sobota, 13 maja 2023

Recenzja: Jamie Bartlett, Królowa Kryptowaluty. Historia miliardowego cyberprzekrętu. Wyd. Czarne, Wołowiec 2023

 


 Utarło się, że książki o ekonomii są zazwyczaj trudne, nudne i mało wciągające. Najnowsza publikacja wydawnictwa Czarne, książka Jamie Bartletta "Królowa kryptowaluty. Hisgtoria miliardowego cyberprzekrętu" poświęcona wielkiemu oszustwu jakim wciąż niestety jest kryptowaluta onecoin, wymyślona przez Różę (Roję) Ignatową. Ta niezwykle utalentowana osoba urodziła się w Niemczech w rodzinie bułgarskich emigrantów i od młodości pięła się po szczeblach kariery w świecie finansów, robiąc doktorat na Cambridge. Geniusz jej szwindla polegał na połączeniu marketingu wielopoziomowego - MDM (najsłynniejszą tego typu firmą jest Amway, który sprzedaje środki czystości, proszki) oraz inwestycji w kryptowalutę.  W 2009 roku pojawiła się bowiem nowa forma inwestycji finansowych jaką jest Bitcoin, opracowany matematycznie przez osobę lub osoby kryjące się pod pseudonimem Sakoshi Nakamoto, polegający na tworzeniu - tzw. wykopywaniu jednostek cyfrowych zwanych bitcoinami, a zabezpieczonych matematycznym kodem składającym się z logartymu opartego na transakcjach wykonywanych w czasie rzeczywistym tzw. Blockchainie, który w chwili uruchomienia jest nie do podrobienia. 

Stworzona przez sprytną Bułgarkę kryptowaluta zwana onecoinem nie miała zabezpieczenia w postaci blackchaina, a cała jej kampania reklamowa w którą wciągnięto miliony zwykłych ludzi na wielu kontynentach na zasadzie marketingu wielopoziomowego, polegającego na tym, że osoby wysoko w sieci otrzymywały prowizje za wciągnięcie jak największej ilości ludzi, sprawiła, że przekręt onecoina warty był ponad 100 miliardów euro lub więcej. Różna wykorzystywała ludzi, z znajdowała w branży MDM bardzo zaangażowanych, chciwych i bezwzględnie dążących do wzbogacenia się. Jednak książka ta nie jest tylko zapisem śledztwa dziennikarskiego, ale ukazuje ona głębsze pokłady ludzkiej natury, opartej niezależnie od epoki na łatwowierności, strachu przed utraceniem szansy życiowej, desperacji i chciwości. Każdy przecież chce polepszyć swój los, każdy chce by życie dało mu szansę, szczególnie w krajach rozwijających się. 

25 października 2017 roku po ponad trzech latach oszukiwania ludzi z całego świata świata, na dziesiątkach eventów firmowych na różnych kontynentach, Róża Ingantewa zniknęła. Wsiadła do samolotu Ryanaira z Sofii do Aten i odtąd miejsce jej pobytu jest nieznane. Zanim uciekła, zdążyła wytransferować ponad setki milionów euro na jachty, luksusowe rezydencje, biżuterię, od Londynu do Dubaju pozostawiając firmę w rękach brata i innych bliskich współpracowników, do których dobrała się w końcu FBI (każda transakcja przekazywana miedzy bankami za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych oraz banków zarejestrowanych w USA podlega jurysdykcji USA), często na podstawione osoby (słupy). Od tego czasu ulotniła się jak kamfora. Do dziś jest na liście 10 najbardziej poszukiwanych przestępców
 https://pl.wikipedia.org/wiki/10_Najbardziej_Poszukiwanych_Zbieg%C3%B3w 

Książka bardzo dobra i niezwykle wciągająca. Widać, że brytyjski autor wie, co to jest suspens, ponieważ sposób tworzenia rozdziałów, sposobu opowiadania świadczy o dużych umiejętnościach pisarskich. 


niedziela, 16 kwietnia 2023

Recenzja teatralna: "Granica" według Zofii Nałkowskiej w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej



Proza Zofii Nałkowskiej należy do zapomnianej polskiej klasyki. Jej "Medaliony" są egzemplifikacją grozy okupacji hitlerowskiej w Polsce, ale jej najsłynniejszą powieścią przedwojenną była „Granica” wydana w roku 1935, a ekranizowana dwa razy w 1938 i 1977. Zdziwiłem się więc, gdy dowiedziałem się, że Teatr Polski w Bielsku-Białej przygotowuje inscenizację. Sięganie po polską klasykę jest chwalebne, ale sam pomysł mnie nie przekonał. Proza Nałkowskiej nie zachwycała mnie nigdy  szczególnie, jednak poszedłem na spektakl. Warto powiedzieć jeszcze, że autorką adaptacji jest Joanna Kowalska, a reżyserował Piotr Ratajczak (razem twórcy ci zrobili w bielskim teatrze dobry spektakl na podstawie „Złego” Tyrmanda). 

Spektakl jest inscenizacją oszczędną i rozgrywającą się w oparciu o metaforę procesu sądowego. Historia służącej i kucharki Justyny Bogutówny, chłopki, która w powieści Nałkowskiej jest główną bohaterką mogła zostać przedstawiona głównie poprzez – wydawałoby się nowoczesny paradygmat feministyczny nieszczęśliwej kobiety w sytuacji podległej, która zostaje zmuszona do aborcji przez wyrachowanego mężczyznę, ale ku mojemu szczeremu zdziwieniu twórcy spektaklu przesunęli akcenty inaczej. W ten sposób bielska inscenizacja „Granicy” zyskała na atrakcyjności dlatego, że forma procesu sądowego wymusiła koncentrację akcji do jednego tu i teraz, obrazowanego przez proces. Jednak spór prokuratora i obrończyni (bardzo dobrzy: Rafał Sawicki i Marta Gzowska-Sawicka) spowodował, że widz nie dostał jednoznacznego i narzuconego przekazu i interpretacji. 

Czy Justyna Bogutówna była sama sobie winna? Czy padła ofiarą oszustwa i wielopiętrowej intrygi? W spektaklu inaczej niż w powieści Zezon Ziembiewicz jest ofiarą mordu dokonanego przez kobietę, a proces jest spektaklem – teatrem rozgrywającym się na oczach widowni, czego twórcy nie ukrywają. Wielopłaszczyznowość intrygi, której padają oboje – oskarżona i ofiara – została ukazana, co może wydawać się widzowi przyzwyczajonemu do linearności teatralnych inscenizacji trudne, na zasadzie retrospekcji ukazywanej oczyma oskarżonej i zmarłego Ziembiewicza, a także wszystkich świadków, postaci drugoplanowych, dobrze jednak zagranych przez bielskich aktorów. Lubię teatr w moim mieście, choć nie wszystkie inscenizacje mnie przekonują (największą wpadką tego typu jest Faraon na podstawie Prusa), a podstawowy problem grona aktorek i aktorów jest zawsze przechylenie w stronę komediową. Tym razem jednak wszystkie postacie drugoplanowe są dobrze zagrane, bez emfazy, gagów typowych dla farsy, w której specjalizuje się bielski teatr.  

Ten spektakle nie uległ też pokusie wulgarnej skrajnie zideologizowanej manierze, która opanowała dużą część polskiego teatru w Warszawie (Teatr Współczesny), Krakowie (Teatr Stary), czy ku mojej rozpaczy uwielbiany przeze mnie teatr Holoubka i Zapasiewicza – Dramatyczny w stolicy. W tym przypadku wulgarność jest jedynie wypadkową zdarzeń i jest incydentalna, a spektakl trzyma w ryzach przede wszystkim sztuka aktorska. Inscenizacja „Granicy” aż prosiłaby się o takie odczytanie a la Strzępka-Demirski poprzez pryzmat wyzwolonej ze wszelkich więzów starej kultury i moralności kobiecości. Ale nieoczekiwanie to nie postać Bogutówny jest tutaj główną siłą nośną ( w tej roli Magdalena Jaworska z teatru miejskiego w Gliwicach, której nie widziałem wcześniej na deskach bielskiego teatru), gdyż spektakl napędza spór sądowy między prokuratorem i obrończynią. Każde z wydarzeń opowiadane jest kilkukrotnie przez różne osoby i za każdym razem wyglądają inaczej. 

Inscenizacja bielskiego Teatru Polskiego jest oszczędna – scenografia przypomina scenę teatralną lub sądową – dopasowana stylistycznie i kolorystycznie do niezwykle zabytkowej bielskiej sceny, a muzyka stonowana i zupełnie drugoplanowa, gdyż najważniejsza jest ocena tego, co wydarzyło się między Ziembiewiczem i Bogutówną. To, co kiedyś szokowało w „Granicy” dziś nikogo nie może szokować, ale mimo to twórcy spektaklu spróbowali odczytać powieść Nałkowskiej jako opowieść o współczesnym, lokalnym polskim piekle, utkanym przez chciwych deweloperów, nieczystych wyborów na prezydenta miasta, moralnej atrofii lokalnych elit, poniżenia współczesnej klasy robotniczej czyli mas zmuszonych do życia w klatkach nowoczesnych apartamentowców, chciwej, domorosłej pato-inteligencji, błyszczącej w blasku mamony, skupieniu na karierze i załatwianiu swoich potrzeb, także seksualnych, kosztem drugiego, słabszego człowieka. I muszę powiedzieć, że ta próba ukazania „Granicy” jako powieści o polskim lokalnym zwierciadle pełnym nikczemnych i obrzydliwych moralnie postaci jest chyba w pełni udana. Brakowało mi tutaj drapieżności w ukazaniu polskiego światka lokalnych układów z wiwisekcją Wojciecha Smarzowskiego. Wydaje mi się, że to właśnie lokalne, polskie piekiełka są tematem nie w pełni jeszcze wykorzystanym jako temat powieści, czy sztuki teatralnej. Sam próbowałem opisać takie piekiełko w „Śnie o Glajwic” i jako pisarz wiem, że to możliwe. Spektakl puentuje dość dobitnie, niemy krzyk Bogutówny wyrażony ciszą na widowni, gdy skazana na najwyższy wymiar kary mówi „Jestem potworem i niech skażą mnie potwory”, co nadto jest egzemplifikacją tego, że los kobiety słabszej i zmuszonej do czynu okrutnego jest wynikiem potworności świata z małego, lokalnego piekiełka. 

Spektakl jest surową, pozbawioną efekciarstwa próbą opowiedzenia losu everymana, grozą codzienności ugładzoną łapówką, będącej skazaniem słabszej kobiety na pastwę bogatszych. Współczesna Bogutówna może być ukraińską uchodźczynią pracująca za grosze w Polsce dnia dzisiejszego, a Ziembiewiczem każdy nowobogacki lokalny Zyzio w BMW sprowadzonym z Niemiec, posiadaczem kilku kart kredytowych, ubranym w sweterek o Dolce&Gabbany i tenisówki od Chrisa Colesa. To może się zdarzyć w każdym małym i średnim polskim mieście. 

„Granica” w Teatrze Polskim w reżyserii Piotra Ratajczaka jest skondensowanym do około 100 minut ciekawym, choć niełatwym i nie rozrywkowym spektaklem zmuszającym świadomego widza do przejrzenia się w lustrze. Polecam. 


 

wtorek, 28 czerwca 2022

Top Gun - Maverick - recenzja filmu



Jeśli ktoś z was był dzieciakiem na przełomie lat 1980tych i 1990tych to musi pamiętać "Top Gun" Tony`ego Scotta i to nie tylko dlatego, że grał tam młody Tom Cruise, ale dlatego, że rzecz traktowała o lotnikach amerykańskich, a po epoce komuny, wszyscyśmy się cieszyli, że Reagan dowalił Ruskim. Ja zapamiętałem ten film głównie przez jedną scenę, gdy odwrócony do góry nogami amerykański samolot zbliżył się do sowieckiego Miga, a pilot pokazał Rosjaninowi środkowy palec. Lata osiemdziesiąte dały światu klasykę filmu przygodowego – lub sci-fi i mój sentyment jest zrozumiały. Ludzie, którzy dziś lubią Stranger Things właśnie za klimat lat osiemdziesiątych zrozumieją mnie. 

Jednak film przygodowy ma dziś wyraźny regres i widać to po żenujących filmach Marvela, gdzie w praktycznie żadnym nie ma scenariusza z prawdziwego zdarzenia, a aktorzy nie grają przebrani w idiotyczne kostiumy tzw. super-bohaterów. Mam dziś wyraźną pretensję do kultury masowej za zidiocenie i spłycenie bohatera filmu przygodowego. Dlatego też z pewną nadzieją poszedłem na film „Top Gun- Maverick” wyraźnie nawiązujący do pierwowzoru z roku 1986, epoki w której Amerykanie przestali się katować za Wietnam i razem z Reagenem doprowadzili zimną wojnę do końca. Top Gun był bowiem schyłkiem filmu zimnowojennego, gdzie otwarcie i bez emfazy mówiono o wrogu – Związku Radzieckim. 

Oczywiście nowego Top Gun, nie byłoby bez Toma Cruise, który stał się instytucją. Nie będę się tu rozpisywał nad aktorem, ani nad życiem osobistym, ale to w jaki sposób Cruise wygląda mając prawie 60 lat jest czymś niesamowitym. 

Historia opowiedziana w filmie jest dość prosta. Oto niepokorny pilot, wiele razy karany za niesubordynację, ma wrócić do szkoły pilotów Top Gun jako wykładowca i zmierzyć się z własną przeszłością i młodymi kadetami, którzy są takimi samymi bezczelnymi, zapatrzonymi w siebie typami, jakim on był. Do tego dochodzi relacja z synem zmarłego kolegi Goosa i obok piękna Jennifer Conelly. Dla mnie wzruszające było to, że w filmie pokazał się Val Kilmer, pokazujący też swoją niemoc jako człowiek (był on alter ego Mavericka w filmie z 1986). 

Wreszcie dochodzimy do upostaciowania wroga – nie jest nazwany, ale wszyscy wiemy, że chodzi o Rosję. Sekwencje filmu wpychają widza w fotel – samo rozpędzenie prototypu do prędkości 10 maha jest niesamowite, a sekwencja bombardowania trwająca 2 i pół minuty wciska w fotel. Zakończenie jest bajkowe, jak gdyby przeniesione z  Mission Impossible, ale mniejsza o to. 

Dawno nie widziałem tak dobrego filmu przygodowego. W 1986 posypały się kandydatury chłopaków, którzy chcieli zostać pilotami. Top Gun Maverick ma szansę na przełamanie w kinie przygodowym idiotycznych filmów Marvela, które mordują kino i pokazują bohaterów, nawet zwąc ich super-bohaterami, którzy mają rzeczywiste ciało i krew i podlegają prawom fizyki i ciążenia ( znakomicie pokazane są przeciążenia, jakim poddawani są piloci). 

Dla mnie 8/10

wtorek, 21 czerwca 2022

Recenzja: Gerald Clarke "Truman Capote", tłum. Jarosław Mikos, wyd. PIW, Warszawa 2016, ss. 798


Czy istnieje biografia totalna? To założenie idealistyczne, u którego podstawy tkwi stwierdzenie, że możliwe jest całkowite poznanie życia, a zatem wnętrza, psychiki, relacji z innymi ludźmi, twórczości i wszystkich tropów składających się na biografię człowieka. Biografie pisarzy są szczególnie trudne, ponieważ bycie pisarzem szczególnie w Polsce jest efemeryczne, nieuchwytne, ponieważ pisarze wdziewają maski, kryją się za nimi. Myślę, że biografię totalna można napisać jedynie po śmierci człowieka. 

Książka Geralda Clarke`a – wydana przez Państwowy Instytut Wydawniczy w serii sławni ludzie – jest biografią zbliżającą się do wyżej opisanego ideału. Życie Trumana Capote było intrygujące zwłaszcza, że stało się przecież tematem, którym zajęło się Hollywood – wystarczy przypomnieć dramat biograficzny „Capote”, w którym w rolę pisarza wcielił się świętej pamięci Philip Seymur Hoffman. Clarke przybliża Trumana Capote – autora „Śniadanie u Tiffany`ego” i „Z zimną krwią” w sposób, w jaki portretuje się ludzi w reportażu połączonym ze znaną u historyków metodą historii mówionej. Clarke zebrał ogromną liczbę wywiadów z ludźmi, którzy znali pisarza, a także uzyskał dostęp do jego spuścizny prywatnej, w tym listów, niekiedy bardzo intymnych. Mógł zatem autor zajrzeć do wnętrza Capote`a. 

Jest to biografia, która ma dwie osie – pierwszą jest Południe, rozumiane jako swoisty kraj w ramach Stanów Zjednoczonych, zmagający się ze swoją historią, w której gdzieś w głębi huczą działa wojny secesyjnej. Capote był człowiekiem z Południa – odtrąconym i niezrozumianym przez swój kraj, który jednak dobrze rozumiał uwarunkowania z których się wywodził. Bycia Południowcem było rodzajem łatki przypiętej do garnituru, kulturową butonierką, którą można było poznać choćby po południowym akcencie. Capote uczynił jednak ze swojego pochodzenia atut wchodząc brawurowo w świat nowojorskiej inteligencji. 

Drugim kluczem biografii jest odważnie, uczciwie pokazana seksualność pisarza. Jednak nieheteronormatywność Trumana Capote staje się w biografii Clarke`a także kluczem do zrozumienia cierpienia, które było immamentną cechą jego egzystencji. W „Śniadaniu u Tiffany`ego”, które portretowało środowisko nowojorskich kolorowych ptaków Capote potrafił zdobyć się na dużo autoironii. Jednak Clarke nie przykłada żadnych ram ideologicznych – Capote jako osoba nieheteronormatywna jest sportretowany z różnych perspektyw, często się wykluczających. Potrafił być jako człowiek nieznośny i czarujący, doprowadzać do płaczu przyjaciół i przejmować się nie znaczącymi nic przytykami innych. Jest to człowiek tragiczny, miotający się od jednej skrajności do drugiej, wiecznie szukający miłości i zrozumienia, by w końcu pogrążyć się w swoich dwu nałogach, które doprowadzą go do grobu – alkoholu i narkotykach. 

Ta biografia pozwala uchwycić kontekst jego twórczości i uzmysłowić sobie, jak wielką cenę pisarze płacą za swoją twórczość. Każda książka jest cierpieniem, każda to zmaganie się z własnymi demonami, każda jest oddaniem części samego siebie, by mogli ją przejąć inni. Capote po napisaniu „Z Zimną krwią” niczego już nie napisał. Ta książka odebrała mu duszę, ale co wynika z biografii on zgodził się na taką cenę, mając świadomość, że ta powieść stworzy nowy gatunek, punkt zwrotny prozy XX wieku – mianowicie powieść reporterską, która nie jest literaturą faktu, ale nie jest też zanadto prozą fikcjonalną. 

Dla mnie książka Clarke`a to praca mistrzowska, ukazująca blaski i cienie człowieka, ukazująca go z różnych perspektyw, nie koloryzująca, nie pomijająca faktów niewygodnych, a zarazem starająca się zrozumieć jednego z najoryginalniejszych pisarzy XX stulecia.     


 

wtorek, 1 lutego 2022

Zaginione królestwo Greko-Baktryjskie w Indiach

 Śledzę ostatnio zaginione królestwa. Jednym z nich jest wielkie państwo, które powstało po wyprawie Aleksandra Wielkiego do Indii (327-325 B.C). Od IV wieku do I wieku naszej ery istniała Baktria, czyli monarchia hellenistyczna w Indiach. Przez ponad trzysta lat, w dolinie Indusu, sięgając aż po rzekę Oksus czyli Amu-Darię i Jezioro Aralskie rozciągało się europejsko-indyjskie królestwo zachwycające potęgą militarną, poziomem handlu, wielkimi miastami (w starożytności był wilgotniejszy klimat), kulturą, rzeźbą, i cywilizacją, która po raz pierwszy w historii stopiła w jedno to, co zachodnie, z tym co wschodnie. 

Grecy przyjęli buddyzm – proszę się temu nie dziwić, dowiedziono bowiem silny związek między dwudziestoletnim pobytem Pyrrona z Elidy, założyciela szkoły sceptyków z buddyjska filozofia pustki. Nie zaniechali jednak języka greckiego, stylu życia – w ich miastach były agora, archiwum, gimnazjon, ale też świątynie buddyjskie, gdzie posągi Przebudzonego, Siddaharthy Gautamy, miały twarz greckiego młodzieńca (zdjęcie 3). Na innych rzeźbach widnieją po grecku obrane postacie, ale w stylu indyjskim, postacie z płaskorzeźby-reliefu (zdjęcie 2). 

Niezwykły poziom mają odnajdywane w Pakistanie i Afganistanie greckie monety jak ta Eukridatesa (zdjęcie 4), który – jeśli wierzyć źródłom w sanskrycie – miał aż dziesięć tysięcy katafraktów, czyli ciężkozbrojnej jazdy. Armie greko-baktyryskie wojowały taktyką Aleksandra z falangą na styl macedoński, ale przy wsparciu lekkozbrojnych, łuczników i użyciu słoni bojowych. Trudno oszacować ilość Greków, którzy osiedlili się w Indiach, ale musiało być to kilkadziesiąt tysięcy mężczyzn i kobiet, których potomkowie wchodzili także w związku z rodowitymi mieszkańcami Indii (co jest naturalne). Być może – tego nie wiemy – stanowili oni warstwę rządzącą, urzędniczą, elitę, która tak jak w Egipcie ptolomejskim, żeby przetrwać musiała pójść na kompromisy w sprawach religii. 

Fascynuje mnie taki tygiel kultur. W polskiej literaturze nie ma zbyt wiele na ten temat. Uderza mnie weryzm tych greckich twarzy, które nigdy nie widziały Grecji, ani Europy, a wyrosły, żyły pod niebem Indii i to w czasie, gdy buddyzm był tam powszechną religią. Bo dziś niestety już tak nie jest.   





#buddyzm #antyk #indie #grecy #hellenizm 

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Dalszy ciąg o powieści antycznej numer 2

 


To Mitra zabijający ofiarnego byka. To obrzęd tauroktonii, jedyny wizualny dowód wierzeń towarzyszącej chrześcijaństwu wielkiej tajemniczej religii, która właśnie w IV wieku znajdzie swój koniec po edykcie w Tessaolonice, kiedy cesarz Teodozjusz zakazał pod groźbą śmierci kultów innych niż chrześcijański. Mam nie lada problem z przedstawieniem w powieści osobistego świata Ammiana Marcelinusa, głównego bohatera nowej powieści antycznej, nad jaką intensywnie pracuję. Pisząc swą historię, ukrył się za frazami. Nie znamy jego twarzy, tak jak wnętrza poza tym, że nigdy nie przyjął chrześcijaństwa.

W powieści, w epickim stylu – co jak mniemam będzie stałą cechą moich powieści historycznych pisanych dla Wydawnictwa Lira – ukaże jego życie na tle wydarzeń politycznych od mniej więcej roku 350 (z małą retrospekcją jego ojca od 337) po koniec wieku IV. Jednak mnie znów interesuje religia i jej oddziaływanie na jednostkę, która mimo dziejowej burzy pragnie zachować swoją własną wewnętrzną wolność. Muszę wiec pokazać obrazowo zderzenie umierającej religii rzymsko-greckiej. Zdecydowanie się sprzeciwiam używaniu słowa „poganie”, bo żaden z Rzymian zarówno łacinników, jak i Greków, nie oddawał czci bożkom, czy Atenie wyskakującej Zeusowi z głowy. Ci ludzie bardziej kierowali się w stronę religii która przenikała się z filozofią tamtego czasu. Neoplatońskie Jedno – a więc byt będący podstawą wszystkiego – wydaje mi się bardziej przekonujące. Proszę popatrzeć, ile możliwości religijnych rysowało się w IV wieku. Mitraizm był religią zbawcza, ale ekskluzywną, bo zarezerwowaną tylko dla mężczyzn. Obok niego manicheizm, religia która jak poprzednia przybyła z Iranu i dziś niewiele o niej wiemy. Wreszcie samo chrześcijaństwo – zdyscyplinowane, scentralizowane dzięki sieci biskupstw, okaże się najsilniejsze. Jednak w powieści pokuszę się o takie poprowadzenie bohaterów, aby przez wybory, jakich dokonują ukazać także jak chrześcijanie się podzieli. Duży wątek poświęcę Wulfili i dokonanego przez niemu przykładowi biblii na język gocki. W ogóle rekonstrukcja Gotów w tej powieści może być dla czytelników frapująca. Spojrzymy na namiętności religijne tego czasu oczyma Ammiana, człowieka przynależącego do świata, który zaraz umrze.

Pojawią się indywidualnie zróżnicowane postacie historyczne: Konstancjusz II, Julian Apostata, Walens, Teodozjusz, Jan Chryzostom (uczeń Ammiana), Bazyli Wielki, Grzegorz z Nazjanzu, Konstantyna, Wulfila, Fritigern – a kulminacją powieści będzie bitwa pod Adrianopolem w 378 na której Ammian zakończył dzieje rzymskie. Jednak opowiem jego dzieje dalej, aż do domniemanej śmierci. Myślę, że będzie tego co najmniej 600 stron, wielkiej, epickiej, trzymającej w napięciu – suspens to moja ulubiona kategoria narracyjna – powieści, jakiej w polskiej literaturze nie było. Składam hołd Hannie Malewskiej, Teodorowi Parnickiemu, ale napisze to w swoim stylu, do którego Państwo przywykliście.

Proszę spojrzeć ile dramatyzmu tkwi w przedstawieniu tauroktonii – byk symbolizuje płodne życie, które przez śmierć udziela innym życia w kręgu przemijania. Pies zlizujący krew, wąż i skorpion to symbole sił dobra i zła. Ileż jest w tym niewiadomych!

A powieść jesienią 2022 w księgarniach, jako drugi tom po Apokryfie – który wywołał dyskusję – mojej trylogii poświęconej Antykowi.  

niedziela, 19 grudnia 2021

Przypomnienie Michela Foucaulta



Chciałbym dziś przypomnieć książkę i poglądy jednego z ważniejszych filozofów XX wieku – Michela Foucaulta. Trudno go jednoznacznie skategoryzować pod względem poglądów czy szkoły filozoficznej, bo jego związku z marksizmem, jakże charakterystycznego dla francuskiej myśli wieku XX, skończyły się po rocznym pobycie w Warszawie, gdzie przebywał jako dyrektor ośrodka studiów francuskich UW. Ścigany przez SB ze wzglądu na osobistą obsesję prostackiego Gumułki, który nie mógł strawić w Warszawie kogoś tak wyzywającego standardy „moralności socjalistycznej” szybko rozczarował się do marksizmu, co w sytuacji Francji nie było wcale tak proste i oczywiste. 

Foucaulta trzeba cenić za dwie rzeczy: po pierwsze jego dociekania nad naturą i schematami działania nowożytnej władzy poprowadziły go do historii pojęcia więziennictwa. Inaczej rzecz ujmując, dlaczego ogromną część aktywności państwa w dawnych epokach ludzie pożytkowali na rozbudowę systemu kar i więzień. Wyniki były zaskakujące samo pojęcie więzienia wiązało się z kwarantanną, a to pojęcie wiedzie nas w stronę epidemii, jako kluczowego doświadczenia strachu. Człowiek w epoce nowożytnej nie przestał się bać wraz z reformacją, czy oświeceniem. Epidemie napędzały histerię i konieczność oddzielenia potencjalnie zakażonych od zdrowych. W latach 70 Foucault prowadził serię wykładów na College de France, które zasłynęły nowym pojęciem władzy – czyli bio-władzy opartej na bio-polityce. Władza dawnych królów, czy reżymów, jest łatwa do obalenia, choć owo obalanie może być krwawe, a tymczasem francuski myśliciel przekonuje nas, że władza której nie widać bezpośrednio, ale widać jej działanie w życiu jest niesamowicie niebezpieczna. Dziś władze w Europie wykorzystują kolejną epidemię do zwiększenia kontroli, oczywiście dla dobra obywateli i zawsze w ich imieniu, ale pojawiły się nowe aspekty tej kontroli, których Foucault bezpośrednio nie przewidział, ale przewidział, że mogą się pojawić. To oczywiście Wielki Brat, czyli Facebook, a także inne aplikacje, które liczą za pomocą logarytmów nasze poglądy, upodobania polityczne, orientację seksualną, poglądy religijne, lub ich brak, czy lubimy Real czy Barcelonę. Ta władza mówi, ile mamy mieć par butów rocznie, ile lekarstwa mamy zażyć, kiedy powinniśmy iść do lekarza, ilu nastolatków popełnia rocznie samobójstwo, ile par się rozwiedzie, jaką energię mamy używać, żeby jak najmniej emitować CO2 (tak jakby ludzie nie wydychali tego gazu). 

Równie ciekawa, choć nie opublikowana w pełni w Polsce jest historia seksualności, największe dzieło Foucaulta, w którym zauważa on, że europejska czy też szerzej zachodnia kultura jest pod przemożnym wpływem Platona, dla którego człowiek to dusza uwięziona przez ciało. Foucault odwraca trochę po nietzscheańsku to pojęcie. A co, gdy człowiek jest ciałem skrępowanym przez ducha? Jakie miałoby to znaczenie dla historii kultury? Nie miałem czasu by przeczytać te tomy Foucaulta, ale z pewnością czeka mnie ta lektura. To ma znaczenie fundamentalne dla filozofii, która mnie pasjonuje, ponieważ nie istnieje podmiot bez ciała, inaczej jesteśmy w naszym ciele na wieczność. Między bajki można włożyć podmioty Kartezjusza i Kanta, które funkcjonowały jak gdyby oddzielone od ciała, czyli materii. To niemożliwe. Nawet zmartwychwstanie - choć wydarzyło się tylko raz - objęło właśnie ciało, a nie ducha. 

Czy Michelowi Foucault podobałyby się nasze czasy? Nie wiem. Zmarł jako jedna z pierwszych ofiar AIDS w 1984 roku w Paryżu, a więc był ofiarą kolejnej epidemii, którym przypisywał tak ważną rolę w kulturze. Chyba w tym znaczeniu się nie pomylił. Zostawił nam niełatwą myśl, niełatwą do czytania, ale myślę, że Foucault może być inspirujący szczególnie dzisiaj.

środa, 15 grudnia 2021

To była ręka Boga - Paolo Sorrentino - recenzja

 


Już dawno nie widziałem tak wciągającego, rozgrywającego się w przestrzeni między słowami, gęstego od emocji, spojrzenia, lepkiej miłości filmu. Mam na myśli „E stato il mano di Dio” – „To była ręka Boga” Paolo Sorrentino, który znów przeniósł mnie do Italii lat osiemdziesiątych. Przestrzeń wokół bohaterów to Italia po skandalach Bettino Craxiego i Julio Andreottiego, konkretnie Neapol oczekujący na Maradonę. Bohater, młody, dojrzewający chłopak zaangażuje się w relację – bardzo dwuznaczną z seksowną ciotką, wybujałą femme fatale. Tyle fabuły.

Na pierwszy rzut oka od razu można wyczuć mnóstwo takiego samego klimatu, co sławne Call me by your name innego Włocha, Luki Guadagnino. Owo nieznośne napięcie na inicjację łączy się z niesamowitym klimatem scen rodzinnych, przelatujących jedna po drugiej, od awantury, po słodkie obiadki rodzinne, z mnóstwem ciętych ripost, ukrytych znaczeń, spojrzeń pełnych niespełnienia. Włosi uwielbiają celebrację miłości, jak dobrego jedzenia i wina. Powab erotyczny jest w tym filmie zawoalowaną czasoprzestrzenią w której owo napięcie się realizuje, rozegraną powoli, z wyczuciem starego gracza, który smakuje zbliżenie ust, dotyk, jak dzieło sztuki.

Aktorsko bardzo dobrze. Dojrzewanie chłopaka bardzo naturalne, kobiecość i seksapil aktorki grającej ciotkę ma w sobie coś ze słynnej „Maleny”. Akcja toczy się niespiesznie, hałaśliwie, wciągając bohaterów w układ bez wyjścia.

Niesamowicie ożywczy to film w morzu tandety. Dla mnie przepyszny. Smakowity jak owoce morza z dobrym winem, które smakują najlepiej w małej restauracyjce na plaży.

#tobylarekaboga #ilmanodidio #recenzja #paolosorrentino 

niedziela, 5 grudnia 2021

Druga powieść antyczna


 Patrzę na Konstantyna Wielkiego. Człowieka, który dopuścił chrześcijan do życia publicznego w cesarstwie. Nie wierzę jednak w jego nawrócenie. Mary S. Beard nie chciała już pisać o jego czasach uważając, chyba słusznie, że klasyczny Antyk już się wypełnił. Cesarstwo Konstantyna już nie przypomina Augustowego. Jest mroczne, pełne strachu, żyje w nienawiści do barbarzyńców, którzy chcą się wedrzeć przez mury na limesie na Renie i Dunaju do raju, bo było wciąż rajem, pełnym miast, życia, jedzenia, i ziemi

Ja o tym napiszę, jednak Konstantyn nie zmieści mi się w powieści. Popatrzcie sam ogrom tej rzeźby pokazuje z jaką pychą mamy do czynienia. Kazał się pochować w kościele Świętych Apostołów jako trzynasty Apostoł, a jego zbrodnie dorównywały tym Nerona. To Konstantyn kazał ugotować żywcem w saunie swoją drugą żonę, Faustę. matkę jego trzech synów i późniejszych cesarzy Konstantyna II, Konstansa i Konstancjusza II. Dlaczego? Fausta zapałała uczuciem do syna cesarza z pierwszego małżeństwa Kryspusa mającego już tytuł cezara. Chciała go namówić do tego „by legł z nią w łożu”. Przerażony młody człowiek nie chciał tego uczynić. Więc oskarżyła go przed Konstantynem, że wziął ją siłą. Pokazała dowody na swoim ciele, podobno od brutalności napastnika. Sama je sobie najpewniej zadała. Wszyscy bali się okrucieństwa Konstantyna, więc proces był szybki. Kryspus miał się przyznać i zachowałby życie oślepiony, ale musiał się przyznać. Jednak młody człowiek tego nie uczynił. Został ścięty toporem. Jednak ktoś odważny na dworze powiedział Konstantynowi jak było naprawdę. Gdy zdał sobie sprawę, co uczynił, kazał Faustę zwabić do łaźni, po czym zamknąć drzwi. Ugotowała się żywcem.

Ja chcę opowiedzieć w mojej nowej, wielkiej powieści nie tylko o zbrodniach tej rodzinki – naprawdę  niezwykłej – ale przede wszystkim o upadającym świecie Antyku. Pisałem już o strachu, o zamknięciu, nienawiści do obcych, ale opowiem w epickim stylu o tym, jak Rzymianie nałożyli sobie sami stryczek na szuję. Mam świadka tych wydarzeń, Ammiana Macellinusa, którego barwną opowieść o tym świecie przeczytają Państwo za rok. Jeśli lubiliście „Grę o Tron”, nie zawiodę was.





A to Konstancjusz II -To Konstancjusz II – cesarz panujący w latach 337-361. W moim przekonaniu jest uchwytne podobieństwo zarówno w postaci nastolatka, który objął władzę latem 337 oraz ten sam człowiek złamany życiem i władzą gdzieś koło 357 roku, kiedy urósł mu jako rywal ocalony z masakry w Konstantynopolu latem 337 roku - na rozkaz Konstancjusza wymordowano całą rodzinę. Ocalał Julian zwany później Apostatą i jego brat Gallus. Te postacie przewiną się w mej powieści o IV wieku – z dużą drobiazgowością podejdę do świata przedstawionego.  

Interesuje mnie w tej powieści wymiar osobisty Ammiana Marcellina –który sam o sobie powiedział tylko tyle, że jest „Grekiem i żołnierzem”, zarazem wiernym obywatelem Imperium, które zaplątało się w wojny domowe, namiętności religijne – które interesują mnie szczególnie w kontekście arianizmu w IV wieku – proszę jednak wziąć pod uwagę, że ja drugą powieść tryptyku antycznego napiszę z perspektywy wyznawcy Mitry, którym Ammian mógł być. Długo rekonstruowałem religię Mitry i była to druga, po kulcie Serapisa, religia zbawcza w Imperium. Chrześcijaństwo okazało się jednak silniejsze. Oczywiście mocą prześladowań – im bardziej Kościół jest prześladowany, tym jest silniejszy – jednak potrzeba do tego wiary, której dziś nie ma, lub prawie nie ma.

Postacie historyczne zostaną sportretowane tak pod względem psychologicznym, jak i behawioralnym. Moja powieść o Ammianie Marcellinusie to historia końca świata antycznego, w którym zawaleniu uległy te fundamenty antyku, które decydowały przez wieki o jego spoistości – kultura, wrażliwość, wierność bogom Rzymu jako podstawie istnienia państwa, i o człowieku miotanym przez historię, który chce te wartości ocalić i przyjdzie mu za to zapłacić wielką cenę.

Już za rok w księgarniach – nakładem Wydawnictwo Lira.

poniedziałek, 1 listopada 2021

Powołanie Szymona bar Kochby - fragment mojej powieści "Apokryf" na Histmag.org

 Na portalu historycznym Histmag.org ukazał się właśnie jeden z fragmentów mojej najnowszej powieści "Apokryf", wielowątkowej, epickiej książki ukazującej największy i najbardziej tragiczny zryw narodowy Żydów przeciwko Rzymowi z lat 132-135 A.D. Myślę, że Polacy - co jak co - powinni to zrozumieć, bo my ileż razy sięgaliśmy po broń przeciwko okupantom, choć szans nie było żadnych.

Jestem szalenie ciekawy, jak ta powieść zostanie w Polsce odebrana, biorąc pod uwagę wszystkie te niezdrowe emocje towarzyszące stosunkom polsko-izraelskim i polsko-żydowskim w ogóle. Dla mnie opowieść o starożytnej Zagładzie - Kasjusz Dion, Grek, ale zarazem rzymski senator żyjący w III wieku zapisał, że legiony Hadriana zabiły w Judei 580 tysięcy ludzi (czytaj mężczyzn) i dwa razy tyle kobiet i dzieci.

Właściwie zdumiało mnie to, że nikt po to powstanie sięgnął w języku polskim, a przecież kostium antyczny jest też znakomitą metaforą innych czasów. W tej powieści zarysowałem wyraźną i ostra kreską kluczowe postacie - Szymona bar Kochbę, który jest jednym z podstawowych bohaterów współczesnego Izraela i cesarza Hadriana, jako przeciwieństwo protagonisty. W tym dramacie wszystko zmierza w stronę strasznego i krwawego finału.
A fragment możecie przeczytać tutaj:

https://histmag.org/Powolanie-Szymona-bar-Kochby-23107

Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560

  Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby   Autorem opracowania je...