środa, 28 lutego 2018

Ian Kershaw, Fuhrer. Walka do ostatniej kropli krwi, wyd. ZNAK, Kraków 2012




Profesora Iana Kershawa nie trzeba przedstawiać. To jeden z najwybitniejszych współczesnych znawców III Rzeszy, autor wielokrotnie nagradzanej biografii Hitlera (wyd. Rebis - t.1-3) oraz skróconej wersji tejże (New York 2012). Krakowski ZNAK wydał bez mała trzy lata temu książkę "The End. The difence and deconstruction of Hitler`s Germany 1944-1945", którą wydano pod zmienionym polskim tytułem, trochę mylącym czytelnika. Nie jest to w żadnym razie opowieść o Hitlerze (choć jest on obecny jako twórca reżymu), ale o upadku III Rzeszy, a ściślej o społecznych implikacjach tegoż upadku, o niemieckim społeczeństwie na godzinę przed ostateczną katastrofą. Owo społeczeństwo jawi się jako zdyscyplinowana i w ogromnej masie lojalna wobec Hitlera masa. Przypadki oporu, zajadle tępione z donosicielstwem włącznie.

Narracja Kershawa jest fascynującym przykładem łączenia perspektywy mikro i makro-historycznej. Ukazuje upadek III Rzeszy nie tylko z perspektywy załamywania się frontu zachodniego i wschodniego, ale wydobywa cały szereg ludzkich zachowań, których analiza pozwala czytelnikowi zrozumieć odpowiedź na pytanie, dlaczego Niemcy walczyli do końca, bezwzględnie wierni swojemu wodzowi, przy bierności ogromnej części społeczeństwa? Odpowiedź na to pytanie zajmuje profesorowi Kershawowi 9 rozdziałów i ponad pięćset kart książki.

Kershaw umiejętnie łączy ogromną wiedzę z intuicją badawczą wysokiej próby. Kompetentnie opisuje zaplecze frontu; opowieść o końcu trzeciej Rzeszy jest także summą upadku jej gospodarki. Bezwzględność reżymu w jakiejś mierze była pochodną samospełniającej się przepowiedni; że słabsi muszą zginąć, by ustąpić miejsca silniejszym. W narracji Kershawa ważny jest kontekst dzikiego fanatyzmu nakazujący powiesić szesnastoletniego chłopca chcącego wywiesić białą flagę na dwie godziny przed przybyciem do Akwizgranu Amerykanów. Ten fanatyzm jest drugą stroną bierności Berlińczyków, którzy zrezygnowani chodzili do pracy w coraz bardziej zrujnowanym Berlinie na początku 1945 roku.

Adolf Hitler ponoć powiedział w 1933 roku - dajcie mi władzę na 10 lat i nie poznacie Niemiec. Faktycznie po dwunastu latach jego rządów Niemcy są nie do poznania. To ruiny. Jednak wpływ wodza, propagandy Goebbelsa, który stał się w ostatnich miesiącach faktycznym kierownikiem walki "do ostatniej kropli krwi" nie tłumaczy fenomenu lojalności wobec dyktatora. Kershaw tłumaczy to po części strachem przed tymi, którzy nadchodzą. Potworności, jakie żołnierze Armii Czerwonej  dopuszczają się po wejściu na tereny niemieckie wobec kobiet i dziewcząt, dodawały skuteczności tej propagandzie. Istotne, że Kershaw dostrzegł także i to, że upadający reżym zawsze ma skłonność do coraz większego radykalizmu. Wystarczy dziś popatrzeć na reżym Assada w Syrii, by pojąć, że Kershaw miał rację. Brytyjski historyk wydobył zatem uniwersalny mechanizm władzy autorytarnej, idący trochę naprzeciw nie mniej znakomitej, choć dotyczącej innej epoki powieści-eseju "Szachinszach" Kapuścińskiego.

Radykalizm ostatnich miesięcy III Rzeszy przełożył się także na dramatyczny wzrost liczby ofiar wojny. Śmierć żołnierzy, cywilów w bombardowanych niemieckich miastach oraz straszliwe żniwo marszów śmierci organizowanych dla więźniów obozów koncentracyjnych, stanowiło upiorne dopełnienie implozji reżymu oraz jego całkowitego unicestwienia w marcu i kwietniu 1945 roku. Partia nazistowska była w tym czasie powszechnie znienawidzona, ale to kolejny paradoks Niemiec 1945 roku: nikt nie śmiał wystąpić otwarcie przeciw tej władzy. Osobowość Hitlera jako wodza miała na to wielki wpływ.

Książka Iana Kershawa jest swoistym dopełnieniem wielkiego wkładu tego historyka w dzieło opisania III Rzeszy przez pryzmat postaci Hitlera. Jest jednak inna: ujmuje epickość tego upadku oraz jego jednostkowy, wydobyty skrzętnie ze źródeł wymiar. To powieść o Niemcach w przededniu roku zerowego. Polecam wszystkim lubiącym historię, ale zaznaczam, że książka Kershawa powinna być obowiązkową lekturą na studiach historycznych XX wieku. To dopełnienie tematu. Ostatnia kropka nad "i". Mistrzowska lekcja historii w swym klasycznym kształcie narracyjnym i znakomitym wykorzystaniu źródeł. Przede wszystkim lektura tej książki odziera Niemcy z mitu społeczeństwa rządzonego wbrew sobie przez nazistów.

sobota, 24 lutego 2018

Mungo Melvin, Manstein. Najlepszy generał Hitlera, tłum. Łukasz Witczak, wyd. Bukowy Las, Wrocław 2011




Czytelniku,

Erich Von Manstein jest doskonale znany historykom drugiej wojny światowej. Jednak dopiero kilkadziesiąt lat po zakończeniu konfliktu i ponad czterdzieści lat od jego śmierci w Polsce ukazała się całościowa biografia niemieckiego feldmarszałka. Po raz kolejny mamy do czynienia z dziełem brytyjskiego historyka i sądzę, że nie jest to dzieło przypadku. W zasadzie większość najbardziej poczytnych historyków to Brytyjczycy i Amerykanie. Świadczy to o oczywistej klasie, z jaką wykłada się historię na amerykańskich i brytyjskich uniwersytetach. Być może stanowić to będzie dodatkową reklamę dla moich uczniów IB, by studiować historię właśnie tam. Mamy do czynienia z biografią wojskowego i warto zadać pytanie, z jakich składników pisarskich Mungo Melvin skonstruował swoją narrację? Jakich użył zabiegów warsztatowych, by uczynić swoją książkę interesującą dla przeciętnie obytego w akademickich arkanach historii czytelnika?

Mungo Melvin lubi swojego bohatera. Pisze na końcu książki, że my możemy się jeszcze od Mansteina jeszcze dużo nauczyć. Ceni go jako żołnierza na takiej samej zasadzie jak dziś historycy US Army cenią i poważają generała Roberta Lee, choć w wojnie domowej dowodził on armią Południa. Czy można postawić autorowi z tego tytułu zarzut? Wszak Von Manstein był odpowiedzialny w sposób nie budzący wątpliwości za masakry na Żydach na Krymie w roku 1942, gdy jego 11. Armia zmagała się z armią sowiecką w walkach o Półwysep i miasto Sewastopol. Melvin w sposób klarowny odnosząc się do źródeł, ale też korzystając z obfitego materiału procesowego nie wchodzi w polemikę z oskarżeniem, jakie spowodowało, że Manstein za zbrodnie podległych sobie jednostek trafił na 8 lat więzienia po wojnie.

Mansteina trzeba ocenić w kliku płaszczyznach. W wymiarze politycznym zawiódł dzisiejsze Niemcy. Jego słynne zdanie, jakie skierował do łącznika między niemieckimi feldmarszałkami oraz grupą hrabiego Stauffenberga, że pruscy feldmarszałkowie nie spiskują, było wyrazem tego, jak Manstein został wychowany. Był oczywiście tworem pruskiej szkoły oficerskiej, a szlify zdobywał w armii Kajzera i w okopach Pierwszej Wojny Światowej. W jego pojęciu lojalności nie mieścił się bunt. Być może zachował się kunktatorsko odmawiając Steuffenbergowi. Melvin zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego feldmarszałek nie ma ulic ani placów jak Stauffenberg, czy Von Tresckow. Zapytajcie jednak oficerów Bundeswehry, co sądzą o nim dzisiaj. Jestem przekonany, że odpowiedź ta może być dla wielu zaskoczeniem. Melvin zadał im to pytanie. Odpowiedź możecie znaleźć na kartach książki.

W wymiarze historycznym Manstein miał to szczęście, że Hitler go nienawidził z powodu jego wojennego mistrzostwa. Sam Hitler, jak wiemy dzisiaj, był raczej kompletnym dyletantem. Stalin uczył się na przykład od swoich marszałków, a Hitler nie. Dziś bez wątpienia wiemy, że Manstein przewyższał o klasę wszystkich niemieckich dowódców polowych, i był lepszym planistą, znakomicie reagującym na kryzys na froncie, sięgającym po nietuzinkowe środki, nawet od Bernarda Montgomery`ego. Od brytyjskiego marszałka różniło go także to, że potrafił maskować swoje ego. To właśnie Manstein jest autorem „cięcia sierpem”, zaskakującej i bardzo ryzykownej kampanii armii niemieckiej przeciwko zachodnim aliantom w roku 1940. Pomysł, by przejść przez Ardeny i skierować się na północ w stronę kanału La Manche bez zatrzymywania się, wywrócił wszelkie plany sztabowców francuskich, których ukształtowała Pierwsza Wojna. To Manstein zalazł za skórę Rosjanom nie tylko zdobywając Sewastopol, ale i gromiąc Armię Czerwoną w rejonie Charkowa i Doniecka (sic!) w marcu 1943 roku, już po stalingradzkiej klęsce. A był to majstersztyk strategii; Manstein pozwolił Rosjanom wejść bardzo głęboko w niemieckie linie miażdżąc ich z flanki. Manstein jak nikt inny potrafił zadawać Sowietom ciężkie klęski, mimo że był od nich słabszy. Jaką wymowę ma bitwa z marca 1943 roku dzisiaj, gdy w tym samym miejscu Ukraińcy walczą z armią rosyjską! (de facto).

Melvin wydobywa także chwiejną i kapryśną naturę feldmarszałka. Największym jego błędem wojskowym i moralnym było to, że nie poleciał do Stalingradu w listopadzie 1942 roku i na własne oczy nie chciał widzieć cierpień 6. Armii. Czy był to mechanizm obronny, by podobnie jak Hitler nie oglądać ruin niemieckich miast? Czy już wtedy Manstein wiedział, że wojna jest przegrana i że Niemcy mogą jedynie ją przedłużać? Podobne wnioski skłoniły Henninga Von Tresckowa do powzięcia zamiaru zgładzenia Hitlera. Dlaczego feldmarszałek na to nie przystał? Czy lojalność wobec zbrodniczego reżymu była wolnym wyborem Mansteina, czy po prostu zabicie Hitlera nie mieściło się w jego pojęciu bycia żołnierzem? Czy Manstein nie potrafił tego dostrzec? Melvin ma świadomość tych pytań. Ale wciąż opisuje żywego człowieka, pełnego sprzeczności.

Książka Mungo Melvina pod wieloma względami może być wzorem dla pisania biografii wojskowej. Zarazem brytyjski historyk przekracza tę granicę wchodząc w świat życia rodzinnego, intymności Mansteina. Wojna była dla niego podwójną klęską. Starszy syn marszałka Rüdiger poległ jako oficer piechoty na froncie wschodnim. Melvin stara się ze źródeł wydobyć ból ojca. To są ciekawe wątki książki, podobnie jak obsesyjne maniery Mansteina, sposób ustawienia map, jego przykry, wybuchowy dla podwładnych charakter. Niezależnie od odpowiedzialności za zbrodnie, Manstein pozostaje jednym z najwybitniejszych żołnierzy XX wieku, z czego zdawała sobie sprawę nowa Bundeswehra. To Manstein był jednym z jej reformatorów w latach pięćdziesiątych XX wieku.

Polecam osobom interesującym się dziejami II wojny światowej i historii wojskowości.

piątek, 16 lutego 2018

Dlaczego Zygmunt Miłoszewski nie może być uważany za pisarza idealnego?

Czytelniku,

Pisząc ten tekst jestem w sytuacji niezmiernie trudnej. Oczywiście, że pisarze się czytają nawzajem. Oczywiście, że zazdroszczę Miłoszewskiemu sukcesu. Byłbym głupi i nieprawdziwy, gdybym się do tego od razu nie przyznał. Jednak nie mam zamiaru pisać o Zygmuncie Miłoszewskim, tylko o stworzonej przez niego bardzo dobrej, choć niespójnej ideologicznie trylogii kryminalnej z prokuratorem Teodorem Szackim w roli głównej . Na ową trylogię, które odniosła w Polsce bezprecedensowy sukces składają się trzy powieści: "Uwikłanie", "Ziarno prawdy" oraz zamykający cykl "Gniew". Na razie trylogia o Szackim jest zamknięta, ale kto wie, czy pod wpływem wielkiego sukcesu Szacki nie wróci. Nie tacy mistrzowie pióra łamali się i przywracali postaci do życia. Myślę, że Miłoszewski nie zamknął sobie drogi odwrotu, ponieważ "Gniew" nie daje jednoznacznej odpowiedzi, czy prokurator przeżył, czy nie.

Powiem tak - powieści Miłoszewskiego czyta się jednym tchem, szybko, co wystawia mu jak najlepsze świadectwo sprawności narracyjnej. "Uwikłanie", mimo genialnego pomysłu, intrygi w sprawie śmierci Telaka w czasie grupowej terapii oprzeć o powiązanie esbeckie, jest jednak trochę niekonsekwentne. Nie, bynajmniej nie w kreacji faceta koło czterdziestki żyjącego pod presją, mającego trudną pracę i romansującego za plecami żony. To jest wiarygodne. Niekonsekwentne jest pozostawienie wątku esbeckiego nierozwiązanym. To oczywiście był celowy zabieg narracyjny, ale Miłoszewski nagle porzucił ten niezwykle prawicowy wątek i w kolejnej powieści podążył innym tropem, którego ślady ideowe wiodą na ulicę Czerską w Warszawie. Warto wspomnieć, że Miłoszewski zgodził się na niezgodną z książkę ekranizację "Uwikłania" w reżyserii Jacka Bromskiego. Wystawia mu to jak najlepsze świadectwo. Pisarz musi zdystansować się od swojego dzieła. Tutaj po raz kolejny jestem wstrętnym zazdrośnikiem, ale przyznaję się do tego. Który pisarz nie chciałby, żeby jego męskiego bohatera, do pewnego stopnia alter ego, zamienić na piękną kobietę? A jeśli do tego ową kobietą jest Maja Ostaszewska, to cóż zrobić? Jeszcze jedno. Film "Uwikłanie" Bromskiego ma bardzo dobre recenzje na przykład w prawicowym i katolickim "Gościu Niedzielnym", gdzie film ten stawia się za przykład współczesnego polskiego filmu pokazującego prawdzie oblicze III RP, jako "esbekistanu".

Niekonsekwencja Miłoszewskiego jest najdobitniej widoczna w drugiej powieści "Ziarno prawdy", gdzie mamy do czynienia ze sprawną narracją i wiarygodnym obrazem prowincjonalnego mordercy. Ale kluczem jest Sandomierz. W mieście tym TVP ekranizuje "Ojca Mateusza", niemądrą, czasem głupiutką, z przymrużeniem oka telenowelę kryminalną z księdzem katolickim jako bohaterem-pozytywnym. Po drugie światopoglądowym tłem tej historii jest polski antysemityzm odmieniany przez wszystkie przypadki. Ja jako pisarz, historyk i nauczyciel nie mam żadnych wątpliwości, że przed drugą wojną światową i w jej trakcie Polacy zachowywali się czasami bardzo kontrowersyjnie. Nie chciałbym jednak sprowadzać tego postu do kolejnego głosu w niekończącej się historii sporu polsko-żydowskiego o polski antysemityzm. Jednak Miłoszewski mam wrażenie - podkreślam subiektywizm mojego spojrzenia - uległ lansowanej jak mantra przez  towarzycho z ulicy Czerskiej tezie, że Polski antysemityzm powiązany ze wstrętnym Kościołem Katolickim jest nieodzownym składnikiem Polaka-Katolika. W powieści tej, w sposobie ukazania Kościoła, księży (to postaci trzeciego planu) jest widoczny stonowany, ale widoczny jad. Mordercą też jest "Polak-katolik". Jest to jedna z najbardziej demonicznych postaci w polskim kryminale.  Do rangi symbolu prawie jak hitlerowska swastyka urasta w narracji Miłoszewskiego radło, znak Polaków, mniejszości z Niemiec, którą Hitler zdelegalizował w roku 1940. Szacki podąża w tej powieści tropem teatru, jaki morderca stwarza, by się ukryć. Zabieg powieściowy ocierający się o przebłysk geniuszu sprawia jednak wrażenie, że pisarz "dolał" jednoznacznie kojarzonego ideowego sosiku rodem ze stron Gazety Wyborczej. I po raz kolejny pokochało powieść Miłoszewskiego polskie kino. Ale ekranizacja już z męskim gwiazdorem Robertem Więckiewiczem (oglądałem w kinie "Ziarno prawdy" dwa tygodnie po "Pod Mocnym Aniołem" Smarzowskiego i podświadomie czekałem aż pijany w sztok bohater rzygnie po pół litra) jest już chłodna, w skandynawskim stylu, bardzo sprawnie zrealizowana, w czym zasługa Borysa Lankosza

Ostatnią powieścią Miłoszewskiego o Teodorze Szackim jest "Gniew" stylizowany na kryminał skandynawski. Widoczne są wpływy powieści Stiega Larssona. Jest to powieść w której Miłoszewski porusza ważny problem przemocy wobec kobiet, ale powieść sprawia wrażenie, jakby Szacki już nudził pisarza. Miłoszewski potrafi jednak śmiać się sam z siebie. Ale przyznam, że jak przeczytałem o anatomopatologu o nazwisku ...Frenkenstein, to padłem. Powieść jest najdłuższa z trylogii, gęsta jak dobre Chianti, wytrawna jak dobre Chateau rodem z apelacji Bordeaux, ale pozostaje niedosyt. Czytelnik lubi Szackiego. Przekombinowany jest motyw porwania córki, zrobienia z siedemnastoletniej dziewczyny psychopatki. Mimo to, czekam kiedy ktoś to zekranizuje. Film będzie dobry, o ile ktoś nie będzie dosłowny. Z tego też powodu ja osobiście lubię "Uwikłanie" Bromskiego, właśnie dlatego, że filmowcy zerwali z niekonsekwencją narracyjną pierwowzoru. Trzecia powieść jest w swej ideologicznej wymowie wybitnie lewicowa.

Przeczytałem także powieść Miłoszewskiego "Zaginiony" traktującą o poszukiwaniu zaginionego, najcenniejszego obrazu z polskich kolekcji, czyli portretu chłopca Rafaela Santi. Książka do połowy bardzo dobra, a potem było coraz gorzej. 

Najprawdopodobniej nie przeczytam już żadnej powieści Zygmunta Miłoszewskiego,  tym najnowszej wydanej w roku 2017, tym razem o miłości, ponieważ wszystko już o nim wiem, jako o sprawnym scenarzyście (oglądałem serial "Prokurator", gdzie obydwaj bracia Miłoszewscy próbowali zdyskontować sukces kreacji Szackiego) i pisarzu powieści sensacyjnych. Z pewnością znajdzie on miejsce w poczcie polskiego kryminału, do którego ludzie z przyjemnością zajrzą nawet za czterdzieści lat. Z jedną tezą Miłoszewskiego się zgadzam. Współczesny kryminał musi mieć szeroki kontekst społeczny.

Sam piszę. To już wiecie.Zawsze można napisać nowy kryminał, ale bohater musi być Inny, to znaczy taki, jakiego nie było jeszcze w polskiej powieści kryminalnej. Ja takiego stworzyłem. Pierwszego polskiego czarnoskórego detektywa.
Ale to już zupełnie inna historia.

piątek, 9 lutego 2018

Esej o trylogii Millenium Stiega Larssona.


Czytelniku tego bloga!

Kimkolwiek jesteś, a jeśli lubisz książki, z pewnością słyszałeś o trylogii kryminalnej Steiga Larssona. Szwedzki pisarz, a zarazem lewicowy dziennikarz zmarł na atak serca w Sztokholmie w roku 2005, pozostawiając za sobą trzy tomy swoich powieści, oraz dwieście stron następnego rękopisu, który w roku 2015 został dokończony i wydany przez Davida Lagercrantza, pod tytułem "Co nas nie zabije", w roku 2017 wyszła kolejna część pióra Legercranza. Powieści Lagercrantza nie są złe, ale o klasę gorsza od kryminałów Larssona.  Muszę powiedzieć, że w czytaniu całej trylogii popełniłem błąd, ponieważ na samym początku obejrzałem film David Finchera z Danielem Craigiem i Rooney Mara jako dziennikarzem Mikaelem Blomquistem i Lisbeth Salander. Już przez całą lekturę Blomquist miał w moim umyśle twarz Bonda, a  Salander miała twarz Rooney Mara. Jednak to mały szczegół.

Całość trzech książek, z których każda liczy 700-800 stron, już pod koniec była dla mnie dość nużąca. Jednak zastanawiając się długi, długi czas nad tym wpisem na blogu, zdecydowałem się spojrzeć w najgłębszą, sterującą warstwę narracji. Nie dziwi mnie, że jedna z najciekawszych dyskusji na temat trylogii kryminalnej Szweda odbyła się na łamach fascynującej na swój sposób intelektualnie, ale śmiertelnie trującej "Krytyki Politycznej" (peryfrazuję Chiang Kai Sheka, który powiedział, że komunizm to choroba duszy). Feministki bardzo lubią Millenium. Larssonowi udałą się niezwykle jedna z najbardziej pokręconych wewnętrznie, ale spójnych i wielowymiarowych postaci kobiecych współczesnego kryminału, czyli Lisbeth Salander. Tylko pozornie jest lesbijką, romanse z kobietami są według mnie dla Salander jedynie formą ucieczki, przygodą w sumie niewiele znaczącą. Prawdziwe uczucie ...to facet, czyli Blomquist. Salander jest oczywiście wyalienowana, skrzywdzona przez społeczeństwo, służby specjalne. Najbardziej przerażająca we wszystkich trzech powieściach jest oczywiście scena gwałtu w pierwszym tomie, sucha i okrutna. Jednak jej zemsta jest równie okrutna i czytelnik pragnie, by się zemściła. Salander jest niezwykle wyrazistą postacią i sądzę, że zarówno ona jak i Blomquist są emanacjami światopoglądowymi Larssona.

Mężczyźni są w powieściach Larssona przeważnie źli. Tymczasem kobieta może być równie okrutnym, jeśli nie gorszym katem od mężczyzny. Przede wszystkim dlatego, że kobiety są płcią silniejszą psychicznie. To, co teraz powiem, jest mało feministyczne, ale siła kobiet polega na tym, że to Natura przeznaczyła je na te, które rodzą, dają życie. Tak została skonstruowana Przyroda i nie ma się o co kłócić. W najgłębszej warstwie narracyjnej lewicowość książek Larssona polega przede wszystkim na diagnozie społecznej. To lewackie credo, pod którym ja się nie mogę podpisać, ale analiza najgłębszej sterującej warstwy narracji Larssona daje wyodrębnić takie a nie inne składniki:

- mniejszości są bezcenne, trzeba dać im wszelkie prawa, bo tylko wtedy nasze społeczeństwo jest w stanie się rozwijać. Mniejszości są miarą cywilizacji. Wszelkie. Im więcej, tym lepiej. Mniejsza o to, jakie mniejszości i ile, jeśli ktoś nie godzi się na przyznanie im praw przewyższających większość, to jest "faszystą". Zwracam uwagę Państwa na nowe składniki, jakie dziś lewica dodała do słowa "faszysta"

- religia jest niepotrzebna i jest ułudą. Wszystkie postaci, które są religijne, są złe. Patrz tom "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet". Klucz do popełniania morderstw jest kluczem biblijnym. Nawet córka Blomquista (słabo zarysowana) jest fanatyczna, bo nosi krzyżyk na szyi. Posiadanie jakiejkolwiek identyfikacji religijnej jest złe Jedynym normalnym religijnym człowiekiem jest policjant Bublański, bo jest Żydem. Jak wiadomo w poprawności politycznej lewicowych elit o Żydach nie można pisać źle. Ciekawe jest to, że lewicy nie przeszkadza to ukryć swój antysemityzm pod płaszczykiem niechęci do Izraela i sympatii do Palestyńczyków.

- mężczyźni są opętani seksem i żądzami. Są z natury źli, chciwi, pełni pychy. Kobiety są szlachetne, zdolne, i uczciwe. Są motorem napędowym świata. To dość proste, żeby nie powiedzieć prostackie kalki - stereotypowe. Lewica ma własne stereotypy, nawet mówi gdy ich nie ma.

- państwo kontroluje wszystkich i wszystko. Nie należy ufać władzom, nawet jak robią coś dobrze, to wszystko ma ukryte dno, spiskują, żeby odebrać wolność ludziom, stąd trzeba się łączyć w Internecie.

- Feministki są zwieńczeniem rozwoju kobiecości. Nie mają dzieci i nie chcą ich mieć. Ideałem jest kobieta wchodząca w tradycyjnie męskie role społeczne. Może, ale nie musi być lesbijką, na pewno biseksualistką, jest bogata, pewna siebie (kochanka i szefowa Blomquista żyjąca między mężem i kochankiem, za zgodą i akceptacja tego pierwszego). Feministka to taki lewicowy "nadczłowiek". Odwracając metaforykę Nietzeschego, feministka to "uber-frau" - "nad-kobieta".

- Seks bez uczuć, jest jak jedzenie, lub picie wody. Każdy z każdym może.  Bez odpowiedzialności. Może dlatego bohaterowie Larssona są tak strasznie samotni. Seks nie jest surogatem uczucia. 

- Kapitalizm jest zły, ponieważ prowadzi do powstania cwaniaków jak Hans Erik Wenstroem (czarny charakter Blomquista z pierwszej części). Jednak kradzież dokonana na kapitalistach, jest już dobra. 

Pod względem suspensu jest dużo gorzej. Najlepiej opowiedzianą kryminalnie historią jest oczywiście tom pierwszy. Intryga i zbrodnia, która nie jest zbrodnią (bo jest nią coś innego, dużo bardziej przerażającego) ma w tej książce formę wielopiętrowej budowli. Sam jako autor powieści sensacyjnych jestem - przyznaję - wielkim fanem takich zagadek.  Jest to bowiem niezwykle pociągające narracyjnie. od tym względem mistrzostwo świata. Drugi i trzeci tom, kiedy przeciwnikiem Salander jest ona sama, a konkretniej jej ojciec, sowiecki szpieg, akcja jest coraz bardziej nieprawdopodobna i ideologicznie idącą w jednym, słusznym kierunku. Grubymi nićmi szyta jest scena, kiedy Salander została postrzelona w głowę z broni małokalibrowej. Przeżyła i nie odbiło się to, na pracy jej mózgu. Nie znam się na ranach postrzałowych, ale wydaje mi się to nieprawdopodobne.


Jednak na czym polega fenomen Larssona? Jak można uczyć się na jego genialnej, choć nie do końca udanej pod względem suspensu trylogii? Ta książka, jak żadna inna, uzmysłowiła wszystkim, że KRYMINAŁ jest równouprawnionym gatunkiem literackim, jest sposobem artykulacji współczesności, jest opowieścią o świecie TU I TERAZ. Jeśli jest wybitnie napisany, to może być naprawdę mocny w swoim oddziaływaniu na wyobraźnie czytelnika. W Polsce ślady Millenium można odnaleźć w "Gniewie" ostatniej powieści Miłoszewskiego z prokuratorem Szackim. Choć oczywiście Polak nie jest tak zideologizowany jak Szwed. Nie wierzę w moc sprawczą literatury pop, choć sam ją uprawiam. Powieść pop, peryfrazuję teraz Grochowiaka, może być "bliższa krwio-obiegu słów", niż tak zwana literatura z górnej półki, czego smutnym przykładem jest Nagroda Literacka Nike w Polsce. Nikt nie zna osoby, która  została nagrodzona w roku 2016, nikt nie potrafi wymienić tytułu jej książki i za co została nagrodzona.

Po trylogii "Millenium" kryminał nie może być już taki jak wcześniej. Ja dorzucam do tego swoje trzy grosze.Wydałem dwa kryminały społeczne "Lunatyk" wyd. Albatros, 2016 oraz "Czarna Pszczoła" wyd. Albatros, 2017.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Recenzja: Piotr Gajdziński, Gierek - człowiek z Węgla.

Piotr Gajdziński, Gierek. Człowiek z węgla, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2014, ss. 379

Edward Gierek, pierwszy sekretarz PZPR w latach 1970-1980, jest postacią zmitologizowaną. Wśród Polaków, którzy identyfikują czasy PRL ze stwierdzeniem było nam „dobrze”, jego epoka kojarzy się ze wczasami i dobrobytem. Na jego pogrzeb w Sosnowcu w roku 2001 przybyło ponad 10 tysięcy ludzi, a jeszcze niedawno słychać było głosy, że pierwszy sekretarz powinien mieć pomnik. Jaka jest prawda o tym człowieku? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Piotr Gajdziński w wydanej przez  Wydawnictwo Poznańskie biografii „Sztygara” pod tytułem „Gierek. Człowiek z węgla”. Po gruntownej lekturze książki mam mieszane uczucia, postaram się jednak przedstawić ową ocenę w tym recenzyjnym szkicu.

Forma wydania książki przez Wydawnictwo Poznańskie jest dość kuriozalna. Nie ma ani jednej informacji kim jest autor, jakie są jego dokonania na polu historiografii PRL. Czytelnik musi się tego dowiedzieć sam śledząc Internet. Ja próbowałem, ale niewiele się dowiedziałem. Jednak pisząc recenzję muszę odnieść się do książki jako narracyjnej całości.

Jaka jest książka Gajdzińskiego? Pragnę podkreślić, że nie czytam jej jako pozycji naukowej próbującej wyczerpać temat. Brak aparatu naukowego natychmiast przesuwa ową pozycję w stronę historycznej publicystyki, jakiej na naszym rynku książek historycznych, i para-historycznych jest niemało. Mimo to, niesłuchanie irytowało mnie to, skąd autor wie, to co wie o Gierku. Obfity materiał anegdotyczny, gawędziarski styl przyciąga, odpycha maniera nie dokumentowania ciekawego materiału źródłowego. Brak aparatu naukowego nie pozwala też należycie ocenić, jak autor obszedł się ze źródłami. Ów materiał anegdotyczny jest pierwszorzędny. Na stronie 217 autor cytuje posiedzenie Biura Politycznego PZPR, w którym bierze udział Gierek. Mieczysław Jagielski miał zaproponować, by Polacy jedli więcej mięsa konserwowanego, czyli popularnych „mielonek” z puszki. Wówczas inny członek Politbiura, tow. Rurarz miał zaoponować gwałtownie mówiąc, iż „jedzenie konserw mięsnych na Zachodzie doprowadziło do wzrostu homoseksualizmu” (sic!). Kapitalna metafora nieuctwa i braku jakichkolwiek horyzontów umysłowych ówczesnej partyjnej kliki.  Ale skąd autor zaczerpnął tak pyszną opowiastkę? Nie sposób dociec.

Pomijając kilkakrotnie cytowanego prof. Pawła Bożka, jednego z bliskich Gierkowi ludzi, nie ma śladu oral history. Uważam, że to ciężkie oskarżenie tej książki. Sadzę, że dziś biografia, a do takiej kategorii najwidoczniej książka Gajdzińskiego powinna być zaliczana, musi ukazywać tło epoki, możliwie najszerzej, ale nade wszystko pokazać żywych ludzi. Temu służy pierwszy rozdział  tej pozycji. Jednak ten arcyciekawy czas, w której siermiężny PRL Gomułki przedzierzgnął się w trącający zachodem czas filmu „Poszukiwany, poszukiwana” z Wojciechem Pokorą w roli głównej. Tego jest w książce Gajdzińskiego za mało. Nie wiem, czy taką koncepcję książki wymogło wydawnictwo, czy autor nie dał rady. Książka powinna być panoramą świata Polski gierkowskiej. Skoro tak wielu w tym kraju ludzi ma sentyment do Gierka i jego czasów, dlaczegóż autor nie pozwolił mówić świadkom epoki. Brak oral history, jak już stwierdziłem, jest błędem poważnym, ale nie dyskwalifikującym.

Rzuca się w oczy wyraźna metaforyzacja rozdziałów, które wiele czytelnikowi obiecują. Popatrzmy: „Epoka napoleońska”, „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Delfin Peerelu” – owe metaforyzacje rozdziałów obficie czerpią ze skojarzeń z historią, lub po prostu nawiązują do postaci literackich (powieści Tadeusza Dołęgi-Mostwicza). Owe metafory często czerpią semantyczny podkład ze współczesnej popkultury. Jeden z rozdziałów nosi tytuł „Gra o tron”, co bezpośrednio nawiązuje do popularnego i uwielbianego przez nastolatków dziś serialu fantasy. Inny tytuł jest nad wyraz soczysty… to „Orgazm władzy”. Mimo tej ciekawej i pomysłowej metaforyki, zawartość rozdziałów nie broni książki. Powiem tak, od połowy książki styl narracyjny autora nuży, nie utrzymuje uwagi czytelnika.

 Im głębiej w książkę tym gorzej. Kompletnie nie rozumiem, po co autor uparł się, by do biografii Gierka cały rozdział poświęcić na bezsensowne przytaczanie biografii kilkunastu wodzów państw komunistycznych w Europie. Po co, pytam?
Opowieść o samym Gierku słabo też oddycha, sekretarz jest opisany z perspektywy cytowanego niemal co trzeciej stronie prof. Bożka, jako aparatczyk, niewykształcony imitator, człowiek nie rozumiejący gospodarki. Trzeba przyznać, że autor zdobył się na niuansowanie – na przykład dostrzegł, że Gierek przeforsował objęcie rolników w PGR-ach oraz tzw. rolników indywidualnych (to kuriozum w socjalistycznym kraju – rolnik z własną ziemią) obowiązkowym ubezpieczeniem społecznym, z co wielu ludzi na polskiej wsi jest mu do dziś autentycznie wdzięcznych. Na czym polegał jednak fenomen Gierka?  Skoro pierwszy sekretarz nie znał się na ekonomii, to nie znał się także na niuansach propagandy. W 1956 roku był w Poznaniu, próbując sklecić aparat partyjny. Gdy górnicy z kopalni „Kazimierz-Juliusz” protestowali, Gierek natychmiast udał się na dół, do górników, z którymi nie bał się rozmawiać. Potrafił rozmawiać z klasą robotniczą.  Tyle konstatuje autor, ale nie daje zasadniczej odpowiedzi na to pytanie.

Dość przekonująco natomiast autor pisze o stylu rządów Gierka, a w zasadzie o niekompetencji tych rządów. Indolencja ekonomiczna „Sztygara” załatwiającego kredyty na miliardy dolarów jest jedyną mocną płaszczyzną książki. Warto też podkreślić, że Gierek źle wybierał cele finansowe dla tych pieniędzy. Wychowany w kulcie stalinowskiej obsesji na temat przemysłu ciężkiego Gierek nie potrafił dostrzec, jak szybko Zachód w latach siedemdziesiątych wieku XX dystansował blok socjalistyczny i to mimo horrendalnie wysokich cen ropy naftowej po wojnie Jom Kippur z 1973 roku. Budowano więc huty, kopalnie, stocznie, walcownie, ale licencje kupowane na Zachodzie wobec niewydolności systemu socjalistycznego nie dały polskimi produktom konkurencyjności. Teza o tym, że niemożliwe jest przejście z systemu socjalistycznego do współzawodnictwa ze zdrowym i normalnym kapitalizmem jest mocna. W tym tkwi też przyczyna porażki Gierka, ponieważ PRL i partia owe gigantyczne pieniądze w połowie po prostu przejadły.

Książka Piotra Gajdzińskiego może być ciekawą propozycją dla osób zainteresowanych historią PRL, ale uwaga: brak tam właściwej metody historycznej, jest to publicystyka historyczna, w miarę strawna, anegdotyczna, ale bez głębokiej erudycyjnej intuicji, jaka powinna znamionować historyka chcącego pisać biografię człowieka, którego panowanie stało się symbolem epoki. Ja oceniam książkę Gajdzińskiego na dostateczny.

piątek, 2 lutego 2018

Recenzja: "Czarna ziemia" Timothy Snydera. Najnowsze naukowe odczytanie Holokaustu.





Czytelniku,

Wobec ostatnich wydarzeń,  książka Timothy`ego Snydera jawi się dla polskiego czytelnika jako ostrzeżenie podwójne. Z jednej strony ukazuje ona mechanizm Zagłady, a z drugiej stanowi ostrzeżenie przed samo spełniającą się przepowiednią: Obcość napędza alienację, ta pogłębia strach, a ten rodzi nienawiść, która prowadzi do monstrualnych zbrodni. Timothy Snyder jest znanym profesorem Uniwersytetu w Yale i wybitnym znawcą nowożytnego nacjonalizmu, jednym z najbardziej znanych, utytułowanych i naprawdę wybitnych znawców zagadnień historii XX wieku.

Mam jednak z książką Synder pewien kłopot. Ma on dwojaki charakter. Czytelnik szukający w "Czarnej ziemi" historii Holokaustu z wnikliwością wiwisekcji zawiedzie się: nie jest to książka monograficzna, a gatunek wypowiedzi historycznej, który amerykańskim i szerzej anglosaskim historykom wychodzi najlepiej. To błyskotliwie napisany esej historyczny, czyli gatunek którego polscy historycy z małymi wyjątkami nie potrafią uprawiać, albo traktują go w najlepszym wydaniu jako niepoważny sposób uprawiania historii. Ja oczywiście stoję na stanowisku, że to gatunek zupełnie podstawowy, to fundamentalna wypowiedź każdego historyka, który pragnie osiągnąć mistrzostwo formy.

Książkę zaczyna opis "świata Hitlera". Jest to zabieg zupełnie przemyślany, ponieważ aby zrozumieć logikę, jaka stała za Holokaustem, trzeba zrekonstruować - lub próbować tego dokonać - tok myśli nazistowskiej, jaka stała za tą zbrodnią. Snyder czyni to w sposób przystępny dla czytelnika niezorientowanego, ale dość powtarzalny i irytujący dla prawionych w temacie. Podkreślam, że mamy do czynienia z amerykańskim sposobem uprawiania historii - a ów sposób to przede wszystkim debata, ciągle aktualizowana i przetwarzana o nowe odczytania. Spotkany w Berlinie latem zeszłego roku amerykański nauczyciel, student Snydera, powiedział, że amerykański sposób uprawiania historii różni od polskiego szczególnie to, że historia jest przede wszystkim "debatable narration", co można rozumieć jako narrację nastawioną na wymianę poglądów, narrację otwartą.

Bardzo dużo miejsca Snyder poświęca Polsce. Dziwić to nie może, ponieważ Polska przed rokiem 1939 była trzecim krajem na świecie pod względem liczby zamieszkujących go Żydów, zaraz po USA i Związku Radzieckim, a Warszawa była największym na świecie miastem z żydowską populacją. O świecie Żydów polskich, migotliwym i nieistniejącym dziś, przypomina Polakom i nie tylko im znakomite POLIN, Muzeum Historii Żydów Polskich. Snydera nie interesuje ów świat, ale jego relacyjność do świata rozpiętego w perspektywie geograficznej Berlin-Warszawa-Moskwa, między tymi trzema stolicami rozegra się gros doświadczenia określanego mianem Zagłady.
Czytając książkę Snydera po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z mechanizmu, który pośrednio doprowadził do zabicia Żydów przez Niemców wraz z licznym i dobrowolnym współudziałem narodów wschodniej Europy, szczególnie krajów ZSRR. Ważne wydają mi się słowa autora, który skonstatował, że społeczeństwo,  które miało największy problem z antysemityzmem przed wojną, najmniej zaangażowało się w polowanie na Żydów, kiedy Niemcy zaczęli swój diaboliczny mord. To oddaje honor Polsce.

 Jaki to mechanizm? Podwójnego zniszczenia Europy Wschodniej przez ZSRR i Niemcy. Otóż po pakcie Ribbentrop-Mołotow, Związek Radziecki okupował i zniszczył państwowość krajów Bałtyckich - Litwa, Łotwa, Estonia, zmienił strukturę społeczną wschodniej Polski włączonej do białoruskiej i ukraińskiej Republiki Radzieckiej, oraz część Rumunii znanej dziś jako Mołdawia. Setki tysięcy Polaków zostały zesłane na Syberię. Snyder bardzo przekonująco opisał proces podwójnego zniszczenia państwowości tych krajów. Sowiety mordowały i niszczyły intelektualną elitę łotewską, czy polską, a po czerwcu 1941 roku przyszli na te tereny Niemcy i zniszczyli je ponownie. Przy czym dla Bałtów wejście NIEMCÓW oznaczało wyzwolenie z koszmarnego sowieckiego jarzma. Brak jakiejkolwiek państwowości i brak prawa, które chroniłoby Żydów miał według Snydera decydujące znaczenie dla rozpętanej przez Niemców bestialskiej i fanatycznej orgii mordu. Historyk świetnie to kontrastuje pokazując przykład Danii, gdzie Niemcy pozostawili całe państwo nie niszcząc go. Za niemieckiej okupacji działał duński rząd, panował król, i Duńczycy zdołali ocalić prawie wszystkich swoich Żydów. We Francji zginęli wydani przez reżym Vichy Żydzi mający status bezpaństwowców, ale obywatele francuscy będący Żydami mieli szansę na przeżycie. Bułgaria, mimo że była sojusznikiem Niemiec, nie wydała swoich Żydów i odmówiła jakiejkolwiek pomocy Niemcom w tej sprawie. Ksiądz Tiso, prezydent Słowacji, wielbiony przez populistyczną prawicę w tym kraju, sam zaoferował Niemcom deportację Żydów i jeszcze Niemcom za to dopłacił.

Związek miedzy suwerennością i przetrwaniem najdobitniej ukazał dramat Żydów węgierskich. Ta społeczność licząca prawie 700 tysięcy osób nie miała lekko w reżymie Horthy`ego, ale miała szansę na życie. Gdy weszli na Węgry Niemcy w marcu 1944, suwerenność Węgrów się skończyła i zaczęły się wywózki do Auschwitz-Birkenau, a tragedia węgierskich Żydów nabrała apokaliptycznego wymiaru, co tak boleśnie pokazuje znakomity film "Syn Szawła" nagrodzony w Cannes 2015 i Oscarem w roku 2016. Gdy Horthy powiedział Niemcom w lipcu 1944 roku NIE, wywózki się skończyły. Gdzieś wybrzmiewa zatem również tragedia polskich Żydów. Polskie państwo nie istniało, Niemcy zniszczyli je całkowicie zostawiając tylko smutną granatową policję, Czerwony Krzyż oraz Radę Główną Opiekuńczą. Snyder pomija relacje polsko-żydowskie po okupacją i nie nadaje im takiego wymiaru, jakiego mają na przykład świetnie opisane relacje Żydów, obywateli ZSRR wydawanych i mordowanych przez innych obywateli ZSRR.  Snyder również kapitalnie wydobył zmowę milczenia, jaką po wojnie w Związku Radzieckim objęto kwestię masowego współudziału Białorusinów, Ukraińców, etnicznych Rosjan w mordowaniu Żydów. W tym przypadku, zdaniem Snydera, zadziałał mechanizm korzyści. Jak przyłączymy się do zabijania, nikt nie będzie mógł nam zarzucić tego, że byliśmy oddanymi sprawie stalinowcami.

Żałuję, że Snyder doskonale znając źródła nie podjął polemiki z lansowaną i niemożliwą do udowodnienia tezą Jana Tomasza-Grossa, że Polacy w czasie II wojny światowej zabili lub przyczynili się do śmierci  więcej Żydów niż Niemców. Pod względem warsztatu, wykorzystania źródeł, eseistyka Jana Tomasz Grossa jawi się niewspółmiernie słabiej od narracji Snydera, który cały czas utrzymuje w książce równy poziom, poza zakończeniem, które stało się egzemplifikacją liberalnego wyznania wiary i obsesje profesora Snydera. W ostatnim rozdziale tej oryginalnej i arcyciekawej książki Timothy Snyder po prostu "odleciał". Cytując Adorno i Horkheimera piszących o kryzysie mieszczańskiego świata, pisząc o kryzysie gospodarki rynnowej, Snyder zabawił się w wyszukiwanie, kto może być następnym obiektem Holokaustu. Snyder nie zauważył, że chrześcijanie zostali praktycznie wymordowani przez islamistów od 2003 roku w Iraku i Syrii, choć dostrzegł, że przyczyną katastrofy Bliskiego Wschodu jest idiotyczna polityka USA po 11 września 2001 roku. Dostrzegł, że Putin zburzył porządek po II wojnie światowej, ale zarazem dostrzegł, że spiskowa teoria o homoseksualnym lobby ma tyle samo wspólnego z prawdą, co mit Żyda na Wall Street. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatni rozdział jest najsłabszą intelektualnie częścią tej ważnej, intrygującej i klarownie napisanej książki. Dlaczego? Bo to publicystyka z "Wyborczej" wzięta. Niepotrzebna, choć wynikająca z konieczności zamknięcia książki metaforą odnoszącą się do przyszłości.

Słówko o metaforze tytułu - w oryginale "Black Earth", można dosłownie traktować to jako odniesienie geograficzne do znakomitych ukraińskich i rosyjskich czarnoziemów, które mogą rodzić chleb, stały się masowym grobem milionów ludzi, których skazała na eksterminację polityka Niemców. Jest chyb jeszcze jedno wytłumaczenie "Black Death" to nawiązanie do czternastowiecznej dżumy. Podobieństwo językowe tych dwu wyrażeń przenosi książkę Snydera do rzędu metafor intuicyjnych, jak nazywam świadome i zamierzone użycie przez autora nawiązania do innego wydarzenia nadając mu nowe, uaktualnione znaczenie. Jeśli tak rozumować Czarna Ziemia, to metafora planety ogarniętej trądem, jadem nienawiści jednego do drugiego człowieka. Wówczas ludobójstwo uprzemysłowione stanie się przypadłością każdego pokolenia.

Książka Snydera polecam każdemu zgłębiającemu historię Holokaustu, studentom historii, którzy chcą się uczuć warsztatu, jak pisać historię, żeby nie nudzić nią oraz każdemu, kto zadaje sobie pytania o kondycję człowieczeństwa A. D. 2016. I to nie jest bynajmniej wesoła konstatacja.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Dunkierka, czyli doskonały film z kłamstwem w tle.

Czytelniku,

Christopher Nolan ma opinię niezwykle sprawnego reżysera, który potrafi z oklepanego tematu uczynić arcydzieło gatunku. Jego trylogia Batmana z Christianem Balem z pewnością wejdzie do historii kina pop. Reżyser ten ma szczęście i do tematów i do aktorów. Bale, nieżyjący już niestety Heath Ledger, doskonały Mathew McConaughey, i wiele innych wielkich nazwisk składało się na znakomite filmy science fiction, takie jak "Incepcja", "Interstellar", czy "Mroczny rycerz".
Realizując "Dunkierkę" Nolan pokusił się o monumentalne kino wojenne, a producenci widząc scenariusz wyciągnęli z kieszeni wielkie pieniądze. Oglądając ten film w kinie widz ma wrażenie współuczestniczenia w koszmarze wojny, ale ja będąc historykiem miałem poczucie gwałtownego niesmaku. Dlaczego?

Alianci w tym filmie są ukazani z perspektywy zwykłych żołnierzy. Poznajemy ich z perspektywy ulicy w mieści, a potem plaży bombardowanej przez stukasy. To żołnierze, ale także cywile - jak rodzina Brytyjczyków (ojciec z synami), którzy pomagają ewakuować do Anglii ponad trzysta tysięcy alianckich żołnierzy. Fabuła łączy walkę na morzu, walki powietrzne oraz na lądzie. Ja jednak nie kupuję tego filmu.

Nie ma w tym filmie Niemców. Są oni po prostu "wrogiem", lub przeciwnikiem, są jacyś "oni", i tylko naprawdę wtajemniczeni wiedzą, co oznaczają biało-czarne krzyże na kadłubach samolotów jakie bombardują na plażach Brytyjczyków. Na początku filmu dzisiejszy widz nie wiedzący nic o koszmarze II wojny światowej raczony jest informacją, że "wróg otoczył aliantów". Nawet jak strzelają w plecy żołnierzom bez broni, to są dalej nienazwanym, anonimowym wrogiem. Można oczywiście powiedzieć, że nie taki był zamysł filmu, i tak dalej. Nienazwanie przeciwnika masakrującego na plażach alianckich żołnierzy jest celowym przemilczeniem, które jednak zmienia całą pedagogikę i wymowę filmu. Film Nolana jest dziełem ukąszonym przez obrzydliwą poprawność polityczną. Niemcy mogą czuć się naprawdę dobrze oglądając ten film. Film może się podobać, bo jest bardzo sprawnie zrealizowany. Uważam, że "Dunkierka" jest  filmem z zafałszowaną tezą historyczną. Dziś w Polsce toczymy dyskusję o nowej polskiej ustawie (którą uważam po koniecznych poprawkach i doprecyzowaniu za słuszną), która wprowadzi penalizację ohydnej zbitki używanej w zachodnich mediach "polskie obozy śmierci". To wyjątkowo podłe kłamstwo jest czymś czego w Polsce nie możemy zaakceptować. Jednak mało kto zwraca uwagę na to, że Niemcom udało się "wyprać" z kontekstu etnicznego nazistów. Dla mnie jest jasne: naziści to Niemcy. 

Jednak film ten pomijając Niemców wybiela ich. Churchill jest wzmiankowany jedynie jako przywołany z offu głos, a Hitlera w tym filmie nie ma. Nie ma niemieckich zbrodni, niemieckiej agresji i błędów. Tu i ówdzie słyszy się słowa komentujących ów film, że Hitler zatrzymał czołgi pod Dunkierką, żeby pozwolić Anglikom uciec. Nic z tego. Powodem zatrzymania natarcia na Dunkierkę w maju 1940 roku była urażona miłość własna Hitlera. Wykonując plan Mansteina ataku na Francję i kraje Beneluxu Niemcy przejechali Ardeny i skierowali się na północ w stronę kanału, żeby odciąć wojska brytyjskie i francuskie. Taki był plan, ale Hitler chciał zatrzymać natarcie na jeden dzień w Sedanie. Dowodzący natarciem generał Guderian rozumiał plan Mansteina w przeciwieństwie do Hitlera i zignorował rozkaz wodza. To wystarczyło. Hitler zatrzymując natarcie pod Dunkierką chciał zdyscyplinować niemieckich generałów, a że skorzystali na tym Anglicy ratując siłę żywą swojej armii, było sprawą drugorzędną.

Film jest dramatem osaczenia. To osaczenie potęguje niezwykle sugestywna muzyka. Okręty naprawdę toną, a dramat ludzi zamkniętych w pomieszczeniach tonących statków jest naprawdę przejmujący. Jest w tym filmie strach, dobitnie zagrany (Cillian Murphy), jest odwaga starego ojca, który ukrywa prawdę o śmierci syna i dalej, jak gdyby nic wykonuje swoje obowiązki. Aktorsko "Dunkierka" jest może nie wybitna, ale bardzo solidna, wyważona i bardzo dobrze zmontowana. Pod względem aktorsko-artystycznym ocena jest i musi być bardzo dobra. Na pewno będą w 2018 Oscary.

Szerokie tło historyczne w filmie Nolana nie istnieje. Jest to film ciekawy, świetnie zmontowany i sugestywnie zagrany. Ale powtarzam - jest to film zafałszowany historycznie, dzieło doskonałe w pedagogice politycznej poprawności.

czwartek, 25 stycznia 2018

"Wielka Odmowa" Dariusza Rosiaka. Książka o KUL i nie tylko


Dariusz Rosiak „Wielka Odmowa. Agent, filozof,antykomunista”, wyd. Czarne, 2014. 

Był chyba styczeń 2001 lub 2002 roku. Był zimny dzień, pamiętam, że było sobotnie popołudnie, wyszedłem szybko z autobusu nr 9, którym jechałem z lubelskiego LSM na stare miasto do klasztoru dominikanów w Lublinie, gdzie co tydzień prowadziłem spotkania filmowe. Wyświetlaliśmy filmy na wielkim telewizorze, a potem następował DKF. Pamiętam, że na starym mieście spotkałem kolegę, z którym szybkim marszem mimo mrozu i lodu skierowaliśmy się do położonej na prawo od lubelskiego dawnego ratusza klasztoru oo. Dominikanów. Były to trudne lata dla lubelskiego konwentu; remont, który w ostatnich latach uświetnił tę jakże zasłużoną dla historii Polski budowlę, wówczas był tylko marzeniem. Aby pójść do DA Złota, należało wejść w klasztorną furtę po prawej stronie Kościoła, przejść następnie przez bramę. Zawsze zastanawiało mnie kto mieszkał nad bramą. Wszyscy wiedzieli, że to ojciec Mieczysław Albert Krąpiec, były rektor KUL, wielki tomista, wielki filozof.

Przeszliśmy wówczas szybko na „mały dziedziniec” klasztoru i zauważyliśmy, że w połowie krótkiego odcinka zmrożonego chodnika leżał człowiek. Nie mógł się pozbierać. Najwyraźniej przewrócił się na oblodzonym chodniku i rozbił kubek z herbatą. Zaklął niemal tak siarczyście jak mróz. Pomogliśmy mu wstać. Otrzepaliśmy go ze brudnych drobin lodu. Zapytałem, czy nic się ojcu nie stało? Powiedział, że pić mu się chciało i z kuchni herbaty sobie przyniósł. Był to właśnie ojciec Mieczysław Albert Krąpiec. Był ubrany w gruby sweter zapinany na guziki. Nie nosił habitu.  Podziękował nam, po czym sprawdził moją umiejętność komunikowania się językiem łacińskim. Zarecytowałem wówczas z pamięci początek dzieła Cezara „Comentarii de bello Gallico”. Ojciec Krąpiec mi przerwał i zaczął cytować jakieś teksty łacińskie, chyba z Sumy Teologicznej św. Tomasza. To było moje pierwsze i jedyne spotkanie z ojcem profesorem Krąpcem. Powiedział podobno do jednego z naszych duszpasterzy, że mam całkiem dobre średnie wykształcenie.
Takim Krąpca zapamiętałem.

Ta opowiastka nasunęła mi się, kiedy przeczytałem bolesną książkę Dariusza Rosiaka „Wielka Odmowa. Agent, filozof, antykomunista,”, wydaną przez wydawnictwo Czarne w tym roku. Nie będę się wypowiadał o etycznych wyborach ojca Krąpca. Był rektorem KUL w czasach dla uczelni trudnych, jednak sądzę, że w miarę oddalania się PRL, te emocje będę gdzieś blakły, stawały się mniej przejrzyste, czytelne (na przykład dla młodzieży, którą uczę, PRL jest straszno-śmieszny, jak Mars, albo Wenus). W moim przekonaniu pisząc o książce Rosiaka trochę piszę z perspektywy KUL, jaki ja pamiętam. Spędziłem na KUL długie siedem lat mojego życia. Znam więc tę uczelnię.
Czym jest książka Rosiaka? Oskarżeniem, próbą odbrązowienia legendy, złamania tabu, że o bohaterach kościoła nie pisze się źle? Na książce widnieje zapis – reportaż. Ja odbieram ów tekst przede wszystkim jako esej o heroizmie i cenie zdrady. Tekst jest złożony z trzech płaszczyzn. Najważniejszy jest chyba Krąpiec, a drugi bohater Janusz Krupski, jego zmaganie się z reżymem komunistycznym, zostało włączone do narracji jako równoważnik. Wydaje mi się, że Rosiak nie do końca sprawnie wybrnął z tego narracyjnego galimatiasu trzech wzajemnie się nakładających wątków. Trzecim bohaterem jest wysoki rangą oficer SB, z którym autor książki koresponduje mejlowo. Z tego wątku dowiadujemy się o zakłamaniu, jakie stało się częścią życia tegoż oficera SB. Człowiek ten chce być bardzo ważny – dla mnie w  książce nie był ważny, nie uwierzyłem w jego „czyste intencje”, nie zacytuję na moim blogu jego nazwiska. Ten człowiek na to nie zasługuje.

Czepię się również tytułu. Postawienie słów w szeregu „agent, filozof,antykomunista,” jest uporządkowaniem perspektywy, w jakiej autor odczytuje Krąpca. Tytuł, być może wprowadzony przez wydawnictwo, na pierwszy plan stawia agenturalną działalność Krapca. A przecież tak nie było. Nie przedstawia Rosiak twardych dowodów, choć pisze, że nie zachowało się zobowiązanie do współpracy, ani kwity odbioru pieniędzy. Rosiak chyba przekonująco sugeruje, że źródłem domniemanej współpracy ojca Krąpca z SB, była jego pycha. Pojawia się teza niezwykle dosadna, że sam jego wybór na rektora był po prostu wynikiem sprawnej gry operacyjnej SB. Przekonanie o własnej wielkości okazało się w narracji Rosiaka dla ojca Krąpca zgubne. Krąpiec jest opisany w narracji Rasiaka z kilku perspektyw: jako rektor KUL, jako współpracownik Wyszyńskiego, jako człowiek nieustannie balansujący na cienkiej linii. To ciekawa narracja, ale chce się dowiedzieć więcej. Z racji zniszczenia teczki TW „Józefa” jest to niemożliwe.

Bolesne pytanie, jak Krąpiec łączył bycie wielkim rektorem KUL, wielkim znawcą św. Tomasza, wielkim autorytetem, dominikanina i agenta SB w sobie pozostaje bez odpowiedzi.

Książka Rasiaka jest i może być dla przyjaciół, współpracowników rektora niezwykle bolesna. Ja jednak twierdzę, że Polska potrzebuje takich narracji, bu nazwać rzeczy po imieniu, a może przede wszystkim, by próbować zrozumieć. Ja jako historyk chciałbym zrozumieć Krąpca jako rektora KUL. Współpraca z SB mogłaby być elementem koniecznej gry, by wyciągnąć od komunistów tyle, ile się da. Krąpiec to osiągnął. Stworzył uniwersytet, którego legenda sięgała w czasach komunizmu daleko poza PRL. Cena jaką zapłacił jako człowiek, jest ogromna.

Nie oceniam. Cieszę się, że nie muszę żyć w tych podłych czasach.Tę książkę trzeba znać, bo historia Kościoła w PRL nie była biało-czarna jak habit i kapa dominikanów, ale miała wiele odcienie szarości. 

niedziela, 21 stycznia 2018

Esej o "Wołyniu" Wojciecha Smarzowskiego

Czytelniku,

W 2009 roku, na kilka lat przed wybuchem wojny ukraińsko-rosyjskiej, miałem okazję zwiedzić Wołyń i Podole w podróży życia. Wstrząsnęła mną pustka Wołynia oraz jego cisza. W Łucku na mszy 14 lipca 2009 roku katolicki biskup łucki mówił o "tragedii". Ktoś, kto nie zna kontekstu mógłby się dopatrzyć jakiegoś apokaliptycznego nieszczęścia, kosmicznej katastrofy, która zamieniwszy się w "tragedię" przeorała tę ziemię pozostawiając po obu stronach granicy polsko-ukraińskiej ciszę, która na Ukrainie jest miarą niepamięci i wyparcia OBCYCH, czyli Polaków, Żydów i Czechów, którzy zginęli pod ciosami siekier latem 1943 roku, a w Polsce była przez lata miarą NIEPAMIĘCI wymuszonej, niechcianej, wypartej, bo niewygodniej politycznie. Zastanawiało mnie to, czy Jerzy Giedroyć i środowiska paryskiej "Kultury" i ich wpływ na kształtowanie polskiej linii politycznej wobec naszych wschodnich sąsiadów po upadku ZSRR, nie wyrządzili pamięci Wołynia szczególnie wielkiej krzywdy. Linię Giedroycia podjęła Gazeta Wyborcza, która wkładała Polakom przez dwadzieścia lat do głowy, że Polacy uciskali mniejszości w II RP, że w sumie zginęło tylko 40 do 60 tysięcy ludzi, że był polski odwet, w którym AK zabijała biednych Ukraińców i że między tym, a tym, jest znak równości. Zaskakujące jest to, że polscy politycy, z lewa, jak z prawa, byli zaskakująco zgodni co do tego. Popieramy wszelkie dążenia Ukrainy, rezygnując z praw polskiej mniejszości, cichutko nie wspominamy o polskości Lwowa, bo w roku 2012 mamy wielkie polsko-ukraińskie święto piłkarzy.  

Pragnę zapewnić, że nie jestem żądnym zemsty polskim nacjonalistą, nie marzy mi się powrót na Kresy, nie chcę rozbierać Ukrainy razem z Putinem. Uważam, że Polacy i Ukraińcy powinni się pojednać, ale pojednać można się tylko na prawdzie. Strona ukraińska wykonała w zeszłym roku kilka niesłychanych i nigdy wcześniej nie podjętych gestów, jak złożenie przez prezydenta Poroszenkę kwiatów w Warszawie, przeprosiny pani Nadii Szewczenko, deklarację Kościoła Greko-katolickiego na Ukrainie.  To jednak jest początek tego procesu, a ja chciałbym napisać o filmie.

Film Wojciecha Smarzowskiego "Wołyń", jaki właśnie niedawno wszedł do kin w Polsce jest pierwszą wypowiedzią filmową polskiego kina na temat niesłychanie bolesny temat rzezi wołyńskiej 1943, czyli ludobójstwa dokonanego na polskich mieszkańcach Wołynia i Podola i okolic Lwowa przez ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) i Stepana Bandery (sam Bandera siedział wtedy w niemieckim obozie koncentracyjnym). Myślę, że widzowie znający filmowy warsztat Smarzowskiego odnajdą w tym filmie kilka charakterystycznych dla niego "chwytów" - niezwykle dobre są masowe sceny na ślubie (pierwszy film "Wesele"), poetyka brutalnej, werystycznej siły, z jaką pokazywana jest przemoc. O ile w przypadku "Drogówki" (to najsłabszy film tego reżysera) ta ekspozycja makabry, pachnącej rzygowinami i litrami wódki, ocierała się o pastisz własnego języka filmowego, w przypadku "Wołynia" przemoc jest środkiem do pokazania prawdy historycznej, opartej o rzetelne i niezwykle drobiazgowe studium historyczne. Jednym słowem Smarzowski niezwykle skrupulatnie odrobił lekcję historii. Za chwilę udowodnię to na szerszym historiograficznym gruncie.

Według mnie kluczem poetyckim do tego filmu jest jego zamknięcie. Do tej pory bohaterowie Smarzowskiego, czy to w makabrycznym "Domu Złym", czy w regionalnej i historycznej "Róży" ze świetnymi rolami Marcina Dorocińskiego i Agaty Kuleszy, uchodzili z życiem. Nawet zachlewający się wódą pisarz w wykonaniu Więckiewicza w "Pod mocnym Aniołem" ma szansę na wydostanie się ze swojego piekła. Zawsze w tych filmach (proszę niech Państwo zwrócą na to uwagę) kamera w ostatniej scenie unosi się ponad świat, pokazuje z góry (metafora milczącego Nieba) ziemski padół z jego brudem, cierpieniem i krwią, jak gdyby reżyser pragnął pozostawić ten świat, takim jakim jest, jednak z jakąś, może minimalną formą nadziei. W "Wołyniu" nie ma nadziei. Kamera zostawia świat w chwili (oczywiście unosząc się do góry), kiedy główna bohaterka i jej dziecko przekraczają nurty rzeki po moście. Jadą na wozie, razem z zabitym wcześniej przez NKWD ojcem chłopca, dobrym Ukraińcem Petro. Nikt chyba nie zwrócił uwagi, że to jest marsz przez nurty Styksu. To rzeka zapomnienia. Za rzeką, rozciąga się piękny świat, w którym nie ma już siekier, wideł, cepów i nienawiści. Nigdy nie widziałem tak przejmującej sceny śmierci, która w filmie o śmierci, byłaby tak wysoce zmetaforyzowana.


Skoro jest Styks, to musi być też Cerber, strażnik piekła. W moim przekonaniu są to Niemcy. Proszę zwrócić uwagę, że obecność Niemców w tym filmie zaczyna się w chwili, gdy latem 1941 roku, na dwa lata przed rzezią, napadają oni na Związek Radziecki. Niemcy, dokładnie tak jak w znakomitej książce Timothy`ego Snydera "Czarna ziemia", byli katalizatorem piekielnych scen, jakie rozgrywały się na zapleczu frontu wschodniego. Niemcy w tym filmie z lekkością berlińskiego filharmonika rozpętują nacjonalistyczne piekło mordując Żydów. Straszne są masowe sceny rozstrzeliwania Żydów w lesie, nad dołami, ale warsztatowo są bardzo filmowe i znakomicie zaprojektowane przez reżysera, który nie miał przecież wielkiego budżetu, zaledwie 11 milionów złotych. Porażają one plastycznością, a nagość została pokazana w sposób straszliwie obnażający ofiary. Myślę, że krytycy, a zwłaszcza filmoznawcy i badacze Holokaustu powinni docenić fakt pokazania tych scen, które mają historycznie fundamentalne znaczenie dla tego, co się stało latem 1943 roku. Snyder zwrócił uwagę, że Holokaust na ziemiach wschodnich, na terenie Związku Radzieckiego dokonywał się przy masowym udziale obywateli ZSRR mordujących Żydów.
Jednak tu mamy Wołyń, a więc tereny należące do Polski przed 1939 rokiem. Jednak mam wrażenie, że polska historiografia podejmująca badawczy trud opisania rzezi wołyńskiej zupełnie pomija to, no co zwrócił uwagę Snyder. A mianowicie, że tereny te zostały podwójnie zniszczone - przez Związek Radziecki w latach 1939-1941 oraz przez Niemców w latach 1941-1943. W tej przestrzeni podwójnej pustki prawnej, mentalnej i moralnej rozegra się Holokaust i jego odprysk, czyli ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej i czeskiej Wołynia. Pewnie Wojciech Smarzowski nie czytał książki Snydera, ale ta interpretacja wydaje mi się najodpowiedniejsza, która w sposób semantycznie spójny tłumaczy rzeź.

Oczywiście, że film jest opowiedziany historycznie w sposób nie oszczędzający nikogo. Polacy są panami sytuacji w 1939 roku. Mają lepsze morgi ziemi, lepsze widoki na przyszłość. Ukraińcy żyją ze swoją wyimaginowaną krzywdą, ponieważ w tym samym czasie na sowieckiej Ukrainie za przynależność do ruchu banderowskiego była natychmiastowa wywózka do sowieckiego obozu. Na Ukrainie sowieckiej umarło z głodu od 5 do 9 milionów ludzi w latach 1930-1933. Żydzi stają się natychmiast bardzo serwilistycznie lojalni wobec władz sowieckich, jakie na polskiej części Ukrainy rozpoczynają się jesienią 1939 roku. To też jest w filmie mocno pokazane. Tak jak wywózka Polaków w lutym 1940 roku. Kto ratuje wówczas polskich bohaterów? Ukrainiec zakochany w dziewczynie i jego matka. Chłopiec zginie zabity przez NKWD. Zatem upada argument podniesiony ostatnio przez dziennikarzy Wyborczej, że film Smarzowskiego nie pokazuje ani jednego dobrego Ukraińca.

Potem atmosfera się zagęszcza. Mrok jest coraz gęstszy. Rzeź jest stopniowana przez reżysera. Nie pokazał wbijania dzieciom gwoździ do głów, ani wbijania głów na żerdzie, rżnięcia piłami kobiet w ciąży, gwałcenia zwłok. A i tak straszliwa furia ukraińskiego motłochu (przepraszam, ale trudno inaczej nazwać tych ludzi) jest trudna do wytrzymania nawet dla ludzi głęboko zaznajomionych z filmową poetyką Smarzowskiego (jak ja). Przedsmak tego, co stanie się na Wołyniu, mamy już wtedy gdy głodni polscy żołnierze konsumują psa i wtedy zostają napadnięci przez Ukraińców. Zdzierają oni skórę z polskiego żołnierza. Smarzowski pokazał to w werystyczną, ocierającą się o horror precyzją. Ta scena grzęźnie w gardle. Wtedy widz wie, że ogląda nie cud polskich Kresów, tylko piekło. 

Piekło jest w tym filmie namacalne i jest jak amok, choroba, która ogarnia wszystkich i wszystko. To jest Zło absolutne, którego najbardziej sataniczną częścią jest obrzęd święcenia siekier przez ukraińskiego, greko-katolickiego księdza, który przemawia do ludu ukraińskiego w przypowieści o kąkolu i pszenicy. To jest straszliwa scena, nie wiem, czy prawdziwa. Polacy, jakich spotkałem we Lwowie, mówią że tak. Święcić kosy miał niższy kler ukraiński, przy milczącej aprobacie metropolity Szeptyckiego. Polowanie na Polaków jest ukazane jako furia. I powtórzę za redaktorem Piotrem Goćkiem z Polskiego Radia i "Do Rzeczy", że film Smarzowskiego uderza w najgłębsze miejsce mitu Polaków sprawców, ugruntowany przez książki Grossa i środowisko Wyborczej przez ostanie 15 lat, odkąd ukazali się "Sąsiedzi".  Tego Salon Smarzowskiemu wybaczyć nie mógł.

Film został całkowicie pominięty podczas  festiwalu polskich filmów w Gdyni. Wygrał kolejny masturbacyjny film, tym razem o rodzinie Beksińskich . Dowodzi to jednego: polskie tak zwane elity intelektualne, dyktujące Polakom co powinni czytać, na jakie filmy powinni chodzić, są w istocie głęboko i zajadle zainfekowane wirusem anty-polskim. Rozumiem to jako obawę środowiska Wyborczej, lewicy i nieboszczki Unii Wolności o tym, że władzę przejmą łyse pały z ONR-u. Brzydzę się jednymi i drugimi. Jury w Gdyni pokazały, że nie mają pomysłu, gubią się widząc film tak straszliwie obnażający Polaków i walący po głowie, bezkompromisowy, i bardzo dobry historycznie. Całe szczęście, że Smarzowski nie przyjął nagrody od prezesa TVP Kurskiego. Wykazał się klasą do końca. Rozumiem go. Smarzowski chce być niezależny od wszystkich środowisk politycznych. I przygotowuje teraz równie mocny film o pedofili w Kościele Katolickim w Polsce, ciekawe czy teraz Salon da mu nagrodę?

Film "Wołyń" pokazuje też polską zemstę. Jest ona równie potworna jak zbrodnie ukraińskie. W tej scenie, gdy Polacy zabijają Polkę, co za Ukraińca wyszła, mogą polscy widzowie zrozumieć na drodze paraleli ludobójstwo w Bośni oraz casus Rwandy, która chyba Wołyniowi pod względem bestialstwa najbliższa. Film Polaków nie oszczędza - są głupi, kłótliwi, nie potrafiący się zorganizować. A już bezlitosny jest wobec AK. Żyjemy mitem AK i Żołnierzy Wyklętych. A tymczasem AK nie potrafiła obronić - i nie chciała, bo tak chciał Rząd Londyński - swoich współobywateli i rodaków przed siekierami OUN. Scena rozrywania końmi polskiego oficera, rycerza i pięknoducha jest tak straszna, że nawet ja wytrzymałem to z trudem.
Uważam, że "Wołyń" Smarzowskiego jako jego osobiste dokonanie jest przykładem niesłychanej odwagi cywilnej i artystycznej, jaką wykazał się ten facet. Może pod względem artystycznym "Dom Zły" jest jeszcze straszniejszy, ale tamten film był poetyką horroru. A "Wołyń" Smarzowskiego uważam za najwybitniejszy polski film historyczny powstały po roku 1989 roku i jako taki przejdzie do historii.

czwartek, 18 stycznia 2018

Esej o polskim kinie wojennym III Rzeczypospolitej

Czytelniku, 

W roku 2008 w kwietniu przebywałem w Warszawie realizując ciekawą kwerendę w projekcie naukowym dotyczącym historii polskiego plakatu medycznego. Któregoś popołudnia zauważyłem na Krakowskim Przedmieściu ekipę filmową, pełno niemieckich żandarmów na ulicy, statystów ubranych w stroje z epoki. Mowa o "Czasie honoru", podkreślam dla wielu rodaków serial ten stanowi punkt odniesienia w dyskursie o niemieckiej okupacji i II  Wojnie Światowej. TVP wyprodukowała aż siedem sezonów, w tym specjalny opowiadający o Powstaniu Warszawskim. Śmiem twierdzić, że ci z historyków, którzy są raczej poglądów lewicowych i liberalnych nie docenili siły oddziaływania tego serialu. Myślę, że to on w odbiorze młodzieży kształtuje myślenie o okupacji niemieckiej w Polsce. Piszę o tym z zażenowaniem ponieważ obraz okupacji, jaki ów serial wyrabia u młodego widza, czy przeciętnie obytego Polaka z własną historią, jest bardzo fałszywy. Scharakteryzujmy pokrótce bohaterów tego serialu.

To nieskazitelne ikony. To personifikacje cnót wszelkich. Bracia Władek i Michał, ich Matka-Polka, prawdziwa i nieskazitelna pani doktor Konarska, niemal jak z medycznego mitu z „Na dobre i na złe”. Zakochany w niejakiej Wandzie Ryszkowskiej zawsze czysto ubrany Bronek, nieskazitelny Janek zakochany w ładnej Polce żydowskiego pochodzenia. A jakże, rodzina Sajkowskich jest zasygnalizowaniem Holocaustu, który w ujęciu tego filmu jednoznacznie kojarzy się z gettem ubranych ładnie ludzi, dzieci bawiących się na podwórku. Jak już trafia się kolaborant, to oczywiście Żyd, niejaki Mozler, były student profesora Sajkowskiego szantażujący ich biedną rodzinę przez dwa sezony. Kolaborantką jest osoba niepełnosprawna (sezon III). Mając takiego aktora jak Krzysztof Globisz reżyser filmu nie sprawił cudu: postacie z getta są wyprane z bólu. Są sceny, w ktorych filmowy Janek wchodzi do getta i wychodzi, wystarczy poczytać jak Jan Karski cudem wszedł do getta, jakie to było trudne. Żydzi, ktorzy są w tym serialu OK, to polsko-żydowska rodzina, która w gettcie znalazła się "przypadkiem". A pełnoprawny Żyd jest postacią negatywną, kolaborantem. Sa też polscy zdrajcy, ale nie tak dobitni jak Mosler. Błąd pars pro toto. Zgadzam się z krytycznym esejem o bzdurności tego serialu w eseju Kacpra Szuleckiego.Dzieci, młodzież wyrabiają sobie opinię o okupacji jako o wojnie i przygodzie. A tymczasem wyjście na ulicę w 1943 roku, to była wyprawa w ciemność.

http://kulturaliberalna.pl/2013/10/01/szulecki-wojna-z-plastiku-historia-z-kartonu-o-czasie-honoru/,

Oczywiście serial jest sprawnie zrealizowany przez Akson Studio, każdy odcinek dozuje z umiarkowanym okrucieństwem zbrodnie Niemców, ale za to bohaterskich czynów Polaków jest bez liku. I tak: Odbicie bez strat własnych więźniów jadących do Auschwitz (seria trzecia), udany zamach na gubernatora Fischera (seria czwarta), który chyba ginie w V serii i ożywa jak wampir i pojawia się w sezonie siódmym, napad na bank Rzeszy w gęstych uliczkach starego miasta w Warszawie (sezon drugi). Nawet jeśli pierwowzór miał miejsce, to dlaczego nie pokazuje się ceny, że za bohaterstwo płaciła Warszawa krwią? Jaka odpowiedź Niemców w filmie? Żadna. Narracja jest heroiczna, mityczna i bohaterska. Uproszczenie wojny i sprowadzenie jej do przygody jest właśnie użyciem historii jako alfabetu, o czym pisze niżej. Stąd bliżej do "Dział Nawarony" Allistaira MacLeina, choć ekranizację tą ogląda się z przyjemnością, a polski tasiemiec z narastającą irytacją. Bohaterowie zawsze wychodzą zwycięzcy, zostają ranni wielokrotnie przez okrutnego wroga, cierpią i leżą w szpitalu pod nadzorem matki-Polki oraz zakochanych w nim kobiet, i walczą, walczą, strzelając do niemieckich żołnierzy jak do kaczek i dokonują czynów heroicznych (zdobycia i sfotografowanie niemieckich rakiet koło Rzeszowa). Gdzieś między nimi pojawia się matka Ryszkowskiej-Różczki (Maja Ostaszewska nie wytrzymała patriotyzmu postaci przez nią granej i wycofała się po pierwszym sezonie), grana przez Ewę Wencel, nota bene pani Wencel jest też jednym z twórców scenariusza serialu. Wencel, skąd inąd bardzo dobra aktorka, co udowodniła w „Placu Zbawiciela” Krauzego, powinna otrzymać, tak jak inni twórcy scenariusza„Złotą Malinę” za najgorszy scenariusz na podstawie którego powstał serial wojenny. Jak można pisać scenariusz bez świadomości wagi wydarzeń historycznych, w oderwaniu od nich? Rok 1943, jakże kluczowy dla AK; rok powstania w getcie, aresztowania Grota-Roweckiego, sprawy katyńskiej został pominięty. Oczywiście pojawiają się wątki wzruszające – żydowski chłopiec ukrywany przez Wencel-Ryszkowską, Michał zakochujący się w femme fatale (naprawdę piękna Magdalena Boczarska ), którą nieszczęśliwie zastrzelił rodzony brat (sezon IV). Ale może nisłusznie atakuję Ewę Wencel. Może taka jest po prostu konwencja serialu, ciągnięcia w nieskończoność losu bohaterów, którzy poza nieszczęsnym Jankiem, który zginął w finale sezonu V, zawsze i wszędzie wychodzą cało. Czy mamy spodziewać się serii VIII w roku 1948? Czy seria IX będzie w 1951 roku?


Wszyscy mają niesamowite szczęście, a ilość nieprawdopodobieństw serialu jest wprost niewiarygodna. Błędów też, siostra Karola Ryszkowskigo (postać skomplikowana, brawo!) w sezonie pierwszym trafia do Auschwitz, choć obóz dla kobiet powstał tam w marcu 1942 roku, a w serialu mamy wiosnę 1941 przed atakiem Niemiec na ZSRR. Janek i Lena wchodzą i wychodzą z getta jak chcą (sezon II i III), Sajkowscy dostają mieszkanie w getcie sami. Intryga niemieckiego oficera jest naciągana. Jest tam kilka pokoi i ich rodzina mieszka sama. Wystarczy sięgnąć po publikację Jacka Leociaka, czy Barbary Engelking-Boni, żeby wypracować sobie obraz, jak wyglądało życie codzienne w gettcie. Nie było takiego mieszkania w "małym inteligenckim" getcie; gdyby było, w mieszkaniu Sajkowskich mieszkałoby 5 rodzin. Jak kogoś Gestapo aresztuje, tyleż razy jest wyciągany przez bohaterskie podziemie. Ryszkowska wyciągnięta z Pawiaka, Władek z Pawiaka, ilość ucieczek z Pawiaka z pewnością przewyższała wszystkie dokonania podziemia. Niemcy za każdym razem są idiotami, a idiotami nie byli. Byli źli, fakt, ale źli i inteligentni. Rozpracowanie znakomicie zakonspirowanego Grota 30 czerwca 1943 roku było wielkim tryumfem warszawskiego SD. O tym serial milczy. Dopiero od 1943 roku Armia Krajowa przeszła do ograniczonej akcji wymierzonej w kolaborantów, i niemieckich urzędników. Zastrzelono znienawidzonego szefa Arbeitsamtu. Akcja pod Arsenałem była tylko raz. Nie wyciągnięto nawet delegata rządu na kraj aresztowanego w 1943 roku, ale pal licho, Polak dziś dowiaduje się, że można było odbijać ile wlezie. W pierwszym dniu powstania esesman informuje Rainera, że są pod ostrzałem, po powstańcy mają "moździerze" (sic!). Nawet jeśli założyć, że jakimś cudem powstańcy zdobyć mogli moździerz, film sprawia wrażenie, że pierwsze dni powstania są oszałamiającym zwycięstwem. A tymczasem było odwrotnie. Pojawia się "inżynier" informujący, że powstanie będzie klęską, i szaleństwem. Tyle dobrze. Ryszkowska zostaje zesłana na roboty do Rzeszy (sezon IV), po czym znów cudownie zostaje odbita. Dwa razy odbita, uff, za dużo tego szaleńczego szczęścia. Scenariusz jest luźno oparty na historii, co można jeszcze zrozumieć, ale że jest nieprawdopodobny, tego nie sposób przyjąć do wiadomości. Serial jest mitem ku uciesze serc, jak Sienkiewicz tworzył mit ku ich pokrzepieniu.

Z kolei wróg jest w „Czasie Honoru” zaledwie zniuansowany. Niemcy są przeważnie głupi i brutalni, wyjątkiem jest Lars Reiner, postać specjalnie napisana dla Piotra Adamczyka, którego widok w mundurze oficera SS optycznie cieszy oko, choć jest jasne, że jest on wrogiem i musi przegrać, ale zachowuje swoje życie (sezon VI). Niemcy są albo bardzo głupi, albo diabelnie sprytni (oficer niemiecki podszywający się pod Tadeusza w wykonaniu Pawła Małaszyńskego – sezon trzeci). Oczywiście są też dobrze Niemcy (Otto, ukochany pani doktor Konarskiej), ale sprawia to wrażenie sztuczne, nierzeczywiste. Polka kochająca się w Niemcu w 1945 roku, to powodowałoby ostracyzm społeczny. Nasi bohaterowie urządzają Niemcom krwawe lanie (koniec sezonu III) zabijając w restauracji szefa warszawskiego Gestapo rodem z Krakowa (sic!), jego okrutnych katów, szefa Abwehry, niemiecką aktorkę (Karolina Gruszka – jak zwykle przepiękna). Za coś takiego Niemcy rozstrzelaliby z 500, może 1000 osób. Ale scenarzystka włączyła bieg uwznioślający; za coś takiego nic złego nie spotyka naszych bohaterów. O ubogości środków wyrazu scenarzystki świadczy fakt, że chłopcy dokonują tego samego numeru walcząc z wrogiem jeszcze okrutniejszym czyli z komunistami (sezon III z naprawdę dobrym Mirosławem Baką), czy w ogóle z PRL (sezon V I VI); napadają na teatr pełny sowieckich dygnitarzy porywając podłego oficera NKWD Zwonariewa (Grzegorz Damięcki). Rosjanie nie są zatem tak głupi jak Niemcy, ale są tak samo brani pod włos jak Niemcy. Wencel pisząc scenariusz porusza się po kliszach, utartych schematach i widać, że nie ma pojęcia o robocie scenarzysty.

Bracia Konarscy zawsze są zwycięzcami, nawet kiedy przegrywają. „Czas honoru” był po prostu oczywistą odpowiedzią na zapotrzebowanie społeczne mówienia o walce pod okupacją w sposób wzniosły oraz ideologicznie inny od komunistycznych do bólu, ale mimo wszystko pokazujących nędzę i dziki kapitalizm okupacji (znakomicie wykreowana postać Leona Kurasia) w „Polskich drogach” Morgensterna, czy mistrzowsko zrealizowanej, choć jeszcze bardziej gloryfikującej komunistów, „Stawki większej niż życie” tego samego reżysera.
Serial ten używa historii na zasadzie alfabetu; zjawisko to opisał szerzej prof. Marcin Kula w „Krótkim raporcie o używaniu historii”, Warszawa 2004.


Jeśli „Czas honoru”, jak czytam na profilu mej profesjonalnej koleżanki historyczki na facebooku, jest wskazywany przez recenzentów artykułów w czasopismach naukowych jako uprawnione odniesienie kulturowe wobec okupacji niemieckiej w Polsce (sic!), to ja się pytam, dlaczego historycy o orientacji prawicowej, a tych w Polsce jest większość, czepiają się PRL, że nie miała „polityki historycznej”? Mam świadomość, że to temat na osobny esej, może książkę, ale PRL przewyższała w swej polityce historycznej wszystkie bez wyjątku filmowe dokonania III RP. Jednak dlaczegóż się czepiam? „Czas honoru” opowiada okupację i pierwsze lata PRL w sposób mityczny, a mit jest przecież uprawnionym sposobem mówienia o historii. Pamiętam tekst Jerzego Topolskiego, że uprawianie historii jest zarazem walką z mitami i obowiązkiem dekonstrukcji tychże. Jak jednak można walczyć z wiatrakami?

Czy można przełamać obraz okupacji, jaki wyłania się z tego nieszczęsnego serialu? Czy można opowiedzieć okupację w sposób przemawiający do młodego widza? Pewną próbą była niewątpliwie ekranizacja „Kamieni na szaniec”, szkolnej lektury na której miały wychowywać się pokolenia Polaków w reżyserii Roberta Glińskiego. Na film, nie tylko dzięki szkołom poszło prawie 800 tysięcy ludzi, co jest wynikiem bardzo dobrym w skali naszej kinematografii.  W filmie tym mamy ten sam schemat, piękne młode buzie, na szczęście aktorów nieznanych do tej pory, przez co filmowe spojrzenie Glińskiego nabrało zaskakującej świeżości. Myślę, że uprawnioną jest teza reżysera, że każdy tekst można odczytać w inny sposób, swoisty dla klucza kulturowego danej epoki. A że żyjemy w czasach facebooka, histerycznych dzieciaków z liceów, uzależnionych od telefonów komórkowych, które w niezrozumiały dla mnie sposób przenoszą własne emocje na postaci z gier, kreskówek, słuchają muzyki, której nie rozumiem. Tak i Gliński nakręcił „Kamienie na szaniec” inaczej, pierwsze dwadzieścia minut w rytm szybkiej muzyki. Jego bohaterowie są eleganccy, ale biedni, mocna jest scena rozstrzelania ludzi, co widzą "Zośka" i "Rudy". Ginie w niej gołębiarz, mały chłopczyk. To bestialstwo Niemców rodzi coraz większą chęć oporu. Jednak nie ma w tej śmierci nic sakralnego; to nikogo nie zbawia. Gliński zrezygnował z wiernopoddańczej wizji, a jego film był ekranizacją lektury, ale w moim przekonaniu zadawał pytania dużo głębsze niż wyprany z jakiejkolwiek głębi „Czas honoru”. Gliński tym filmem na nowo próbuje nadać sens powtarzanego w naszej kulturze jak motto „Nie zabijaj”. Tym razem, „nie zabijaj, by sam nie zostać zabitym”. Filmowy „Zośka” w interpretacji Marcela Sabata jest piękny, ale zimny, czasami lucyferyczny. Tak jak "Czas honoru", aby mówić do współczesnej młodzieży, film jest wyprany z wątku religijnego. A tymczasem odniesienie religijne było ważnym kluczem kulturowym do zrozumienia świata pod okupacją.  

Śmierć „Rudego” i Zoskę zabija w dosłownym, ale i metaforycznym sensie. Jakże piękna jest scena, gdy „Zośka” dowiaduje się o odwołaniu odbicia więźniarki, i kiedy samochód z zamęczanym „Rudym” przejeżdża obok niego, obydwaj wyczuwają się, mimo że, się nie widzą. Zmasakrowany „Rudy” odwraca twarz w stronę przyjaciela wiedząc „szóstym zmysłem” (niech mi wybaczą wielbiciele Shalaymana), że on jest na ulicy. Piękna to jest scena i bardzo filmowa. Gliński nie zawahał się pokazać postaci nie utkanych z ojczyzny i ideałów, ale z krwi i ciała. Nie zawahał się w ekranizacji pokazać nagości i scen erotycznych, ale one są psychologicznie uzasadnione. Są przeciwwagą dla zabijania. Czym można pokonać śmierć niż afirmacją życia?

Uważam, że Niemcy są pokazani w nowej ekranizacji „Kamieni na szaniec” w sposób niezwykle przemawiający do wyobraźni widza. Zasługa dwu znakomitych niemieckich aktorów grających osławionych przez książkę Kamińskiego katów z Gestapo, z Alei Szucha, podoficerów SS, sadystycznego Ewalda Lange (znakomity Wolfgang Boos) i Heberta Schulza (ironiczny Heiko Raulin). Znakomicie są zbudowane sceny z ich udziałem, począwszy od pierwszego przesłuchania „Rudego” na Szucha, przez zrzucenie „Rudego” ze schodów, i oblewanie wrzątkiem. Siedziba Gestapo jest naprawdę miejscem umierania, zakrytym przed Miłosierdziem Bożym. Do rangi tortury graniczącej z wytrzymałością urasta zwykła woda w czajniku. Jednak film nie odpowiada w imię czego „Rudy” (bardzo dobry Tomasz Ziętek) z nosi te potworności? W imię czego ci chłopcy chcą ratować przyjaciela? Film Glińskiego, za co cenię go bardzo, pokazuje też cenę „Akcji pod Arsenałem”. Niemcy rozstrzelali 300 Warszawiaków. W idiotycznym „Czasie honoru” takich pytań jak Gliński się nie stawia. Tam bohaterstwo jest zawsze nagrodzone, a zło ukarane.

Znów świetna, filmowa scena; noc, leje deszcz, śmierć przyniesie karabin maszynowy, a ironiczny Schulz musi zastrzelić Warszawiaka śpiewającego kpiarską piosenkę w rytm melodii „Siekiera, motyka, piłka, szklanka, w nocy nalot, w dzień łapanka”. Schulzowi nie chce się wierzyć, że Polak jeszcze śpiewa mimo że karabin maszynowy skosił wszystkich. Niemcy nie rozumieją istoty i sensu polskiego oporu, każącego odbić jednego człowieka, mimo śmierci 300 innych. Bestialstwo Niemców jest w tym filmie nieprzekłamane, a wyrok na nich wykonany przez harcerzy nie ma w sobie nic z heroiczności „skazuję cię na śmierć w imieniu Rzeczypospolitej”. Schulz przed śmiercią cierpi odrobinę tego, co zniósł „Rudy”. Mniejsza o historyczność wykonania wyroku na Langem, który zginął na placu Trzech Krzyży w środku dnia. W filmie harcerze dosięgają go na klace schodowej własnego mieszkania. Śmierć za śmierć, ale nikogo to nie zbawi. Klimat filmu Glińskiego jest posępny, może dzięki muzyce, obrazowaniu, sposobie prowadzenia kamery.

Z kolei „Miasto`44” jest bardzo ryzykownym filmem. Powierzenie tego filmu reżyserowi Janowi Komasie, autorowi „Sali samobójców” jest przełożeniem Powstania Warszawskiego na język rozhisteryzowanych dzieciaków, którym reżyser chyba sam jest. Jego bohaterowie mają skomplikowane relacje z rodziną  - tak powstaniec robiący przed bratem i histeryczną matką zabawę na ulicy, tak jak histeryczny nastolatek z „Sali samobójców” demonstracyjnie całujący posąg. Film Komasy jest filmem efekciarskim, bez większej głębi, w zasadzie bez sprawnego scenariusza. O ile w kamieniach na szaniec opozycja bohaterów z arystotelesowskiego dramatu „protagonista – antagonista” jest widoczna na zasadzie podwójności Zośka-Rudy naprzeciw Langego –Schulza, o tyle bohater Komasy nastolatek „Stefan”, jest paniczykiem bez korzeni. Nie wiadomo, za bardzo kto jest wrogiem, bo Niemców w tym filmie prawie nie ma. Obserwuje ów Stefan śmierć matki i brata rozstrzelanego na Woli, a potem równie beznamiętnie uprawia seks w gruzach z napotkaną akurat dziewczyną. Panseksizm, w jakim żyjemy codziennie sprawił, że seks na ekranie w ogóle mocno się zdewaluował. Nie ma nim ani krzty podniecającego suspensu Anity Ekberg i Marcello Mastroianiego w Fontanie „Di Trevi”. Rację ma więc Ridley Scott, który powiedział dziennikarzom dlaczego w jego filmach nie ma seksu, że zwyczajnie jest nudny, a dla aktorów upokarzający. Dlatego mistrz Ridley Scott nie pokazuje go: Komasa przeciwnie, próbuje budować jakieś przeżycia wewnętrzne bohaterów w obrębie tożsamości seksualnej ("Sala samobójców") i na siłę buduje kretyńską scenę seksu wśród wybuchających pocisków. Wątek religijny praktycznie nie istnieje. Ale to jestem w stanie zrozumieć; młodzież, jaką uczę, coraz mniej rozumie z religii i nie rozumie zasad wiary. Gdy dodamy, że Komasa zbudował oś dramaturgiczną filmu w kanałach, oraz podczas wybuchu czołgu-pułapki, nasza bohaterka, egzemplifikacja polskiej kobiecości druga dziewczyna zakochana w naszym bohaterze Stefanie, postanawia go uratować pod deszczem spadających szczątków ludzkich i krwi padającej jak deszcz. W sumie „Miasto`44” jest filmem bez scenariusza, słabym, epatującym okrucieństwem i w zasadzie pocztówką z umierającej Warszawy. Komasa nie zbudował nawet próby odpowiedzi na pytania: dlaczego jego młodzi bohaterowie idą do powstania, z kim walczą, co to jest Polska, za którą umierają, oczywiście w jego filmie musi być dobry Niemiec. Jest taki, nie zabija naszego bohatera. A gra go Max Riemelt, pamiętny bokser ze znakomitego niemieckiego filmu „Napola” (u nas tytuł „Fabryka Zła”). Dla mnie lubiącego niemieckie kino to taki mały rodzynek w tym niespecjalnie smacznym cieście.

Są inne wypowiedzi filmowe, wyprane z uproszczeń „Czasu Honoru”. Wstrząsająca „Obława” Marcina Krzyształowicza ze świetną rolą Marcina Dorocińskiego. W tym filmie Zło egzemplifikowane przez wojnę jest wszędzie i oblepia wszystkich jak błoto. Narracja filmowa jest alinearna. Sceny z przeszłości bohaterów przeplatają się, cofają, bądź biegną do przodu. Wszyscy mają w sobie tajemnicę, a zabijanie jest jak zarżnięcie wieprza na szynkę. Bohater grany przez Dorocińskiego prowadzi na egzekucję Ślązaka w mundurze SS (jakaż to mocna wypowiedź na tezę Kutza, że Ślązacy nie mieli wyboru) i rozmawia z nim o piłce nożnej, zwyczajnie, kto grał w jakim klubie, po czym strzela swej ofierze w łeb. Finalna scena gotowania zupy z ciała niemieckiego żołnierza nie jest jedynie ekspozycją makabry w stylu, jaki do światowego kina wprowadził Jonathan Demme w „Milczeniu owiec”. Kanibalizm jest ostateczną granicą, odarcia człowieka z resztek człowieczeństwa, unurzania wszystkich i wszystkiego w brudzie, krwi i śmierci. Nikt nie jest święty. Świętość jest mitem, a niebo jest zamknięte. Sądzę, że „Obława” jest najbardziej niezwykłym, złowrogim, przemawiającym obrazem nihilizmu, jaki wytwarza wojna, jaki widziałem w polskim kinie w ostatnich latach. Nie ukrywam, że „Obława” jest filmem w którym najbliżej do słów Grochowiaka:
Lubię brzydotę,
Jest bliżej krwioobiegu słów, gdy je przekręcać i udręczać…

Kreację żołnierza AK, który zostaje zgnieciony przez wojnę, i upokorzony do granic możliwości Dorociński powtórzył w „Róży” Wojciecha Smarzowskiego. Film ten niesłusznie pominięty na festiwalu w Gdyni jest niezwykłym jak na polskie warunki i debatę o polskości w czasie wojny i po jej zakończeniu. Rozmywa on granice wąsko pojętej „bogoojczyźnianej walki”. Ta walka jest już zwyczajną walką z bandziorami sowieckimi, w której siekiera jest równie dobra jak karabin snajperski. Jednak obraziłbym Smarzowskiego posądzając go o politykowanie. „Róża” jest opowieścią o miłości niemożliwej, ale krańcowo prawdziwej. Relacja miłosna jest tutaj wariantem ewangelicznego „Noli me tangere”. Seks, czyli język fizycznej miłości jest w tym filmie elementem przyniesionego przez Sowietów odruchu zemsty, zniszczenia dawnego świata i stworzenia nowego, proletariackiego. Nie wiem, czy ktoś odważyłby się w dzisiejszych Niemczech na scenę zbiorowego gwałtu taką, jaką pokazał Smarzowski. Żołnierze radzieccy byli i zachowywali się jak bydlęta, ale scena ta jest też aktem samo-poświęcenia, miłości matki do córki, której pragnie oszczędzić losu innych niemieckich kobiet. Niezwykłe jest też to, że Smarzowski robiąc film o roku 1945 na Mazurach zrobił film o Niemcach, o tożsamości, identyfikacji, próby opisania stanu POWOJNIA językiem, którego polska historiografia dopiero się uczy. Mam na myśli „Wielką trwogę” Zaremby. 

Recenzja: Ryszard Kaczmarek, Polacy w armii Kajzera na frontach I wojny światowej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, ss.560

  Wydawnictwo Literackie wydało na setną rocznicę wybuchu I wojny światowej drugą po świetnej książce prof. Chwalby   Autorem opracowania je...