niedziela, 24 sierpnia 2025

Recenzja: Wolfgang Münchau, Kaput. Koniec niemieckiego cudu gospodarczego, tłum. Barbara Kocowska, wyd. Prześwity, Warszawa 2025, ss.224 #Niemcy #kaput

 



Wpadła mi w ręce na warszawskim dworcu głównym - nie ma to jak kupić książkę na dworcu, gdy za 5 minut odjeżdża twój pociąg - ciekawa książka niemieckiego ekonomisty, Wolfganga Münchau, który jak przyznam w tej recenzji naprawdę potrafi pisać o współczesnej ekonomii ciekawie i prosto, co przekłada się na bardzo intrygujący efekt. Jego książka "Kaput. Koniec niemieckiego cudu gospodarczego" jest fascynującą opowieścią o tym, jak przez ostatnie 20 lat Niemcy zarżnęli swój kraj. To pewien istotny paradoks, bo Bundesrepublik zachowała ogromną siłę polityczną w Europie, robiąc wszystko, żeby kraje ościenne - rozwijające się szybciej niż one - zostały politycznie i gospodarczo zatrzymane, żeby nie urosły za bardzo. Dziś Francja, choć dwadzieścia lat temu, miała gospodarkę przeetatyzowaną i nie dościgała Niemiec, dziś bije Niemcy na głowę posiadając tańszą energię. To Niemcy dziś są chorym człowiekiem Europy i kto tego nie widzi, jest ślepcem. 

Jednak jak to się zaczęło? Autor stawia tezę, że wszystko zaczęło się od błędnej polityki kredytowej banków, które należą do landów i miast, lub są prywatne. W radach nadzorczych tych banków zasiadali ludzie zależni od polityków, i zaczęli błędnie inwestować. W latach 80-tych XX wieku Niemcy stały się królestwem telewizji kablowych. Któż w Polsce nie marzył wtedy o oglądaniu filmów z SAT1, albo z RTL? Któż z młodych nie słuchał i nie oglądał niemieckiej telewizji muzycznej VIVA? Sieciami kablowymi położono kable telefoniczne i Internet. Kiedy w roku 2012 byłem z młodzieżą z Gliwic w Bayreuth na wymianie z programu Comenius (dziś zastąpionym przez Erasmus Plus) nie działało WiFi, które działało u nas w szkole w Gliwicach! Nie działał wolny Internet w miejscach publicznych. Teraz rozumiem dlaczego. Niemcy nie mają mocy przesyłowych Internetu. Nie stworzyli tego, co przez ostatnie lat 15 (nie wyłączając rządów PiS) stworzyła Polska, która z Internetem i cyfryzacja usług, sektora bankowego, po Blika, i cyfryzacje podatków czy wystawiania recept prześcignęła Niemcy o lata świetlne. Niemcy tego nie mają. Dlaczego? 

Potęga Niemiec była oparta na przemyśle, bo Niemcy z tego żyli - niemieckie samochody, niemiecka chemia, niemieckie lekarstwa, to wszystko potrzebowało taniej energii. A tę zapewniały znakomite elektrownie atomowe. W 2015 roku Bundestag przyjął miażdżącą ilością głosów ustawę zamykającą je wszystkie, czego dokonała Angela Merkel. Niemcy postanowili zamienić tanią energię atomową na rosyjski gaz, uzależniając siebie i wszystkich wkoło od Rosji. I oczywiście w tym tkwi przyczyna inwazji rosyjskiej na Ukrainę, bo Putin wiedział, że uzależniona Europa będzie bezwolna. I nie pomylił się. Dalej jest już kwadratura koła. Po 2022 roku nie będzie taniego gazu z Rosji. Więc Niemcy wymyślili wiatraki, tylko że okazało się, że mają najdroższą energię w Europie. I nikt nie może mieć innej, bo jeśli tak będzie, Niemcy przestaną być konkurencyjne. I dlatego jest handel powietrzem ETS 1 i 2, który zażyna inne kraje Europy. Niemcy nie potrafią wyjść z tego zaklętego kręgu. Najwięcej elektrowni węglowych mają...Niemcy i najwięcej emitują CO2 do atmosfery w Europie. Autor wyraźnie konkluduje, że droga energia i drogi gaz okazał się samobójstwem dla niemieckiego przemysłu chemicznego. Tylko że Niemcy sami sobie to zrobili. Sami się zaorali. Gdy dodamy do tego mnóstwo migrantów żerujących na niemieckim modelu socjalnym nie można mieć pretensji do tych ludzi, ponieważ nawet gdyby chcieli pracować...nie mogą, bo nie pozwalają na to niemieckie przepisy. Na domiar złego Niemcy przenieśli dużą część produkcji podzespołów i silników samochodowych do Chin i teraz stali się niewolnikami chińskiej mocy wytwórczej. 

I tak Niemcy położyli branżę motoryzacyjną, chemiczną, nie są w stanie stworzyć u siebie stanowiska dla HIGH-TECHÓW, ponieważ nie mają szybkiego Internetu. Konsekwencja tego jest niemoc Niemiec, w paroksyzmach rządów Angeli Merkel i Olafa Scholza Niemcy nie mają też armii. Ciekawe, czy polskie elity przeczytają te książkę?  Znamienne jest to, że autor napisał książkę po angielsku. W Niemczech by nie przeszła. 

Jedynym mankamentem książki jest jej cena. 69,90 za cienką stu kartkową książkę to zdecydowanie za dużo. Ale co ja tam wiem o cenach książek, prawda? 

Zdecydowanie polecam 8/10 



piątek, 15 sierpnia 2025

Recenzja: Tomasz Terlikowski, Mateczka. Śledztwo w sprawie mariawitów, ZNAK, Kraków 2025, ss. 378

 


Książka Tomasza Terlikowskiego jest jedną z najnowszych propozycji tego znanego dziennikarza i publicysty, doktora filozofii i jednocześnie od lat jednym z bardziej znanych i gwałtownie zaangażowanych publicznie katolików w Polsce. Terlikowski wiele lat temu słynął ze swoich ultrakonserwatywnych pozycji, dziś zastąpił redaktora Mazurka w RMF FM. Istotą ocen Terlikowskiego jest ich ostrość przekazywana w formie egzaltacji, i choć on sam zmienił trochę poglądy, książka pozostaje wierna tym retorycznym osobistym uwarunkowaniom. To, co jest medialną atrakcyjnością Terlikowskiego, cierpiącego od lat na kompleks nieomylności, w tej książce stało się jego słabością. 

Książka ma bardzo klasyczną konstrukcję w siedmiu częściach i dwudziestu dwu rozdziałach ułożonych w metodzie chronologiczno-problemowej. Zaznaczam, że Terlikowski pisze tę książkę z perspektywy śledczego, prokuratora i sędziego jednocześnie i widać to już w pierwszych akapitach. Dla niego historia mariawityzmu została w tej książce - już we wstępie - okraszona tezą, że za powołaniem tego kościoła i mariawicką reformę stał skandal seksualny. I choć w trakcie książki rzeczywiście Terlikowski sprawnie stara się udowodnić  tezę przez zainicjowaną przez matkę Kozłowską i potem "twórczo" rozwiniętą przez biskupa Kowalskiego ideę "mistycznych małżeństw" między księżmi mariawickimi i zakonnicami, które miały miejsce w Kościele mariawickim od lat dwudziestych - już po śmierci Marii Franciszki (Feliksy) Kozłowskiej. Terlikowski czyni z tego fragmentu historii mariawickiej centrum książki, która jest sensacyjna i ma też się sprzedać jako sensacja. I Terlikowski ma zapewne w tym swoja specjalność - jego uczestnictwo w zespole badającym podobną sprawę jednego z dominikanów skazanych w końcu po ponad dwudziestu latach za gwałty na rozentuzjazmowanych kobietach, przepełnionych fanatyzmem religijnym, żywo przecież przypomina mechanizm władzy w wykorzystywaniu seksualnym dokonanym przez biskupa Kowalskiego, skazanego w 1936 roku na dwa lata więzienia. W moim przekonaniu Terlikowski psychologicznie przeniósł swoje zaangażowanie ze sprawy Malińskiego na sprawę mariawitów. Formuje dosadne oceny, insynuuje, jak wtedy gdy pisze, że między księdzem Kowalskim i matką Kozłowską nie zachodziły żadne mistyczne relacje, ale bardzo przyziemne. Tak się formuje plotkę. Terlikowski nie przytacza żadnych dowodów. 

Ten sensacyjny ton Terlikowskiego unosi się nad całą książką. A szkoda. Nie ma bowiem podanej w formie przystępnej całościowej historii mariawityzmu, który podkreślmy jest jedynym kościołem chrześcijańskim w historii utworzonym przez kobietę. Terlikowski natomiast ubrał książkę w aparat naukowy - nie można zaprzeczyć zebranej przez niego bibliografii i to jest jedynie pozór naukowości. Dlaczego? Wydawnictwo ZNAK jak widać wymusiło na Terlikowskim rezygnację z bibliografii, a właśnie pokazanie wszystkich źródeł prasowych, rękopiśmiennych i szerokiej literatury przedmiotu, która narosła przez ponad sto lat od powstania mariawityzmu. Książka ma być dobrze sprzedającym się, znakomicie napisanym produktem - pisać Terlikowski umie - na granicy błyskotliwości sensacyjnym, ocierającym się o paszkwil, któremu przyświeca teza współczesna. I tej tezie nie można odmówić pełnej aktualności. 

Według Terlikowskiego - co jest tezą podkreślam prawdy sensacyjnej, ale nie naukowej - początkiem ruchu mariawickiego, które doprowadziły do powstania nowego wyznania na przełomie 1906 i 1907 roku doprowadziły dwie istotności. Pierwszą było objawienie prywatne i wiara w nie ludzi - zauważam, że jest ona dość rozpowszechniona - drugą sprawa władzy duchowej. Ale kluczem do nich jest intymna relacja Marii Feliksy Kozłowskiej z księżmi, na co nie ma dowodu. Interpretacja jej tekstów, mistycznych i egzaltowanych jest w wykonaniu Terlikowskiego zbyt jednostronna. I to jest clou problemu z którym się nie zgadzam częściowo, bo te dwa problemy, objawienia prywatne i władza są dobrze zdiagnozowane. Tej władzy reprezentowanej przez kościół hierarchiczny nie ma w biblii, nie ma też ani jednej wypowiedzi Chrystusa dającej władzę w ręce jednego człowieka. Kościół pierwotny był wspólnotowy, a nie hierarchiczny. O tym, że scenariusz mariawicki może się wciąż przydarzyć świadczy ilość skandali seksualnych ostatnio w Polsce, czego symbolem stała się diecezja sosnowiecka. Psychopatologia biskupa Kowalskiego, który w kończy stał się męczennikiem obozu w Dachau w 1942 roku nie usprawiedliwia przestępstw seksualnych przez niego wykonanych. Nie wiadomo ile narodziło się "mistycznych" dzieci wychowanych wspólnie. Pada pod koniec książki liczba 40, ale książka nie odpowiada na ich losy, czego oczywiście Terlikowski ma świadomość.       

Terlikowski widzi nieco słuszności w mariawityzmie. W wymiarze społecznym ów ruch wyprzedzał katolicyzm społeczny i stanowił bardzo polską, narodową, reformację czasów industrialnych przełomu XIX i XX wieku, kiedy po powstaniu styczniowym rodził się nowożytny naród polski. To zostało przez Terlikowskiego dostrzeżone, ale to za mało, by jego książka stała się monografią mariawityzmu w Polsce. Najważniejszą jednak słabością tej książki jest sposób formułowania przez Terlikowskiego wniosków. Widać, że zajmując się ojcem Malińskim - dominikaninem - Terlikowski wpadł w swoje własne sidła. Jest nią arbitralność i ostrość sądów bez dostatecznej podstawy źródłowej. Sugeruje on, że założycielka mariawitów miała czterech kochanków, i wnioskuje to, z tego, że w jej pismach mówi o nich jako o "mistycznych małżonkach". Przypominam, że Faustyna Kowalska też nazywała Jezusa Oblubieńcem. To za mało, żeby przypisać Kozłowskiej aż czterech kochanków. W zakończeniu Terlikowski zaznacza, że ta książka nie jest przeciwko mariawitom. Ale ja sądzę, że to jest sensacyjny paszkwil adresowany do katolików w Polsce, żeby przestrzec przed pewnym scenariuszem, który Terlikowski dobrze poznał badając sprawę ojca Malińskiego. Ale to jest metodologicznie niesłuszne i może być przez samych mariawitów odbierane jako krzywdzące: 

https://mariawita.pl/2025/oswiadczenie-rk/index.html 

Moja ocena 6/10 



czwartek, 24 lipca 2025

Ku czci Edwarda Stachury. W rocznicę śmierci.



 Dziś jest rocznica śmierci Edwarda Stachury (1937-1979), jednego z wybitniejszych polskich poetów XX wieku, który tak jak młodszy od niego Rafał Wojaczek, czy starszy o pokolenie Jan Lechoń zakończył życie z własnej ręki. Uważam, że jego życie i twórczość - powoli zapominana, kto dziś czyta "Siekierezadę"? - to temat na wybitny film fabularny. Stachura odszedł, kiedy ja już żyłem od trzech miesięcy. Jego teksty poetyckie poznałem w Liceum, i na studiach (on też studiował na KUL ale tylko półtora roku na romanistyce). Urodzony we Francji i mówiący biegle w tym języku nigdy chyba nie przystawał do PRL, umęczony, w biedzie pisał i sądzę, że pisanie stanowiło sens jego życia. Potem stał się sławny, jak na warunki PRL. Dostał kilka stypendiów. Miałem to szczęście, że na dziennikarstwie na KUL uczył mnie radia jego przyjaciel Wacław Tkaczuk, postać wybitna. Stachura cierpiał na chorobę dwubiegunową.


Ostatni wiersz napisał w dniu śmierci - List do Pozostałych.


Umieram

Za winy moje i niewinność moją

Za brak który czuję każdą cząstką ciała i każdą cząstką duszy

Za brak rozdzierający mnie na strzępy jak gazetę zapisaną hałaśliwymi nic nie mówiącymi słowami

(...)

Bo trupem jest wszelkie ciało

Bo ciężko strasznie i nie do zniesienia

Za możliwość przemienienia

Za nieszczęście ludzi i moje własne które dźwigam na sobie i w sobie

Bo to wszystko wygląda że snem jest tylko koszmarem

Bo to wszystko wygląda że nieprawdą jest

Bo to wszystko wygląda że absurdem jest

Bo to wszystko tu niszczeje gnije i nie masz tu nic trwałego poza tęsknotą za trwałością

Bo już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem

Bo wygląda że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku

Bo już nie potrafię kochać ziemską miłością

Bo noli me tangere

Bo jestem bardzo zmęczony nieopisanie wycieńczony

Bo już wycierpiałem

Bo już zostałem choć to się działo w obłędzie najdosłowniej i najcieleśniej ukrzyżowany i jakże bardzo i realnie mnie to bolało

Bo chciałem zbawić od wszelkiego złego ludzi wszystkich i świat cały i jeżeli tak się nie stało to winy mojej w tym nie umiem znaleźć

Bo wygląda że już nic tu po mnie

Bo nie czuję się oszukany co by mi pozwoliło raczej trwać niż umierać trwać i szukać winnego może w sobie ale nie czuję się oszukany

Bo kto może trwać w tym świecie niechaj trwa i ja mu życzę zdrowia a kiedy przyjdzie mu umierać niechaj śmierć ma lekką

Bo co do mnie to idę do ciebie

Ojcze pastewny żeby może wreszcie znaleźć uspokojenie zasłużone jak mniemam zasłużone jak mniemam

Bo nawet obłęd nie został mi zaoszczędzony

Bo wszystko mnie boli straszliwie

Bo duszę się w tej klatce

Bo samotna jest dusza moja aż do śmierci

Bo kończy się w porę ostatni papier i już tylko krok i niech Żyje Życie

Bo stanąłem na początku bo pociągnął mnie Ojciec i stanę na końcu i nie skosztuję śmierci.


Zdjęcie@ Internet

wtorek, 1 lipca 2025

Recenzja: Urszula Glensk, Pinezka. Historie z granicy polsko-białoruskiej, wyd. Czarne, Wołowiec 2024


 Czytelniczko - Czytelniku tego bloga, 

Kiedy trafiła w moje ręce kupiona na dworcu w Warszawie książka Urszuli Glensk "Pinezka. Historie z granicy polsko-białoruskiej" widziałem, że będę chciał tą książkę zrecenzować. Sam wybieram książki i nikt mi niczego nie narzuca. Kim jest autorka? Na obwolucie książki znajduje się informacja, że autorka jest profesorką literatury i wykładowczynią, badaczką literatury dokumentalnej Uniwersytetu Wrocławskiego. Można zatem stwierdzić, że autorka jest biegłą w sztuce pisania literatury faktu, ma umiejętność krytycznej analizy źródeł. Jest profesjonalistką. Jestem pewny, że książka ta może być nagrodzona w pewnych specyficznych gremiach krytyczno-literackich, gdyż w ostrym sporze światopoglądowym w Polsce książka ta jest głosem po jednej ze stron. Ale o tym na końcu recenzji. 

Już samo słowo wstępu krótko informuje, że książka jest oparta na faktach, dziesiątkach wywiadów z migrantami nielegalnie przekraczającymi granicę polsko-białoruską, lekarzami, aktywistami i aktywistkami. Ta warstwa dokumentacyjna nie budzi zastrzeżeń. Jest dość solidna warsztatowo. Pod względem dramaturgii też jest bardzo dobrze, autorka umiejętnie rozgrywa tę historię, pokazując autentycznych ludzi, ich historie. Wstrząsające są opisy jak skóra schodziła z odmrożonych nóg młodego piłkarza-nastolatka z Erytrei, losy wijącej się z bólu Irakijki, matki pięciorga dzieci, która umarła wraz z dzieckiem. Co dwie, lub trzy historie - osobiste uwikłania książka pokazuje listę zmarłych uchodźców, z krótką informacją kim byli i gdzie zostali znalezieni. Jest ich 55, ale autorka mówi, że było ich dużo więcej. To "dużo więcej" jest dla mnie pomostem do uchwycenia w tej recenzji drugiej płaszczyzny interpretacyjnej. 

Pamiętam doskonale gdy w szczycie kryzysu uchodźczego na przełomie 2021 i 2022 roku, tuż przed inwazją putinowskiej, faszystowskiej Rosji na Ukrainę pojawiła się w TVN informacja, że oto młody Ahmed przepłynął w Bugu kilka dni w mrozie, żeby dostać się do Polski. Ten przykład fejka medialnego, bo nie było takiego przypadku, pokazuje jeszcze inną stronę sporu, której autorka nie przywołuje, choć jej książka jest de facto owocem tego zacietrzewienia. To była histeria. Zachowania pani Ochojskiej zostały zweryfikowane przez decyzję Tuska, żeby nie wystawiać jej w wyborach, bo jej nienawiść do państwa polskiego sprawiła, że Ochojska stałą się po prostu niewybieralna. Jej blurp na okładce dużo mówi o książce. 

Tezą sterującą książki Pani profesor Glensk jest przekonanie, że funkcjonariusze straży granicznej, policja, wojsko polskie stały się narzędziem państwowo zorganizowanej patologii: rasistowskiej maszyny traktującej ludzi jak bydło. Oczywiście, za tym wszystkim stał PiS. Duch i twarz Morawieckiego, ówczesnego premiera unoszą się z kart książki jak twarz Wielkiego Brata z roku 1984 Orwella i autorka wiele uczyniła, żebyśmy uwierzyli, że Polska rządów PiS to totalitarne państwo jednej partii, jednego wodza, jednej policji politycznej. Po przeczytaniu tej książki mam wrażenie, że autorka naprawdę wierzy w to, co napisała. Z wiarą trudno dyskutować. Ona po prostu jest. Tylko, że podstawowy fakt, który wybrzmiewa jakoś na drugim planie, jest taki, że kryzys uchodźczy (autorka uparcie nazywa go katastrofą humanitarną celowo wyolbrzymiając wszystko) jest częścią zabezpieczenia przez Rosjan zaplecza Ukrainy przed inwazją z 24 lutego 2022 roku. To wszystko, co się stało na granicy polsko-białoruskiej jest spektaklem wyreżyserowanym przez rosyjskie GRU, które stoją za służbami białoruskimi. Autorka nie przyjmuje tego faktu, bo on zmienia wszystko. Polskie państwo nie mogło się zachować inaczej niż się zachowało, ponieważ stawką była destabilizacja kraju, będącego zapleczem Ukrainy przed inwazją (politycy wiedzieli od listopada 2021, że będzie wojna). Na wojnie pierwsze umierają prawa człowieka. Jest tak. Przykro mi. Dorzućmy do tego posła Starczewskiego w reklamówką goniącego się ze SG, posła Szczerbę z pizza na granicy, aktoreczkę Kurdej-Szatan lżącą polskich żołnierzy, czy wreszcie Frasyniuka, czyniącego podobnie. Gdyby Pani profesor Glensk włączyła sobie rosyjską telewizję w tamtym czasie, to tezy jej książki są zaskakująco zbieżne z tym, co wówczas mówiono. 

I tak dochodzimy do trzeciej warstwy interpretacyjnej, skrzętnie przez autorkę przemyconą, zasugerowaną z wewnętrznej warstwy sterującej tekstem (używam aparatu pojęciowego świętej pamięci prof. Topolskiego). Profesorka Glensk kilka razy użyła metafory historycznej Holokaustu jako matrycy do porównania tego, co stało się na granicy polsko-białoruskiej. Takie porównanie padło na stronie 158, na stronie 161 czytamy porównanie, że "nawet w getcie warszawskim były karetki pogotowia", czytaj - że w roku 2021 i 2022 na owej granicy ich nie było. Metafora historyczna ma za zadanie przede wszystkim wzmocnić przekaz, uczynić go podprogowo jeszcze potężniejszym. Na stronie 195 autorka cytuje wypowiedź: "Oświęcim po prostu, skóra i kości" na widok jednego uchodźcy, przy czym uważam, że takie porównanie powinno być obarczone wytłumaczeniem, że to potoczny język. W Polsce powiedzenie czegoś takiego sugeruje, że to Polacy są winni Zagładzie. I tutaj dochodzimy do clou tej książki. Autorka sugeruje - w domyśle, nie dosłownie - że skoro Polacy en masse byli współodpowiedzialni za Holokaust, to tak samo ten gen wrócił i mordują uchodźców na granicy polsko-białoruskiej. 

I zaskoczyła mnie bardzo autorka, gdy pisze na stronie 200: "spotykamy w lesie absolutnie realnych ludzi, zwykłych chłopców, którzy marzą o cycuszkach młodych dziewczyn". To że większość migrantów to młodzi mężczyźni, mający popęd, to fakt. Ile było napaści seksualnych na dziewczynki i młode kobiety w Niemczech w ostatnim roku? Jak przeczytałem to zdanie, ręce mi opadły. 

Podsumowując książka Urszuli Glensk to zaangażowana literatura tyrtejska, opowiadająca się po jednej stronie, pisana za pozycji "wyższości moralnej", jaką daje autorce jej tytuł profesorski i praca na uczelni wyższej (swoją drogą zabawne jest to przekonanie o wyższości), nieomylnie oceniającą polskie państwo i nieomylnie wskazującą tylko jedną stronę. Książka może się spodobać ludziom myślącym podobnie jak autorka. Mnie nie porwała. Nie lubię literatury w typie "Matki" Gorkiego, a to właśnie ten typ literatury. 

moja ocena 5/10 

niedziela, 1 czerwca 2025

Postacie drugoplanowe nowej powieści

Czytelniczko/Czytelniku tego bloga, 

W międzyczasie, gdy Państwo moi czytelnicy i czytelniczki elektryzujecie się informacją, że już 25 czerwca w Państwa ręce trafi pełna, poprawiona, uzupełniona powieść "Czerń i Purpura" w nowej szacie graficznej, w twardej okładce z obwolutą, ja kończę pierwszy tom nowej, epickiej wielowątkowej powieści, która opowiada o trzech kobietach od początku lat trzydziestych aż do lat sześćdziesiątych wieku XX. Pierwszy tom, który kończę obejmuje lata 1930-1940. Zamierzenie jest bardzo ambitne, ale ja tylko takie lubię. Pisałem już tutaj o tym, że akcja będzie głównie na Kresach dawnej Rzeczypospolitej, ale nie tylko przy czym chcę znów pokazać w drugim planie ciekawe postacie historyczne, zupełnie lub prawie zapomniane. Ożywię je i dam Państwu poznać. 

Pierwszą z nich jest niezwykły poeta Bohdan Ihor Antonycz (1909-1937), obywatel Polski narodowości ukraińskiej. Żył na krawędzi dwu światów, ale ja sądzę nie tylko dwu. Tłumaczył z ukraińskiego na polski i wydawał ukraińskich poetów piszących u Sowietów (póki trwał NEP i Stalin nie przykręcił śruby). Ale nie tylko sam pisał poematy, które z ukraińskiego na polski tłumaczył wspaniale Tadeusz Hollender (1910-1943). Najsłynniejszym z nich jest "Pieśń drzew", baśniowy i niezwykły. Pisał także libretto opery. Antonycz nie doczekał wojny. Zmarł na komplikacje po zapaleniu płuc w lipcu 1937 roku i został pochowany we Lwowie. 

  


Drugą postacią, która wystąpi na kartach mojej powieści będzie Sara Polina Gincburg czyli Zuzanna Ginczanka (1917-1944), wspaniała poetka polsko-żydowska. Dane jej było opublikować jeden wspaniały tomik poetycki "O centaurach" w 1936 roku. Nie wiem, dlaczego tego tomu nie ma w lekturach szkolnych na polskim rozszerzonym. Gdy przeczytałem niedawno pisząc już powieść ten tom, byłem wstrząśnięty, że osoba dziewiętnastoletnia mogła tak pisać, z taką składnią, taką wyobraźnią i widzieć szóstym zmysłem to, co miało dopiero nadejść. Używała oficjalnie polskiego imienia i nazwiska ponieważ pomagało jej to w początkach kariery poetyckiej. Proszę pamiętać, że Tuwim nie wychodził przez trzy lata z domu jak go szkalowano za "Skamandra", a antysemityzm był w Polsce przedwojennej powszechny jak sól. I proszę się nie oszukiwać. Była bardzo piękną kobietą, co wcale nie ułatwiało jej życia. Zginęła w Krakowie rozstrzelana przez Niemców w 1944.  



Obie te postaci łączy Lwów, choć Ginczanka zawitała do niego obawiając się Niemców jesienią 1939 już w czasie okupacji sowieckiej. Antonycz już wtedy nie żył. Szkoda, że umarł tak młodo. Bo gdyby żył, potępiłby swoich za Wołyń. Nienawidził przemocy i brutalności. 

Moja książka już jest na samym finiszu, a całość poczytacie Państwo jesienią. Drugi tom ukaże się wiosną 2026 i obejmie lata 1941-1944 i będzie straszliwy ze względu na wybuch wojny niemiecko-sowieckiej i sprawę wołyńską. W trzecim tomie jesienią 2026 zamknięcie serii i w nim nastąpi zamkniecie wszystkich wątków. 

Oddaję głos Ginczance, która w "Centaurach" tak o sobie pisała: 

 Nie wiem, Panie,

 co dobre,

 co złe —

 w osiemnaście wpatrzona lat —

 zasłuchana, surowa i baczna

 coraz hardziej

 coraz mądrzej

 nie wiem

wtorek, 13 maja 2025

#Recenzja: Jacek Bartosiak, Oczy szeroko otwarte. Polska strategia na czas wojny światowej, wyd. Literackie, Kraków 2025, ss.283

 



Jacek Bartosiak jest polskim geostrategiem, współzałożycielem polskiego think-thanku "Strategy & Future" i można powiedzieć, że w ostatnich latach zwłaszcza po wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej stał się osobowością medialną. Pisze książki. 

Książka "Oczy szeroko otwarte. Polska strategia na czas wojny światowej" jest propozycją dla wielbicieli strategii politycznej, historyków lub osób pasjonujących się polityką. Książka ma klarowna konstrukcję. Jest podzielona na dwie części, z których pierwsza poświęcona jest wojnie światowej, która ma się toczyc już teraz. A w drugiej Jacek Bartosiak poświęca uwagę Polsce, a konkretnie tego, jak powinna wyglądać strategia Polski w nadchodzącym (sic!) konflikcie. 

Początkowe zdanie przykuło moją uwagę. Mottem książki jest bowiem cytat z Oskara Spenglera (1880-1936). I bynajmniej nie jest to przypadek. Bartosiak, po gruntownej lekturze tej książki jawi mi się właśnie jako quasi-filozof trochę jak Spengler właśnie. Już Karl Popper skrytykował Spenglera za historycyzm mający charakter nienaukowy. Niełatwo jest prześledzić wywód Bartosiaka, ale postaram się spróbować go zrekonstruować. Przede wszystkim Bartosiak zaczyna od dość kategorycznie wyartykułowanego stwierdzenia, że wojna światowa, tak ta trzecia, zaczęła się w roku 2018. Twierdzo on, że historycy będą się ex post spierać kiedy się zaczęła. Tutaj zgoda, historycy na zasadzie naukowej spierają się o to, ale nie tak jak robi to Pan Bartosiak. On po prostu wybrał jakiś fragmentaryczne wydarzenie w narastającym sporze amerykańsko-chińskim i nadał mu znaczenie, ot, teraz mamy wojnę światową. Otóż to jest moje pierwsze "nie". Trzecia wojna światowa na pewno nie zaczęła się w roku 2018. Być może zaczęła się od uderzenia rosyjskiego na Ukrainę w roku 2022, pełnego i klasycznego rozpoczynającego konflikt kinetyczny między dwoma państwami. Tak jak nie kupiłem i nie kupuję bajek świętej pamięci papieża Franciszka o "trzeciej wojnie światowej w kawałkach". Wojna nigdy nie jest nieunikniona dopóki się nie wydarzy. To pierwsza zasada logiki i niesprzeczności. Nie możemy mówić o zaistnieniu wydarzenia, dopóki się nie wydarzy. I do tego momentu nie jest nieuniknione. 

Muszę przyznać, że w pierwszej części Bartosiak sprawnie operuje pojęciami z zakresu makroekonomii, pokazuje na czym polegają różnice w produktywności, ma epickie powiedziałbym zadęcie w ukazywaniu narastającego konfliktu między USA i Chinami. Jednak i tutaj rodzą się moje wątpliwości. O mały włos nie wybuchłaby wojna indyjsko-pakistańska w maju 2025, a nie wybuchła. To była ta wojna czy nie? W moim przekonaniu nie. Tak samo nie można mówić o trwającej wojnie chińsko-amerykańskiej, bo ona nie trwa. Pojęcie wojna mieści się w pojęciu konfliktu, ale nie każdy konflikt jest wojną, na miły Bóg. Nieostrość pojęć i nadawanie im znaczenie większego niż mają to mój podstawowy zarzut metodologiczny do książki Bartosiaka. Przy czym to właśnie aparat pojęciowy Bartosiaka nasuwa mi kolejne wątpliwości. Ktoś książkę opatrzył przypisami - być może to sam autor i tłumaczy mi on kto to był Deng Xiaoping. Uważam, że taka wiedza jest wiedzą zastaną dla czytelników książki Bartosiaka, to tak jakby w książce o wojna napoleońskich tłumaczyć kim był Bonaparte. Ale to szczegół. Bartosiak używa specyficznego języka nacechowanego zapożyczonymi anglicyzmami. I tak pisze on, że USA stosują "offshore balancing", że USA "hedżują". Dla mnie, choć mam doktorat z historii, użycie tych pojęć w kontekście języka polskiego jest niezrozumiałe. I właśnie one powinny być wytłumaczone. Pierwsza część kończy się rozdziałem, który ma projektować przebieg wojny. Poza tym, że Chiny będą chciały zadusić Tajwan, nie wiedzę ostrości.

 Wojna trzecia światowa nie wybuchnie, bo Chiny jej nie chcą. Chiny są jedyną cywilizacją starożytną która dotrwała do naszych czasów niezmieniona w swoim jądrze. Cały świat chrześcijańsko-grecko-rzymsko-zachodni, z którego pochodzi Bartosiak, opiera się na uprawianiu polityki wokół jądra religijnego. Tak toczyły się wojny w średniowieczu i nowożytności. Przywoływana przez Bartosiaka wojna trzydziestoletnia zaczęła się jak wojna religijna, choć skończyła się jako polityczna. Chiny nie toczyły nigdy żadnych wojen religijnych, ani zaborczych, ponieważ Chiny jako cywilizacja powstały inaczej. To kultura Chin zrodziła wielka cywilizację. Dla Chińczyków to, co widzimy, okrąg ziemi i niebo należą do cesarza, a więc do ich władzy. Dla nich czas nie ma znaczenia. Nie liczą go. To my go liczymy. Jeśli jest obcy, którego nie rozumiemy, to są to Chiny. Dlatego sądzę, że Chiny nie zaatakują Tajwanu, one po prostu go wchłoną. To się po prostu stanie samoistnie. Chiny nie doprowadzą do wojny światowej, ponieważ wojna nie jest w ich sposobie filozofii politycznej. Chiny asymilują, trochę jak Borgowie w Star-Treku. Pan Bartosiak nie rozumie do końca mechanizmów, które istnieją w Chinach w obszarze ich filozofii ontologicznej i jej pochodnej filozofii polityczno-społecznej. Z perspektywy Chin wystarczy poczekać, aż Amerykanie sami się wywrócą o własne nogi.   

Druga część jest czystą fantastyką polityczną. Bartosiak pisze bowiem, co Polska powinna zrobić w czas nadchodzącej wojny światowej. To osobliwa projekcja uwarunkowań politycznych, a nie biorącą pod uwagę podstawowej polskiej cechy narodowej jaką jest kłótliwość. Nie ważne, że się pali, nie ważne że się wali, ale mój sąsiad Polak skurwysynem mi większym niż Ruski i Niemiec razem wzięci. Ten cytat zasłyszany w autobusie w Bielsku-Białej kapitalnie pokazuje naszą charakterologię narodową. Tymczasem Bartosiak pisze to, co jako państwo i naród powinniśmy zrobić jak byśmy byli Szwecją. Jednak nie to jest najistotniejsze. 

Najpoważniejszy mój zarzut wobec drugiej części tej książki jest oparty na klasycznej gilotynie Hume`a. Nie można wnioskować jak powinno być na podstawie tego, jak jest. To klasyczna umysłowa ekstrapolacja, która tkwi tylko w umyśle autora, ale która nie jest wypadkową prawdziwą. Prosty przykład. Trump kazał zbombardować US Navy rebeliantów Huti, odłam szyicki bardzo wojowniczy w Jemenie. Straszne bombardowania i nic. Amerykanie stracili 8 dronów Raptor, 2 samoloty F-18 i bliscy byli utraty F-35. Rebelianci Huti mają sprzęt irański. To są realia. 5 maja 2025 USA zaprzestały ataków na Jemen i poniosły porażkę. A teraz spróbujmy zastosować to rozumowanie. Atak amerykański powinien zakończyć się wielkim sukcesem z powodu miażdżącej dysproporcji, czyli tego jak jest. A tymczasem tak się nie stało. Druga część poświęcona co Polska powinna zrobić jest czystą fantastyką, ponieważ jednego możemy być pewni: gdyby nadszedł konflikt z Rosją, co nie daj Boże, stanie się dokładnie odwrotnie od tego, co pisze Bartosiak. 

Ogólnie książka jest nużąca, jednostajna, trudna konceptualnie i wymagająca pojęciowo. To książka straconej szansy, bo choć Bartosiak potrafi pisać, nie umie utrzymać spoistości myśli i spójności wywodu. 

Ocena 5/10  

czwartek, 8 maja 2025

#mury Recenzja: David Frye, Mury, tłum. H. Pustuła- Lewicka, WAB Warszawa 2021

 



Czytelniku, Czytelniczko tego bloga

Przeczytałem książkę Davida Frye "Mury. Historia cywilizacji" wydaną przez oficynę WAB (Grupa Foksal). Twarda oprawka. Ładna książka, która zainteresowała mnie bardzo z uwagi, że budowanie murów było i jest przecież nieodłącznym i jakże symbolicznym sposobem na przetrwanie, bronienie się, ale w szerszym filozoficznym sensie oddzielenie i niekontaktowanie się z innymi ludźmi. Miałem przeczucie, że to może być dobra książka i nie zawiodłem się, choć miała także słabsze momenty. 

Przede wszystkim klarowna konstrukcja oparta na metodzie chronologiczno-problemowej, którą widać od samego początku. Bardzo ciekawie pisze o murach Hadriana - przecież nie jedynym, jakie imperium rzymskie zbudowało za jego panowania - choć ten najsłynniejszy znajduje się w północnej Anglii. Ciekawie pisze o murach chińskich - to też nie jest jedna budowla - przedstawiając kto i kiedy je budował. W ogóle dość kompetentnie wypowiada się Frye o murach współczesnych, ale posługując się interpretacją historii cywilizacji Oskara Sprenglera powiem tak: cywilizacje budujące mury umierają. 

Frye włącza też inny poziom interpretacji ten bardziej filozoficzny i nie domyka książki pisząc, że mury wciąż są budowane. Nie tylko przez Izrael, czy trumpowe USA, ale ja to teraz mówię. Mój kraj też buduje mury, nie tylko na granicy z Białorusią, co może być zrozumiałe, ale mury inne nieporównywalnie trwalsze jakim jest dzielenie ludzi, postawianie jednych przeciw drugim. 

Przyznam, że po przeczytaniu rozdziałów środkowych opisujących jak padały wielkie obmurowane miasta muzułmańskie w Azji Środkowej pod naporem Mongołów zrozumiałem, dlaczego cywilizacja islamska się zatrzymała w rozwoju. Tych milionów wyrżniętych w Samarkandzie, Bucharze i Bagdadzie, tych spalonych bibliotek do dziś brakuje w świecie islamu. Przegrał islam intelektualny, szukający kontaktów ze światem, wygrał islam mameluków protoplastów wszystkich mudżahedinów wszystkich czasów. Szkoda. 

Ta książka uczy, że ci którzy kryją się za murami gnuśnieją i nie potrafią się bronić. Jest coś w tym. Polecam - 8/10 

środa, 30 kwietnia 2025

Krótka impresja o Brnie #Brno

 Czytelniku, Czytelniczko tego bloga

Z uwagi na uwiązanie w szkole nie podróżuje ostatnio zbyt często, ale jeśli już to najczęściej w związku z książkami. W dniach 8-9 kwietnia 2025 byłem w Brnie zaproszony przez Instytut Polski w Pradze na dni kultury polskiej. Spotkanie z czeskimi czytelnikami i czytelniczkami było bardzo udane. 

Jednak Brno zrobiło na mnie ogromne wrażenie, szczególnie dlatego że nigdy wcześniej nie byłem w nim. Długo chodziłem po mieście zachowując się jak japoński turysta w Luwrze fotografując wszystko - detale architektoniczne, po wystrój ścian księgarni z książek. Miasta na wzgórzach mają coś magicznego w sobie - u nas taki jest trochę Kraków, choć nie robi na mnie wrażenie, że to swojskie, znane i setki razy odwiedzone. Tymczasem Brno zrobiło na mnie wrażenie wtopieniem barokowej i secesyjnej zabudowy w tkankę miasta. Brno jawiło mi się wtedy jako miasto ze snu. Będę w następnych dniach dopisywać jeszcze inne przemyślenia. Pomyślałem też sobie, że pomieszkałbym w Brnie jakiś czas. 


Zastanawiałem się przyznaję, czy mógłbym napisać jakąś powieść z akcją w Brnie? Nie wiem, czy historyczną, choć i tutaj marzy mi się narracja osadzona w cesarskich Austro-Węgrzech, co sprawiłoby, że mógłbym przynajmniej wtedy pisać o Brnie. Bo przecież gdyby nie upadek CK Monarchii to mieszkając w Bielsku-Białej mieszkałbym z mieszkańcami Brana w jednym państwie. 
I okazało się, że mam taki pomysł na kryminał historyczny - to trochę inna gatunkowo rzecz od prozy wojenno-kobiecej, której wielowątkową sagę powieści zacząłem tworzyć dla Liry. Nie wiem czy ktoś się ze mnę zgodzi, czy nie, ale Brno wydaje mi się cudowniejsze od Pragi właśnie dlatego, że turystów jest tam mniej. Dla mnie niezwykłe to były dwa dni i nawet dziesięciokoronowa moneta okazała mi pierwowzór katedry. 


Ale najlepsze, najbardziej malarskie pejzaże w Brnie są ze wzgórza zamku Szpilbergu. Do samego zamku nie miałem już czasu wejść, ale samo wzgórze jest niesamowite, bo daje możliwość takiego spojrzenia na Brno, żeby zamknąć je w dłoni. 


Muszę wrócić tej wiosny lub lata do Brna, żeby poczuć je głębiej, żeby schodzić ulice aż do bólu nóg, żeby poczuć to miejsce i osadzić w nim część tej powieści, którą chciałbym napisać dla Liry. Wspominałem o secesji z przełomu XIX i XX wieku, a w Brnie nierzadko można znaleźć imponujące jej przykłady, jak gmach sądu. Dodajmy, że w Brnie jest sąd najwyższy republiki więc w jakiś sposób Brno stanowi też metaforyczną stolicę sprawiedliwości Czechów, z dala od władzy wykonawczej i ustawodawczej usytuowanej w Pradze. 


Przy okazji czym jest sprawiedliwość? Czy chodzi w niej o prawdę, czy też w ferowaniu wyroków ważne jest co innego? Sprawiedliwość jest jak kostka rzucona w grze, ślepa i przypadkowa. To pokazuje uosobienie sprawiedliwości w rzeźbie tuz przed wejściem do budynku sądu najwyższego w Brnie. Ludzie zazwyczaj dziś w Polsce nie mają pojęcia o tym, czym jest filozoficznie sprawiedliwość, ani jak powinien działać system sądowniczy z powodu upartyjnienia i upolitycznienia wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Raz z powodu nieudanych reform rządu pisowskiego, a dwa skandalicznego łamania prawa przez ministra Bodnara. 


Jednak nie to jest najważniejsze w Brnie. Najistotniejsza jest serdeczność, z jaką się spotkałem. Czesi są inni od Polaków przede wszystkim z powodu ironii, z jaką traktują własną przestrzeń historyczną. Ta lekkość bytu rodem z Kundery - akurat jego muzeum jest miejscem, do którego nie miałem czasu zajrzeć - jest immanentną cechą Czechów jako narodu. Polacy tego nie mają, ponieważ jesteśmy podążając za Karlem Popperem społeczeństwem historycystycznym, a więc zamkniętym we własnym przezywaniu historii. Czesi tego nie mają. Potrafią się śmiać z samych siebie, z własnych legend, mitów, królów i historii rozumianej jako refleksja pierwsza. I obrazuje to zdjęcie. Rzeźba wykonana w stylu prześmiewczym i ironicznym ustawiona jest obok wspaniałego barokowego kościoła i nikomu nie tylko to nie przeszkadza, ale wręcz przeciwnie jest koniecznym kontrastem desakralizującym przestrzeń historyczną. 


Jak już jednak mówiłem cudowni są ludzie. To serdeczność jest płaszczyzną, którą zapamiętam w Brnie. Cudownym miejscem jest biblioteka Jirego Mahena, która zaskakuje niezwykle funkcjonalną ale futurystyczną architekturą. Tam we wtorek 8 kwietnia odbyło się moje spotkanie autorskie, gdyż do Brna zaprosił mnie jak już wspomniałem Instytut Polski oraz mój wydawca w Czechach CPress, które to wydawnictwo jest częścią dużego koncernu wydawniczego w Republice Czeskiej Albatros Media. Mogłem sie naocznie przekonać jak wyglądają czeskie księgarnie - jedna w Brnie zachwyciła mnie szczególnie. Większość książek czeskich ma twarde oprawy, co w Polsce jest rzadkością. Książki są w Czechach drogie. Na przykład Amerykanka kosztuje 460 koron czeskich, ale mimo to książki dobrze się sprzedają. W Czechach jest bowiem inna kultura czytania niż w Polsce.


Ale to nic jeszcze - ponieważ w tym roku mam na koncie już trzy powieści opublikowane w Czechach i mam nadzieję na więcej. Głodny jestem tego małego kraju o wielkiej ironii, żyjącym spokojnie, ale mającym też swoje problemy. Obiecałem sobie, że w te wakacje objeżdżę Czechy pociągami. Mam z Bielska-Białej nadzwyczaj dobre połączenie do Ciszyna i stamtąd można szybko pojechać przez Ostawę do wnętrza Czech. 
 
To będzie przygoda. 

niedziela, 30 marca 2025

Recenzja: Adam Zadworny, Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku, wyd. Czarne, Wołowiec 2025. #heweliusz

 


Gdy Heweliusz zatonął, miałem 14 lat, więc pamiętam coś tam z wiadomości i oczywiście jako nastolatek nie interesowałem się tym. Do teraz. Kupiłem książkę w Warszawie na dworcu głównym w księgarni, gdzie kupuję większość książek wydawnictwa Czarne. To wydawnictwo trzyma poziom polskiego reportażu. 

Książka Adama Zadwornego "Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku" nie jest żadną naukową rekonstrukcją katastrofy promu. To wyraźnie przedzielona cezurą sposobu opowiadania narracja. Przyznam, że pierwsza odsłaniająca życie polskiego marynarza przełomu PRL i III Rzeczpospolitej - przemyt i niejasne interesiki duże i małe, to miało swój koloryt. Autor bardzo kompetentnie przedstawił ludzi podróżujących owej feralnej nocy. Siłą rzeczy musiał skupić się na załodze przede wszystkim, a także na tych którym udało się przeżyć. Sama katastrofa jest też świetnie i bardzo dynamicznie pokazana zwłaszcza z perspektywy ludzi, którzy nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że statek idzie na dno. Jest tam businesswoman-armatorka, kapitan, oficerowie, chief, kucharze - ludzi ci mają imiona i nazwiska i autor sprytnie wybrnął z rafy, jaką daje konieczność opowiadania o ludziach prawdziwe żyjących. Przyznam, że kipiel morska - uniemożliwiająca oddychanie jest świetnie opisana. można niemal ją poczuć. 

Gdy kończy się katastrofa i narracja skupia się na tych, którzy zostali oraz na przewodzie sądowym niestety temperatura reportażu spada. Ale to nie jest zarzut, to konsekwencja stylu opowiadania. To, że przekonująco nie zabrzmiały wyroki w świetle tego, jaka była Polska w latach 90-tych ubiegłego wieku mnie przekonuje. Heweliusz to symbol tego, że jakoś to będzie. Niedokończony remont, konieczność zarobku, lekceważenie siły przyrody, to się wiele razy składało na tragedię. Ale w szczególności w realiach polskich ma to swoje konsekwencje. 

Naprawdę warto przeczytać. 
Moja ocena 8/10  

sobota, 1 marca 2025

recenzja: Nosferatu, reż. Robert Eggers, horror 2024

 


Film Roberta Eggersa, którego wcześniejszy film "Viking" mogliśmy oglądać w kinach w roku 2022, teraz zaserwował nam najnowszy swój obraz, który możemy oglądać od 21 lutego na dużym ekranie. To Nosferatu, czyli horror - film, na który czekałem i jak mało który ukazuje nasze najbardziej pierwotne lęki ludzkie. Dla mnie ten film stanowi niezwykłe, barwne kadrowo arcydzieło - uważam, że brak Oscara za zdjęcia byłby zaskoczeniem in minus. 

Fabuła przypomina klasyczny film o Draculi - motyw podróży męża kobiety, która stanowi przedmiot pożądania Nosferatu do mrocznego zamczyska w Rumunii jest przewidywalna. Nowością dla mnie jest aktorstwo - Nilolas Hoult znakomicie oddał zakochanego mężczyznę, który chce się za wszelką cenę wyrwać z domu bestii i uratować kobietę, która zdaje się rozumieć, że tylko jej dobrowolna ofiara zakończy koszmar. Aktorsko role kobiece są bardzo dobre. 

Dla mnie najciekawszym konstruktem filmu jest bestia - grana przez jednego z młodych braci Skarksgaardów, żywy trup który jest jak plaga, jak manifestująca siebie samą groza epidemii, niemal ze średniowiecznego tańca śmierci. Istotą - jak mniemam - przesłania, że lęki seksualne, które istnieją w każdym człowieku. Przed jaką bestią ostrzega nas Eggers? Spróbujmy podążyć w interpretacji najnowszego "Nosferatu" w kierunku metafizycznym. Czy to nowy totalitaryzm? Nowa epidemia, której bakcyl nieodkryty wciąż czeka gdzieś w Kongo lub w chińskiej jaskini? Istotą lęku przed Nosferatu jest lęk przed drugim człowiekiem i kontaktem z nim. 

Fabuła jest mniej ważna od niezwykłej plastyczności i wizyjności filmu. Szukam w pamięci obrazów, które odzwierciedlałyby fotosy z filmu. 

Dla mnie 8/10

Recenzja: Odyseja według Homera, reż. Christopher Nolan, #odyseja #nolan

  W swoim najnowszym filmie Christopher Nolan odchodzi od historycznego realizmu, który, choć ambitny, w „Oppenheimerze” momentami ciążył ...