszczyzna interpretacyjna na najwyższym poziomie - tym metafizycznym, jednym słowem eklezjologicznym, filozoficznym, duchowym to jak film pokazuje rozumienie katolicyzmu przez świat anglo-amerykański. Bo spojrzenie Harrisa i reżysera jest oparte na postrzeganiu kościoła z perspektywy liberalnej i wolnościowej, która na gruncie katolicyzmu jest...fałszywa. I w tym wymiarze ten film ponosi porażkę. Konflikt wykreowany miedzy członkami konklawe - miedzy integrystycznym i liberalnym kościołem jest w gruncie rzeczy teatralny i nieprawdziwy. Trzecia płaszczyzna domaga się miejsca dla kobiet w kościele takie jakie mają mężczyźni i choć nie mam nic przeciwko kobietom-diakonom, uważam, że to jest interpretacja fałszywa. Kościół anglikański wcale nie jest bardziej żywy od kapłanów-kobiet niż kościół katolicki. Z perspektywy prawdy ekranu wybór papieża jako osoby trans jest może nośne medialnie, ale całkowicie nieprawdziwe. Taka osoba zostałaby zdemaskowana w seminarium bardzo szybko, a nawet gdyby była wyświęcona zostałaby zmuszona do rezygnacji. W recenzji filmu muszę ocenić prawdopodobieństwo "prawdy" ekranu do prawdy realności. I pod tym względem "Konklawe" ponosi porażkę.
Czym jest zatem ten film? To bajka anglo-saskiego liberalnego świata o katolicyzmie, jakimi oni chcieliby go widzieć. To wyraz być może tęsknoty tego świata do rzeczywistości "długiego trwania" proszę wybaczyć, że używam terminu Fernanda Braudela, ale kościół katolicki taki jest - to "długie trwanie" poprzez stulecia i pożogi, co dla wierzących jest dowodem prawdziwości tego kościoła, a dla niewierzących ciekawym faktem społecznym. Pod względem warsztatowym pierwszorzędny thriller polityczny. Ale wymowa jest słaba, nieprzekonująca. Świat liberalny, choć bardzo chce, nie może zrozumieć katolicyzmu. Dla świata liberalnego katolicyzm i jego rzymskie długie trwanie jest kantowską rzeczą w sobie, której choćby bardzo chciał, przeniknąć nie go może.
sobota, 16 listopada 2024
Recenzja: #Gladiator2, reż. Ridley Scott #recenzja
Czytelniku - Czytelniczko tego bloga
Obejrzałem najnowszy film Ridleya Scotta "Gladiator II" który wchodzi do kin z opóźnieniem wynikającym ze strajku branży filmowej w Hollywood, co spowodowało dokrętki i wzrost kosztów do 300 milionów dolarów. To dość istotna informacja, która być może będzie mieć znaczenie, jak też najnowsze dzieło mistrza Scotta zostanie odebrane.
Potrzebowałem nieco czasu, aby zastanowić się co stanowi największą bolączkę filmu Scotta. I doszedłem do wniosku, że jest to wtórność. Już od pierwszych scen, gdy ukazują się oczom widza sceny z fikcyjnego miasta numidyjskiego - widzimy plan "Królestwa Niebieskiego", to niemal te same ujęcia, w tym wojowników poruszających się po murze. Ta dosłowność w cytowaniu samego siebie - Scott może to robić, byle ze smakiem - jest czymś co rzuca się w oczy także w kreacji głównego bohatera. Jest nim Lucjusz (w tej roli Paul Mescal). Muszę wyznać szczerze, że w konstrukcji tego bohatera jest kilka płaszczyzn - jednak dominuje patos jego przemówień. Mówi on na początku rzymskiego oblężenia tego fikcyjnego miasta numidyjskiego kilka patetycznych zdań - choć w pierwszej scenie filmu jest chłopem - kolonem uprawiającym ogródek. Od razu dowodzi, na jakiej zasadzie - nie wiem.
Główna intryga jest jak gdyby napisanym nico lepiej scenariuszem pierwszej części, tej słynnej sprzed 24 lat z Russelem Crowe. Bohater jedzie do złego Rzymu - a jakże - który znów jest rządzony przez dwu złych cesarzy braci, których przerysowane i idiotyczne postaci mają się nijak do oryginałów. Ukazany groteskowo cesarz Karakalla naprawdę zabił brata na oczach matki Julii Domny, ale zarazem wydał w roku 212 najważniejszych dekret w historii cesarstwa, tak zwany dekret Karakalli- nadający obywatelstwo rzymskie wszystkim wolnym mieszkańcom imperium rzymskiego. Co dowodzi, że idiotą, jak w filmie nie był. Ale Scott przyzwyczaja nas do lekkiego traktowania historii. Niemniej nawet ja muszę się o tę historię upomnieć. Pierwsza scena filmu informuje nas, że jest rok 200. Wtedy panował ojciec braci Septymiusz Sewer, cesarz urodzony w Leptis Magna w rodzinie punickiej - był z pochodzenia Kartagińczykiem. Zmarł dopiero w roku 211 w Eboracum czyli dzisiejszym Yorku. Tych przekłamań jest więcej - jeden z senatorów ma gazetę, którą wymyślono dopiero 1600 lat później. Rzymianie na początku prowadzą wojnę z Jugurthą, królem Numidii, którą stroczyli za Cezara czyli 250 lat wcześniej. Jestem widzem wyrobionym, profesjonalnym historykiem i pisarzem i powiem szczerze: nie kupuję tego. Tak jak nie kupuję walki z małpami - widać, naprawdę widać, że one są animacją, czyli te 300 milionów dolarów źle wydano, bo 24 lata wcześniej widz miał wrażenie, że Maximusa atakują w Koloseum prawdziwe tygrysy. Scena z nosorożcem jest nieprawdziwa historycznie i nieprawdziwa. Pływające rekiny w Koloseum - żarłacze białe w jakiej wodzie pływają? W słodkiej czy słonej? Chyba muszą w słonej, to jako pisarz i wielbiciel Rzymu zapytuję, jak do Koloseum przetransportowano wodę morską? Przecież to się nie klei...Tym samym Scott obalił główną atrakcję - walki w Koloseum stały się groteskowe. Jedynie prawdziwa jest postać lekarza - wygląda na przybysza z Indii, który żeni się z Rzymianką - takie było imperium - inkluzyjne i jednoczące, a nie totalitarne.
Dalej jest lepiej aktorsko. Pojawiają się dobrzy aktorzy na ekranie - dobra Connie Nielsen w roli córki Marka Aureliusza Lucilli, w tej roli niedobrej matki obroniła się. Pojawia się - co mnie wzruszyło dziewięćdziesięcioletni sir Derek Jacobi w roli senatora Grakchusa. Co dobrze świadczy o Scotcie. Jednak znów pojawia się wtórność - ten sam motyw wykrytego spisku, te same konsekwencje. Muszę powiedzieć, że bardzo dobra jest rola Denzela Washingtona, który gra handlarza niewolników, cynika, widać, że aktor świetnie się bawił tą rolą.
W filmie Scotta tym razem ta historia nie zadziałała. Oglądałem i przyjemność sprawiały mi obrazy, bardzo malarskie, piękny Rzym bardzo realistyczny, ale to wszystko co stanowiło o nowatorskości w epickim kinie historycznym 24 lata temu, dziś się zgrało. Nawet Roland Emmerich znalazł nowy sposób na pokazanie gladiatorów w serialu "Those who about to die" z ciekawym wątkiem i aktorami. Scott postanowił raz jeszcze po 24 latach opowiedzieć tę samą bajkę o demokracji, i ta próba jest chybiona. Na koniec Paul Mescal znów darzy nas patetyczną mową. Nawet jeśli uznać prawo Scotta do ukazywania współczesnych wyzwań demokracji amerykańskiej pod płaszczykiem historii antycznej, to film właśnie jest spóźniony, diagnoza chybiona. Nie umiem też uchwycić poetyckości filmu. W starym filmie jest ręka przesuwająca się po łanach zboża - to było nowe 24 lata temu, dziś uraczył nas Scott wierszem Wergiliusza, który gladiator cytuje głupiemu cesarzowi Gecie. To pokazuje zmianę, jaka zaszła w samym reżyserze - jeśli dobrze rozumiem sztukę filmową, celem filmu jest ukazanie poezji w kadrze, ujęciu - a nie dosłownie każąc aktorowi wypowiadać kwestię. Sama metamorfoza głównego bohatera Lucjusza jest dziwna - z jednej strony nie pamięta ojca, matki, a potem doskonale pamięta - w ogóle jego podróż jest właśnie najsłabsza fabularnie. Nie da się zapomnieć matki, gdy się ma 12 lat. To słabe.
Scenariusz ma dziury fabularne, a rozmach i epickość gdzieś się zapodziały. Sama historia też słabo oddycha. Nawet zhejtowany Napoleon sprzed roku był o klasę lepszy niż najnowsze dzieło Scotta. Ale nadzieja nie umiera ostatnia - może mistrz zrobi Gladiatora 3 i powali nas wszystkich? I na koniec jedna refleksja człowieka, który napisał w polskiej literaturze osobliwą trylogię rzymską - w każdej powieści starałem się pokazać ten świat migoczący w oddali inaczej. Nie wiem, czy film Scotta pomoże kinu historycznemu złapać drugi oddech. Jedno jest pewne potrzebuje ono takiego reżysera jak Denis Villeneuve, który Diuną tchnął w kino sci-fi magię.
zdjęcie@Paramount Pictures
Moja ocena filmu: 6/10
sobota, 12 października 2024
Odnalezienie fragmentu ciała Irvine`a - ciąg dalszy do dyskusji wyprawy na Everest w roku 1924.
Był 8 czerwca 1924 roku – dwaj brytyjscy wspinacze, doświadczony na tych wysokościach George Mallory i młody 22 letni student Sandy Irvine – na zdjęciu stoją obok siebie Mallory w marynarce, na prawo od niego Irvine - około drugiej w nocy wyszli z butlami, ciężkimi i nieporęcznymi z obozu VI na wysokości ok. 8200 w kierunku szczytu Everestu.
W obozie został ich kolega Noell Odell, który wiele godzin później około 12.50 przez dziurę w chmurach dostrzegł –– cytuję:
„there was a sudden clearing of the atmosphere and the entire summit ridge and final peak of Everest were unveiled. My eyes become fixed on one of the tiny black spot silhouetted on a small snow crest beneath a rock step in the ridge: the black spot moved. Another black spot became apparent and moved up the snow to join the other on the crest. The first then approached the great rock step and shortly emerged on top; the second did likewise. Then the whole fascinating vision vanished, enveloped in cloud once more”.
Wszystko ma w tym opisie znaczenie. Przeanalizujmy to. Mallory i Irvine wspinali się od strony północnej, czyli chińskiej. Po drodze na grani czekają na wspinaczy dwie przeszkody: pierwszy uskok to duży wypustek skalny, granitowy głaz, który zazwyczaj omija się odbijając delikatnie od grani od prawej i znów trafia się na główna krawędź grani. Potem czeka coś gorszego – drugi uskok – pionowa skała o wysokości o koło 20 metrów, na którą po prostu trzeba się wspiąć. Conrad Anker, który w 1999 roku odnalazł ciało Mallory`ego na północnej grani – (na zdjęciu krzyżyk 1) przeszedł ten uskok bez drabiny – udowadniając, że dla wyrobionego alpinistycznie wspinacza ta przeszkoda jest do pokonania. Takim był przecież Mallory. Jednak to są tylko spekulacje. Pozycja ciała Mallory`ego wskazuje, że spadł z północnej grani poniżej pierwszego uskoku.
Jednak ja uparcie twierdzę, że klucz znajduje się w źródle – relacji świadka i jako historyk zakładam dwie możliwości. Odell się mylił lub mówił prawdę. Nie miał powodów kłamać, więc zakładam, że relacja powyżej jest bardzo wiarygodna. W źródle mówi wyraźnie, że ów pierwszy poruszający się czarny punkt – - to musiał być Mallory - przeszedł coś opisanego jako „great rock step”, co w moim odczuciu odpowiada jednak uskokowi nr 2, który jest na grani wyraźny, widoczny i nie sposób go pomylić z niczym innym. Nawet zakładając, że sto lat temu odczucie światła wyglądało inaczej w tym dziewiczym i nienaruszonym przez człowieka terenie – ta relacja wskazuje, że obydwaj przeszli drugi uskok. Stamtąd jest już tylko dwu godzin na szczyt. Obywaj byli zmęczeni, nie mieli już chyba butli tlenowych, które w 1933 roku zostały odnalezione na grani znacznie poniżej drugiego uskoku przez inną brytyjską wyprawę. Tak jak czekan Irvine`a wbity w grań, jak gdyby oznaczający miejsce z którego spadł Mallory.
Czy mogli wejść na szczyt? Mogli, ale czy weszli – tego nie wiemy. Co się stało tego dnia? Jeśli Odell się nie mylił, przeszli drugi uskok – tyle wiemy, mogli dotrzeć na szczyt i schodząc z niego w nocy – dokładne oględziny ciała Mallory`ego w roku 1999 znalazły jego okulary przeciwsłoneczne w kieszeni – to logiczna wskazówka, że ich w nocy nie potrzebował. To znaczy, że schodził z góry, kiedy spadł, bo zakładając, że po hipotetycznym przejściu drugiego uskoku około 16 mogli dotrzeć na szczyt. To tylko przesłanka, świadcząca być może o tym, że obaj byli związani liną i ten upadek dokonał się razem. Mallory wyhamował na linie i zmarł w miejscy, gdzie odnalazł do Anker. Nie umarł od upadku, choć miał otwarte złamanie. Pozycja i ułożenie ciała wskazywało, że próbował się podciągać na rękach i tak zastygł.
Wiemy, że Mallory i Irvine nigdy nie wrócili. Wiemy, że na pewno Mallory spadł i to wykazał Conrad Anker w 1999 roku. Wczoraj pojawiły się informacje o odnalezieniu u podstawy lodowca Rongbuk buta, skarpety i fragmentu stopy Irwina. To znaczy, że przyjaciel Mallory`ego – na zdjęciu facet w kapelusiku - musiał spaść aż do podstawy lodowca prawie trzy kilometry. Irwin miał przy sobie aparat fotograficzny Kodaka, na którym mogli obydwaj po wejściu na szczyt zrobić zdjęcia potwierdzające to. Bez tego dowodu nie mamy i nie będziemy mieć pewności, czy weszli. Podkreślam, że wypowiadam się jako historyk zafascynowany tą wyprawą z 1924 roku. Chciałem kiedyś napisać powieść o niej, ale nie mam odwagi.
Myślę, że odnalezienie fragmentu ciała Sandy`ego Irvine`a powinno zapoczątkować proces poszukiwań reszty ciała i aparatu fotograficznego. To ważne odkrycie, nie wiem czy przełomowe ale z pewnością jest to kolejny krok który nas przybliża do serca wielkiej tajemnicy.
Przy okazji polecam książkę Wade`a Davisa „Into the silence” – na zdjęciu – to najwspanialsza panorama świata z którego pochodzili obaj Mallory i Irvine.
poniedziałek, 30 września 2024
Recenzja: Kamil Janicki, Warcholstwo. Prawdziwa historia polskiej szlachty, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2023, ss.383 #warcholstwo #szlachta
czwartek, 29 sierpnia 2024
Słówko o ruskim Potopie w kontekście mojej nowej powieści.
Szanowni Państwo,
Poznają Państwo zapewne - to zdjęcie pierwsze to oczywiście wspaniały aktor Władysław Hańcza w scenie z Potopu, gdy książę Janusz Radziwiłł (zdjęcie numer 2 - portret z 1634, tak wyglądał) poddaje Wielkie Księstwo Litewskie Szwedom. Potem następuje wspaniała scena gdy Zagłoba (Kazimierz Wichniarz) rzuca buzdygan, a za nim wszyscy pułkownicy wojska litewskiego. Ta wspaniała malarska scena nie ma jednak prawdziwego kontekstu historycznego. Piszę o tym dlatego, że w czasie mojego intensywnego pisania powieści z XVII wieku o polskiej wojnie domowej, rokoszu Lubomirskiego, muszę napisać część akcji wcześniej i muszę wejść w Potop, żeby wiele Państwu wyjaśnić.
Nasze polskie współczesne wyobrażenie o Potopie jest nacechowane przede wszystkim skupieniem się na Szwedach, ale prawdziwy kataklizm zaczął się rok wcześniej. W styczniu 1654 roku Chmielnicki poddał Ukrainę Rosji w Perejasławiu i w rezultacie na Rzeczpospolitą spadł po prostu koszmarny najazd wojsk moskiewskich z carem Aleksym. Rosjanie przygotowywali się do tej wojny długo. Proszę sobie wyobrazić, że kraj który nie mógł poradzić ze strasznym powstaniem kozackim Chmielnickiego. Masakra Polaków pod Batohem w 1652 przekreśliła jakiekolwiek polskie marzenia o stłumieniu tego powstania. Chmielnicki wiedział jednak, że sama Ukraina nie pobije Polski więc oddał Ukrainę Rosji. Ta katastrofalna sytuacja ma konsekwencje do dziś, co obserwujemy od dwu lat. Otóż najazd moskiewski na Rzeczpospolitą był tak straszny, że wojska litewskie nieliczne, choć dobre nie były w stanie powstrzymać zalewu Ruskich. Janusz Radziwiłł był skłócony z królem Janem Kazimierzem i najazd spadł na Polskę po pierwszym i drugim zerwaniu sejmu. Pierwszy uczynił to poseł litewski Sicinskas lub po polsku Siciński , a drugi raz sejm zerwano na polecenie króla, żeby Radziwiłł nie dostał tytułu hetmańskiego. Jednak Radziwiłł przy pomocy własnych wojsk i komputu litewskiego robił naprawdę co mógł, żeby spowolnić Ruskich. Nawet jedną bitwę wygrał, ale nic nie mogło zatrzymać pochodu Moskwy. W sierpniu 1655 roku, a więc w tym samym czasie, kiedy Szwedzi wkraczali na Litwę oraz do Wielkopolski Ruscy zdobyli Wilno. Proszę sobie wyobrazić, że ludność była wycinana w pień przez trzy dni, a miasto - gotycka i barkowa perła północy było łupione, rabowane przez trzy długie tygodnie. Ogromne masy ludności Litwy pognano do państwa moskiewskiego na osiedlenie. Całe połacie Litwy opustoszały, a Wilno wróciło do jako takiego poziomu życia przez rozbiorami w XVIII wieku. I teraz pytam Państwa: jak Radziwiłł miał obronić Litwę przed Szwedami? Wilno płonęło a on miał walczyć ze Szwecją? Radziwiłł był wyznania kalwińskiego, świetnie znał świat protestancki. Chciał ratować to, co się da. Ale wybrał najgorszą drogę, bo Paweł Sapieha i Radziwiłłowie z Nieświeża (druga linia) wydali mu wojnę na śmierć i życie. Książę został chyba otruty w grudniu 1655 podczas oblężenia Tykocina.
To jest skala katastrofy jak w czasie wojny trzydziestoletniej w Niemczech. W naszych podręcznikach tego najazdu moskiewskiego nie uczymy tak jak szwedzkiego, bo właściwie mamy w głowach tylko Szwedów, Kmicica, wielkie działa pod Częstochową. Proszę spojrzeć na mapę 3 to Rzeczpospolita podczas potopu. Ruscy okupowali całe Wielkie Księstwo Litewskie (dzisiejsza Litwa i Białoruś) oraz całą Ukrainę. Szwedzi zajęli Litwę i Koronę, rozbili wojska koronne źle dowodzone pod Żarnowcem i Wojniczem, zajęli Poznań, Warszawę, Kraków i zaczął się WIELKI RABUNEK. Wywożono z bogatej Polski do biednej Szwecji WSZYSTKO, co miało wartość. Biblioteka szwedzka w Sztokholmie zaczęła się od zrabowanej Biblioteki królewskiej w Warszawie, zabierano okna, posągi, dywany, meble, sztuce po dworach, wszystko co miało wartość.I teraz clou problemu. Jedyne nieokupowane rejony państwa są zaznaczone na żółto. Jedyne miasto nieokupowane i nieograbione to Lwów. Wszyscy zdradzili Jana Kazimierza - hetmani, magnateria, średnia szlachta, nawet Jan Sobieski, przyszły król. Byli tylko dwaj żołnierze, którzy nie dopuścili się zdrady. Pierwszy to popularny dzięki Sienkiewiczowi Czarniecki, który nie był aż tak dobrym dowódcą. Wiele bitew przegrywał i nie oszczędzał ludzi. Drugim człowiekiem z magnatów i wielkich ludzi tamtego czasu był Jerzy Sebastian Lubomirski, fantastyczny żołnierz, człowiek bajecznie bogaty. To on wywiózł korony królewskie z Wawelu i ukrył je w swoim zamku na Spiszu. To dzięki niemu i królowej Ludwice Marii Jan Kazimierz miał do czego wrócić. To on pokonał Węgrów w kolejnym strasznym najeździe w 1657 roku, to on dowodził armią, która pokonała w końcu Szwedów i Ruskich. Proszę sobie wyobrazić, że ogołocony i zmasakrowany kraj - blisko 40% populacji Rzeczypospolitej zginęło z 9 mln, aż 3mln 600 tys. ludzi. Zniknęło tysiące wiosek, ogromny obszar stał się...niezaludniony. Ten zmasakrowany kraj ma dowódcę, który w najbardziej błyskotliwej kampanii wojskowej polskiej w XVII wieku rozbija Ruskich pod Cudnowem (pod Połonką dowodził Czarniecki) i wyzwala większość wschodnich obszarów kraju. Ostatecznie trzynastoletnia wojna z Moskwą zakończyła się w 1667 rozejmem w Andruszowie.
Mapa 4 - Kijów Ruscy dostali na dwa lata ale nigdy go nie oddali.
I teraz pytanie, na które próbuję znaleźć odpowiedź w tej ogromnej epickiej powieści. Dlaczego Lubomirski, najlepszy i najwierniejszy żołnierz zwrócił się przeciwko królowi w najbardziej zapomnianej i nieistniejącej w naszej świadomości okrutnej wojnie domowej z lat 1665-1666?
zdjęcia - foto z filmu Potop, reż. J. Hoffman, 1974
zdjęcia z publicznego dostępu.
Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560
Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby Autorem opracowania je...
-
W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyseri...
-
Czytelniku, Dziś wiedza o Antyku, grecko-rzymskim stała się elitarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Słowa tytułu tej książki możn...
-
Czytelniku, Profesor Grzegorz Motyka jest historykiem PAN zajmującym się historią najnowszą, szczególnie stosunkami polsko-ukraińskim...










.png)
.jpg)

