Blog poświęcony historii - w szczególności historiografii i literaturze, i filmowi. Blog ten jest oficjalnym blogiem pisarza i historyka Wojciecha Dutki.
niedziela, 15 kwietnia 2018
Recenzja: "Juliusz Cezar" na podstawie tragedii Williama Shakespeare, Teatr Powszechny im. Z. Hubnera, Warszawa, reż. B. Wysocka
Czytelniku tego bloga,
Chyba kiedy byłem uczniem ósmej klasy szkoły podstawowej, dobre 24 lata temu, ówczesna telewizja pokazała starą amerykańską ekranizację tragedii Williama Shakespeara "Juliusz Cezar" ze znakomitymi rolami Marlona Brando jako Marka Antoniusza, Jamesa Masona jako Brutusa i młodego, ale jakże dojrzałego Johna Gielguda jako Kasjusza. Do dziś kiedy to oglądam, zachwyt nad klasycznym pięknem tego tekstu, nie pozwala mi zobaczyć innych aktorów i innego wykonania tego dramatu. Dzisiejszy teatr lubi konwencję w której tekst klasyczny zostanie przeniesiony do przestrzeni i inscenizacji nie-klasycznej, po to, aby używając tekstu dramatycznego mówić o naszej rzeczywistości. Spektakl obejrzałem w piątek 13 kwietnia wieczorem z moimi uczniami, z którymi przybyłem do stolicy na finał XXX Olimpiady Filozoficznej.
Reżyserii podjęła się Barbara Wysocka (która w kluczowym momencie tekstu zagrała Marka Antoniusza), która z pewnością stworzyła inscenizację ciekawą i nietuzinkową, opartą na przewrotnym odczytaniu tekstu wielkiego Anglika przenosząc go do Polski (bo gdzieżby indziej). Dramaturgię zawdzięczamy Tomaszowi Śpiewakowi. Obok tekstu Williama S. ważna w tym spektaklu była scenografia Barbary Haneckiej, a tworzy ją widownia z jakiegoś taniego cyrku, kina lub...sejmu. Cały dramat rozgrywał się na niej. Pierwsza godzina tej sztuki była bardzo wierna werbalnie oryginałowi, który w tłumaczeniu Barańczaka nabrał ostrości i wyrazistości. Ja jednak nie lubię tego tłumaczenia, właśnie przez wzgląd na film z 1953 roku.
Cezar jest groteskowy - to żarłok, sybaryta, grany bardzo dobrze przez Michała Jarmickiego. Stylu Powszechnego nie lubię, jednak w większości aktorzy byli dość przekonujący w eleganckich garniturach celowo wyglądając jak pracownicy korpo lub warszawskie japiszony nadziane kasą i testosteronem. Spektakl ma bowiem w zamyśle obnażać współczesność. Komentować. Jest kilka wstawek jak 75 drachm Cezara, które Wysocka porównuje do kwoty między 400 i 600 złotych. Jest to jasny i czytelny przytyk, a na widowni śmiech. To oczywiście nie jest dramat wielkiego Anglika, a raczej swobodna jego interpretacja, z której Powszechny ostatnimi czasy słynie. Jednak w całym spektaklu pada dosłownie tylko jedna "kurwa", co czyni go strawnym i właściwym także dla szkolnej młodzieży.
Największe emocje budzi nie scena zabójstwa - bo jest ono pokazane widzom od razu na początku, spektakl nie-linearnie zaczyna się od widoku zabójców ubrudzonych krwią i siedzących obok przykrytego zakrwawionym kocem wielkiego ciała Cezara. Naprzemiennie aktorzy grają po dwie lub trzy role - nie mam nic przeciw temu - ale kluczowy moment dramatu, w którym spiskowcy pozwalają Markowi Antoniuszowi na wygłoszenie mowy pożegnalnej został po prostu całkowicie położony dramaturgicznie. Wysocka bowiem deklamuje ową mowę, ale nie gra jej. Mam przed oczami teraz Marona Brando/Marka Antoniusza, zrozpaczonego nad ciałem Cezara:
"Wybacz mi krwawy prochu, żem tak łagodny wobec tych rzeźników,
lecz tutaj, na twoje rany przysięgam, że od tej chwili klątwa na Rzym spadnie,
wojna domowa, która sprawi,
że matki uśmiechać się będą, gdy ręka wojna poćwiartuje ich dzieci,
nałóg i występek zdławią wszelką litość,
a duch Cezara wychodząc z Hadesu krzyknie władczym głosem "Biada"
i spuści psy wojny, by głosowi temu wtórowały,
by czyn ten zbrodniczy uniósł się ku niebu
odorem trupów wyzutych z pogrzebu"
Brando w tej roli, lub Charlton Heston w równie udanej ekranizacji z 1970 roku to emocjonalny wulkan. Jednak reżyserka wybrała świadomie inna konwencje pokazania tego tekstu. Rozumiem, że Barbara Wysocka chciała pokazać manipulację tłumem, bić w świat polityki, ale to po prostu nie wyszło. Dramaturgicznie bez efektu, choć pomysł z mówieniem do mikrofonu jest dobry. Konwencja tego przedstawienia nie pozwalała przekroczyć ram umowności gry aktorskiej. W niektórych momentach Brutus i Kasjusz ( w tych rolach Arkadiusz Brykalski i Michał Czachor) bez przerwy na siebie krzyczą, choć w oryginalnym dramacie ich relacja jest dwuznaczna, niebezpiecznie bliska, niedopowiedziana. Zabójstwo Cezara jest dla Kasjusza sposobem na własną zawiść, a Brutus dokonuje mordu z przyczyn szlachetnych pro publico bono.
To, co w spektaklu w Powszechnym jest ciekawym i smakowitym to muzyka. Dramatowi towarzyszy bowiem polski rock i pop z lat osiemdziesiątych. Gdy Cezar spędza w domu noc poprzedzającą Idy Marcowe, na cały głos słyszymy piosenkę Obywatela GC i Republiki "Gdzie są moi przyjaciele...". To jest naprawdę dobre i czujemy absurd tej nocy.Druga część jest luźniej związana z szekspirowskim tekstem. Tworzenie list proskrypcyjnych wygląda jak tworzenie listy do głosowania w sejmie, a bitwa pod Fillipi to groteskowe obrzucanie się kulkami papieru.
Teatr Wysockiej chce ostrzec polskiego widza przed groźbą wojny domowej? Ja jej nie widzę, i nie widzę potencjału na takową, ale nienawiść polityczna, brak szacunku do przeciwnika politycznego jest doprawdy zatrważająca. Iluż dziś zwolenników opozycji życzy po prostu Kaczyńskiemu śmierci? Jednak tym razem Powszechny - Tear, który prowokuje tym razem zachował konieczny dystans do nawiązania do aktualnej sytuacji w kraju. Brakuje mi na koniec słów Marka Antoniusza, gdy zostaje odnalezione ciało Brutusa"
Ze wszystkich spiskowców on jedyny nie zazdrościł Cezarowi sławy,
on jedyny zabił przyjaciela dla dobra ogółu, charakter miał godny, a cała rozumność była w nim tak harmonijnie wykształcona, że Natura mogłaby z dumą rzec całemu światu
OTO CZŁOWIEK
ECCE HOMO
I te słowa nie wymagają wyjaśnienia.
Kurtyna!
piątek, 6 kwietnia 2018
Recenzja: Teatr Bez Sceny, Katowice, Jonas Gardell, Przytuleni, reż. Gabriel Gietzky
Czytelniku tego bloga,
Szóstego kwietnia AD 2018. Piątek wieczór. Zmierzam do teatru - bo gdzież indziej mógłbym znaleźć metaforę życia? - tym razem wybrałem niszowy i mało znany w Polsce, choć istniejący 25 lat "Teatr Bez Sceny" w Katowicach. Teatr niezwykle kameralny, gdzie widownia liczy czterdzieści miejsc, a mała przestrzeń sceny wymusza niezwykłą, a przez to pomysłową scenografię. Założycielem tego teatru jest znakomity aktor ze Śląska, Andrzej Dopierała, którego wcześniej widywałem na scenie Teatru Śląskiego w Katowicach, ostatnio w "Muzułmanach" według Artura Pałygi. Jednak tym razem wybrałem się na sztukę szwedzkiego dramaturga Jonasa Gardella "Przytuleni" (tytuł oryginału Cheek to cheek) w reżyserii Gabriela Getzky`ego. Scenografię i kostiumy są dziełem Marii Kanigowskiej, a polski tekst sztuki z języka szwedzkiego zawdzięczamy Halinie Thylwe. Muszę powiedzieć, że tekst w polskim wykonaniu brzmi bardzo dobrze. Chciałbym podkreślić, że ową sztukę można obejrzeć w Polsce wyłącznie w "Teatrze Bez Sceny" i już niedługo, ponieważ teatrowi kończy się licencja. Zastrzeżenie Teatru jest jednak jasne: spektakl jest dla widzów dorosłych.
Lubię teatr. Znajduję w nim przestrzeń wolności. Kluczową dla zrozumienia sztuki jest scena pierwsza i zarazem ostania - w której dopowiedziane zostanie ostatnie słowo i podarowany zostanie ostatni gest czułości - w której widzimy na stole prosektoryjnym w zakładzie pogrzebowym ciało mężczyzny ubranego w strój divy, drag queen. Ta nie-hetero normatywność jest zamierzona. Poznajemy bowiem główną postać sztuki, a raczej jej maskę, Ragnara, mężczyznę, który nie potrafi być mężczyzną i zarazem nie jest w stanie ofiarować siebie nikomu jako kobieta. Ragnar jako drag queen wstaje z łoża śmierci i udziela nam kilku informacji o swoim Ja, bo nie o sobie.
Ta postać składa się z kilku "Ja" używając buddyjskiej metaforyki - i Dopierała naprawdę pokazuje je wszystkie zdzierając je z twarzy jedną po drugiej. Wycierając z ust szminkę i makijaż widzimy, że jego kobiecość jest jedynie konwencją, ułudą, w której Ragnar pragnie zaznać trochę czułości. Birbant i rozpustnik to kolejna twarz Ragnara, która rozpada się, gdy Ragnar w łóżku z kochanką błaga ją o zwykły gest przytulenia, bliskości. Kolejne "Ja" Ragnara upada, gdy rozmawia telefonicznie z przyjacielem Hakanem i kochanką Angelą (w tych rolach na telebimie Michał Rolnicki znany ze świetnych "Pięknych dwudziestoletnich" według Marka Hłaski na deskach Teatru Śląskiego sceny kameralnej i Violetta Smolińska). Przyjaciele obnażają go jako kłamcę, nieudacznika i alkoholika. Poznajemy go w ostatnim "Ja" jako wielkiego artystę, lub megalomana mającego o sobie samym wielkie mniemanie, który za młodości zyskał wielką popularność śpiewając w kobiecym przebraniu piosenki Judith Garland. Nikt nie chce już przychodzić na jego występy. Nikt Ragnara nie chce słuchać. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, jak śpiewał Perfekt. Ragnar tego jednak nie wie. Na tym polega tragizm tej postaci.
Andrzej Dopierała jest w roli Ragnara/ Judith Garland znakomity, rola bowiem wymaga przekroczenia siebie samego w stopniu absolutnym, panowania nad mimiką twarzy i dyscypliną ciała, które wciska się w kiczowatą sukienkę kobiety, aby zagrać ostatnią rolę - spektakl przed śmiercią. Słowo tragikomedia nie oddaje chyba do końca sensu tekstu Gardella. Dla mnie bowiem "Przytuleni" jest opowieścią o oswojeniu się ze śmiercią. Ta nie jest straszna dla tych, którzy odchodzą, ale dla tych którzy zostają. Jednak na Ragnara nikt za życia nie czekał, i nikt też nie opłacze go po śmierci. Ragnar miota się sam ze sobą, ze swoim drugim, kobiecym "Ja", ale jako mężczyzna jest lubieżnym, okrutnym władcą, sprowadzającym kobiety do roli psa lub seksualnego przedmiotu. Sztuka jest oczywiście odważna obyczajowo, ale nagość jest tutaj jedynie narzędziem do ukazania pustki, w jakiej Ragnar się znajduje. Ta samotność zostaje wystawiona na próbę. Ragnar poznaje Margaretę, pracownicę zakładu pogrzebowego. Ona darzy go uczuciem, on jest brutalny, odpychający, okrutny, używający ciała i duszy kochanki jak narzędzia seksualnego. Ważna uwaga: proszę nie myśleć, że spektakl jest przeładowany erotyką. Wręcz przeciwnie, jest ascetyczny - a sceny nagości są obnażające, okrutne i puste.
Pod względem sztuki aktorskiej spektakl nie może rozczarowywać. Partnerką Dopierały jest Anna Kadulska, której Margareth jest autentyczna, ale wycofana emocjonalnie. Ja widziałbym Margareth trochę bardziej drapieżną, emocjonalną. Ale ascetyzm Anny Kadulskiej ma też swoje plusy. Gra aktorów jest doskonale widoczna, ponieważ bliskość publiczności nie pozwala aktorom ukryć żadnego defektu. Muszą być perfekcyjni i są tacy. Czego mi brakuje to dowiedzieć się czegoś więcej o kobiecym "Ja" Ragnara. Poznajemy ją jako mimiczną kopię Judith Garland, w fatalnej peruce, biustonoszu, sukience. Jednak ta maska kogoś kryje - czy to potwór, czy okaleczony, spragniony miłości, samotny, bo opuszczony przez siebie samego człowiek, na to pytanie widz musi odpowiedzieć sobie sam. Okrucieństwo tej postaci jest zarazem żałosne, obnażające. To obnażenie jest celowym odarciem się ze wszystkiego, a zarazem zaproszeniem do pogodzenia się ze śmiercią. Bo to właśnie śmierć jest celem Ragnara, a Margereth odtrącona i zdradzona jako kobieta stanie się Charonem Ragnara, gdy ten uda się na spotkanie ostatecznej Tajemnicy, jaką jest śmierć. Wszyscy umrzemy, to banał, ale w tym banale jest ta ostateczna krawędź, zza której nie ma odwrotu.
"Przytuleni" Jonasa Gardella w inscenizacji katowickiego "Teatru Bez Sceny" to sztuka niezwykle odważna, ale zarazem oszczędna, ascetyczna i okrutna. Jest to tekst zagrany perfekcyjnie, bez dłużyzn, z jasno zarysowaną osią dramaturgiczną w której scena pierwsza, ciało Ragnara wyjeżdżające z prosektorium jest zarazem ostatnim pożegnaniem. Znakomity, trudny, wymagający spektakl - nie dla każdego. Teatr bez Sceny jest przedsięwzięciem prywatnym, a cena za bilet na dwugodzinny spektakl 40 zł, wcale nie byłą wygórowana. Polecam widzom dorosłym, nie obawiającym się Inności.
niedziela, 1 kwietnia 2018
Król Trędowaty, czyli biografia Baldwina IV autorstwa Bernarda Hamiltona.
Czytelniku,
Myślę, że to dobra lektura na Wielkanoc.
Książka Bernarda Hamiltona wpadła mi w ręce jesienią ubiegłego roku i znając literackie nawiązania do tego władcy średniowiecznego Królestwa Jerozolimskiego panującego nieszczęśliwie w latach 1174-1185 z polskiej literatury i z Hollywood (zaraz wyjaśnię o co chodzi), nie mogłem sobie odmówić przyjemności jej zakupienia i przeczytania. Jej autor, Bernard Hamilton jest brytyjskim historykiem średniowiecza (któryż to Brytyjczyk, którego recenzuję!) specjalizującym się właśnie w historii krucjat. Jego szlif profesjonalizmu widać na każdej stronie tej ważnej i ciekawej książki. Dodam, że Hamilton jest historykiem znanym, w Polsce ukazały się jego popularnonaukowe "Krucjaty".
Zacznę jednak od nawiązania literackiego i filmowego. Król Baldwin IV Trędowaty jest fascynującą postacią. Zofia Kossak-Szczucka poświęciła mu jeden z tomów swojej zapomnianej trylogii o krucjatach o tytule właśnie "Król Trędowaty". Strasznie chciałem napisać o nim powieść, ale Kossak-Szczucka była pierwsza. W moim "Bractwie Mandylionu" anglo-normandzki krzyżowiec Gotfryd z Melville też jest dotknięty trądem. Musiałem w ten sposób nawiązać do tej niezwykłej, autentycznej postaci chociaż w taki sposób. Drugim nawiązaniem, do którego przed właściwą recenzją książki Hamiltona, warto nawiązać, jest "Królestwo Niebieskie" Ridleya Scotta, wielki epicki film poświęcony krucjatom, jaki Hollywood zrobiło w 2006 roku. Zaznaczam, że film ten trzeba oglądać w wersji reżyserskiej, dłuższej o dwie godziny od pierwowzoru. Tam król Baldwin pojawia się w srebrnej masce, za którą kryje się znakomity amerykański aktor Edward Norton.
Dlaczego książkę Hamiltona uważam za niezwykłą biografię? Do dziejów Baldwina IV Trędowatego mamy sporo źródeł, które w obszernym wstępie autor niezwykle kompetentnie omawia. Są to zarówno źródła łacińskie, bizantyjskie, ormiańskie oraz arabskie, zarówno muzułmańskie i chrześcijańskie. Hamilton jest jednak mediewistą i dosłownie wyciska z nich wszystko to, co pozwala mu odczytać postać Baldwina IV oraz ukazać życie Królestwa Jerozolimskiego w innym świetle, niż uczynił to Ridley Scott w swoim do bólu poprawnym politycznie filmie. Hamiltonowi udała się rzecz niebywała - zbudował koherentną wizję panowania trędowatego króla odczytując źródła inaczej niż Steven Runciman w swoich "Wyprawach krzyżowych", z których my wszyscy historycy uczyliśmy się krucjat. Przede wszystkim biografia króla trędowatego jest też wciągającą, fascynującą panoramą Królestwa krzyżowców w Ziemi Świętej z perspektywy jerozolimskiego dworu.
W jego narracji Baldwin jest władcą wybitnym, zarówno pod względem militarnym, gdy w 1176 roku pod Montgisard mając nie więcej niż pięciuset rycerzy zakonnych - templariuszy oraz joannitów - rozbił doszczętnie wielką armię muzułmańską Saladyna, który o mały włos nie postradał wówczas swojego życia, jak i pod względem politycznym. Królestwo Jerozolimskie nieustannie lawirowało między muzułmanami, Bizancjum i zachodnią Europą. Baldwin potrafił mając lat kilkanaście narzucić swoją wolę skłóconym baronom i rycerstwu zakonnemu. Co różni jego narrację to tło - Hamilton buduje inny obraz Królestwa Jerozolimskiego, które było sprawnie zarządzaną i znakomicie prosperującą gospodarczo państwowością stojącą na dużo wyższym poziomie niż otaczający ją muzułmanie. I w argumentacji Hamiltona nie ma cienia ideologii, tylko fakty, zestawienia, analizy gospodarcze, listy. Wszystko osadzone w tych źródłach. Jerozolima zarządzana przez krzyżowców nie była feudalną kolonią zarządzaną przez nieudolnych politycznie baronów, przynajmniej do śmierci króla trędowatego.
Z narracji wyłania się też obraz króla, wysokiego, przystojnego młodzieńca o jasnych włosach, który talenty militarne polityczne odziedziczył po swoim ojcu królu jerozolimskim Amalryku. Był znakomicie wykształcony - mówił biegle po francusku, łacinie, flamandzku i arabsku. Jego nauczycielem był wszakże biskup Wilhelm z Tyru, urodzony w Lewancie intelektualista. Hamilton podaje też rekonstrukcji wstrząsającej choroby młodego króla. Nie wiadomo kto przywlókł do pałacu królewskiego trąd w jego najgorszej leprosomatycznej wersji. Trądem można zarazić się przez długotrwałe przebywanie z osobą chorą, lub poprzez bezpośredni kontakt z zanieczyszczonymi bandażami osoby chorej. Do książki dołączona jest także współczesna medyczna analiza jego choroby.
Baldwin musiał chorować już przez dłuższy czas, ponieważ dopiero zranienie go przez kolegów podczas zabawy przykuło uwagę Wilhelma z Tyru. Chłopak nie czuł bowiem bólu. Osoba chora ma porażone nerwy, wiec nie czuje bodźców. Gdy umarł jego ojciec Amalryk, chorobę młodego władcy ukryto. Jednak z upływem lat zaczęła ona atakować młodego człowieka coraz bardziej, do tego stopnia, że najprawdopodobniej stracił oczy, nos, policzki, oraz palce u rąk i nóg cierpiąc męczarnie. Nie wiemy wiele o jego motywacji religijnej. Książka skupia uwagę na sukcesji, nie było bowiem mowy o tym, by chory na trąd władca mógł doczekać się potomstwa. Walka o sukcesję wyniesie na tron słabego i miernego Gwidona z Lusignan, którego rządy doprowadzą królestwo do katastrofy pod Hittin w roku 1187 i utraty przez chrześcijan Jerozolimy.
Książka podzielona została na dziesięć rozdziałów, z których każdy oparto o jakąś cezurę z życia króla, lub samego Królestwa Jerozolimskiego. Centralne, świetnie skomponowane punkty książki to bitwa pod Montgisard, jedno z najświetniejszych zwycięstw chrześcijan nad muzułmanami, choć zupełnie zapomnianemu oraz śmierć króla, który mimo męczarni zachował świadomość i umierał pogodzony ze sobą i Bogiem. Hamilton nie przynudza łacińskimi cytatami, są one wszystkie bezpiecznie dla oka schowane z przypisach, ale w tekście analizuje je i wyciąga esencję. Słowo o narracji historyka - mimo trudnego, nieznanego szerszemu kręgowi kontekstu, prowadzi narrację krótkimi zdaniami, przez co książka nabiera kompetentnej ale szybkiej formy zmierzającej łatwo do końca. A liczy to dzieło prawie czterysta stron.
Polecam miłośnikom średniowiecza; dla studentów mediewistyki to książka tym ciekawsza, że można zobaczyć jaki jest warsztat dojrzałego mediewisty rozumiejącego epokę i czas, nie narzucającego zniekształconego obrazu średniowiecza wynikającego z błędu imputacji kulturowej. Po książkę mogą spokojnie sięgnąć studenci historii w Polsce. Życzyłbym mediewistom polskim zajmującym się historią średniowieczną Polski takiego oczytania i znawstwa źródeł, ale i lekkości stylu.
Na koniec refleksja będąc w roku 2014 w Jerozolimie oprócz doświadczenia religijnego rozważnie nerwowo szukałem w bazylice Męki Pańskiej grobu króla. Nie udało mi się znaleźć, ani napisu na posadzce, ani inskrypcji. Jednak będąc w tym świętym miejscu nie mogłem się pozbyć dręczącej mnie myśli o królu trędowatym....
niedziela, 11 marca 2018
Recenzja: Mary Beard, S.P.Q.R Historia starożytnego Rzymu
Czytelniku,
Dziś wiedza o Antyku, grecko-rzymskim stała się elitarna w pełnym tego słowa znaczeniu. Słowa tytułu tej książki można odnaleźć dziś na T-shirtach, choć noszący je często nie wiedzą, co to znaczy. Senat i Lud Rzymski, fundamentalna formuła, według której podbito dwa tysiące lat tamu cały obszar Śródziemnomorza. Nie jest też łatwo znaleźć w olbrzymim zalewie literatury historycznej coś naprawdę cennego i napisanego nie tylko z wielką wiedzą, ale i należycie użytym piórem. Profesor Mary Beard, profesor filologii klasycznej Uniwersytetu w Cambridge, jest jedną z najbardziej znanych i niestrudzonych badaczy Antyku, którzy poświęcili się propagowaniu wiedzy i mody na języki starożytne, zwłaszcza język łaciński. Jej trzyodcinkowy film dokumentalny BBC poświęcony starożytnemu Rzymowi jest jednym z lepszych, jakie nakręcono w ostatnich latach. Jest też znana z książki poświęconej Pompejom, rzymskiemu miastu zasypanemu przez wulkaniczne popioły podczas straszliwego wybuchu Wezuwiusza w roku 79 A.D
Polski czytelnik otrzymuje książkę Beard w niezmienionej okładce. Książka jest elegancko wydana i w dwunastu rozdziałach omawia w błyskotliwej pełnej anegdot narracji historię miasta od mitycznego 753 roku przed Chrystusem po rok 212 AD, kiedy to syn cesarza z Afryki, Septymiusza Sewera, Karakalla, nadał z niewyjaśnionych do tej pory powodów obywatelstwo rzymskie wszystkim wolnym mieszkańcom Imperium. Dla Mary Beard to jest wyraźna cezura. Przyznam, że dla mnie, cokolwiek to znaczy - wielbiciela kultury starożytnego Rzymu - jest to dość zaskakująca cezura. Ten umowny rok dla angielskiej profesor stanowi początek czegoś innego - zmieniającego się cesarstwa, które w ewolucji swojego ustroju odejdzie od augustowego primus inter pares na rzecz dynamicznego i autokratycznego późnego cesarstwa w którym panujący stał się Panem - dominus. Dla mnie ta data jest dość zgryźliwą niezgodnością, ponieważ Imperium Rzymskie trwało przecież dalej. Wiek trzeci po Chrystusie to jest rzeczywiście okres głębokiego kryzysu, który ja datowałbym skromnie na lata 218-270 AD (od upadku Heliogabala po przypadkową śmierć Aureliana). Rzym chrześcijański wieku IV i V to też przecież jest Rzym, inny niż w bliskich Beard czasach Cycerona, ale to jest prawna, niczym nie zmącona kontynuacja państwa Cezara. Rozumiem jednak, że prof. Beard musiała w którymś momencie skończyć.
Jednak jej narracja w dwunastu rozdziałach jest znakomita i obalająca mity. Podstawowym mitem jakim posługuje się większość autorów na przykład podręczników szkolnych (np. Janusz Ustrzycki w strasznej książce dla Gimnazjów, na szczęście już niedługo!) jest przekonanie o upadku cesarstwa rzymskiego, który to mit wtłaczany jest do głów Europejczyków od czasów wiekopomnej książki sir Edwarda Gibbona od XVIII wieku. W wieku V nastąpił gwałtowny kryzys spowodowany dwoma wielkimi migracjami. Pierwszą z lat osiemdziesiątych wieku IV Rzym przetrwał, druga wywołana pojawieniem się Hunów w wieku V i wielka falą ludów germańskich doprowadziła do zaniku głównego ośrodka w Rzymie i powstania królestw, w których jednak wciąż mieszkali Rzymianie. Kultura rzymska nie znikła przecież w wieku V, a trwała dalej co najmniej do początków VII wieku.
Mary Beard wspaniale opisuje początki Rzymu, które nie była jakąś wielką historią. Była to mieścina przestępców, zbiegłych złodziei i rozbójników, która na dodatek cierpiała na brak kobiet (stąd porwanie Sabinek!). Zresztą Beard bez ogródek nazywa w Rzymie najlepszym to, co etruskie. Nie wiemy czy rzeczywiście było w Rzymie 7 królów od 753 do 509, kiedy to powstała Republika, bo musieliby panować po kilkadziesiąt lat. Wydaje się, że Etruskowie podbili Rzym i władali nim przez 200 lat, a ostatnim królem etruskim, który pokonał Romę, był Lars Porsenna z Clusium.
Ukazuje kształtowanie się etosu republikańskiego i pokazuje jak wielki Rzymianie mieli problem z mało chwalebnym początkiem ich Imperium. Rzymska historiografia pełna jest zresztą takich mitów.
Ciekawe są passusy dotyczące wojen z Kartaginą, republiką założoną przez Fenicjan. Faktycznie jest to starożytne pandemonium - miasto zostało całkowicie zniszczone w 146 roku jak Korynt, największe miasto kupieckie w Grecji, tym samym Rzymianie wyeliminowali dwu największych rywali wymazując ich z historii - dosłownie. Kartagina musiała mieć przecież bogatą literaturę, mitologię i piśmiennictwo, z którego nie przetrwało nic. Beard konkluduje, że wielkość republiki stała się dla niej problemem, ponieważ była zbyt inertna i podatna na większe kryzysy ustrojowe (reformy Grakchów, wojna ze sprzymierzeńcami 98 roku, powstanie Spartakusa będące w istocie wojną domową - rzeczywiście chyba nie miało nic wspólnego z wizją Stanleya Kubricka ze słynnego filmu pod takim tytułem), co zadecydowało o sukcesie Cezara, który zdołał narzucić Rzymowi swoją oświeconą dyktaturę. W istocie Cezar zmienił bieg dziejów Europy mordując prawie milion Celtów w Galii i ujarzmiając kraj, który później stanie się jednym z fundamentów Europy jaką znamy. To Rzymianie założyli Londyn, bo stamtąd zarządzali najbardziej wysuniętą na północ prowincją i tylko dlatego jest to dziś jedno z najwspanialszych miast świata.
Nie mniej fascynująca jest historia ukryta przez lata, którą Beard wydobyła dzięki dyskursowi o historii płci (spojrzenie gender odkryło rzeczy, których nie dostrzegaliśmy w klasycznie pojmowanej historii Rzymu). Beard odkryła życie codzienne o intensywności, którego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Rzym na przykład w powszechnym ujęciu kojarzy się z willami i pałacami, a tymczasem ulice wiecznego miasta w czasach Cezarów, kiedy dwie trzecie ludności świata żyło i umierało pod ich panowaniem, były ciemne, zabudowane do granic wysokimi, kilku piętrowymi kamienicami, który stanowiły odwróconą drabinę społeczną. Im wyżej się mieszkało, tym gorzej. Nie było bieżącej wody, a wszystkie intymne czynności wykonywało się publicznie w łaźni, rzymskich termach, oraz w publicznych szaletach. W Rzymie było ich koło trzydziestu, ale nie wiemy czy były koedukacyjne, czy rozdzielne dla obu płci. Dzięki Mary Beard uświadomiłem sobie, że w termiach nie było wstydu - proszę sobie wyobrazić trzydzieści tysięcy nagich Rzymian dziennie odwiedzało termy Karakalli czy termy Dioklecjana w kolejce do basenów z wodą, ze swoimi niewolnikami. Miejsca te - jak pokazują termy z Pompejów - służyły także do uprawiania seksu. Nic więc dziwnego, że poeta Juwenalis skwitował, że termy to najlepsze miejsce do tego by stracić mieszek złota oraz złapać....trypra.
Jednak Rzym w książce Mary Beard jest bestią, jak sobie go wyobrażałem. Pożerał wszystkich asymilując ich do roli Rzymian, przyjęcia panującego Cezara, języka łacińskiego i podporządkowania się. Jeśli nie, czekał na człowieka los gorszy od śmierci. Przykład Kolosseum, czyli Amfitheatrum Flavianum, zbudowanego na zabagnionym terenie przez piętnaście tysięcy żydowskich niewolników sprowadzonych przez Tytusa po zdobyciu Jerozolimy w roku 70 AD. Żydów czekał w Imperium los straszliwy. W latach 132-136 wybuchło powstanie Bar Kochby, i Żydzi pokonawszy legion XXII zdołali się wyzwolić na trzy lata. W 135 roku spadła na nich stu pięćdziesięciotysięczna armia Hadriana, która wymordowała - jeśli wierzyć Kasjuszowi Dionowi - ponad sześćset tysięcy Żydów. Hadrian wybudował w miejscu dawnej Jerozolimy miasto Aalia Capitolina, poświęcone Jowiszowi, do którego Żydzi z diaspory mieli zakaz wchodzenia.
Jednym z paradoksów Rzymu jest to, że niewolnictwo, jakkolwiek potępialibyśmy je z dzisiejszego punktu widzenia odgrywało znamienną rolę w społeczeństwie Rzymu w okresie republikańskim i potem w okresie cesarstwa. Znamy mnóstwo przypadków, dzięki analizom inskrypcji nagrobnych, że wielu obywateli rzymskich było ...niewolnikami, których Panowie wyzwalali, po czym sami, lub ich dzieci wiązały się z nimi uczuciowo. Beard analizując dość odważne obyczajowo sceny malowideł w Pompejach wysuwa wniosek, że najbardziej przykrą stroną niewolnictwa było to, że niewolnik nie dysponował własnym ciałem. Przez łoże Pana/Pani do wolności. Jednak niewolnictwo miało także bardziej straszne cechy. Znane są przypadki, że jeńcy germańscy lub Brytowie pojawiali się w Rzymie na targowiskach w takiej liczbie, że kosztowali mniej od ...wołu. Z uwagi na skąpą ilość źródeł nie wiemy jeszcze wielu rzeczy, które oświetliłyby kwestię niewolnictwa. Obroża niewolnika nie różniła się od obroży psa lub krowy i był na niej napis "zwróć mnie mojemu Panu, bo uciekłem bezczelnie, aby mnie mógł ukarać". Beard kapitalnie konkluduje, że nie wiemy, co o takim napisie myślał sam niewolnik. Wyzwoleńcy zasilali świeżą krwią wielkie miasto, wrastali w nie, stawali się Rzymianami. To jest też fakt, z jakiego musimy zdać sobie sprawę.
Jest w tej książce wiele smaku, uroku, dzięki świetnemu pióru Angielki. Polecam tę książkę wszystkim fascynatom Rzymu, bo jest kapitalnie napisana, z intelektualną werwą, zwadą, kapitalnie odczytującą źródła. Jeśli wierzyć Beard, badania historii Rzymu, jest jak balansowanie na linie. Jednak ta sztuka udała się jej niezwykle.
czwartek, 1 marca 2018
Recenzja: Tamte dni, tamte noce. Call me by your name Reż. Luca Guadagnino
Czytelniku,
W Gliwicach trzaskający mróz, może minus 10, a ja zmierzam wieczorem z przyjaciółką do kina „Amok” by obejrzeć niezwykły film Luca Guadagniego „Call me by your name” pod polskim tytułem "Tamte dni, tamte noce". Proszę wybaczyć, że w tej recenzji nie odniosę się – jak każe sztuka recenzencka – do scenariusza i reżysera. Napomknę jedynie, że scenariusz napisał James Ivory na podstawie powieści Andre Acimana pod tym samym tytułem. Książki nie znam i zapewne nie będę jej już czytał, ponieważ film stał się zbyt jaskrawym i pod względem maestrii kinowej zbyt przejmującym obrazem, by niweczyć go powieścią. W tym przypadku film przejdzie do historii kina. Nie mam co do tego złudzeń. To prosty film. Prostota jest atutem.
Od razu zaznaczam, proszę nie traktować tego filmu jako ideologicznej kontynuacji „Tajemnicy Brokeback Mountain” sprzed ponad 10 lat. Tamten film Anga Lee był w gruncie rzeczy tanim romansidłem uwikłanym w ideologiczne boje. Luca Guadagnino nikomu nie dokłada, nie wali katolików maczugą, a ze swych bohaterów uwikłanych w miłość, nie czyni rycerzy tęczowej krucjaty o prawa osób nie-hetero normatywnych. To nie jest film na tak prymitywnym poziomie. Oczywiście jest to film o miłości, w tym przypadku właśnie nie-hetero normatywnej, ale ma ten film coś z klasy „Kochanków z Marony” Jarosława Iwaszkiewicza. Ale to podobieństwo jest tylko koincydencją. To pokazuje trop, czym ten film jest.
Obejrzałem ten film i po zakończeniu nie mogłem wyjść z wrażenia, jak głęboką relację udało się reżyserowie zasugerować. Początkowo film może nudzić, ale po dwudziestu minutach wchodzimy w epokę. Jest rok 1983, północne Włochy. Do domu mieszkającego we Włoszech profesora archeologii przyjeżdża amerykański doktorant. Tam poznaje siedemnastoletniego syna profesora. Pierwszą płaszczyzną kulturową jest żydowskość bohaterów. Jednak są oni luźno związani z Drzewem Dawidowym. Film pokazuje kilka tygodni z życia europejskiej inteligencji lat osiemdziesiątych wieku XX, epoki optymizmu.
Kluczem do zrozumienia tego filmu jest jego metaforyczna, cielesna dosłowność. Jest w nim przedmiot- klucz, który pozwala zrozumieć wizję, jaka przyświecała reżyserowi. To wydobyty z dna morza grecki posąg. Jak się dowiadujemy, jest to oryginał posągu kurosa – jaki stał w letnim pałacu cesarza Hadriana w Bajach (zatopionych przez morze) w II wieku po Chrystusie. Być może – tego nie wiemy – jako wzór do posągu służył kochanek cesarza słynny młody Grek, Antinous. Ale rzeźba jest okaleczona. Nie ma przedramienia. W owym ciele z brązu jest jakiś defekt. I taka jest też namiętność – Eros - bożek upajającej jednej nocy. Namiętność z defektem to sedno interpretacyjne filmu. Twarz posągu, mimo upływu lat, zachowała zachwyt i cierpienie. Idealny kształt brązowego ciała młodego mężczyzny jest kluczem do tego filmu. Gdzieś nad tym posągiem spotykają się dłonie amerykańskiego doktoranta, dorosłego i wiedzącego dużo o miłości mężczyzny i wrażliwego, dojrzałego ponad swój wiek chłopca, który o miłości wie niewiele, który jej szuka w ramionach przygodnie poznanej dziewczyny. Jednak ta relacja nie będzie mieć znaczenia. Bohaterów życie nie oszczędzi wciągając ich w relację, z której nie będzie już odwrotu.
Wątek antyczny jest widoczny w tym soundtracku:
https://www.youtube.com/watch?v=KQT32vW61eI
Jednak ja widzę w tym filmie silny wątek idealistyczny. Nie waham się także nazwać go erosem platońskim. Platon w dialogu „Uczta”, ale bardziej jeszcze w dialogu „Timaios” użył greckiego Erosa do zobrazowania jedynej wartości w ludzkim życiu, jaką jest uczucie do drugiego człowieka. Proszę, by Państwo dobrze i z dobrą wolą zrozumieli owo pojęcie. Ono nie ma znaczenia chrześcijańskiego. Platon pochwalał szaleństwo, jakim jest miłość. Bo ono zbliża dwa ciała na odległość światła świecy; w tym świetle ukazują się nam różne przedmioty, czasami ich zarysy. Światło to ubogie, dalekie odbicie światłą idei. Idealizm platoński jest zatem implementowany z dużą dozą wyczucia chwili, ale i dosłowności cielesnej, która osoby wrażliwe, ukształtowane w hetero-normatywnej chrześcijańskiej wrażliwości seksualnej może razić. Jednak to tylko powierzchowność. W głębi jest plastyczna, wizja idealnej miłości, która jest zarazem szczęściem i cierpieniem niespełnienia. Amerykański doktorant zostawi chłopca ze złamanym sercem, ale nie ma w tym niczyjej winy, takie jest po prostu życie. Trzeba się ożenić z kobietą, mieć dzieci, wybudować dom i zasadzić drzewo.
Zachwycająca aktorsko i pod względem głębi jest scena rozmowy chłopca z ojcem, profesorem, który WIE o relacji syna z drugim mężczyzną. W tej rozmowie, niezwykle czułej, jest ukazana inna grecka miłość – agape – jaką Ojciec bezwarunkowo darzy swojego syna. Mówi do niego, że to, co zyskał tym romansem jest ulotne i prawdziwe, ale ceną będzie cierpienie, jakie może nie mieć końca. Jednak warto – mówi ojciec – bo teraz wiesz synu, co to znaczy kochać i być kochanym, dawać i obdarowywać. Ta scena wyrażona domową codziennością jest przeszywającą do szpiku kości samowiedzą. To mądrość platońskiego mędrca rozumiejącego, że dusza mająca powrócić do świata czystych idei, musi się oczyścić w cierpieniu.
„Call me by your name” ma znów idiotyczny polski tytuł „Tamte dni, tamte noce” jak z taniego przeboju disco polo - jest wnikliwą psychologiczną wiwisekcją współczesności, kunsztowną w formie i treści. Pod tym płaszczem współczesności kryje się Antyk i platońska wizja miłości-samowiedzy. To niezwykle kunsztowna gra aktorska, wymagająca zwłaszcza od młodego Timothy`ego Chalameta niebywałej dojrzałości artystycznej. To jest rola na Oscara.
Film należy rozumieć jako opowieść o miłości niespełnionej, odartej ze złudzeń, płynącej wolno w rytm włoskiej prowincji, w smakowaniu moreli, w grze słów (świetna lingwistyczna potyczka o arabski źródłosłów włoskiej moreli „apriccose”), w rytm muzyki lat osiemdziesiątych płynącej z syntezatorów, gdzieś między cudownie opadającymi do morza winnicami i ogrodami Cinque Terre, gdzie mimo upału trudnego do wytrzymania, noc idzie przez dzień i nie zatrzyma tej nocy nawet odblask księżyca na twarzy greckiego posągu.
środa, 28 lutego 2018
Ian Kershaw, Fuhrer. Walka do ostatniej kropli krwi, wyd. ZNAK, Kraków 2012
Profesora Iana Kershawa nie trzeba przedstawiać. To jeden z najwybitniejszych współczesnych znawców III Rzeszy, autor wielokrotnie nagradzanej biografii Hitlera (wyd. Rebis - t.1-3) oraz skróconej wersji tejże (New York 2012). Krakowski ZNAK wydał bez mała trzy lata temu książkę "The End. The difence and deconstruction of Hitler`s Germany 1944-1945", którą wydano pod zmienionym polskim tytułem, trochę mylącym czytelnika. Nie jest to w żadnym razie opowieść o Hitlerze (choć jest on obecny jako twórca reżymu), ale o upadku III Rzeszy, a ściślej o społecznych implikacjach tegoż upadku, o niemieckim społeczeństwie na godzinę przed ostateczną katastrofą. Owo społeczeństwo jawi się jako zdyscyplinowana i w ogromnej masie lojalna wobec Hitlera masa. Przypadki oporu, zajadle tępione z donosicielstwem włącznie.
Narracja Kershawa jest fascynującym przykładem łączenia perspektywy mikro i makro-historycznej. Ukazuje upadek III Rzeszy nie tylko z perspektywy załamywania się frontu zachodniego i wschodniego, ale wydobywa cały szereg ludzkich zachowań, których analiza pozwala czytelnikowi zrozumieć odpowiedź na pytanie, dlaczego Niemcy walczyli do końca, bezwzględnie wierni swojemu wodzowi, przy bierności ogromnej części społeczeństwa? Odpowiedź na to pytanie zajmuje profesorowi Kershawowi 9 rozdziałów i ponad pięćset kart książki.
Kershaw umiejętnie łączy ogromną wiedzę z intuicją badawczą wysokiej próby. Kompetentnie opisuje zaplecze frontu; opowieść o końcu trzeciej Rzeszy jest także summą upadku jej gospodarki. Bezwzględność reżymu w jakiejś mierze była pochodną samospełniającej się przepowiedni; że słabsi muszą zginąć, by ustąpić miejsca silniejszym. W narracji Kershawa ważny jest kontekst dzikiego fanatyzmu nakazujący powiesić szesnastoletniego chłopca chcącego wywiesić białą flagę na dwie godziny przed przybyciem do Akwizgranu Amerykanów. Ten fanatyzm jest drugą stroną bierności Berlińczyków, którzy zrezygnowani chodzili do pracy w coraz bardziej zrujnowanym Berlinie na początku 1945 roku.
Adolf Hitler ponoć powiedział w 1933 roku - dajcie mi władzę na 10 lat i nie poznacie Niemiec. Faktycznie po dwunastu latach jego rządów Niemcy są nie do poznania. To ruiny. Jednak wpływ wodza, propagandy Goebbelsa, który stał się w ostatnich miesiącach faktycznym kierownikiem walki "do ostatniej kropli krwi" nie tłumaczy fenomenu lojalności wobec dyktatora. Kershaw tłumaczy to po części strachem przed tymi, którzy nadchodzą. Potworności, jakie żołnierze Armii Czerwonej dopuszczają się po wejściu na tereny niemieckie wobec kobiet i dziewcząt, dodawały skuteczności tej propagandzie. Istotne, że Kershaw dostrzegł także i to, że upadający reżym zawsze ma skłonność do coraz większego radykalizmu. Wystarczy dziś popatrzeć na reżym Assada w Syrii, by pojąć, że Kershaw miał rację. Brytyjski historyk wydobył zatem uniwersalny mechanizm władzy autorytarnej, idący trochę naprzeciw nie mniej znakomitej, choć dotyczącej innej epoki powieści-eseju "Szachinszach" Kapuścińskiego.
Radykalizm ostatnich miesięcy III Rzeszy przełożył się także na dramatyczny wzrost liczby ofiar wojny. Śmierć żołnierzy, cywilów w bombardowanych niemieckich miastach oraz straszliwe żniwo marszów śmierci organizowanych dla więźniów obozów koncentracyjnych, stanowiło upiorne dopełnienie implozji reżymu oraz jego całkowitego unicestwienia w marcu i kwietniu 1945 roku. Partia nazistowska była w tym czasie powszechnie znienawidzona, ale to kolejny paradoks Niemiec 1945 roku: nikt nie śmiał wystąpić otwarcie przeciw tej władzy. Osobowość Hitlera jako wodza miała na to wielki wpływ.
Książka Iana Kershawa jest swoistym dopełnieniem wielkiego wkładu tego historyka w dzieło opisania III Rzeszy przez pryzmat postaci Hitlera. Jest jednak inna: ujmuje epickość tego upadku oraz jego jednostkowy, wydobyty skrzętnie ze źródeł wymiar. To powieść o Niemcach w przededniu roku zerowego. Polecam wszystkim lubiącym historię, ale zaznaczam, że książka Kershawa powinna być obowiązkową lekturą na studiach historycznych XX wieku. To dopełnienie tematu. Ostatnia kropka nad "i". Mistrzowska lekcja historii w swym klasycznym kształcie narracyjnym i znakomitym wykorzystaniu źródeł. Przede wszystkim lektura tej książki odziera Niemcy z mitu społeczeństwa rządzonego wbrew sobie przez nazistów.
sobota, 24 lutego 2018
Mungo Melvin, Manstein. Najlepszy generał Hitlera, tłum. Łukasz Witczak, wyd. Bukowy Las, Wrocław 2011
Czytelniku,
Erich Von Manstein jest doskonale znany historykom drugiej wojny światowej. Jednak dopiero kilkadziesiąt lat po zakończeniu konfliktu i ponad czterdzieści lat od jego śmierci w Polsce ukazała się całościowa biografia niemieckiego feldmarszałka. Po raz kolejny mamy do czynienia z dziełem brytyjskiego historyka i sądzę, że nie jest to dzieło przypadku. W zasadzie większość najbardziej poczytnych historyków to Brytyjczycy i Amerykanie. Świadczy to o oczywistej klasie, z jaką wykłada się historię na amerykańskich i brytyjskich uniwersytetach. Być może stanowić to będzie dodatkową reklamę dla moich uczniów IB, by studiować historię właśnie tam. Mamy do czynienia z biografią wojskowego i warto zadać pytanie, z jakich składników pisarskich Mungo Melvin skonstruował swoją narrację? Jakich użył zabiegów warsztatowych, by uczynić swoją książkę interesującą dla przeciętnie obytego w akademickich arkanach historii czytelnika?
Mungo Melvin lubi swojego bohatera. Pisze na końcu książki, że my możemy się jeszcze od Mansteina jeszcze dużo nauczyć. Ceni go jako żołnierza na takiej samej zasadzie jak dziś historycy US Army cenią i poważają generała Roberta Lee, choć w wojnie domowej dowodził on armią Południa. Czy można postawić autorowi z tego tytułu zarzut? Wszak Von Manstein był odpowiedzialny w sposób nie budzący wątpliwości za masakry na Żydach na Krymie w roku 1942, gdy jego 11. Armia zmagała się z armią sowiecką w walkach o Półwysep i miasto Sewastopol. Melvin w sposób klarowny odnosząc się do źródeł, ale też korzystając z obfitego materiału procesowego nie wchodzi w polemikę z oskarżeniem, jakie spowodowało, że Manstein za zbrodnie podległych sobie jednostek trafił na 8 lat więzienia po wojnie.
Mansteina trzeba ocenić w kliku płaszczyznach. W wymiarze politycznym zawiódł dzisiejsze Niemcy. Jego słynne zdanie, jakie skierował do łącznika między niemieckimi feldmarszałkami oraz grupą hrabiego Stauffenberga, że pruscy feldmarszałkowie nie spiskują, było wyrazem tego, jak Manstein został wychowany. Był oczywiście tworem pruskiej szkoły oficerskiej, a szlify zdobywał w armii Kajzera i w okopach Pierwszej Wojny Światowej. W jego pojęciu lojalności nie mieścił się bunt. Być może zachował się kunktatorsko odmawiając Steuffenbergowi. Melvin zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego feldmarszałek nie ma ulic ani placów jak Stauffenberg, czy Von Tresckow. Zapytajcie jednak oficerów Bundeswehry, co sądzą o nim dzisiaj. Jestem przekonany, że odpowiedź ta może być dla wielu zaskoczeniem. Melvin zadał im to pytanie. Odpowiedź możecie znaleźć na kartach książki.
W wymiarze historycznym Manstein miał to szczęście, że Hitler go nienawidził z powodu jego wojennego mistrzostwa. Sam Hitler, jak wiemy dzisiaj, był raczej kompletnym dyletantem. Stalin uczył się na przykład od swoich marszałków, a Hitler nie. Dziś bez wątpienia wiemy, że Manstein przewyższał o klasę wszystkich niemieckich dowódców polowych, i był lepszym planistą, znakomicie reagującym na kryzys na froncie, sięgającym po nietuzinkowe środki, nawet od Bernarda Montgomery`ego. Od brytyjskiego marszałka różniło go także to, że potrafił maskować swoje ego. To właśnie Manstein jest autorem „cięcia sierpem”, zaskakującej i bardzo ryzykownej kampanii armii niemieckiej przeciwko zachodnim aliantom w roku 1940. Pomysł, by przejść przez Ardeny i skierować się na północ w stronę kanału La Manche bez zatrzymywania się, wywrócił wszelkie plany sztabowców francuskich, których ukształtowała Pierwsza Wojna. To Manstein zalazł za skórę Rosjanom nie tylko zdobywając Sewastopol, ale i gromiąc Armię Czerwoną w rejonie Charkowa i Doniecka (sic!) w marcu 1943 roku, już po stalingradzkiej klęsce. A był to majstersztyk strategii; Manstein pozwolił Rosjanom wejść bardzo głęboko w niemieckie linie miażdżąc ich z flanki. Manstein jak nikt inny potrafił zadawać Sowietom ciężkie klęski, mimo że był od nich słabszy. Jaką wymowę ma bitwa z marca 1943 roku dzisiaj, gdy w tym samym miejscu Ukraińcy walczą z armią rosyjską! (de facto).
Melvin wydobywa także chwiejną i kapryśną naturę feldmarszałka. Największym jego błędem wojskowym i moralnym było to, że nie poleciał do Stalingradu w listopadzie 1942 roku i na własne oczy nie chciał widzieć cierpień 6. Armii. Czy był to mechanizm obronny, by podobnie jak Hitler nie oglądać ruin niemieckich miast? Czy już wtedy Manstein wiedział, że wojna jest przegrana i że Niemcy mogą jedynie ją przedłużać? Podobne wnioski skłoniły Henninga Von Tresckowa do powzięcia zamiaru zgładzenia Hitlera. Dlaczego feldmarszałek na to nie przystał? Czy lojalność wobec zbrodniczego reżymu była wolnym wyborem Mansteina, czy po prostu zabicie Hitlera nie mieściło się w jego pojęciu bycia żołnierzem? Czy Manstein nie potrafił tego dostrzec? Melvin ma świadomość tych pytań. Ale wciąż opisuje żywego człowieka, pełnego sprzeczności.
Książka Mungo Melvina pod wieloma względami może być wzorem dla pisania biografii wojskowej. Zarazem brytyjski historyk przekracza tę granicę wchodząc w świat życia rodzinnego, intymności Mansteina. Wojna była dla niego podwójną klęską. Starszy syn marszałka Rüdiger poległ jako oficer piechoty na froncie wschodnim. Melvin stara się ze źródeł wydobyć ból ojca. To są ciekawe wątki książki, podobnie jak obsesyjne maniery Mansteina, sposób ustawienia map, jego przykry, wybuchowy dla podwładnych charakter. Niezależnie od odpowiedzialności za zbrodnie, Manstein pozostaje jednym z najwybitniejszych żołnierzy XX wieku, z czego zdawała sobie sprawę nowa Bundeswehra. To Manstein był jednym z jej reformatorów w latach pięćdziesiątych XX wieku.
Polecam osobom interesującym się dziejami II wojny światowej i historii wojskowości.
piątek, 16 lutego 2018
Dlaczego Zygmunt Miłoszewski nie może być uważany za pisarza idealnego?
Czytelniku,
Pisząc ten tekst jestem w sytuacji niezmiernie trudnej. Oczywiście, że pisarze się czytają nawzajem. Oczywiście, że zazdroszczę Miłoszewskiemu sukcesu. Byłbym głupi i nieprawdziwy, gdybym się do tego od razu nie przyznał. Jednak nie mam zamiaru pisać o Zygmuncie Miłoszewskim, tylko o stworzonej przez niego bardzo dobrej, choć niespójnej ideologicznie trylogii kryminalnej z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej . Na ową trylogię, które odniosła w Polsce bezprecedensowy sukces składają się trzy powieści: "Uwikłanie", "Ziarno prawdy" oraz zamykający cykl "Gniew". Na razie trylogia o Szackim jest zamknięta, ale kto wie, czy pod wpływem wielkiego sukcesu Szacki nie wróci. Nie tacy mistrzowie pióra łamali się i przywracali postaci do życia. Myślę, że Miłoszewski nie zamknął sobie drogi odwrotu, ponieważ "Gniew" nie daje jednoznacznej odpowiedzi, czy prokurator przeżył, czy nie.
Powiem tak - powieści Miłoszewskiego czyta się jednym tchem, szybko, co wystawia mu jak najlepsze świadectwo sprawności narracyjnej. "Uwikłanie", mimo genialnego pomysłu, intrygi w sprawie śmierci Telaka w czasie grupowej terapii oprzeć o powiązanie esbeckie, jest jednak trochę niekonsekwentne. Nie, bynajmniej nie w kreacji faceta koło czterdziestki żyjącego pod presją, mającego trudną pracę i romansującego za plecami żony. To jest wiarygodne. Niekonsekwentne jest pozostawienie wątku esbeckiego nierozwiązanym. To oczywiście był celowy zabieg narracyjny, ale Miłoszewski nagle porzucił ten niezwykle prawicowy wątek i w kolejnej powieści podążył innym tropem, którego ślady ideowe wiodą na ulicę Czerską w Warszawie. Warto wspomnieć, że Miłoszewski zgodził się na niezgodną z książkę ekranizację "Uwikłania" w reżyserii Jacka Bromskiego. Wystawia mu to jak najlepsze świadectwo. Pisarz musi zdystansować się od swojego dzieła. Tutaj po raz kolejny jestem wstrętnym zazdrośnikiem, ale przyznaję się do tego. Który pisarz nie chciałby, żeby jego męskiego bohatera, do pewnego stopnia alter ego, zamienić na piękną kobietę? A jeśli do tego ową kobietą jest Maja Ostaszewska, to cóż zrobić? Jeszcze jedno. Film "Uwikłanie" Bromskiego ma bardzo dobre recenzje na przykład w prawicowym i katolickim "Gościu Niedzielnym", gdzie film ten stawia się za przykład współczesnego polskiego filmu pokazującego prawdzie oblicze III RP, jako "esbekistanu".
Niekonsekwencja Miłoszewskiego jest najdobitniej widoczna w drugiej powieści "Ziarno prawdy", gdzie mamy do czynienia ze sprawną narracją i wiarygodnym obrazem prowincjonalnego mordercy. Ale kluczem jest Sandomierz. W mieście tym TVP ekranizuje "Ojca Mateusza", niemądrą, czasem głupiutką, z przymrużeniem oka telenowelę kryminalną z księdzem katolickim jako bohaterem-pozytywnym. Po drugie światopoglądowym tłem tej historii jest polski antysemityzm odmieniany przez wszystkie przypadki. Ja jako pisarz, historyk i nauczyciel nie mam żadnych wątpliwości, że przed drugą wojną światową i w jej trakcie Polacy zachowywali się czasami bardzo kontrowersyjnie. Nie chciałbym jednak sprowadzać tego postu do kolejnego głosu w niekończącej się historii sporu polsko-żydowskiego o polski antysemityzm. Jednak Miłoszewski mam wrażenie - podkreślam subiektywizm mojego spojrzenia - uległ lansowanej jak mantra przez towarzycho z ulicy Czerskiej tezie, że Polski antysemityzm powiązany ze wstrętnym Kościołem Katolickim jest nieodzownym składnikiem Polaka-Katolika. W powieści tej, w sposobie ukazania Kościoła, księży (to postaci trzeciego planu) jest widoczny stonowany, ale widoczny jad. Mordercą też jest "Polak-katolik". Jest to jedna z najbardziej demonicznych postaci w polskim kryminale. Do rangi symbolu prawie jak hitlerowska swastyka urasta w narracji Miłoszewskiego radło, znak Polaków, mniejszości z Niemiec, którą Hitler zdelegalizował w roku 1940. Szacki podąża w tej powieści tropem teatru, jaki morderca stwarza, by się ukryć. Zabieg powieściowy ocierający się o przebłysk geniuszu sprawia jednak wrażenie, że pisarz "dolał" jednoznacznie kojarzonego ideowego sosiku rodem ze stron Gazety Wyborczej. I po raz kolejny pokochało powieść Miłoszewskiego polskie kino. Ale ekranizacja już z męskim gwiazdorem Robertem Więckiewiczem (oglądałem w kinie "Ziarno prawdy" dwa tygodnie po "Pod Mocnym Aniołem" Smarzowskiego i podświadomie czekałem aż pijany w sztok bohater rzygnie po pół litra) jest już chłodna, w skandynawskim stylu, bardzo sprawnie zrealizowana, w czym zasługa Borysa Lankosza.
Ostatnią powieścią Miłoszewskiego o Teodorze Szackim jest "Gniew" stylizowany na kryminał skandynawski. Widoczne są wpływy powieści Stiega Larssona. Jest to powieść w której Miłoszewski porusza ważny problem przemocy wobec kobiet, ale powieść sprawia wrażenie, jakby Szacki już nudził pisarza. Miłoszewski potrafi jednak śmiać się sam z siebie. Ale przyznam, że jak przeczytałem o anatomopatologu o nazwisku ...Frenkenstein, to padłem. Powieść jest najdłuższa z trylogii, gęsta jak dobre Chianti, wytrawna jak dobre Chateau rodem z apelacji Bordeaux, ale pozostaje niedosyt. Czytelnik lubi Szackiego. Przekombinowany jest motyw porwania córki, zrobienia z siedemnastoletniej dziewczyny psychopatki. Mimo to, czekam kiedy ktoś to zekranizuje. Film będzie dobry, o ile ktoś nie będzie dosłowny. Z tego też powodu ja osobiście lubię "Uwikłanie" Bromskiego, właśnie dlatego, że filmowcy zerwali z niekonsekwencją narracyjną pierwowzoru. Trzecia powieść jest w swej ideologicznej wymowie wybitnie lewicowa.
Przeczytałem także powieść Miłoszewskiego "Zaginiony" traktującą o poszukiwaniu zaginionego, najcenniejszego obrazu z polskich kolekcji, czyli portretu chłopca Rafaela Santi. Książka do połowy bardzo dobra, a potem było coraz gorzej.
Najprawdopodobniej nie przeczytam już żadnej powieści Zygmunta Miłoszewskiego, tym najnowszej wydanej w roku 2017, tym razem o miłości, ponieważ wszystko już o nim wiem, jako o sprawnym scenarzyście (oglądałem serial "Prokurator", gdzie obydwaj bracia Miłoszewscy próbowali zdyskontować sukces kreacji Szackiego) i pisarzu powieści sensacyjnych. Z pewnością znajdzie on miejsce w poczcie polskiego kryminału, do którego ludzie z przyjemnością zajrzą nawet za czterdzieści lat. Z jedną tezą Miłoszewskiego się zgadzam. Współczesny kryminał musi mieć szeroki kontekst społeczny.
Sam piszę. To już wiecie.Zawsze można napisać nowy kryminał, ale bohater musi być Inny, to znaczy taki, jakiego nie było jeszcze w polskiej powieści kryminalnej. Ja takiego stworzyłem. Pierwszego polskiego czarnoskórego detektywa.
Ale to już zupełnie inna historia.
Pisząc ten tekst jestem w sytuacji niezmiernie trudnej. Oczywiście, że pisarze się czytają nawzajem. Oczywiście, że zazdroszczę Miłoszewskiemu sukcesu. Byłbym głupi i nieprawdziwy, gdybym się do tego od razu nie przyznał. Jednak nie mam zamiaru pisać o Zygmuncie Miłoszewskim, tylko o stworzonej przez niego bardzo dobrej, choć niespójnej ideologicznie trylogii kryminalnej z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej . Na ową trylogię, które odniosła w Polsce bezprecedensowy sukces składają się trzy powieści: "Uwikłanie", "Ziarno prawdy" oraz zamykający cykl "Gniew". Na razie trylogia o Szackim jest zamknięta, ale kto wie, czy pod wpływem wielkiego sukcesu Szacki nie wróci. Nie tacy mistrzowie pióra łamali się i przywracali postaci do życia. Myślę, że Miłoszewski nie zamknął sobie drogi odwrotu, ponieważ "Gniew" nie daje jednoznacznej odpowiedzi, czy prokurator przeżył, czy nie.
Powiem tak - powieści Miłoszewskiego czyta się jednym tchem, szybko, co wystawia mu jak najlepsze świadectwo sprawności narracyjnej. "Uwikłanie", mimo genialnego pomysłu, intrygi w sprawie śmierci Telaka w czasie grupowej terapii oprzeć o powiązanie esbeckie, jest jednak trochę niekonsekwentne. Nie, bynajmniej nie w kreacji faceta koło czterdziestki żyjącego pod presją, mającego trudną pracę i romansującego za plecami żony. To jest wiarygodne. Niekonsekwentne jest pozostawienie wątku esbeckiego nierozwiązanym. To oczywiście był celowy zabieg narracyjny, ale Miłoszewski nagle porzucił ten niezwykle prawicowy wątek i w kolejnej powieści podążył innym tropem, którego ślady ideowe wiodą na ulicę Czerską w Warszawie. Warto wspomnieć, że Miłoszewski zgodził się na niezgodną z książkę ekranizację "Uwikłania" w reżyserii Jacka Bromskiego. Wystawia mu to jak najlepsze świadectwo. Pisarz musi zdystansować się od swojego dzieła. Tutaj po raz kolejny jestem wstrętnym zazdrośnikiem, ale przyznaję się do tego. Który pisarz nie chciałby, żeby jego męskiego bohatera, do pewnego stopnia alter ego, zamienić na piękną kobietę? A jeśli do tego ową kobietą jest Maja Ostaszewska, to cóż zrobić? Jeszcze jedno. Film "Uwikłanie" Bromskiego ma bardzo dobre recenzje na przykład w prawicowym i katolickim "Gościu Niedzielnym", gdzie film ten stawia się za przykład współczesnego polskiego filmu pokazującego prawdzie oblicze III RP, jako "esbekistanu".
Niekonsekwencja Miłoszewskiego jest najdobitniej widoczna w drugiej powieści "Ziarno prawdy", gdzie mamy do czynienia ze sprawną narracją i wiarygodnym obrazem prowincjonalnego mordercy. Ale kluczem jest Sandomierz. W mieście tym TVP ekranizuje "Ojca Mateusza", niemądrą, czasem głupiutką, z przymrużeniem oka telenowelę kryminalną z księdzem katolickim jako bohaterem-pozytywnym. Po drugie światopoglądowym tłem tej historii jest polski antysemityzm odmieniany przez wszystkie przypadki. Ja jako pisarz, historyk i nauczyciel nie mam żadnych wątpliwości, że przed drugą wojną światową i w jej trakcie Polacy zachowywali się czasami bardzo kontrowersyjnie. Nie chciałbym jednak sprowadzać tego postu do kolejnego głosu w niekończącej się historii sporu polsko-żydowskiego o polski antysemityzm. Jednak Miłoszewski mam wrażenie - podkreślam subiektywizm mojego spojrzenia - uległ lansowanej jak mantra przez towarzycho z ulicy Czerskiej tezie, że Polski antysemityzm powiązany ze wstrętnym Kościołem Katolickim jest nieodzownym składnikiem Polaka-Katolika. W powieści tej, w sposobie ukazania Kościoła, księży (to postaci trzeciego planu) jest widoczny stonowany, ale widoczny jad. Mordercą też jest "Polak-katolik". Jest to jedna z najbardziej demonicznych postaci w polskim kryminale. Do rangi symbolu prawie jak hitlerowska swastyka urasta w narracji Miłoszewskiego radło, znak Polaków, mniejszości z Niemiec, którą Hitler zdelegalizował w roku 1940. Szacki podąża w tej powieści tropem teatru, jaki morderca stwarza, by się ukryć. Zabieg powieściowy ocierający się o przebłysk geniuszu sprawia jednak wrażenie, że pisarz "dolał" jednoznacznie kojarzonego ideowego sosiku rodem ze stron Gazety Wyborczej. I po raz kolejny pokochało powieść Miłoszewskiego polskie kino. Ale ekranizacja już z męskim gwiazdorem Robertem Więckiewiczem (oglądałem w kinie "Ziarno prawdy" dwa tygodnie po "Pod Mocnym Aniołem" Smarzowskiego i podświadomie czekałem aż pijany w sztok bohater rzygnie po pół litra) jest już chłodna, w skandynawskim stylu, bardzo sprawnie zrealizowana, w czym zasługa Borysa Lankosza.
Ostatnią powieścią Miłoszewskiego o Teodorze Szackim jest "Gniew" stylizowany na kryminał skandynawski. Widoczne są wpływy powieści Stiega Larssona. Jest to powieść w której Miłoszewski porusza ważny problem przemocy wobec kobiet, ale powieść sprawia wrażenie, jakby Szacki już nudził pisarza. Miłoszewski potrafi jednak śmiać się sam z siebie. Ale przyznam, że jak przeczytałem o anatomopatologu o nazwisku ...Frenkenstein, to padłem. Powieść jest najdłuższa z trylogii, gęsta jak dobre Chianti, wytrawna jak dobre Chateau rodem z apelacji Bordeaux, ale pozostaje niedosyt. Czytelnik lubi Szackiego. Przekombinowany jest motyw porwania córki, zrobienia z siedemnastoletniej dziewczyny psychopatki. Mimo to, czekam kiedy ktoś to zekranizuje. Film będzie dobry, o ile ktoś nie będzie dosłowny. Z tego też powodu ja osobiście lubię "Uwikłanie" Bromskiego, właśnie dlatego, że filmowcy zerwali z niekonsekwencją narracyjną pierwowzoru. Trzecia powieść jest w swej ideologicznej wymowie wybitnie lewicowa.
Przeczytałem także powieść Miłoszewskiego "Zaginiony" traktującą o poszukiwaniu zaginionego, najcenniejszego obrazu z polskich kolekcji, czyli portretu chłopca Rafaela Santi. Książka do połowy bardzo dobra, a potem było coraz gorzej.
Najprawdopodobniej nie przeczytam już żadnej powieści Zygmunta Miłoszewskiego, tym najnowszej wydanej w roku 2017, tym razem o miłości, ponieważ wszystko już o nim wiem, jako o sprawnym scenarzyście (oglądałem serial "Prokurator", gdzie obydwaj bracia Miłoszewscy próbowali zdyskontować sukces kreacji Szackiego) i pisarzu powieści sensacyjnych. Z pewnością znajdzie on miejsce w poczcie polskiego kryminału, do którego ludzie z przyjemnością zajrzą nawet za czterdzieści lat. Z jedną tezą Miłoszewskiego się zgadzam. Współczesny kryminał musi mieć szeroki kontekst społeczny.
Sam piszę. To już wiecie.Zawsze można napisać nowy kryminał, ale bohater musi być Inny, to znaczy taki, jakiego nie było jeszcze w polskiej powieści kryminalnej. Ja takiego stworzyłem. Pierwszego polskiego czarnoskórego detektywa.
Ale to już zupełnie inna historia.
piątek, 9 lutego 2018
Esej o trylogii Millenium Stiega Larssona.
Czytelniku tego bloga!
Kimkolwiek jesteś, a jeśli lubisz książki, z pewnością słyszałeś o trylogii kryminalnej Steiga Larssona. Szwedzki pisarz, a zarazem lewicowy dziennikarz zmarł na atak serca w Sztokholmie w roku 2005, pozostawiając za sobą trzy tomy swoich powieści, oraz dwieście stron następnego rękopisu, który w roku 2015 został dokończony i wydany przez Davida Lagercrantza, pod tytułem "Co nas nie zabije", w roku 2017 wyszła kolejna część pióra Legercranza. Powieści Lagercrantza nie są złe, ale o klasę gorsza od kryminałów Larssona. Muszę powiedzieć, że w czytaniu całej trylogii popełniłem błąd, ponieważ na samym początku obejrzałem film David Finchera z Danielem Craigiem i Rooney Mara jako dziennikarzem Mikaelem Blomquistem i Lisbeth Salander. Już przez całą lekturę Blomquist miał w moim umyśle twarz Bonda, a Salander miała twarz Rooney Mara. Jednak to mały szczegół.
Całość trzech książek, z których każda liczy 700-800 stron, już pod koniec była dla mnie dość nużąca. Jednak zastanawiając się długi, długi czas nad tym wpisem na blogu, zdecydowałem się spojrzeć w najgłębszą, sterującą warstwę narracji. Nie dziwi mnie, że jedna z najciekawszych dyskusji na temat trylogii kryminalnej Szweda odbyła się na łamach fascynującej na swój sposób intelektualnie, ale śmiertelnie trującej "Krytyki Politycznej" (peryfrazuję Chiang Kai Sheka, który powiedział, że komunizm to choroba duszy). Feministki bardzo lubią Millenium. Larssonowi udałą się niezwykle jedna z najbardziej pokręconych wewnętrznie, ale spójnych i wielowymiarowych postaci kobiecych współczesnego kryminału, czyli Lisbeth Salander. Tylko pozornie jest lesbijką, romanse z kobietami są według mnie dla Salander jedynie formą ucieczki, przygodą w sumie niewiele znaczącą. Prawdziwe uczucie ...to facet, czyli Blomquist. Salander jest oczywiście wyalienowana, skrzywdzona przez społeczeństwo, służby specjalne. Najbardziej przerażająca we wszystkich trzech powieściach jest oczywiście scena gwałtu w pierwszym tomie, sucha i okrutna. Jednak jej zemsta jest równie okrutna i czytelnik pragnie, by się zemściła. Salander jest niezwykle wyrazistą postacią i sądzę, że zarówno ona jak i Blomquist są emanacjami światopoglądowymi Larssona.
Mężczyźni są w powieściach Larssona przeważnie źli. Tymczasem kobieta może być równie okrutnym, jeśli nie gorszym katem od mężczyzny. Przede wszystkim dlatego, że kobiety są płcią silniejszą psychicznie. To, co teraz powiem, jest mało feministyczne, ale siła kobiet polega na tym, że to Natura przeznaczyła je na te, które rodzą, dają życie. Tak została skonstruowana Przyroda i nie ma się o co kłócić. W najgłębszej warstwie narracyjnej lewicowość książek Larssona polega przede wszystkim na diagnozie społecznej. To lewackie credo, pod którym ja się nie mogę podpisać, ale analiza najgłębszej sterującej warstwy narracji Larssona daje wyodrębnić takie a nie inne składniki:
- mniejszości są bezcenne, trzeba dać im wszelkie prawa, bo tylko wtedy nasze społeczeństwo jest w stanie się rozwijać. Mniejszości są miarą cywilizacji. Wszelkie. Im więcej, tym lepiej. Mniejsza o to, jakie mniejszości i ile, jeśli ktoś nie godzi się na przyznanie im praw przewyższających większość, to jest "faszystą". Zwracam uwagę Państwa na nowe składniki, jakie dziś lewica dodała do słowa "faszysta"
- religia jest niepotrzebna i jest ułudą. Wszystkie postaci, które są religijne, są złe. Patrz tom "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Klucz do popełniania morderstw jest kluczem biblijnym. Nawet córka Blomquista (słabo zarysowana) jest fanatyczna, bo nosi krzyżyk na szyi. Posiadanie jakiejkolwiek identyfikacji religijnej jest złe Jedynym normalnym religijnym człowiekiem jest policjant Bublański, bo jest Żydem. Jak wiadomo w poprawności politycznej lewicowych elit o Żydach nie można pisać źle. Ciekawe jest to, że lewicy nie przeszkadza to ukryć swój antysemityzm pod płaszczykiem niechęci do Izraela i sympatii do Palestyńczyków.
- mężczyźni są opętani seksem i żądzami. Są z natury źli, chciwi, pełni pychy. Kobiety są szlachetne, zdolne, i uczciwe. Są motorem napędowym świata. To dość proste, żeby nie powiedzieć prostackie kalki - stereotypowe. Lewica ma własne stereotypy, nawet mówi gdy ich nie ma.
- państwo kontroluje wszystkich i wszystko. Nie należy ufać władzom, nawet jak robią coś dobrze, to wszystko ma ukryte dno, spiskują, żeby odebrać wolność ludziom, stąd trzeba się łączyć w Internecie.
- Feministki są zwieńczeniem rozwoju kobiecości. Nie mają dzieci i nie chcą ich mieć. Ideałem jest kobieta wchodząca w tradycyjnie męskie role społeczne. Może, ale nie musi być lesbijką, na pewno biseksualistką, jest bogata, pewna siebie (kochanka i szefowa Blomquista żyjąca między mężem i kochankiem, za zgodą i akceptacja tego pierwszego). Feministka to taki lewicowy "nadczłowiek". Odwracając metaforykę Nietzeschego, feministka to "uber-frau" - "nad-kobieta".
- Seks bez uczuć, jest jak jedzenie, lub picie wody. Każdy z każdym może. Bez odpowiedzialności. Może dlatego bohaterowie Larssona są tak strasznie samotni. Seks nie jest surogatem uczucia.
- Kapitalizm jest zły, ponieważ prowadzi do powstania cwaniaków jak Hans Erik Wenstroem (czarny charakter Blomquista z pierwszej części). Jednak kradzież dokonana na kapitalistach, jest już dobra.
Pod względem suspensu jest dużo gorzej. Najlepiej opowiedzianą kryminalnie historią jest oczywiście tom pierwszy. Intryga i zbrodnia, która nie jest zbrodnią (bo jest nią coś innego, dużo bardziej przerażającego) ma w tej książce formę wielopiętrowej budowli. Sam jako autor powieści sensacyjnych jestem - przyznaję - wielkim fanem takich zagadek. Jest to bowiem niezwykle pociągające narracyjnie. od tym względem mistrzostwo świata. Drugi i trzeci tom, kiedy przeciwnikiem Salander jest ona sama, a konkretniej jej ojciec, sowiecki szpieg, akcja jest coraz bardziej nieprawdopodobna i ideologicznie idącą w jednym, słusznym kierunku. Grubymi nićmi szyta jest scena, kiedy Salander została postrzelona w głowę z broni małokalibrowej. Przeżyła i nie odbiło się to, na pracy jej mózgu. Nie znam się na ranach postrzałowych, ale wydaje mi się to nieprawdopodobne.
Jednak na czym polega fenomen Larssona? Jak można uczyć się na jego genialnej, choć nie do końca udanej pod względem suspensu trylogii? Ta książka, jak żadna inna, uzmysłowiła wszystkim, że KRYMINAŁ jest równouprawnionym gatunkiem literackim, jest sposobem artykulacji współczesności, jest opowieścią o świecie TU I TERAZ. Jeśli jest wybitnie napisany, to może być naprawdę mocny w swoim oddziaływaniu na wyobraźnie czytelnika. W Polsce ślady Millenium można odnaleźć w "Gniewie" ostatniej powieści Miłoszewskiego z prokuratorem Szackim. Choć oczywiście Polak nie jest tak zideologizowany jak Szwed. Nie wierzę w moc sprawczą literatury pop, choć sam ją uprawiam. Powieść pop, peryfrazuję teraz Grochowiaka, może być "bliższa krwio-obiegu słów", niż tak zwana literatura z górnej półki, czego smutnym przykładem jest Nagroda Literacka Nike w Polsce. Nikt nie zna osoby, która została nagrodzona w roku 2016, nikt nie potrafi wymienić tytułu jej książki i za co została nagrodzona.
Po trylogii "Millenium" kryminał nie może być już taki jak wcześniej. Ja dorzucam do tego swoje trzy grosze.Wydałem dwa kryminały społeczne "Lunatyk" wyd. Albatros, 2016 oraz "Czarna Pszczoła" wyd. Albatros, 2017.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Recenzja: Artur Nowak, Stanisław Obirek, Skandaliści w sutannach. Od kardynała Wyszyńskiego do arcybiskupa Jędrzejewskiego, wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2024
Czytelniczko, Czytelniku Książka Artura Nowaka i Stanisława Obirka, wydana w twardej oprawie, przez wydawnictwo Prószyński i Ska w roku 20...
-
W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyseri...
-
Czytelniku, Myślę, że to dobra lektura na Wielkanoc. Książka Bernarda Hamiltona wpadła mi w ręce jesienią ubiegłego roku i znając...
-
Jacek Bartosiak jest polskim geostrategiem, współzałożycielem polskiego think-thanku "Strategy & Future" i można powiedzieć,...






