środa, 7 sierpnia 2024

#recenzja: Derek Scally, Najlepsi katolicy pod słońcem. Pożegnanie Irlandczyków z Kościołem, tłum. Agnieszka Sobolewska, Wołowiec 2024, ss. 428

 



Mogłoby się wydawać, że w Polsce książka irlandzkiego dziennikarza, pracownika i korespondenta The Irish Times z Berlina, Dereka Scylly`ego odniesie sukces. Dlaczego? Bo jest to książka, która powinna być niesiona na dużej fali niechęci do Kościoła Katolickiego. Postanowiłem przeczytać ją dogłębnie i podzielić się z Państwem moją recenzją. 

Derek Scally jest bez wątpienia kompetentny w tym, że pisze o Irlandii. Raz, że pochodzi z tego kraju, a dwa jest doświadczonym dziennikarzem, któremu nie obcy powinien być warsztat reportażysty. Mnie uczono, że reportaż jest sztuką niezwykle trudną, ponieważ trzeba pokazać rzeczywistość taką jaką jest, a nie taką jaką chcielibyśmy, żeby była. Oczywiście pod względem warsztatu autor trzyma się w książce tylko faktów, pokazuje ludzi, zdarzenia, często bardzo bulwersujące, sympatię czytelników - ponieważ trudno pozostać obojętnym na opisywane przykłady barbarzyństwa ludzi kościoła względem dzieci, czy też maltretowanych kobiet tzw. magdalenek (zmuszanych do pracy w pralniach dziewcząt), ale - ze smutkiem to piszę - w ostatecznym rachunku autor przegrywa. Dlaczego? Oczywiście muszę to wyjaśnić. 

Drugą ważną cechą reportażu jest brak zaangażowania emocjonalnego i oceny. Uważacie Państwo, że tak nie da się napisać reportażu? Naprawdę to możliwe. Jest wiele przykładów, że można tak napisać. Ale to bardzo trudne. Derek Scully ma dość dobre pióro, potoczyste, poszczególne rozdziały spinają się w ostatnich akapitach, które przywołują jakąś scenę z pierwszego akapitu - scenki poszczególnego rozdziału. Problemem jest nie to, o czym Scally pisze, ale jak pisze. Otóż irlandzki dziennikarz nie potrafi oddzielić komentarza od opisywanego wydarzenia, jest emocjonalny - co z jednej strony jest zrozumiałe - ale osłabia to wszystkie opisywane przez niego wydarzenia. Zależy mu bardzo na jak najszybszym upadku kościoła. Ma się wrażenie czytając jego książkę, że kościół w Irlandii już upadł, nie ma go, nie istnieje. Tymczasem w jednym z rozdziałów autor opowiada, jak spotyka na szlaku do irlandzkiego sanktuarium - kamieni mszalnych - zwykłą irlandzką rodzinę. Oczywiście, pokpiwa sobie z ich wiary. Tak się nie pisze reportażu, ale zaangażowaną agitkę. Zupełnie mnie rozbawiło, jak w książce robi wtręt, że odwiedził Polskę i że wybuchnął śmiechem na dźwięk słów "katolicki intelektualista". Bo w jego przekonaniu katolik to prostak. Intelektualista musi być antyreligijny. Tymczasem w Polsce zupełnie inne warunki ukształtowały kościół katolicki i choć ja sam jestem głęboko krytyczny wobec hierarchów polskiego kościoła, stanowczo uważam, że pogłoski o śmierci kościoła są przedwczesne. Ta irlandzka rodzina jest tego dowodem. Scully nie rozumie - ponieważ jego jawna niechęć do kościoła - zrozumiała, została nałożona na to, że od dwudziestu lat mieszka w Berlinie. Świeckość Niemiec, w której autor jest na co dzień zanurzony, rzuca się w oczy tekstu, gdy autor próbuje opisywać sytuację Irlandczyków i ich kościoła niemieckimi pojęciami filozoficznymi. A te w moim przekonaniu są błędne, gdy chodzi o kontekst. 

Książka została skomponowana tak, że pierwsza część to próba zmierzenia się z historią irlandzkiego kościoła. Oczywiście krytycznie. Autor podpiera się na trzech historykach mających krytyczne stanowisko. W przekonaniu autora ustawy przeciwko katolikom nie były dziełem rządu w Londynie, ale parlamentu w Dublinie, więc były dziełem Irlandczyków (tak jakby ktoś w Dublinie w XVII lub XVIII wieku coś mógł zrobić sam, bez wiedzy Londynu). Dla autora irlandzkie powstania przeciwko Anglikom są "przemocą i wylewaniem krwi", a zatem Irlandczycy robili to samo co na przykład Cromwell zrobił im. Nie dość, że w tej części rozprawiającej się z historią irlandzkiego chrześcijaństwa kościół od początku jest chciwy, zły, to jeszcze nie ma akapitu w tej książce o potato hunger - czyli głodzie z lat 1848-1850, który zabił jedną czwartą  mieszkańców Irlandii lub zmusił do emigracji. W jednym autor ma rację, kiedy pisze, że czuje się w Irlandii obco. Mam jako czytelnik wrażenie, że autor może być nienawidzącym samego siebie Irlandczykiem - self hating Irishman rozumianym jako metafora oikofobii, nienawidzącym historii swojego kraju, tożsamości i irlandzkiej duszy. Może to, co piszę jest na wyrost, ale to najsłabsza warstwa tej książki. 

Książka jest ciekawa poznawczo. Pokazuje historię uwikłania jednego księdza, jednego arcybiskupa, wymienia z nazwiska z dziesięciu pedofili w sutannach, pokazuje tragedie "magdalenek", czyli kobiet zmuszanych do niewolniczej pracy w katolickich ośrodkach, po czym w ostatniej części snuje dywagacje, co zostanie z kościoła w Irlandii, kiedy upadnie, kiedy ostatni ksiądz zniknie z krajobrazu wyspy. Nie zniknie. Scally nie potrafi już zobaczyć pierwiastka metafizycznego, który jest w kościele i dla którego irlandzka rodzina po tych wszystkich skandalach idzie na pielgrzymkę na kamienie mszalne z mozołem, z trudem, wierząc.  

Można przeczytać. 
Moja ocena 5 na 10. 

  

sobota, 3 sierpnia 2024

Projekt powieści o polskiej wojnie domowej #rokoszlubomirskiego #rzeczpospolita

 


W ostatnich dniach niezwykle intensywnie piszę nową powieść. Jestem skupiony, a to gwarantuje mi pisanie długo, wyczerpująco. Jednak decydując się na projekt o polskiej wojnie domowej, czyli rokoszu Lubomirskiego z lat 1665-1666 stanąłem przed lada wyzwaniem. Nigdy wcześniej nie napisałem powieści z XVII wieku. Po drugie istnieje bardzo ugruntowany w naszej kulturze obraz tego stulecia przez trylogię Sienkiewicza i filmy Jerzego Hoffmana. Proszę zwrócić uwagę, że w PRL powstały jeszcze dwa seriale z XVII wieku. Jeden "Czarne chmury" z Leonardem Pietraszakiem był w istocie dobrze zrobionym jak na ówczesne czasy serialem pokazującym lata panowania Michała Korybuta Wiśniowieckiego (1669-1673) i makiaweliczne intrygi elektora brandenburskiego i jego sług - świetnie zagranych przez Edmunda Fettinga i Janusza Zakrzeńskiego. W istocie serial był zgodny z linia polityki historycznej PRL - demonizowanie Niemców było przecież zrozumiałe. Ale serial do dziś jest oglądany - choć głównie z powtórek. Drugim serialem z lat osiemdziesiątych są "Rycerze i rabusie" oparte na opowiadaniach Józefa Hena i jego "Przypadkach starościca Wolskiego". Pod koniec PRL zrobiono jeszcze jeden serial "Kanclerz" o Janie Zamoyskim. W roku 1999 weszła ekranizacja "Ogniem i mieczem" bardzo komiksowa i dziś mocno trącąca myszką w porównaniu z innymi serialami historycznymi z naszej epoki. W literaturze popularnej króluje dziś w odbiorze wieku XVII twórczość Jacka Komudy. Nie chciałbym jednak się wypowiadać o konkurencji, dopóki nie przeczytacie Państwo tego, jak ja będę widzieć tę epokę.
Rzecz w tym, że biorę się za wyjątkowo niewdzięczny bardzo temat, czyli wojnę domową w Polsce. De facto powstanie Chmielnickiego też było wojną w obrębie Rzeczypospolitej, ale z uwagi na kwestie etniczne nasza historiografia nie traktuje tego tematu w ten sposób. Rokosz Lubomirskiego nie doczekał się ani serialu, ani filmu pełnometrażowego. A temat fascynujący. Dlaczego ten temat został przykryty, zniknął? Ponieważ potem Rzeczpospolita będzie mieć jeszcze jeden zryw w panowaniu Sobieskiego (1674-1699), husarskie skrzydła, bitwę pod Wiedniem, co my Polacy szalenie lubimy, bo to nas uwzniośla w naszych własnych oczach. Jak ktoś polskich polityków, nawet dziś poklepie po plecach i powie coś miłego, to przecież ofiarowują nasi politycy wszystko. My, Polacy jesteśmy emocjonalni w patrzeniu na historię. A tymczasem racjonalny zwrot Sobieskiego w postaci traktatów zaczepno-odpornych w Jaworowie z Francją i ze Szwecją w Gdańsku szybko zostały zatrzymane przez rozszalałą szlachtę na zasadzie, że ze śmiertelnym wrogiem katolickiego narodu my nie możemy. A Sobieski chciał zdusić Brandenburgię. Jedna bitwa w której jego husaria rozjeżdża pruskie pułki wielkiego elektora i nie byłoby rozbiorów, które Polakom przepowiedział Jan II Kazimierz w 1661 roku. Ale szlachta trzymająca się fanatycznie rydwanu Habsburgów i lubiąca złota talary pruskie uniemożliwiła to Sobieskiemu. To też fascynująca postać może na następną powieść, jak jego marzenia o wielkości Rzeczypospolitej zostały skonfrontowane z tym, że jako król nie mógł już tego, co mógł jako hetman, czyli prowadzić własną politykę, a znał jej zasady. W polityce rządzą interesy, a nie emocje. Dlaczego Sobieski jako król już nic nie mógł? Bo ustrój państwa został zablokowany. A kiedy? Właśnie w czasie rokoszu Lubomirskiego. To jest najważniejsze wydarzenie wieku XVII w Polsce, rozpoczynające upadek państwa, jego zjazd w dół, aż w otchłań saskiej anarchii i bezwolności.



W powieści mojej Jan Kazimierz będzie jednym z bohaterów pierwszoplanowych, tak jak inni gracze - królowa Maria Ludwika Gonzaga, o której już pisałem, czy Jerzy Sebastian Lubomirski. Tej trójce przyjrzę się z perspektywy człowieka z cienia - już to wiele razy robiłem w powieści. Chcę pokazać ten konflikt, ukrwić tych ludzi z prawdziwych emocji i być może wypowiedzieć wojnę poglądowi, jakoby Jan Kazimierz był najgorszym elekcyjnym władcą. Takie krzywdzące i idiotyczne artykuły są łatwe do znalezienia w sieci. Oceniamy go po skali katastrof zewnętrznych, jakie spadły na kraj, ale przecież to król właśnie wyprowadził z nich kraj. Przede wszystkim dzięki zonie Marii Ludwice. Gdy jej zabraknie, rok później abdykuje. Spakuje wszystko co mu zostało do jednej karocy i wyjedzie do Francji, gdzie został opatem w Nevres, mieście urodzin ukochanej żony. Otóż był jedynym władcą elekcyjnym, który na serio podjął się próby naprawy państwa, zmiany paradygmatu złotej wolności i osadzenia Rzeczypospolitej na innym fundamencie - twardej władzy królewskiej, która dominowała wtedy w Europie. Był znakomitym dowódcą wojskowym - to, jak uratował wojsko koronne pod Zborowem w 1649, jak rozbił armię kozacko-tatarską pod Beresteczkiem w 1651 będąc niedoszacowanym 1:2. Jest prawdą, że za jego panowania nastąpiło skumulowanie nieszczęść. Ale Rzeczpospolita przecież z tego wyszła. Wyrzuciliśmy Szwedów, Węgrów (najazd Rakoczego z Siedmiogrodu w 1657) i pokonaliśmy w dwóch fantastycznie przeprowadzonych bitwach w 1660 roku Moskwę. Te zwycięstwa król zawdzięczał najlepszemu żołnierzowi Rzeczpospolitej wieku XVII - Jerzemu Sebastianowi Lubomirskiemu, któremu miejsce skradł w podręcznikach i popularnym odbiorze mniej od niego zdolny Stefan Czarniecki, otoczony nimbem mitu sienkiewiczowskiego. Muszę znaleźć odpowiedź na płaszczyźnie dramatu, dlaczego ci dwaj ludzie zaczęli ze sobą walczyć? Dlaczego obrócili się przeciw sobie?
Dlatego ja spojrzę inaczej na Rzeczpospolita niż Sienkiewicz i z całym szacunkiem pan Komuda na polski wiek XVII. Zrobię to w sposób krwawy, pełen intryg, zwrotów akcji, chcę pokazać w powieści o polskiej wojnie domowej może jakąś część prawdy o nas samych, że największym wrogiem Polaków są sami...Polacy. Piszę teraz codziennie przez całe lato.
O tym przeczytacie Państwo na wiosnę 2025 roku. A ilustracyjnie w tym wpisie towarzyszą mojemu tekstowi dwaj adwersarze, Jan II Kazimierz i Jerzy Sebastian Lubomirski, dwaj śmiertelni wrogowie i dwaj najbliżsi sobie żołnierze Rzeczypospolitej.





środa, 31 lipca 2024

#recenzja: Hampton Sides, Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu, tłum. T. Ulanowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2024 #krewiburza

 


Sięgając po tę książkę spodziewałem się jakiegoś przełomowego tekstu, epickiego i skupionego na opisywanej historii z wielu perspektyw. Rzeczywiście amerykański dziennikarz i historyk zaproponował próbę nowego spojrzenia na pierwszą wielką imperialną wojnę Stanów Zjednoczonych, czyli inwazję na Meksyk dokonaną z bezlitosną skutecznością w latach 1846-1848. Ta wojna zaplanowana i przeprowadzona z zimną kalkulacją przez prezydenta Jamesa Polka, 11 prezydenta USA  doprowadziła do przełomu w historii kontynentu. Oto bowiem ogromne terytoria takie jak Kalifornia, Arizona, Ocklahoma, Texas, Kolorado, Utah i Nevada były do tego czasu własnością Meksyku. Były oczywiście słabo zaludnione, z zerową infrastrukturą, jednym słowem były to relikty obecności hiszpańskiej w Ameryce Północnej, które Hiszpania musiał oddać nowemu narodowi, jaki ukształtował się w Meksyku. 

Hamton Sides napisał jednak książkę wykraczającą poza ramy reportażu, czy książki stricte historycznej. Rzecz w tym, że ta książka ma wyraxnie sprecyzowanego bohatera. Jest nim pionier i analfabeta Scott Carson, który doskonale znał Indian, w tym najważniejszy szczep opisany w książce czyli lud Navajo. Jednocześnie, co się zdarza przecież w doborze bohaterów widnieją inne soczyste postaci amerykańskich i meksykańskich wojskowych, pisarzy, oraz wodzów indiańskich. Wszystko to jest podane czytelnikom z głębokim znawstwem kontekstu, zarówno kulturowego jak i geograficznego. Opisy przyrody są przejmująco epickie. 

I to właśnie jest klucz do zrozumienia tej książki. Uważam, że książkę Hamptona Sidesa należy zakwalifikować jako powieść dokumentalną. Nie tylko dlatego, że eksponuje on bohaterów poprzez zwroty narracyjne, czy też ukazując ich przede wszystkim w akcji, ale dlatego, że snuje opowieść, narracyjne spina ją poprzez metaforyzację tytułów rozdziałów. Sides stara się trzymać dystans do swoich bohaterów, dla których zabić drugiego człowieka, to najczęściej tyle co splunąć (celowo przesadzam). Na minus tej narracji jest jej jednostajność narracyjna, nawet w najbardziej zdawałoby się dramatycznych momentach Sides zachowuje narrację niezaangażowaną (choć z drugiej strony to może być jej dodatkowy atut)

Książka ciekawa, odkrywająca dla polskiego czytelnika bardzo ciekawy i nieznany w sumie rozdział amerykańskiej historii, bez której historia USA nie potoczyłaby się tak jak się potoczyła. Podbój ogromnych terytoriów oznaczał przecież konieczność zadania sobie pytania o sens niewolnictwa na nowych terytoriach. Ostatecznie zostało tylko w Texasie, ponieważ konstytucja Republiki Texasu dopuszczała je. 

Polecam 7/10 

sobota, 29 czerwca 2024

#recenzja: Piotr Lipiński, Bierut. Kiedy partia była Bogiem, wyd. Czarne, Wołowiec 2017.



Wielokrotnie już tutaj pisałem, że cenię sobie pióro Piotra Lipińskiego, reportażysty i dziennikarza zawiązanego z Gazetą Wyborczą. Kolejną książką tego autora jest wydany już jakiś czas temu - lubię tak recenzować książki nie najnowsze, żeby tym bardziej uwypuklić ich trafność, dobre cechy lub przeciwnie pokazywać, że się szybko zdezaktualizowały. W tym przypadku oczywiście tak nie jest. Do książki "Bierut. Kiedy partia była Bogiem" można wracać. Autor, podobnie jak we wcześniejszych odsłonach uwagę poświęca dawno minionym postaciom ze świata komunistycznego. Dziś Bierut jest po prostu strasznym symbolem stalinizmu. 

Piotr Lipiński ma jednak ciekawą cechę wydobywania z postaci historycznych esencji ukazując ich zakłamanie, sprzeczności, prostotę charakteru. Bierut jest dzieckiem pochodzącym ze wsi, spauperyzowanej i nędznej i kreśli ciekawie pierwsze lata życia przyszłego gubernatora Polski z woli Stalina. Droga do komunizmu była w jakiś sposób porównywalna z drogami Cyrankiewicza, Gomułki, czy innych działaczy komunistycznych wywodzących się ze wsi. Jednak Lipińskiemu udało się wydobyć sprzeczności w życiu osobistym Bieruta. Przez pewien okres czasu w zasadzie miał dwie żony równolegle, gdyż jego druga partnerka życiowa Małgorzata Fornalska, działaczka ruchu komunistycznego, a potem PPR (rozstrzelana przez Niemców w 1944 roku w ruinach getta) także dała mu dzieci. Co ciekawe, na polecenie Bieruta jego syn zmienił nazwisko i potomkowie Bieruta żyją do dziś pod tym zmienionym nazwiskiem. Celowo go nie podam, proszę przeczytać książkę. 

Jednak Lipiński musi zmierzyć się z Bierutem jako gubernatorem Stalina i czyni to ciekawie, ukazując, że w zasadzie został przywódcą Polski przypadkiem. Nie omieszkuje również pokazywać prawdy: w Mińsku podczas II wojny światowej Bierut jako urzędnik zaopatrzenia kolaborował z Niemcami i był to fakt skrzętnie ukrywany w PRL. Ukazuje też jego głęboki, osobisty konflikt z Gomułką. Jednak to, do czego przyczepiłbym się to w jaki sposób Bierut, człowiek miernych zdolności intelektualnych, człowiek bezwzględny zawdzięczał wszystko woli Stalina, w jaki sposób konsekwentnie budował swoją legendę. Nie na darmo Andrzej Wajda w "Człowieku z Marmuru" wmontował Bieruta w kadry filmu - ten człowiek jak żaden inny w PRL może poza Jaruzelskim i jego stanem wojennym stał się symbolem epoki. Dla jednych budowy Nowej Huty i powojennej odbudowy Warszawy, a dla drugich skundlenia i komunistycznego betonu, który zatruł nasz kraj od źródeł Wisły aż po jej ujście. Początek książki mierzy się trochę z legendą Bieruta, który wracając w trumnie z Moskwy w 1956 roku wyprowadził tłumy na ulice Warszawy. Czy był to powszechny syndrom sztokholmski naszego społeczeństwa? 

Bierut jak na przywódcę PRL zaskakująco dzisiaj nie wywołuje już namiętności. Kod kulturowy barwiący spór w Polsce na zwolenników PRL i jego przeciwników już wyblakł i wraz z nim spór o Bieruta. Lipiński zdaje sobie z tego sprawę. Mimo a może zwłaszcza przez to jego książka jest zaskakująco lekko napisana, ze swadą, ze wyczuciem epoki, ale z małą świadomością historiografii. I może dlatego jest tak dobra. 

Polecam 8/10    

 

niedziela, 19 maja 2024

Recenzja: Patrick Radden Keefe, Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego, tłum. Jan Dzierzgowski, wyd. Czarne, Wołowiec 2023

 



Książka Patricka Raddena Keefe jest niezwykła z kilku powodów. To w zasadzie reportaż, ale tak bardzo epicki, że w zasadzie to niemalże powieść non-fiction, wielki fresk chciwości pewnej amerykańskiej rodziny, która stała się przyczyną największego społecznego koszmaru w USA w ostatnich trzydziestu latach, czyli epidemii opioidów. A wydawałoby się, że tabletka Oxycontinu będzie rewolucją w podejściu do leczenia bólu. Problem polega na tym, że substancja aktywna to pochodna heroiny, którą otrzymuje się z maku lekarskiego. 

Jednak dla mnie to nie jest jeszcze jedna książka o epidemii. To raczej gruntowne studium libertarianizmu w jego najgorszej formie. To amerykańska filozofia pragmatyczna i jej późniejsze dwudziestowieczne formy są podstawą etyczną działań rodziny Sacklerów. To zarazem historia rodziny, ich wzajemnych relacji, układów, powiązań - robi się z tego studium proposograficzne. To rodzina sukcesu. Keefe z wielkim wyczuciem kreśli obraz tej rodziny od końca wieku XIX, ukazując ich zakorzenienie. To rodzina żydowska, jednak podchodząca do religii mojżeszowej w liberalny sposób. 

Pierwsza część książki jest napisana z perspektywy Arthura Sacklera, twórcy potęgi farmaceutycznej odpowiadającej za wprowadzenie do obrotu popularnego środka uspokajającego i nasennego valium. Poprzez jego życie autor ukazuje chciwość i pychę, która dorowadziła do wielkiego sukcesu powstania potęgi rodziny, która nie afiszowała się za bardzo ze swoimi firmami - a miała ich mnóstwo, ale za to dbała o "nazwisko" oraz o wyeksponowanie go w muzeach, uniwersytetach, stypendiach, oczywiście medycznych. Druga opowiada o epidemii zapoczątkowanej przez oxycontin, a trzecia zbliża nas do naszej współczesności gdzie oxycontin wciąż istnieje, uzależnia i zabija. 

Trudno ocenić ile ofiar pochłonęła epidemia legalnego ćpania - to paradoks, dziesiątki milionów tabletek oxycontinu, które doprowadzały ludzi do narkotycznej pasji zostało legalnie zapisanych im przez lekarzy, którzy przecież wiedzieli, że składnik aktywny tabletki uzależnia głęboko. Piekło było wynikiem znakomitego, agresywnego marketingu "Tabletka, która wreszcie cię złapie", układów, przepłaconych wakacji, konferencji. Najbardziej szokujące jest to, że w AMERYCE wystarczy zasponsorować lekarzowi obiad za 20 dolarów (z lat 90 XX wieku), żeby zapisywał oxycontin. Rodzina Sacklerów zarobiła na tym "leku" trzydzieści miliardów dolarów. O czym to świadczy? To oczywiście spotwornienie kapitalizmu, wynikające z filozofii Libertariańskiej (produkujemy broń i nie obchodzi nas to, co się z nią stanie). 

Ogromna ilość nazwisk sprawiła, że trzecia część, gdy bratanek Arthura - Richard Sackler odszedł z firmy była już trudna w odbiorze, co jednak jest wynikiem sposobu prowadzenia narracji aż do czasów nam współczesnych. Na podstawie książki powstał fabularny serial "Zabić ból" z dawno nie oglądanym na ekranie Matthew Broderickiem.   

Moja ocena 8/10 



niedziela, 12 maja 2024

Recenzja: Piotr Lipiński, Wasilewska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023, ss.323 #wasilewska

 


Piotr Lipiński jest dziennikarzem i reportażystą związanym ze środowiskiem Gazety Wyborczej. Jest znany z kilku książek-reportaży historycznych, które mi osobiście się podobały. Kolejną książką, którą przeczytałem z zainteresowaniem jest jego "Wasilewska. Czarno-biała" wydana w roku 2023 przez wydawnictwo Czarne specjalizujące się w literaturze faktu. Lipiński tym razem wziął na warsztat postać Wandy Wasilewskiej, naczelnej polskiej stalinówki, komunistki fanatycznej i spróbował opisać ją z kilku płaszczyzn. 

Na pierwszą wybija się przede wszystkim biografia Wasilewskiej. Autor przedstawia jej życie od urodzenia w domu znanego socjalistycznego działacza Leona Wasilewskiego, ministra spraw zagranicznych w rządzie Jędrzeja Moraczewskiego, domu szlacheckim, choć głęboko socjalistycznym. Lipiński rekonstruuje drogę Wasilewskiej. Zaskakujące okazuje się to, że oboje rodzice w zasadzie opuścili ją i jej dwie siostry. Ojciec opuścił rodzinę dla służby dla Polski, czasami do owej rodziny zaglądając i wtedy, jak pisze Lipiński był gościem, a matka porzuciła swoje dzieci wewnętrznie najpierw dla socjalizmu, potem dla ezoteryzmu. Młoda Wanda źle się uczyła w szkole, mając zdolności humanistyczne rozwijała się w literaturze polskiej. Może to jest banalne - ale dorośli stają się takimi jakimi byli dziećmi i jak bardzo byli kochani. Wasilewska nie zaznała w domu bliskości. 

Właśnie twórczość literacka, oprócz działalności partyjnej w PPS, była lejtmotywem jej życia. Ja dodałbym jeszcze dwie: mężczyzn prymitywniejszych od niej - na zasadzie odwróconego obrazu ojca oraz próżności. To próżność jest kluczem do zrozumienia jej zachowań. Wasilewska bardzo chciała być hołubiona i wiwatowania. Nakłady jej socrealistycznych powieści w ZSRR sięgały dziesiątków tysięcy egzemplarzy i choćby z tantiem jej życie było luksusowe. Mieszkając jako obywatelka radziecka w Kijowie po wojnie przez 20 lat nie zaznała biedy. Lipiński stwierdza, że momentem zwrotnym jest oczywiście 17 września 1939 roku i świadome i dobrowolne przejście Wasilewskiej na stronę bolszewicką. Maria Dąbrowska nazwała Wasilewską "liżydupą Stalina" i muszę powiedzieć, że w tym, jakże dosadnym stwierdzeniu, które sobie zapożyczyłem w moim "Kurierze z Teheranu" jest wiele prawdy. Zdrada, jakiej Wasilewska się wówczas dopuściła, przekreśliła ją w oczach większości polskiego społeczeństwa i Lipiński ma tego świadomość pisząc "żadne argumenty nie zmienią niczyjego punktu widzenia, bo oceny Wasilewskiej wynikają mniej z tego, kim była ona, a bardziej kim są oceniający. Ci nigdy się ze sobą nie porozumieją" . 

Muszę się z tym stwierdzeniem zgodzić. Lipiński ma świadomość jak nikczemną postacią okazała się po 17 września, choć też usilnie stara się ją tłumaczyć - cały jego współczujący wywód pokazujący jej rolę w ruchu robotniczym z lat dwudziestych i trzydziestych. Cennym jest wytłumaczenie zabójstwa jej drugiego męża dokonanego przez NKWD w kwietniu 1940 roku. Podobało mi się, że była to cena zestalinienia się - co jest formą ześwinienia się, tak jak wielu komunistów poświęcających najbliższych dla swego nienasyconego bóstwa Stalina, Lipiński ma też świadomość rytuału religijnego, którym komunizm był w owym czasie, a Wasilewska odgrywała rolę świętej. Muszę też zgodzić się z konstatacja książki, że Wasilewska była jedną z najbardziej znaczących postaci mających realnych wpływ na dzieje Polski, której pomysł na Polskę w dużej mierze się ziścił po roku 1945. Pisarze to czasami niebezpieczni ludzie jak widać. 

Jednak w wywodach Lipińskiego mających jednak mimo wszystko trochę charakter chaotyczny - pisarz ciągle wtrąca jakieś nowe wątki postaci pobocznych jest też płaszczyzna nowa - która stara się podnieść Wasilewską jako bohaterkę. Cytuje on zresztą też słynące z lewicowych poglądów historyczki - Wasilewska miała przekraczać granice genderowe, roli płciowej stając się jako kobieta postacią bardziej "męską". To zdecydowanie najsłabsza płaszczyzna interpretacyjna książki - ponieważ to imputacja kulturowa. Nikt nie postrzegał tak Wasilewskiej w jej czasach i ona sama siebie tak nie postrzegała.

Podsumowując - lektura ożywcza, interesująca, próbująca odczytać - choć z różnym powodzeniem - tę upiorną komunistyczną i stalinowską postać, jaką była Wanda Wasilewska. 

Moja ocena 7/10    

niedziela, 5 maja 2024

Wojna domowa, reż. Alex Garland #recenzja #wojnadomowa

 


W kinach można jeszcze wciąż obejrzeć najnowszy film Alexa Garlanda "Civil War - wojna domowa" opowiadający o grupie dziennikarzy, którzy w czasie nowej wojny domowej w Stanach Zjednoczonych próbują przedrzeć się z Nowego Jorku do Waszyngtonu, żeby zrobić wywiad z prezydentem USA. Pomysł wydałoby się zupełnie szalony, gdyż w narracji powszechnie obowiązującej Stany Zjednoczone to przecież wciąż super-mocarstwo, kraj najważniejszy w cywilizacji zachodniej, którego supremacja polityczna i militarna jest niekwestionowana. Tak może było w latach 90 ubiegłego wieku, ale nie w naszej epoce, która przecież w opinii wielu znawców tematu, geo-strategów, zmierza w stronę nowej wielkiej trzeciej wojny między Zachodem właśnie i krajami, które chcą zrzucić gorset międzynarodowej waluty, jaką jest amerykański dolar. Jednak nie o tym jest film i nie o tym chcę tutaj pisać. 

Poznajemy bohaterów - to grupa dziennikarzy, w tym główną bohaterkę Lee graną dobrze przez Kirsten Dunst, której partneruje udanie znany z "Narcos" Wagner Maura oraz stary as dziennikarstwa Sammy - w tej roli Stephen MacKinley Henderson. Dołącza do nich młoda fotografka Jessie. Mniejsza o to, czy reżyserowi udało się zbudować między tymi bohaterami napięcie, choć oczywiście można ten film odczytać jako film drogi, ja jednak wolę spojrzeć na to, co widzimy tylko z tyłu, niejako przez przypadek wchodzimy do piekła wojny domowej. Niewiele o niej wiemy - chyba jej przyczyną była trzecia kadencja charyzmatycznego prezydenta, przeciwko któremu zbuntowały się stany zachodnie i sam Texas (jedyna część USA, która ma doświadczenie własnej państwowości z lat 1836-1848, zanim nie wszedł do Unii). Ta nowa wojna domowa jest piekłem o niewyobrażalnych konsekwencjach, ale uważam, że szkoda, że reżyser za wiele miejsca poświęcił tak zwanemu etosowi dziennikarskiemu i starał się ułożyć ten film pod kątem swoich bohaterów. Nie znamy bowiem mechanizmu, który miał doprowadzić do wojny domowej. 

Ja jednak pokuszę się o rekonstrukcję na podstawie tego, co obejrzałem w kinie 2 maja. Ten film jest projekcją, może political fiction, ale nie nieprawdopodobną. Niedawny casus ostrego sporu gubernatora Texasu z prezydentem Bidenem o mur na granicy z Meksykiem jest przecież dowodem przenikliwości reżysera. Jednak film ten pokazuje coś głębszego. Proszę sobie wyobrazić, że w listopadzie tego roku Trump wygrywa wybory prezydenckie, ale nie rozstrzygająco - powiedzmy tak jak Bush wygrał wybory z Alem Gorem w roku 2000. Biorąc pod uwagę rebelię na Kapitolu ze stycznia 2021, którą Trump podsycał swoim nieuznaniem wyniku wyborów prezydenckich, czy teraz coraz bardziej pęknięta na pół Ameryka zaakceptuje jego zwycięstwo? Czy dziesiątki tysięcy lewicowych studentów i wykładowców, duchowych spadkobierców Herberta Marcuse - ojca rewolucji 1968 roku - którzy dziś walczą z administracja Bidena w proteście przeciwko niezwykle brutalne, bezlitosnej kampanii Izraela w strefie Gazy, poprą prezydenta z którym walczą przeciwko Trumpowi? Ameryka pęka na pół i tych podziałów jest bardzo wiele - rasowych, kulturowych, religijnych jak i  światopoglądowych na zwolenników trumpizmu i jego przeciwników jest silniejsze niż w Polsce przepaść miedzy zwolennikami PiS i obecnej koalicji rządowej. Czy jest możliwe, że znaczna część amerykańskiego społeczeństwa nie zaakceptuje wygranej Trumpa? Oczywiście może on też ponieść porażkę, ale jego porażka w moim przekonaniu nie wysadzi Ameryki w powietrze. Trump bowiem jest chyba rodzajem polityka popieranego przez te kręgi, które zdały sobie sprawę, że USA nie mają siły na bycie policjantem świata, na walkę z Rosją Putina i Chinami jednocześnie na kilku frontach wliczając w to Bliski Wschód.   

Proszę spojrzeć dziś na USA, które dzięki prezydenturze Obamy pogrzebały swój przemysł i wytwórczość i nie zauważyły w czasie owych ośmiu lat jaką potęgą gospodarczą stały się Chiny. To Chiny stoją dziś za wszystkimi konfliktami jako gracz głębokiego pola, wycofane, ale konsekwentne i aktywne przeciwko interesowi Stanów na świecie. Proszę popatrzeć na amerykańskie społeczeństwo, nie tylko na napięcia rasowe, na ludzi których nie stać na wykupienie health insurance, ale też na symptomy głębokiego rozkładu społecznego - tysiące ludzi na ulicach uzależnionych od opoidów - w tym fenantylu. Czy to rozkład imperium od środka? Czy film Alexa Garlanda naprawdę jest tak odległy od rzeczywistości.  

Film ma oczywiście momenty dobre i nieco mniej udane. Jednak jedna scena jest szczególnie wstrząsająca - gdy dziennikarze w wyniku przypadkowej sytuacji i też w wyniku lekkomyślności jednej z bohaterek trafiają w sam środek rzezi wyjętej jak gdyby z frontu wschodniego w czasie II wojny światowej lub po prostu z Buczy koło Kijowa z roku 2022. Oto lokalny watażka z lekko przewieszonym przez ramię karabinem rozstrzeliwuje ludzi - Amerykanów nie-białego pochodzenia. Zadaje on proste pytania, zagadki - czy masz imię amerykańskie, czy znasz geografię czy historię swojego stanu? Brak odpowiedzi lub zła odpowiedź to kulka. Ciała w masowym grobie są posypywane gaszonym wapnem. Czy taka rzeźnia może się zdarzyć w Ameryce dziś? Jak bohaterowie się z tego wywiną i jak się film kończy, nie powiem? Szkoda, że Alex Garland nie pokusił się o głębsze zarysowanie tego konfliktu. Ale mamy też do czynienia ze szkicem, ostrzeżeniem, filmem pocztówką z wojny domowej. 

Według mnie muszą zaistnieć trzy czynniki do wybuchu wojny domowej: trwały i nieusuwalny podział społeczeństwa/narodu w obrębie jednego kraju, który może mieć podłoże światopoglądowe lub religijne. Drugim czynnikiem jest militaryzacja społeczeństwa i rozkład organów wewnętrznych państwa. Trzecim jest mobilizacja ludobójcza - myślenie, że "nasz kraj będzie lepszy i bardziej szczęśliwy bez NICH" - bez względu kim są ONI. W Polsce na przykład mamy do czynienia z pierwszym czynnikiem rozwiniętym w pełni, z drugim na początku - nie mamy militaryzacji społeczeństwa i nie mamy trzeciego czynnika, najważniejszego.  

Idźcie Państwo do kina. Film zmusza do refleksji. Polecam. 

Ocena 7,5/10     

niedziela, 17 marca 2024

#strefainteresów #zoneofinterest Recenzja, Strefa Interesów, reż. J. Glazer, Gutek-Film 2024



Film Jonathana Glazera "Stefa Interesów" brytyjsko-niemiecko-polsko koprodukcja nagrodzona w tym roku dwoma Oscarami przez amerykańską akademię filmową jest w kinach od kilku dni. Ja wybrałem się po pracy w piątek do kina i o dziwo oglądałem film przy pełnym kinie. Polacy lubią chyba chodzić do kina w weekendy, rozrywka gwarantowana - chodzą zatem z kopami popcornu, zachowują się głośno i nagminnie spóźniają, co w przypadku tego filmu irytowało mnie bardzo. Film Glazera jest uważany za arcydzieło, ale ja widz skromny, wymagający i jeśli miałbym powiedzieć coś nieskromnego o sobie - znający się akurat dość dobrze na budowie narracji/pisania scen - mam do zaproponowania Państwu coś ciekawego w tej recenzji, mam nadzieję. 

Dorobek reżysera niestety nie jest imponujący, dlatego też jego nazwisko niewiele mi mówiło. Wziął się za temat arcyważny i niezwykły, gdyż Zagłada od czasów "Pasażerki" Andrzeja Munka nie była pokazywana w poważnym dziele filmowym od strony kata/katów. W literaturze i owszem. Dziś temat Zagłady zszedł przeważnie na poziom powieści popularnej, nad czym boleją badacze Zagłady, chcący utrzymać jej bezprecedensowy charakter w kulturze. Tymczasem kultura się zmienia, przesuwają się jej nie tylko akcenty, ale całe paradygmaty. W naszej epoce paradygmat mówienia o Zagładzie przesunął się do popkultury czego akademicy nie rozumieją. Pisze o tym dlatego, bo film Jonathana Glazera pragnie uchodzić za film opiniotwórczy, ważny, przełomowy. Wystarczy poczytać sobie, co na ten temat piszą środowiska pragnące uchodzić za opiniotwórcze - "Krytyka Polityczna", "Tygodnik Powszechny" czy w ostateczności Gazeta Wyborcza. W moim przekonaniu niestety umiejętności reżysera nie pozwoliły na stworzenie arcydzieła. Można bowiem wziąć na warsztat samograj - temat powalający i nie potrafić stworzyć z niego arcydzieła. W moim przekonaniu tak się właśnie stało. Jestem jestem winny Państwu wyjaśnienie dlaczego. 

Pisanie scenariusza filmowego jest pochodną pisania dramatu, tak jak powieść - jest to tylko pewna wariantywność rozpisania opowieści, historii, stworzenia bohaterów, skreślenia punktów zwrotnych tak postaci, jak całości filmu. Po obejrzeniu i analizie tego filmu, na którą potrzebowałem pewnego czasu, dochodzę do wniosku, że scenariusz musiał zostać oparty na innym typie opowiadania. Z punktu widzenia sztuki narracyjnej - tworzenie scenariuszy to też jest rodzaj creative writing - film nie jest klasyczną opowieścią. Nie ma tutaj jednego protagonisty i antagonisty. Sposób opowiadania Glazera też jest dziwny. Jaka jest rola ciemnego ekranu na początku filmu? Jaka jest rola przerywników w czasie filmu, gdy widz widzi tylko czerwony lub biały ekran? Zgadzam się, że Glazer przyjął koncepcję opowiadania jak gdybyśmy oglądali reality show, aktorzy szczególnie drugoplanowi graja raczej w sposób performatywny, a nie aktorstwa dramatycznego. 

Film i sposób opowiadania reżysera ratuje dwójka wybitnych niemieckich aktorów. W roli Hedwig Hoess wystąpiła wybitna Sandra Hüller, natomiast w roli komendanta Auschwitz Rudolfa Hoessa widzimy znanego z wielu niemieckich produkcji takich jak "13 minut" czy serialu "Babylon Berlin" (gdzie zresztą śpiewa) bardzo dobry Christian Friedel. Ale ratują oni film klasyczną sztuką aktorską, właśnie dramatyczną. Hedwig, gdy dowiaduje się o przeniesieniu męża do Berlina gwałtownie oponuje i ta rozmowa z mężem nad rzeka Sołą jest naprawdę mistrzowska. Żona mówi do męża "To jest nasz lebensraum - to jest nasza przestrzeń życiowa". W tym momencie muszę odnieść się właśnie do tytułu filmu, który w moim przekonaniu został dobrany niefortunnie. Otóż termin strefa interesów - das Interessengebiet des KL - odnosi się w historiografii do zamkniętego dla Polaków trójkąta terenu między rzekami Wisłą i Sołą, z trójpierścieniowym systemem straży. Strefa interesów oznacza, że tam gdzie dokonuje się mord, jednocześnie SS ma zarabiać pieniądze. W filmie są przebłyski tego myślenia - gdy komendant mówi do najstarszego syna, że będzie komendantem wszystkich komendantów w Berlinie i będzie optymalizował zyski. Po obejrzeniu filmu uważam, że tytuł bardziej odpowiadający temu, co widzimy jest właśnie "Przestrzeń życiowa" - właśnie prywatna przestrzeń Hoessa i jego rodziny. 

Zresztą Glazer zaledwie szkicuje te rodzinę, i scenariusz nie pozwolił Sandrze Hüller w pełni pokazać dramatyzmu pozostawionej samotnej i zakochanej w mężu kobiety, która jest  świadoma tego, co dzieje się za płotem. Nie dowiadujemy się niczego o dzieciach komendanta: czy wiedziały gdzie są? Najstarszy syn przecież wiedział (o tym niżej). Gdy Hedwig warknęła na służącą, wiemy, że ona też jest potworem. Zresztą dochodzę w tym miejscu do najgłębszej warstwy filmu. Otóż w blurpie reklamowym Gutek Film czytamy, że filmowe dzieło Glazera pozwala nam doświadczyć banalności zła! Otóż termin ten wprowadzony do kultury przez Hannah Arendt jest historycznie nieprawdziwy. Nie ujmuję przy tym intelektualnej wielkości Arendt w chwili, kiedy tworzyła to pojęcie na opisanie podczas procesu w Jerozolimie postawy Adolfa Eichmanna, szefa wydziału IVB4 z Gestapo w Berlinie, odpowiedzialnego za logistykę Zagłady. Tymczasem w filmie Glazera to pojęcie używane jest jako reklamowy blurp, ale właśnie przyjęta koncepcja opowiadania sprawia, że to nie jest "banalne zło". Decyzja o zastaniu zbrodniarzem nie może być banalna w przypadku Hoessa i jego rodziny. Uwarunkowanie tej zwykłej, wydawałoby się rodziny, odbywa się w przestrzeni obok obozu, której nie widzimy. Filozoficzne decorum tego filmu nie jest zatem trafne. Tezę Arendt sfalsyfikował David Ceasarani w znakomitej biografii Eichmanna. Ona jest terminem z historii filozofii, dziś nieprawdziwym w odniesieniu tego, co wiemy o Zagładzie i jej sprawcach. 

I tutaj dochodzę też do sedna narracyjnego. Są w filmie tylko dwa momenty, gdy widzimy horror - syn komendanta bawi się na łóżku złote koronki zębowe - a sam komendant gdy łowi ryby w sole wyławia ludzką szczękę. W moim przekonaniu to za mało. Dlaczego? Decydując się na opowiedzenie życia rodziny komendanta jako tematu filmu, a zatem powiedzenia o Zagładzie nie wprost, należało użyć - jestem świadomy tego, co piszę - zasady kontrastu. Można zrobić 100 minut słodkiego życia rodziny komendanta, ale przez 5 minut - jedną mocną sceną z wnętrza obozu, trzeba to skontrastować. Jeżeli film Jonathana Glazera ma być intelektualną płaszczyzną opowiadania Zagłady w latach dwudziestych XXI wieku, to nie kupuję tego filmu. To znaczy, że nie da się dziś zrobić takiego filmu jak "Pasażerka", gdyż im dalej oddalamy się czasowo od Zagłady, tym bardziej zaciera się w ludziach umiejętność jej rozumienia. Na przykład w krajach arabskich, nienawidzących Izraela za to, co od lat czyni z Palestyńczykami, ten film będzie totalnie niezrozumiany. Dla połowy Amerykanów jedzących swoje hamburgery w kinie i Niemców siedzących na meczach Bundesligi ten film nie zostanie zrozumiany z powodu udziwnienia narracyjnego. 

Gdy komendant wyjeżdża Glazer traci pomysł na tempo filmu i jego zwieńczenie. Widać wyraźnie dwie narracje, złamane. Czemu służą sceny z Berlina? Dlaczego dwa razy w filmie opowiedziana jest miłość komendanta do zwierząt - zachwyca się pieskiem jakiejś berlińskiej frau. Nie widzimy jego żony. Glazer nie miał odwagi - albo zabrakło pieniędzy - na pokazanie zaangażowania komendanta w masakrę węgierskich Żydów. Proszę sobie przypomnieć znakomity film "Syn Szawła" sprzed kilku lat. Sceny z współczesnego muzeum świadczą o tym, że reżyser nie miał pomysłu na spuentowanie, jakieś twarde podsumowanie filmu. Horror obozu to ścieżka dźwiękowa słusznie nagrodzona Oscarem. Jednak w kinie trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć. Esse est percipi. Istnieć to być postrzeganym. 

Dla mnie film Jonathana Glazera "Strefa Interesów" to niezwykle ciekawy eksperyment narracyjny w kinie. Całość ratują aktorzy, jednak film jest dziwnie nakręcony, ze złamaną linia narracyjną. Dla mnie to stracona szansa na wielki, może największy film o Zagładzie w XXI wieku. 

Ocena 7/10  (ze względu na grę aktorską Sandry Hüller).  

 

niedziela, 10 marca 2024

Recenzja #Biała odwaga, reż. Marcin Koszałka, 2024


Film Marcina Koszałki "Biała odwaga" obejrzałem w piątek przy pełnym kinie. Film jest reklamowany jako obrazoburczy. Rzeczywiście, można było się spodziewać jakiejś przełomowej narracji pokazującej zdradę górali, mieszkańców Podhala podczas II wojny światowej. Ponoć film podzielił sfery rządzące prawicy, ponieważ jeden z ministrów nie chciał finansowania filmu ze środków PISF, a drugi chciał. W ten sposób najnowszy film Marcina Koszałki, zdolnego operatora zdjęć filmowych na przykład do filmów "Ciemno, prawie noc", który do tej pory zrobił samodzielnie jeden całkiem udany film fabularny "Czerwony Pająk". Temat śliski, zwłaszcza, że jak przekonywała profesor Magdalena Micińska, autorka znakomitej książki "Zdrada, córka Nocy. O wyobrażeniu zdrady i zdrajców w polskim piśmiennictwie i historiografii polskiej" temat zdrady nigdy nie był w Polsce popularny. Polacy nie lubią zdrajców, ale nie chcą też o nich mówić. 

Z tego powodu Marcin Koszałka poszedł w kierunku czegoś, co może się sprzedać. A mianowicie zaserwował nam opowieść o nieszczęśliwej miłości dwu braci do tej samej kobiety. Klasyka dramaturgii. Ale muszę przyznać, że przeniesienie tego schematu do filmu o góralach okazało się bardzo ciekawe. Film jest zrobiony w gwarze góralskiej, po polsku i po niemiecku, jednak nie rozumiem, dlaczego sekwencje w gwarze góralskiej były tłumaczone na klasyczny polski, skoro ta gwara nie jest żadnym językiem, a jedynie wariantywnością lokalną języka polskiego? Tak jak po śląsku wszystko jest zrozumiałe. Film ten wpisuje się też w opowiadanie polskiej historii poprzez opowiadanie poprzez etniczność. Świetnym przykładem takiego kina był oczywiście "Kamerdyner" Filipa Bajona. 

Konflikt braci rodzi oczywiście zdradę. Sam ten proces jest pokazany bardzo wiarygodnie pod względem psychologicznym. Przy okazji główny bohater Jędrek, grany wspaniale przez Filipa Pławiaka jest bohaterem tyleż tragicznym, ile nikczemnym, pięknym i jednocześnie zawikłanym, pod koniec mającym gorzką świadomość swojej zdrady. Koszałka pokazuje też bez litości wady górali, w tym chciwość. Właśnie to też jest powód zdrady, szczególnie gdy te rodziny góralskie domagają się od Niemców sklepów zrabowanych Żydom. Wydaje mi się, że film opera się też na udanej grze dwu aktorów - wspomnianego Pławiaka, którego bohater wspina się na Kościół Mariacki w Krakowie w popisie przed publiką (ciekawe jestem jak to zostało sfilmowane) oraz bardzo dobrego w roli niemieckiego naukowca Jakub Gierszał. Ich relacja opiera się na fascynacji górami - tutaj zagwozdka w postaci tytułu "Bała Odwaga" to puder do dłoni, który pomaga w przyczepności do skał. Nie wiem, ale wydaje mi się, że te relacja jest dwuznaczna. Reżyser nie tłumaczy powodu, dla którego młody niemiecki naukowiec po studiach interesuje się prostym Góralem. 

Warto wspomnieć oddzielnie o zdjęciach - Koszałka fenomenalnie filmuje Tatry, ich potęgę i surowość, szczególnie zimą, co potęguje tylko surowość tła filmu. Górale to w istocie okrutni ludzie, bo żyją w okrutnym środowisku. Związek górali w tym filmie z górami jest iście organiczny - niesamowite są sceny, gdy pochówki górali są w skałach w grocie góry. To jest bardzo filmowe i bardzo mocne. 

Ten film, mimo że jest ciekawie zrobiony, wydaje mi się, że nie przynosi przełomu w dyskusji o zdradzie na Podhalu. Romantyzowanie bohaterów w kierunku którym Koszałka poszedł  jest zrozumiałe fabularnie, ale nie wyczerpuje zagadnienia. Szkicuje go. Zadaje pytania. Ale pozostawia z niedowartościowaniem - jak w scenie kiedy ubek grany przez jak zwykle świetnego Adama Woronowicza drze listę zdrajców z dosadnym komentarzem. Zdrada była i co z tego. Górali trzeba lubić. Jak misia na Krupówkach z Zakopanem. 

Moja ocena 7/10 
 

niedziela, 3 marca 2024

#Diuna, reż. Denis Villeneuve


"Diuna" a właściwie cały cykle powieści  Franka Herberta jest jedną z najbardziej klasycznych narracji współczesnej literatury science-fiction, który który jednak wychodzi poza schemat. Jest to bowiem metafora fundamentalna, a więc mit opowiadający o ludziach oraz kreacji państwa i religii. W moim przekonaniu religia, szczególnie fascynacja Herberta Islamem, jest aż nadto widoczna w powieści nie jest jednak clou w dwuczęściowym filmie Denisa Villeneuve. Po obejrzeniu w kinie dwu części zastanawiam się, jak opisać to w jakim sposób Villeneuve przesunął akcenty. Tezą fundamentalną Franka Herberta jest to, że to religia jest czynnikiem który kreuje imperia. Oczywiście owe imperia mogą mieć granice, toczyć wojny, ale są także takie, które są imperiami ducha. Takim imperium było Bizancjum, które swoim powabem kultury przetrwało w religii prawosławnej w Rosji i takim imperium jest współcześnie Islam, który bezsprzecznie stanowi ogromną część współczesnego świata. W filmie religia jest potraktowana jako produkt zakonu Bene Gesserit, który dzięki niej kontroluje świat. W moim przekonaniu w powieści religia Fremenów jest rudymentarna, oparta o jakiejś tajemnicze decorum. W filmie tak nie jest.  

Film jest przede wszystkim opowieścią o stwarzaniu lidera, jakim jest książę Paul Atryda. Ta postać rzeczywiście jest w centrum, przede wszystkim dzięki najpopularniejszemu i najbardziej zdolnemu aktorowi młodego pokolenia jakim jest Timothy Chalamet. Aktor jest w tej roli bardzo wiarygodny, szczególnie w ostatnich scenach, w których Paul godzi się na swój mesjański los, jednak nie przypominający Jezusa i jego samoofiary, ale właśnie Muhammada, proroka Islamu. Ten film jest również opowieścią o kapitalizmie opartym na grabieży. Wszyscy potrzebują melanżu, nazywanego w filmie przyprawą i wszyscy muszą eksploatować planetę Arrakis. Fremeni symbolizują wykorzystywany lud przez imperialistów, który wyzwala się poprzez rewolucję religijną. Film jest zachwycający wizualnie.  

Aktorsko też wygląda dobrze, zarówno postaci Harkonnenów, Atrydów. Wzruszył mnie Christopher Walken jako imperator Shaddam IV. Świetny jest Stellan Skarskgaard jako baron Vladimir Harkonnen. Znakomite są role kobiece.

Polecam.  

           


 

Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560

  Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby   Autorem opracowania je...