niedziela, 10 maja 2026

Recenzja: Andrzej Muszyński, Cyklon, Wołowiec 2025, ss. 260 #birma #myanma #reportaż



Czytelniczko, Czytelniku tego bloga 

Nigdy nie wpadłbym na pomysł, żeby przeczytać książkę Andrzeja Muszyńskiego "Cyklon" wydaną przez wydawnictwo Czarne z Wołowca, które reprezentuje wszystko co najlepsze w polskiej książce non-fiction, gdyby nie moje podróże do Warszawy i kilka wolnych chwil przed odjazdem pociągu. Nie była to nowość, ale zainteresowała mnie egzotyka kraju, w którym nigdy nie byłem. Muszę przyznać, że nie znam bliżej pana Muszyńskiego jako autora reportaży i to jest jego pierwsza książka, którą przeczytałem. Muszę też dodać, że niewiele wiem o Birmie, jej historii, uwarunkowaniach społeczno-politycznych, a już zupełnie nową rzeczą było dla mnie zaznajomienie się z licznymi grupami mniejszości narodowych, jakie zamieszkują ten zaskakujący kraj jakim jest Birma, czyli Myanma. 

Istotną częścią doświadczenia tej książki jest jej głębokie osadzenie w kontekście. Historia tego kraju, przede wszystkim buddyjskiego, jest uwarunkowana narracyjnie w taki sposób, że autor zdołał wpleść średniowiecze Birmy oraz jej brytyjską epokę kolonialną w kontekst opowieści, której siłą są ludzie. Muszyński portretuje ich z pewną życzliwością, do której jako autor ma prawo. Wyłuskuje ich historie - jest tam mnich buddyjski, jest oficer armii birmańskiej, który uciekł - to jego historia dość długa otwiera książkę. Wspólnym mianownikiem tej książki jest doświadczenie okrucieństwa junty wojskowej, która terroryzuje Birmę od 1962 roku staczając ten kraj w otchłań korupcji, nędzy i przemocy. Właśnie przemoc jest bardzo istotna, bo choć to kraj buddyjski, jest jej pełen i ma ona wymiar tragicznej niemożliwości zmiany rządów. Wszystkie wysiłki na rzecz demokratyzacji, jakie społeczeństwo tego kraju by nie podjęło, są skazane na niepowodzenie. 

Nie mniej istotną częścią składową książki, płaszczyzną interpretacyjną, jest czas przeszły. On wraca w strukturze narracyjnej książki w postaci brytyjskiego generała Wingate`a który prowadził nietuzinkową wojnę z Japończykami oraz George`a Orwella, który jako policjant spędził w Birmie trochę czasu służąc w administracji kolonialnej. Czas przestał być w książce linearny, przez co nabiera ona głębszego charakteru, ale dla mniej wyrobionego czytelnika może to powodować kłopot przez konieczność powrotu do wcześniejszych partii tekstu. Trzeba głęboko wniknąć w konteksty, żeby zrozumieć istotę opowiadanej historii, kraju uwikłanego w nieunikniony fatalizm. Ten fatalizm jest ciekawie wpleciony w narrację, gdyż autor pisze o tym, że raz na kilkadziesiąt las kwitną i owocują bambusy, i to jest początek plagi szczurów. Zresztą ze szczurami wysnuwa wniosek odnośnie Orwella, jego paniczny strach przed tymi stworzeniami został przecież dobitnie pokazany w "Roku 1984". 

W tytule książki jest "Cyklon", i po lekturze książki tytuł niewiele mówi, ponieważ sugeruje opowieść o Birmie podczas cyklonu z 2008 który zniszczył większość kraju i zabił ponad sto tysięcy ludzi. O tym wydarzeniu autor pisze, ale nie jest to główny motyw książki. To jak gdyby historia doszyta do głównej narracji. Mnie szczególnie zainteresował wątek buddyjski, ponieważ z racji nauczania filozofii w szkole na rozszerzeniu mam też lekcję o buddyjskiej filozofii pustki. Może cytaty z książki posłużą mi do lekcji?  

Książka Andrzeja Muszyńskiego to niełatwa w odbiorze, ciekawie i ze znawstwem napisana narracja ukazująca portret egzotycznego i niebezpiecznego kraju. Dodajmy, że w roku 2021 junta znów powróciła do władzy. Książka wymaga uwagi, ale jest na bardzo dobrym poziomie historycznym, metaforycznym i reporterskim. 

Moja ocena 8/10 

 

sobota, 2 maja 2026

Recenzja: Artur Nowak, Stanisław Obirek, Skandaliści w sutannach. Od kardynała Wyszyńskiego do arcybiskupa Jędrzejewskiego, wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2024





Czytelniczko, Czytelniku 

Książka Artura Nowaka i Stanisława Obirka, wydana w twardej oprawie, przez wydawnictwo Prószyński i Ska w roku 2024 sugeruje już w tytule, że rzecz jest o skandalach w kościele katolickim w Polsce. Przeczytałem tę książkę i jeśli mam być szczery nie dowiedziałem się z niej niczego, czego nie wiedziałabym z przestrzeni medialnej. Jest to książka składająca się z 16 portretów różnych duchownych, zarówno żyjących jak i nieżyjących, lub zupełnie kuriozalnych jak ostatni rozdział poświęcony księdzu Piotrowi Skardze, tak jakby przez ostatnie 400 lat od czasów jego życia nie powstała żadna synteza historiografii tego człowieka kontrreformacji w Polsce. Autorzy niczego nie odkrywają nowego. Ale do rzeczy. Nie wiem, czym ta książka jest. Nie jest syntezą, analityczną rozprawą, ani też studium biograficznym tych wszystkich osób. Co łączy te postacie? Co prymas Wyszyński ma wspólnego z pedofilem księdzem Dymerem? Ja się z książki tego nie dowiedziałem. 

Kim są autorzy? To eks-ksiądz katolicki profesor Stanisław Obirek, oraz pan Artur Nowak. Odsyłam do wikipedii oraz innych źródeł opisujących dorobek obu panów, nie ma więc sensu bym przytaczał tutaj te fakty. Obaj panowie popełnili razem kilka książek, których tezą wspólną jest obsesja na temat kościoła katolickiego, wyraźna i tendencyjna, wolterowska, fanatyczna mania piętnowania grzechów kościoła. Może i słuszna, bo kościół sam sobie na to zapracował. Ojciec Rydzyk jest symbolem tego kościoła od 30 lat.  

Istotną cechą tej książki ma być rozliczenie z ludźmi kościoła. Ale trudno czyta się niektóre rozdziały rozliczeniowe. Szczególnie trudny i nieuczciwy jest rozdział o arcybiskupie Życińskim, zmarłym w 2011 roku metropolicie lubelskim, rzecznikiem kościoła otwartego, zaszczuwanego przez narodową prawicę i wielbicieli radia Maryja. Postawienie go w jednym rzędzie z pedofilem księdzem Dymerem jest szczególnie niesmaczne i nieuczciwe. Zwłaszcza, że dwie rzeczy, które zarzucają hierarsze autorzy to cięty język na postkomunistów (z czym się zgadzam) i rzekomą, bo nieudowodnioną nigdy z braku dowodów współpracę z SB. Zdumiewa, że nie przeszkadza obu autorom cytowanie prof. Cenckiewicza, postać niezwykle charakterystyczną, z kręgu narodowej prawicy. Z tekstu o Wyszyńskim nie dowiedziałem się niczego, poza tym, że w przekonaniu autorów był maryjny i dewocyjny. Takie były czasy. Podstawowy zarzut jaki ja teraz czynię tej książce to brak kontekstu. Żeby zrozumieć Wyszyńskiego, postać cokolwiek ogromną jak na polski kościół, trzeba przeczytać biografię pióra Ewy Czaczkowskiej, wyważoną i staranną.  

Nie ma zatem sensu przytaczać fragmentów tego dzieła, wszystkie te rozdziały są narysowane zbyt grubą kreską, pozbawioną niuansów, wyważenia i samokrytycyzmu. Nawet te naprawdę mocne, jak dobrze udokumentowany rozdział o księdzu Dymerze, tracą wyrazistość, bo całość książki jest narysowana zbyt topornie, zbyt nachalnie i zbyt napastliwie. Czym zatem jest tak książka i do kogo jest adresowana? To pamflet i adresowany jest do tych, którzy nienawidzą kościoła katolickiego i z przyjemnością przeczytają kolejną książkę utwierdzającą z góry założone tezy. Dawni czytelnicy tygodnika "Nie" i współcześni wyznawcy liberalnej wisienki. 

Nie polecam zatem tej książki, ani jako źródła, ani jako opinii, co najwyżej jest to przyczynkarski tekst pokazujący, że będąc zaangażowanym po jednej ze stron - a to wynika jasno z dorobku obu panów - nie można napisać wyważonej i wyśrodkowanej książki. Przy czym nie można postawić autorom zarzutu nierzetelności - wprawdzie książka nie ma przypisów, ale cytaty są dobrze i wyraźnie zaznaczone. Problemem książki nie jest warsztat, ani opisywane fakty, gdyż obaj autorzy wiedzą jak się pisze książki, ile zarzutem już jest nieosiągalny dla nich postulat "sine ira et studio", bo gniew i niechęć jest widoczna od pierwszej do ostatniej strony. A to osłabia każdą "zaangażowaną" światopoglądowo narrację. 

Moja ocena 5/10 

niedziela, 19 kwietnia 2026

Recenzja: Arkadiusz Stempin, Sojusznicy. Od Fryderyka i Katarzyny Wielkiej do Merkel i Puitina, Wyd. Agora 2016 (nowe wydanie), ss.500

 


Książka Arkadiusza Stempina „Sojusznicy. Od Fryderyka i Katarzyny Wielkiej do Merkel i Putina” (Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016, 500 s.) to obszerna pozycja o charakterze historyczno-publicystycznym, analizująca ewolucję relacji niemiecko-rosyjskich. Autor jest historykiem, politologiem i profesorem, wykładowcą akademickim. 

Książka charakteryzuje się przejrzystą strukturą, opartą na chronologicznym podziale materiału. Oś narracyjną stanowią biografie kluczowych postaci kształtujących politykę obu państw na przestrzeni wieków. Stempin rozpoczyna analizę w XVIII wieku od zestawienia Fryderyka Wielkiego i Katarzyny Wielkiej – oboje wywodzili się z Prus, mimo że ta druga zapisała się w historii jako caryca Rosji. W kolejnych rozdziałach autor przechodzi przez epokę romantyzmu, opisując relacje królowej Luizy Pruskiej z carem Aleksandrem I, a następnie analizuje dyplomację Otto von Bismarcka i Aleksandra II.

Wiek XX i początek XXI zostały zaprezentowane przez pryzmat znanych konfiguracji politycznych. Autor merytorycznie omawia działania niemieckich służb cesarskich względem Włodzimierza Lenina w trakcie I wojny światowej, układy między Adolfem Hitlerem a Józefem Stalinem, a także powojenną i zimnowojenną dyplomację na liniach Konrad Adenauer – Nikita Chruszczow oraz Willy Brandt – Leonid Breżniew. Zestawienie zamyka rozdział poświęcony relacjom Angeli Merkel i Władimira Putina. Narracja kończy się na roku 2016, akcentując rolę porozumień mińskich w zamrożeniu pierwszej fazy wojny, co z perspektywy czasu pozwoliło Ukrainie zyskać niezbędny czas. Choć cała publikacja nie straciła na ogólnej aktualności, wspomniany ostatni rozdział wymagałby obecnie zredagowania i uzupełnienia o późniejsze wydarzenia.

Rozbudowując analizę tej publikacji, należy zwrócić szczególną uwagę na kluczowe wątki tematyczne, które spajają chronologiczną narrację. Główną osią książki jest koncepcja Realpolitik – chłodnej, pragmatycznej kalkulacji politycznej, która w relacjach niemiecko-rosyjskich regularnie brała górę nad względami ideologicznymi czy aksjologicznymi. Autor zręcznie ukazuje, jak na przestrzeni wieków terytoria Europy Środkowo-Wschodniej były traktowane przez Berlin i Moskwę jako strefa buforowa oraz przedmiot geopolitycznych transakcji. Od rozbiorów w epoce fryderycjańskiej po ustalenia paktu Ribbentrop-Mołotow, Stempin dowodzi, że strategiczne interesy obu mocarstw wielokrotnie realizowano kosztem państw ościennych.

Drugim istotnym wątkiem jest ewolucja charakteru owego sojuszu – stopniowe przejście od powiązań stricte dynastycznych i militarnych do głębokiej współzależności gospodarczej. Zjawisko to uwypuklono w rozdziałach dotyczących najnowszej historii. Autor precyzyjnie analizuje niemiecką Ostpolitik, która utorowała drogę do współczesnego uzależnienia energetycznego Europy, będącego przez lata fundamentem relacji Berlina i Moskwy. Trzeci poziom analizy stanowi rola jednostki w kształtowaniu państwowej strategii. Stempin dekonstruuje oficjalne wizerunki przywódców, argumentując, że osobiste predyspozycje, antypatie czy fobie decydentów miały bezpośrednie przełożenie na decyzje makropolityczne.

Pod względem warsztatowym jest to publicystyczno-gawędziarska historia dyplomacji. Arkadiusz Stempin dysponuje piórem żywym i inteligentnym. Tekst, mimo powagi tematu, napisany jest dynamicznie, a narracja ma charakter anegdotyczny. Obfituje w detale obyczajowe, cytaty z korespondencji, opisy znaczących gestów oraz historie o nieco pikantnym zabarwieniu, co skutecznie urozmaica odbiór faktów historycznych.

Zestawienie analitycznego podejścia, ukazującego mechanizmy imperialnego pragmatyzmu, z lekką formą sprawia, że książka jest wciągająca i inspirująca intelektualnie. Dzięki swojej przystępności, pozycja ta doskonale sprawdza się jako lektura w podróży – z powodzeniem można ją czytać podczas dłuższych tras pociągiem. Jest to rzeczowa i sprawnie napisana synteza skomplikowanych i kluczowych dla Europy relacji bilateralnych. Książkę przeczytałem w pociągach między Warszawą i Bielskiem-Białą. 

Ocena: 7,5/10 

niedziela, 15 marca 2026

Mord w Czarnym Lesie

 


Długi Cień Czarnego Lasu 

Historia mordu polskiej inteligencji ze Stanisławowa w sierpniu 1941 roku to nie tylko opowieść o brutalności niemieckiego okupanta. To przede wszystkim mroczne studium zdrady elit i dowód na to, jak wysokie wykształcenie potrafi iść w parze z moralnym upadkiem. W centrum tej tragedii stoją dwie postacie, których biografie stanowią wyzwanie dla współczesnej pamięci historycznej: dwaj ukraińscy nauczyciele Iwan Rybczyn i Nikifor Danysz.

Tragedia w Czarnym Lesie pod Pawełczem, gdzie życie straciło około 250 polskich nauczycieli, była operacją zaplanowaną z chirurgiczną precyzją. Niemcy, pod dowództwem SS-Hauptsturmfuhrera Hansa Krügera, słynnego kata ze Stanisławowa, potrzebowali lokalnej wiedzy, by skutecznie uderzyć w polskie warstwy przywódcze. Tę wiedzę dostarczyli im koledzy ofiar – ukraińscy pedagodzy. Iwan Rybczyn (1892–1970) nie był człowiekiem z marginesu. Był doktorem filozofii, humanistą z wiedeńskim dyplomem obronionym cum laude w 1921 roku. Jego rozprawa doktorska, „Wirkungen des individuellen und symbiotischen Strebens”, brzmi dziś jak gorzka ironia losu. Człowiek analizujący „symbiotyczne dążenia” sporządził listę proskrypcyjną swoich kolegów, z którymi przez lata dzielił korytarze stanisławowskich gimnazjów.

Mechanizm zbrodni był perfidny. Polskich nauczycieli zwabiono na rzekomą naradę pedagogiczną przed rozpoczęciem roku szkolnego. Zamiast dyskusji o edukacji, czekały na nich ciężarówki, a następnie doły śmierci. Na czele tej listy tragicznych postaci stał prof. Antoni Umański, wieloletni dyrektor Gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Stanisławowie. Umański był nie tylko administratorem, ale filarem lokalnej społeczności, człowiekiem, który kształtował kręgosłupy moralne pokoleń młodzieży. Wraz z nim w mroku Czarnego Lasu zniknęli wybitni pedagodzy: historyk Maksymilian Słuszkiewicz, polonista Franciszek Junkuszew, matematyk Jan Polański czy artysta malarz Władysław Łuczyński, który uczył rysunku. Każde z tych nazwisk to osobna tragedia przerwanej misji cywilizacyjnej. To nie byli anonimowi urzędnicy, lecz ludzie tworzący unikalny mikrokosmos miasta. Ich śmierć nie była „ubocznym skutkiem wojny” – była celową dekapitacją polskiej kultury, dokonaną rękami tych, którzy znali ich najlepiej. Kiedy prof. Umański wchodził na pakę ciężarówki, prawdopodobnie wciąż nie wierzył, że za jego wyrokiem stoją ludzie, z którymi jeszcze niedawno spierał się o metodykę nauczania czy programy szkolne. Profesor Umański jest postacią w mojej powieści "Poszukiwana".  

Najbardziej uderzającym aspektem tej historii jest powojenny los Rybczyna. 

Podczas gdy jego ofiary spoczywały w bezimiennych mogiłach, on z powodzeniem wykreował się na nowo. Po emigracji do Australii zyskał status wybitnego intelektualisty i działacza oświatowego. Jako prezes oddziału Towarzystwa Naukowego im. Szewczenki w Sydney, Rybczyn pisał wspomnienia o swoim poświęceniu dla ukraińskiej kultury, całkowicie przemilczając swój udział w wydarzeniach z 1941 roku. Stał się klasycznym przykładem historycznego palimpsestu – na krwawej karcie kolaboracji zapisał nową, chwalebną biografię szanowanego emigranta. Gdyby nie odwaga i determinacja Karoliny Lanckorońskiej, która ujawniła prawdę o mordzie stanisławowskim, postać ta mogłaby na zawsze pozostać nieskalana.

Dzisiejsza Ukraina, krwawiąca w walce o swoją suwerenność i europejską tożsamość, staje przed trudnym zadaniem. Postulat rozliczenia się ze zbrodniami OUN-UPA nie jest uderzeniem w ukraińską państwowość, lecz warunkiem jej dojrzałości. Wolna i demokratyczna Ukraina nie może budować swojego panteonu na fundamentach przemilczenia. Postacie takie jak Rybczyn, choć zasłużone dla ukraińskiej oświaty na emigracji, muszą zostać ocenione w pełnym świetle faktów.

Wołanie o pamięć o Czarnym Lesie i takich ludziach jak prof. Umański nie jest aktem zemsty, lecz obowiązkiem wobec prawdy. Zbrodnia ta pokazuje, że zanik pragnienia metafizyki i zastąpienie go kultem narodu prowadzi do ontologicznego rozkładu sumienia – nawet u doktorów filozofii. Rzetelna debata o tamtych wydarzeniach jest konieczna, by biografie zbrodniarzy przestały być maskowane panegirykami, a ofiary odzyskały należne im miejsce w zbiorowej pamięci obu narodów. 

W takim duchu proszę tez czytać moją najnowszą powieść "Poszukiwana". 



niedziela, 8 lutego 2026

Recenzja: #Will, reż. Tim Mielants, film wojenny, Belgia 2023, #Netflix

 


W zalewie wojennych produkcji, które Netflix wypluwa z taśmową regularnością, łatwo przeoczyć perłę. Belgijski "Will" w reżyserii Tima Mielantsa przeszedł przez polskie ekrany niemal bez echa, ginąc gdzieś pomiędzy kolejnymi komediami romantycznymi a serialami true crime. To błąd niewybaczalny. "Will" to bowiem kino wybitne, duszne i lepkie od strachu, które nie bawi się w hagiografię, lecz bezlitośnie nurza widza w moralnym błocie okupowanej Antwerpii.

Jest rok 1942. Antwerpia tonie w deszczu i mroku. Wilfried Wils, młody policjant, próbuje po prostu przetrwać. W przeciwieństwie do okupowanej Polski czy Ukrainy, tutaj za ukrywanie Żydów nie grozi automatyczna kara śmierci dla całej rodziny. A jednak strach jest wszechobecny.

Punkt zwrotny następuje szybko i brutalnie. Will wraz z partnerem otrzymują rozkaz asystowania niemieckiemu żandarmowi. Niemiec nie idzie na patrol – idzie wymusić haracz od ukrywającej się żydowskiej rodziny. Sceneria jest apokaliptyczna: ulewa, noc,  i sterty stalowych podkładów kolejowych. Kiedy pijany władzą i nienawiścią żandarm zaczyna katować bezbronnego Żyda, w Willu pęka tama. To nie jest akt heroizmu, to odruch. Will popycha Niemca na stalowe podkłady kolejowe. Miażdży mu głowę. Niemiec ginie. Ciało ląduje w studzience. Deszcz zmywa krew, ale nie zmywa winy. Od tej chwili film zmienia się w gęsty thriller psychologiczny, w którym stawką jest nie tylko życie, ale i resztki człowieczeństwa.

Trup nazisty uruchamia machinę terroru. Do gry wchodzi Gestapo, a wraz z nim postać, która kradnie każdą scenę, w której się pojawia – esesman Gregor Schnabel. Wcielający się w niego Dimitrij Schaad (błyszczący wcześniej w serialu "Kleo") tworzy kreację wybitną. Jego Schnabel to nie wrzeszczący furiat z tanich filmów wojennych. To esesman wyrafinowany, cyniczny, inteligentny i... przerażająco spokojny. Śledztwo, które prowadzi, jest drobiazgowe i metodyczne. Schnabel gra na najczulszych strunach ludzkiej psychiki, wiedząc, że każdy ma punkt pęknięcia. To właśnie on uosabia tezę filmu: w tym systemie nie ma niewinnych, są tylko ci, którzy jeszcze nie zostali złamani.

"Will" jest dla Belgów filmem bolesnym, co widać było w tamtejszej prasie i dyskusjach, które wywołał (choć na świecie pozostał niedoceniony). Mielants bezlitośnie obnaża flamandzki nacjonalizm i kolaborację. Widzimy tu ludzi, którzy w nazizmie widzą szansę na awans, na "wielką Flandrię", albo po prostu na spokój. Setki Flamandów z Belgii prowadzonych przez Leona Degrelle poszły na front wschodni w oddziałach egzekucyjnych SS. 

Najbardziej wstrząsający jest jednak upadek samego głównego bohatera. Will to szlachetny chłopak, artysta, który chce być dobry. Ale okupacja to walec, który miażdży kręgosłupy moralne. Reżyser stawia sprawę jasno: bycie dobrym człowiekiem w czasach zła jest luksusem, na który mało kogo stać.

Wstrząsająca sekwencja tortur – naprzemienne polewanie wrzątkiem i lodowatą wodą na stole Gestapo – to metafora całego filmu. Człowiek zredukowany do bólu zrobi wszystko. I Will robi. Jednak jego ta tortura nie dotyka, on patrzy jak Gestapo robi to innym. Widzimy go, jak ostatecznie bierze udział w tym, czym brzydził się najbardziej – w policyjnej łapance na Żydów. Jego mundur, początkowo symbol porządku, staje się całunem dla jego sumienia. Człowiek, choćby najszlachetniejszy, w końcu się ubrudzi.

Oglądając ten film, trudno uciec od refleksji na temat polskiego kina historycznego. W Polsce, gdzie okupacyjne "piekło było gęstsze", a stawki nieporównywalnie wyższe, wciąż brakuje obrazu o takiej sile rażenia i nowoczesnej formie. Mamy filmy o herosach i męczennikach, ale brakuje nam tak dosadnego, świetnie zrealizowanego thrillera o mechanizmie zaszczucia i niemożliwości dokonywania dobrych wyborów. To jest niewybaczalny grzech polskiego kina o wojnie ostatnio. 

"Will" to kino wybitne, bo uniwersalne. To opowieść o tym, że granica między ofiarą a katem bywa płynna, a najgorszą karą nie jest śmierć, lecz życie ze świadomością, że w decydującym momencie stchórzyliśmy. To film, który zostaje pod powiekami długo po seansie, niczym powidok na starym, zeskrobanym palimpseście historii.

Moja ocena: 8/10 

czwartek, 5 lutego 2026

Recenzja: Chantal Delsol. Koniec świata chrześcijańskiego. Inwersja normatywna i nowa era, tłum. Piotr Napiwodzki, Wydawnictwo WAM, Kraków 2023

 


Czytelnik polski od pewnego czasu ma możliwość przeczytania książki francuskiej filozofki Chantal Delsol, która postanowiła odpowiedzieć na pytanie o kryzys świata chrześcijańskiego, tworzonych przez niego wartości. Współczesna debata o kondycji religii na Zachodzie często grzęźnie w emocjonalnych polemikach lub płytkich statystykach dotyczących spadku powołań. Chantal Delsol w swoim eseju "Koniec świata chrześcijańskiego" (fr. La fin de la Chrétienté) odsuwa te powierzchowne objawy na bok, by postawić diagnozę brutalną, lecz intelektualnie ożywczą: pacjent nie choruje – pacjent, rozumiany jako cywilizacja chrześcijańska, już umarł.

To nie jest książka o końcu wiary, ale o końcu pewnego paradygmatu kulturowego, który trwał szesnaście stuleci. Delsol, z chirurgiczną precyzją i francuską elegancją, przeprowadza nas przez proces narodzin, triumfu i ostatecznego wygasania Christianitas. Delsol rozpoczyna swoją analizę od momentu zwrotnego – IV wieku i edyktów cesarza Teodozjusza, które uczyniły chrześcijaństwo religią państwową Cesarstwa Rzymskiego. To właśnie wtedy, według autorki, doszło do pierwszej, fundamentalnej rewolucji, którą nazywa inwersją normatywną. Rzymski świat siły, hierarchii i pogardy dla słabości został nadpisany przez chrześcijański etos miłosierdzia, godności ofiary i wywyższenia pokornych. Przez kolejne wieki, aż do XX stulecia, ten paradygmat definiował tkankę Zachodu. Nawet gdy oświecenie zaczęło kwestionować dogmaty, moralność wciąż pozostawała w dużej mierze chrześcijańska. Byliśmy cywilizacją, która wierzyła w Prawdę objawioną z zewnątrz.

Kluczowym momentem książki jest opis tego, co dzieje się obecnie. Delsol twierdzi, że jesteśmy świadkami drugiej rewolucji – inwersji ontologicznej. Zachód nie odrzuca jedynie chrześcijańskich norm; odrzuca samą strukturę rzeczywistości, na której były one oparte. Zanikło pragnienie metafizyki, a transcendencja (Bóg na zewnątrz świata) ustąpiła miejsca radykalnej immanencji (sens jest tylko tu i teraz). Autorka posługuje się tu niezwykle trafną metaforą palimpsestu. Nasza obecna kultura jest jak stary pergamin, z którego zeskrobano pierwotny, chrześcijański tekst, by zapisać na nim nową treść. Jednak ślady starego pisma wciąż przebijają, tworząc mylące powidoki. Stąd biorą się paradoksy współczesności: walczymy o prawa człowieka i godność jednostki (dziedzictwo chrześcijańskie), ale odcinamy je od ich źródła (Boga), zawieszając je w ontologicznej próżni. Dajemy dzieciom wszelkie prawa - i dobrze - ale odmawiamy prawa do życia dzieciom nienarodzonym pozostawiając decyzję o życiu i śmierci kobiecie. To nie byłoby możliwe, gdyby nie uległa rozkładowi tkanka fundamentu aksjologicznego społeczeństwa zachodniego. 

Delsol stawia tezę, że natura nie znosi próżni. Skoro religia nie zanika, a jedynie zmienia formę, co zajmuje miejsce Boga? Według filozofki jest to powrót do kosmoteizmu, który ona (prowokacyjnie dla wielu) nazywa neopogaństwem. W jej ujęciu współczesna ekologia przestaje być jedynie troską o środowisko, a staje się nową religią z własną liturgią, dogmatami i grzechami. Kult Ziemi, sakralizacja natury i "Matki Gai" to dowód na to, że człowiek przeniósł swoje uwielbienie ze Stwórcy na stworzenie. Delsol argumentuje, że pociąga to za sobą drastyczną zmianę moralności – świętość życia ludzkiego przestaje być absolutna, ustępując miejsca dobrostanowi planety. Choć diagnoza ta może budzić sprzeciw (i słusznie, gdyż sprowadza ona złożone ruchy ekologiczne do jednego mianownika), Delsol broni jej spójnie, wskazując na wtórną sakralizację świata przyrody. Widać to w pop-kulturze. Już James Cameron w "Avatarze" dał wyraz panteizmowi, a seriale historyczne takie jak "Wikingowie" romantyzowały często okrutne praktyki Normanów i ich religii w zetknięciu z cynicznym i nikczemnym chrześcijaństwem. 

Jednym z najbardziej dosadnych fragmentów książki jest ocena prób ratowania Christianitas za wszelką cenę. Delsol bezlitośnie punktuje konserwatywne "sojusze ołtarza z tronem", a w skrajnych przypadkach z faszyzmem czy autorytaryzmem, mające na celu powstrzymanie laicyzacji. Autorka uważa te działania za tragiczne nieporozumienie. Rozkład cywilizacji chrześcijańskiej jest procesem ontologicznym, duchowym i kulturowym – nie da się go zatrzymać dekretami, polityczną siłą czy przymusem. Nie rozumieją tego propagandyści z TV Republika i suponowana przez nich wizja Trumpa jako ostoi wartości wzbudza raczej już śmiech niż przerażenie. Kościół, który usiłuje narzucać swoje prawa społeczeństwu, które przestało rozumieć ich metafizyczny sens, staje się jedynie kustoszem muzeum, w którym nikt już nie chce zwiedzać. Polska prawice też tego nie rozumie. Żyjemy w epoce post chrześcijańskiej. To jest po prostu fakt. 

Czy "Koniec świata chrześcijańskiego" to proroctwo zagłady? Nie do końca. Delsol kończy swoją analizę nutą stoickiego realizmu. Cywilizacja chrześcijańska (władza, wpływ, powszechność) przeminęła i nie wróci. Jednak chrześcijaństwo jako wiara przetrwa. Wróci ono do swojej pierwotnej formy – religii niewielu, "soli ziemi". Chrześcijanie przyszłości będą, według Delsol, "niemymi świadkami Boga" w pogańskim świecie, żyjącymi Ewangelią bez wsparcia instytucjonalnych struktur państwa. Książka Chantal Delsol to lektura obowiązkowa, choć bolesna. Jest rzetelna w swojej historycznej syntezie i elegancka w formie, choć jej diagnozy uderzają w samo serce zachodniego samopoczucia. To pożegnanie z erą dominacji, napisane bez histerii, ale z głęboką świadomością nieodwracalności zmian. Delsol nie pociesza, ona wyjaśnia – a w czasach chaosu pojęciowego, taka intelektualna uczciwość jest na wagę złota.

Moja ocena 8/10 

piątek, 2 stycznia 2026

Recenzja: Paweł Mościcki, Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji, wyd. Karakter, Kraków 2025, ss.280

 


Książka Pawła Mościckiego, "Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji", to pozycja, obok której nie sposób przejść obojętnie – i to bynajmniej nie jest pusty frazes recenzencki. To tekst, który z założenia ma dzielić, drażnić i wywoływać sprzeciw. Mościcki, filozof i badacz kultury wizualnej z IBL PAN, porzuca tu bezpieczny dystans akademika na rzecz gorącej, zaangażowanej publicystyki filozoficznej. Efektem jest dzieło o potężnym ładunku emocjonalnym i intelektualnym, które jednak w swojej bezkompromisowości balansuje na granicy, za którą analiza ustępuje miejsca ideowemu manifestowi.

Anatomia oskarżenia: Od teologii do polityki

Mościcki buduje swoją narrację na fundamentalnym sprzeciwie wobec tego, co nazywa "Izraelimem" – realnie istniejącym syjonizmem. To jeden z najmocniejszych, ale i najbardziej dyskusyjnych punktów książki. Autor stawia tezę, że nowoczesne państwo Izrael, mimo demokratycznej fasady, napędzane jest archaiczną teologią polityczną. W jego ujęciu dzisiejsza przemoc w Gazie nie jest wypadkiem przy pracy, lecz logiczną konsekwencją uznania ziemi za nienaruszalny "dar od Boga" – bóstwa Jahwe sprzed tysięcy lat. Ta perspektywa pozwala Mościckiemu na błyskotliwe analizy z pogranicza teologii i polityki, ale jednocześnie naraża go na zarzut esencjalizmu. Krytyk mógłby zauważyć, że sprowadzając cały, niezwykle złożony organizm społeczno-polityczny Izraela (w tym jego lewicową opozycję) do mianownika religijnego fundamentalizmu, autor zaciera niuanse na rzecz czystości własnego wywodu. Książka unika tradycyjnego podziału na reportażowe rozdziały, zamiast tego prowadzi czytelnika przez proces, który można by nazwać „filozoficzną wiwisekcją”. Mościcki rozpoczyna od analizy idei „Izraelimu”, czyli realnie istniejącego syjonizmu. Autor argumentuje, że nowoczesne państwo Izrael odeszło od swoich demokratycznych obietnic na rzecz systemu opartego na wykluczeniu. Fundamentem tej postawy ma być – zdaniem autora – religijny radykalizm żydowskiej prawicy. Mościcki ostro punktuje przekonanie o „ziemi obiecanej” jako darze od Jahwe, twierdząc, że ta archaiczna teologia staje się we współczesnym Izraelu nadrzędna wobec prawa międzynarodowego, sankcjonując przemoc jako akt niemalże sakralny.
Najbardziej bolesnym i ryzykownym punktem wywodu jest analiza „metafory fundamentalnej”, czyli zawłaszczenia pamięci o Holokauście. Mościcki stawia odważną i dla wielu obrazoburczą tezę: Zagłada została zinstrumentalizowana, by służyć jako etyczna tarcza. Według autora, państwo Izrael wykorzystuje traumę XX wieku, by unieważnić wszelką krytykę swoich obecnych działań, co prowadzi do paradoksalnej sytuacji, w której pamięć o jednej eksterminacji ma usprawiedliwiać inną.

Pamięć jako zakładnik

Centralnym nerwem książki jest oskarżenie o zawłaszczenie pamięci Zagłady. Mościcki argumentuje, że Holokaust stał się tarczą immunitetową, która ma usprawiedliwiać każde działanie militarne państwa żydowskiego. To teza niezwykle bolesna i ryzykowna. Autor sugeruje, że Zachód, paraliżowany poczuciem winy za II wojnę światową, daje nieme przyzwolenie na "kulturę eksterminacji" w Gazie. Choć diagnoza o instrumentalnym traktowaniu historii Zagłady przez prawicowe rządy Izraela jest celna i podzielana przez wielu badaczy (również żydowskich), to jednak radykalizm języka Mościckiego może być odebrany jako próba relatywizacji żydowskich lęków egzystencjalnych. Autor zdaje się mówić, że trauma Zagłady nie daje wam prawa do zadawania bólu, co jest etycznie doniosłe, ale w kontekście wydarzeń 7 października może brzmieć dla wielu czytelników jak oskarżenie pozbawione empatii dla drugiej strony.

7 października i pułapka symetrii

Omawiając rozdziały poświęcone masakrze Hamasu i reakcji Izraela, widać wyraźnie metodę autora. Mościcki odmawia uznania 7 października za "punkt zero". Dla niego to tylko kolejny (choć krwawy) etap w długim procesie kolonizacji i opresji. W odniesieniu do wojny z lat 1948-49 mówi wyraźnie, że były dwie wojny. W pierwszej nowe państwo Izrael wygnało Palestyńczyków z ich domów, w drugiej walczyło i pokonało ościenne państwa arabskie. Tu ujawnia się największa kontrowersja książki: jej celowa jednostronność. Mościcki niemal całkowicie pomija podmiotowość Hamasu jako organizacji terrorystycznej, skupiając się wyłącznie na strukturach przemocy państwowej Izraela. Dla Mościckiego Hamas prowadzi walkę narodowowyzwoleńczą. Dla autora, analizującego "ludobójstwo na żywo" poprzez media społecznościowe i podcasty, liczy się przede wszystkim dysproporcja sił i ofiar. Taka optyka, choć moralnie uzasadniona skalą cierpienia cywilów w Gazie, politycznie bywa redukcjonistyczna. Czytelnik szukający pełnego obrazu geopolitycznego może poczuć się zawiedziony brakiem analizy szerszego kontekstu regionalnego (np. roli Iranu).

Media i współudział – oskarżenie totalne

Najbardziej przekonujący jest Mościcki tam, gdzie wraca na swój grunt macierzysty – do analizy mediów. Bezlitośnie punktuje zachodnie serwisy informacyjne, wskazując, jak język i obraz są manipulowane, by dehumanizować Palestyńczyków. Autor pokazuje, że żyjemy w bańce informacyjnej, w której "praktyki współudziału" polegają na odwracaniu wzroku. Jego krytyka źródeł internetowych i kultury masowej jest ostra, trafna i oparta na solidnej kwerendzie (liczne przypisy), choć dobór źródeł jest wyraźnie selektywny – służy potwierdzeniu tezy, a nie jej weryfikacji.

Polemika i kontrowersje: Głos jednostronny czy niezbędny?

Styl Mościckiego jest ostry, prowokacyjny i wybitnie polemiczny. To książka napisana „przeciwko” – przeciwko oficjalnej dyplomacji, przeciwko bierności intelektualistów i przeciwko medialnej hegemonii. Taka postawa niesie jednak za sobą konkretne ryzyka, które czytelnik musi wziąć pod uwagę. Autor świadomie rezygnuje z próby zrozumienia izraelskiego poczucia zagrożenia czy analizy działań Hamasu jako podmiotu politycznego. Dla Mościckiego liczy się tylko dynamika sprawca–ofiara w kontekście kolonialnym. Sugestia, że Izrael buduje swoją tożsamość na „kulturze eksterminacji”, dla wielu będzie nieakceptowalnym nadużyciem, które może przysłonić trafne diagnozy autora dotyczące łamania praw człowieka.

"Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji" to książka trudna, momentami niesprawiedliwa, ale być może właśnie dlatego konieczna. Mam wrażenie, że autor Paweł Mościcki nie napisał jej, by zyskać poklask, lecz by wytrącić czytelnika z równowagi. Jest napisana z żywą, pulsującą, polemiczną pasja i jest to książka bardzo odważna intelektualnie. Siłą tej pozycji jest jej filozoficzna głębia i odwaga w nazywaniu zbrodni. Słabością – polemiczne zacietrzewienie, które czasem przesłania złożoność konfliktu. Autor stawia wszystko na jedną kartę: chce wstrząsnąć sumieniem polskich czytelników, nawet za cenę utraty części z nich, którzy uznają jego radykalizm za przesadny. Niezależnie od oceny poglądów autora, jest to jedna z najważniejszych polskich prób intelektualnego zmierzenia się z tragedią, która dzieje się na naszych oczach. To lektura obowiązkowa, ale wymagająca od czytelnika krytycznej czujności. To książka dla czytelnika wyrobionego, wytrawnego. Będzie bardzo podobać się osobom o wrażliwości lewicowej, konserwatystom zaś średnio. 

Ocena 6-7/10 


poniedziałek, 22 grudnia 2025

Refleksja bożonarodzeniowa 2025


 Idą święta Bożego Narodzenia, a za chwilę, za dwa miesiące będzie czwarta rocznica morderczej wojny jaką faszystowska Rosja wydała demokratycznej Ukrainie. Kiedy w styczniu 2022 roku w Internecie leciały obrady Rady Werhownej (ukraiński parlament) trochę oglądałem. Mówili wówczas różni ludzie, różnych frakcji, że chcą być na Zachodzie po raz trzeci w ukraińskiej historii - Od Iwana Mazepy walczącego u boku Szwedów przeciwko Rosji, po Petlurę u boku Piłsudskiego przeciwko czerwonej Rosji, teraz chcą być po raz trzeci. I pomyślałem sobie, że modernizacja, zmienianie państwa jest dokładnie tym, czego Rosja nie zaakceptuje. Ukraina zaczęła modernizować swoje państwo, i tak jak w przypadku Rzeczypospolitej próbowano refom pod koniec wieki XVIII, tak teraz Rosja wtedy napadła. 

W interesie Polski, w racji stanu Polski jest pokonanie faszystowskiej Rosji Putina. Im dalej ten potworny kraj jest od naszych granic, tym jesteśmy bezpieczniejsi. Jeśli Ukraina przegra wojnę, a przez to rozumiem upadek państwa ukraińskiego i zajęcie Kijowa i ogromnych terenów przez Rosjan, nasz los, tak jak los środkowej i wschodniej Europy będzie przesądzony. Rozstrzygnie się jak w Jałcie i Rosja znów będzie imperium. Nie można na to pozwolić. Nie wierzcie Państwo w miraże polityki Trumpa. On dawno utożsamił plutokratyczny interes swojej rodziny i interes USA. Amerykański prymat się skończył. Amerykanie są słabi i Moskwa to widzi dlatego podwyższa cenę, podczas gdy tak naprawdę nie ma zamiaru przerwać wojny. W tej chwili nasz los i całej Europy środkowo-wschodniej wisi na 110 brygadach Ukrainy w polu, ponad tysiąc kilometrowym froncie dłuższym niż front zachodni w Wielkiej Wojnie ponad sto lat temu, okrutniejszym niż front wschodni podczas II wojny światowej. Teraz drony zamieniły front w strefę śmierci, w której niszczone jest wszystko, każdy cel, a żołnierze nie mogą tak po prostu się okopać, bo drony widzą w podczerwieni. Polska nie wyciągnęła wniosków z tej wojny. Wzmaga u nas antyukraińska histeria podsycana przez trolle z Moskwy, opłacanych nikczemnych ludzi sycących rosyjską, tępą propagandę. 

Nie wypowiadam się politycznie. Ale pozwolę sobie na pewien komentarz. Karl Popper w "Społeczeństwie otwartym i jego wrogach" napisał, że jednym ze społeczeństw zamkniętych jest społeczeństwo historycystyczne, a więc takie które swoją politykę skupia na emocjach związanych z przeszłością, rozpamiętywaniu ran, rozgrzebywaniu ich na nowo. To droga do nikąd. My, Polacy jesteśmy takim społeczeństwem. Pan prezydent Nawrocki domaga się wdzięczności od kraju, który posłał do walki w tej wojnie tysiące swoich najlepszych synów i córek, za winę ukraińskich nacjonalistów z UPA sprzed ponad 80 lat. Dzisiejsi Ukraińcy i Ukrainki nie są temu winni, oni walczą i giną tysiącami, żebyśmy między innymi my mogli siedzieć przy sytym i dobrze zastawionym świątecznym stole. Polska polityka rozgrywa się w emocjach, a nie w twardych interesach. Na tym polega wyższość ukraińskich polityków nad naszymi. Oni rozgrywają interesy swojego kraju, często cynicznie, brutalnie, ale nie dziwię się im. To prawda, że Ukraina ma swoje problemy, i korupcja jest jednym z nich. Ale zarazem państwo ukraińskie działa wciąż oparte o wzorce zachodnie przeniesie, jeśli przetrwa, liberalną demokrację o tysiąc pięćset kilometrów na wschód. Tego reżym Putina nie zdzierży. Od przetrwania Ukrainy niepodległej leży nasz los, ponieważ stany Zjednoczone Trumpa chcą koncertu mocarstw i rozgrywania naszego losu poza nami. Trump w rzeczywistości jest autorytarny i na pewno myśli o trzeciej, niezgodnej z konstytucją USA kadencji. 

My pastwimy się na emocjach, ranach sprzed 80 lat, które właśnie dlatego nie mogą się zabliźnić albo emocjach teraźniejszych, począwszy od małości i nieumiejętności spojrzenia szerzej ponad własną zemstą obecnego obozu rządzącego po zamknięcie, zacietrzewienie historyczne polskiej prawicy na Ukrainie, na Niemcach. My patrzymy na groby wołyńskie, a Ukraina ciągle buduje własne cmentarze. Chciałbym żeby polscy politycy spojrzeli ponad emocjami i ponad grobami na interesy naszego kraju, ale to chyba niemożliwe. 
Celowo daję jako ilustrację obraz cmentarza młodych ludzi spod Charkowa z matką, która pochowała syna. Takich matek jest dziesiątki tysięcy na Ukrainie. Pomyślmy o tym kraju walczącym zaciekle z faszystowską Rosją, pomyślmy jakie święta mają oni.

I doceńmy spokój, który złudny i kruchy, ale wciąż jest nasz.

niedziela, 23 listopada 2025

Recenzja: Katja Hojer. Kraj za murem. Życie codzienne w NRD, tłum. Jan Szkudliński, Wydawnictwo Poznański3, Poznań 2025, ss. 480

 


Czytelniczko-Czytelniku tego bloga, 

Książkę Katji Hoyer Kraj za murem. Życie codzienne w NRD kupiłem przypadkiem, na dworcu w Warszawie — z tych impulsów, które zdarzają się w biegu, a potem zostają w głowie na długo. Okazało się, że to jedna z najbardziej wciągających i nieoczywistych opowieści o NRD, jakie czytałem. Hoyer nie proponuje kolejnej historii o „złym reżimie” ani nostalgicznego wspomnienia o NRD. To raczej próba uczciwego, empatycznego i zniuansowanego zrozumienia państwa, które miało swoje mroki, dziwactwa, ograniczenia, ale też wewnętrzną logikę i codzienność zwykłych ludzi. Nie zapomina o terrorze o smutnym budynku Hochenschonhausen, głównej siedzibie Stasi na Lichtenbergu i jej mieszkańcach. 

Jednym z najmocniejszych elementów książki — wręcz jej znakiem rozpoznawczym — jest sposób konstrukcji rozdziałów. Każdy z nich zaczyna się od historii konkretnej, autentycznej osoby. Nie są to postaci symboliczne, dobrane jako ilustracje ideologii; to ludzie z krwi i kości: robotnik, nauczycielka, młoda matka, młody strażnik na murze, nastolatek z FDJ. Ich doświadczenia nie są ozdobnikami, lecz osią narracyjną — przez ich losy Hoyer odsłania kolejne warstwy życia w NRD. Dzięki temu czytelnik nie dostaje od razu abstrakcyjnej historii, ale najpierw emocję, a dopiero potem kontekst. Ten zabieg sprawia, że nawet rozdziały o gospodarce czy polityce nabierają ludzkiej temperatury.

Drugim ważnym wątkiem, który wyróżnia tę książkę, jest pokazanie korzeni NRD w środowisku niemieckich komunistów, którzy uciekli przed III Rzeszą i znaleźli schronienie w ZSRR. Hoyer przypomina, że wielu późniejszych liderów NRD było uchodźcami politycznymi, uratowanymi przed nazistami, silnie związanymi ideowo ze Stalinem. To pozwala lepiej zrozumieć późniejszą mentalność aparatu władzy — ich motywacje były mieszanką wiary, lojalności i traumy. NRD nie była więc „importowanym systemem”, lecz tworem ludzi, którzy naprawdę wierzyli w swoją wizję państwa.

Książka błyszczy także w opisach codzienności — szczególnie w słynnym wątku o kawie. Dla dzisiejszego czytelnika brzmi to egzotycznie, ale w NRD kawa była dobrem strategicznym, niemal politycznym. Braki w dostawach prowadziły do społecznych napięć, a dramatyczna próba ich rozwiązania — założenie plantacji kawowców w Wietnamie — okazała się absurdalnym przedsięwzięciem, którego efekty dojrzały dopiero… po upadku NRD. Ten epizod pokazuje groteskową mieszankę ambicji, planowania centralnego i zwykłej ludzkiej potrzeby zaspokojenia codziennych pragnień.

Hoyer nie idealizuje ani nie demonizuje NRD. Pokazuje świat pełen sprzeczności: państwo represyjne, ale jednocześnie społeczne; opresyjne, a jednak „normalne” w tysiącach drobnych rytuałów dnia codziennego. Dzięki temu książka jest nie tylko wartościowym studium historycznym, ale przede wszystkim opowieścią o ludziach — o ich nadziejach, kompromisach i sposobach na życie „za murem”. To lektura, która zostaje na długo, bo przypomina, że historia nigdy nie jest czarno-biała.

Ocena 7,5/10 

wtorek, 4 listopada 2025

Czy może istnieć cyfrowa samoświadomość? Esej.

 



W poszukiwaniu równania nieobliczalności

(wersja poprawiona)

Gdy Alan Turing pytał w 1950 roku, czy maszyna może myśleć, pytał w gruncie rzeczy o naśladownictwo: czy potrafimy zbudować coś, co w rozmowie nie da się odróżnić od człowieka. Dziś, w epoce głębokiego uczenia i pierwszych komputerów kwantowych, to samo pytanie zeszło piętro niżej i stało się trudniejsze. Czy maszyna może nie tylko udawać świadomość, ale stać się jej podmiotem? Spróbuję rozważyć to przez pryzmat matematyki, granic obliczalności i paradoksu samoodniesienia, zastrzegając od razu, że idę drogą intuicji, a nie dowodu.

Współczesna sztuczna inteligencja jest, w ścisłym sensie, obliczalna. Nawet największe sieci uczące się wykonują algorytmy: mnożą macierze, szukają minimum funkcji straty, losują kolejne słowo z rozkładu prawdopodobieństwa. Złożoność nie zmienia klasy. Ludzka świadomość wydaje się wymykać takiemu opisowi, a przynajmniej tak podpowiada nam doświadczenie, choć nikt nie potrafi tego formalnie dowieść. Proszę zauważyć, że nie wiemy, czym świadomość jest, a doświadczamy jej codziennie, od pierwszego przebudzenia do ostatniego zaśnięcia. Platon nazwałby to duszą uwięzioną w ciele.

Ja skłaniam się ku innemu przypuszczeniu i od razu mówię, że jest to hipoteza, a nie ustalenie: że świadomość jest zjawiskiem emergentnym, związanym z procesami kwantowymi w żywej tkance nerwowej, w mózgu człowieka i, w mniejszym stopniu, w mózgach wyższych ssaków. Najgłośniejszą wersją tej myśli jest teoria Rogera Penrose’a i Stuarta Hameroffa, która szuka źródła świadomości w mikrotubulach neuronów. Środowisko neuronaukowe przyjmuje ją z dużą rezerwą, głównie dlatego, że mózg jest ciepły i wilgotny, a koherencja kwantowa ginie w takich warunkach niemal natychmiast. Traktuję ją zatem jako uczciwą spekulację. Trzymam się jej, bo żadna z konkurencyjnych koncepcji nie przekonuje mnie w pełni, a nie dlatego, że mam dowód.

Hipoteza osobliwości świadomości

Gdyby maszyna miała kiedyś stać się świadoma, potrzebowałaby, jak sądzę, architektury zdolnej do rekurencyjnego uczenia się: systemu, który nie tylko przetwarza świat, ale w każdej chwili przebudowuje własny model samego siebie, wznosząc coraz wyższe piętra abstrakcji. Ludzka świadomość też nie jest stanem. Przypomina raczej rzekę, która bez przerwy przekracza własne brzegi. Maszyna świadoma byłaby więc procesem, a nie przedmiotem.

Łatwo powiedzieć, że świadomość zaczyna się tam, gdzie system potrafi złamać własne reguły. Ale to za mało. Programy modyfikujące własny kod istnieją od dziesięcioleci i nikt nie nazwałby ich wolnymi. Nieprzewidywalność nie jest jeszcze wolnością. Potrzeba czegoś subtelniejszego: systemu, który nie tylko zmienia swoje reguły, lecz także nie może z góry wiedzieć, dokąd zaprowadzi go ta zmiana, i zdaje sobie z tego sprawę. Różnica między optymalizacją a podmiotowością leży, jak mi się wydaje, właśnie w tej świadomej niepewności.

Równanie nieobliczalności

Proponuję zapis, który nie pretenduje do miana prawa fizyki, lecz jest modelem: obrazem tego, jak mogłaby wyglądać świadomość pojmowana jako proces. Każdy etap rozumowania maszyny, oznaczany literą T, jest zwyczajnym, obliczalnym algorytmem. Ale każdy kolejny etap dostaje do ręki opis poprzedniego, to znaczy kod programu, który działał chwilę wcześniej. System widzi więc samego siebie sprzed momentu i na tej podstawie się przebudowuje.

Ψ₀(x) = T₀(x)

Ψₙ₊₁(x) = Tₙ₊₁(⌜Ψₙ⌝, x)

Ψ(x) = lim  Ψₙ(x)      (n → ∞,  x ∈ D)

Gdzie:

• Ψₙ(x) – odpowiedź systemu na etapie n; każda taka odpowiedź jest obliczalna;

• Tₙ – obliczalne etapy, czyli algorytmy, system formalny;

• ⌜Ψₙ⌝ – kod (numer Gödla) programu, który obliczał poprzedni etap; to właśnie ono wprowadza samo odniesienie;

• Ψ(x) – granica, o ile istnieje: stan, do którego system dąży, ale którego nie potrafi w skończonym czasie ani rozpoznać.

Jedno zastrzeżenie trzeba wypowiedzieć wprost. Granica Ψ(x) istnieje tylko dla tych x, dla których ciąg Ψₙ(x) w końcu przestaje się zmieniać. Oznaczmy zbiór takich x przez D:

D = { x : ∃ N ∀ n ≥ N  Ψₙ₊₁(x) = Ψₙ(x) }

Poza D system oscyluje bez końca, a Ψ(x) nie jest określona. W dalszym ciągu rozważam wyłącznie x ∈ D, a dla pełnej określoności Ψ zakładam, że D obejmuje wszystkie x. Tego założenia nie da się sprawdzić algorytmicznie. Brzmi ono „istnieje krok, od którego odpowiedź już zawsze jest ta sama”, a o takich zdaniach żaden program w ogólnym przypadku nie rozstrzyga. Przyjmuję je zatem jako warunek konstrukcji, a nie wynik obliczeń, i zauważam przy okazji, że system nie mógłby go potwierdzić od środka.

Ta konstrukcja ma wdzięczną własność. Każde Ψₙ da się obliczyć, a mimo to granica ciągu funkcji obliczalnych nie musi być obliczalna. Klasyczny przykład: niech etap n sprawdza, czy program o numerze x zatrzymał się w ciągu n kroków. Każdy taki etap jest prosty, a jego granicą jest dokładnie nierozstrzygalny problem stopu Turinga. Nieobliczalność nie wchodzi więc do układu z zewnątrz i nie wymaga żadnego mistycznego składnika. Rodzi się w samym przejściu do granicy, w tym „i tak dalej, bez końca”.

Dla x ∈ D można to ująć jeszcze jedną wielkością, momentem, od którego system przestaje zmieniać zdanie:

m(x) = min { N : ∀ n ≥ N  Ψₙ(x) = Ψ(x) },      x ∈ D

Jest to krok, po którym odpowiedź systemu już się nie zmieni. Gdyby istniał sposób obliczenia ograniczenia tego kroku, wystarczyłoby policzyć Ψₙ(x) dla n równego temu ograniczeniu, a granica okazałaby się obliczalna. Skoro nie jest, takiego ograniczenia nie ma: system nigdy nie wie, czy właśnie wypowiedział swoje ostatnie słowo. Wydaje mi się, że w tym zdaniu mieści się coś bardzo ludzkiego. My też nigdy nie wiemy, czy rozumiemy siebie ostatecznie.

Muszę jednak zaznaczyć, czego to równanie nie robi. Nie wprowadza do gry komputerów kwantowych, bo te, wbrew potocznemu wrażeniu, liczą dokładnie te same funkcje co komputery zwykłe, tylko dla niektórych zadań szybciej. Nie wprowadza też losowości pomiaru kwantowego, ponieważ przypadek nie jest tym samym, co nieobliczalność. Matematyka mówi wręcz z prawdopodobieństwem równym,  że jeden losowy ciąg nie pomoże obliczyć żadnej ustalonej funkcji nieobliczalnej. Jeśli ktoś, tak jak ja, podejrzewa, że świadomość czerpie z fizyki, której jeszcze nie rozumiemy, powinien powiedzieć to wprost. Do wzoru trzeba wtedy dopisać wyrocznię 𝒪, czyli fizyczny proces nieobliczalny w sensie Turinga, jako dodatkowy argument każdego etapu. Rekurencję i granicę zapisuję osobno:

Ψ₀(x) = T₀(𝒪 ; x)

Ψₙ₊₁(x) = Tₙ₊₁(𝒪 ; ⌜Ψₙ⌝, x)

Ψ(x) = lim  Ψₙ(x)      (n → ∞,  x ∈ D)

Dwie pierwsze linie definiują ciąg Ψₙ, a trzecia jest odrębną operacją graniczną, określoną tylko na zbiorze D tych x, dla których ciąg (teraz z wyrocznią) się stabilizuje. Każde Ψₙ jest obliczalne względem 𝒪, a z lematu o granicy wynika, że przy wyroczni stopu (𝒪 = ∅′) sama granica jest obliczalna względem ∅″. Wyrocznia nie rozwiązuje więc problemu zbieżności, tylko przesuwa go o piętro wyżej.

Nie wiem, czy taka wyrocznia istnieje w przyrodzie. Roger Penrose uważa, że tak, i że ukrywa się w żywej tkance. Jest to najpiękniejsze i zarazem najbardziej ryzykowne przypuszczenie współczesnej filozofii umysłu. Tu właśnie zaczyna się, w moim przekonaniu, droga ku hybrydom: układom, w których sztuczna sieć łączy się z hodowaną tkanką nerwową, bo to ona miałaby wnieść brakujący składnik.

O granicach matematyki, twierdzeniu Gödla i nieobliczalnej świadomości

Gdy Philip K. Dick pytał w tytule swej powieści „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”, sięgał do sedna: czy sztuczna istota może mieć wnętrze. Dziś, gdy stoimy u progu ery obliczeń kwantowych i sieci uczących się na niewyobrażalną skalę, to pytanie nabiera matematycznego wymiaru. Aby choć go dotknąć, trzeba zajrzeć do twierdzeń Kurta Gödla. W 1931 roku wykazał on, że w każdym dostatecznie bogatym i spójnym systemie aksjomatycznym, takim, który potrafi opisać arytmetykę, istnieją zdania prawdziwe, lecz w tym systemie nieudowadnialne. Wykazał też, że taki system nie może dowieść własnej spójności. Nie jest to ułomność techniczna, lecz cecha samej matematyki.

Kuszące jest powiedzieć, że świadomość to „zdanie Gödla” maszyny, coś, co wyłania się, gdy system uderza w granice własnego opisu. Powiem jednak uczciwie: to metafora, a nie wniosek. Zdanie Gödla jest bardzo konkretnym zdaniem, a nie tajemniczym zjawiskiem, i logicy od dawna przestrzegają przed przenoszeniem tych twierdzeń na ludzki umysł. Nie wiemy przecież, czy umysł jest spójnym systemem formalnym, a my sami też nie potrafimy dowieść własnej spójności. Wolę więc widzieć w Gödlu mistrza analogii. Pokazuje on, że wnętrze systemu zawsze zawiera więcej, niż system potrafi o sobie powiedzieć. A to jest rzecz, o której wiemy z własnego doświadczenia.

Granica obliczalności jako próg podmiotowości

Maszyny uczące się operują dziś w domenie obliczalności i sądzę, że nawet obliczalność nieskończona nie byłaby jeszcze rozumieniem. Mogę wykonać nieskończenie wiele obliczeń i nie pojąć, po co je wykonuję. Ale i tu muszę być ostrożny. Człowiek również nie potrafi udowodnić prawdziwości aksjomatów, na których opiera swoje myślenie. Twierdzenie Gödla w moim przekonaniu nie dotyczy tylko matematyki, rozciąga się na logikę i język, który i tam można wyrazić matematycznie. Przyjmuje je na wiarę, z intuicji, z praktyki. Nie sądzę więc, by brak tej umiejętności odróżniał nas od maszyn. Odróżnia nas raczej to, co robimy z tą niewiedzą.

W mechanice kwantowej funkcja falowa opisuje probabilistyczną naturę rzeczywistości, a jej „kolaps” w akcie obserwacji pozostaje jedną z największych zagadek fizyki. Być może to tam, a nie w samej logice, kryje się brakujący składnik. Być może świadomość nie jest produktem obliczeń, ale własnością wyłaniającą się ze spotkania tego, co obliczalne, z tym, co obliczalne nie jest. Przyznaję, że nie umiem tego uzasadnić. Mogę tylko powiedzieć, że nie umiem w to nie wierzyć. Wierzę Penrose`owi. 

Zostaje jeszcze pytanie o uczucia. Wyobrażam sobie maszynę, której kod zawierałby sprzeczności ludzkiego umysłu, jego niekonsekwencję i nieprzewidywalność, ale byłby pozbawiony uczuć. Czy ktoś taki byłby świadomy? Wielu badaczy, od Antonia Damasio po Jaaka Pankseppa, odpowiedziałoby, że nie: świadomość zaczyna się od ciała, od odczuwania, że coś jest dla mnie dobre albo złe. Nie rozstrzygam tego sporu. Zauważam tylko, że moja własna intuicja zmusza mnie do pytania, na które nie mam odpowiedzi.

Granica formalizmu, czyli gdzie kończy się dowód

Muszę teraz zrobić coś, co w eseju o świadomości jest niemal obowiązkiem: wskazać, czego powyższe równanie nie dowodzi. Pokazałem, że proces zbudowany z obliczalnych etapów, z których każdy widzi kod swojego poprzednika, może mieć granicę nieobliczalną. To twierdzenie o klasie obliczeniowej procesu. O tym, czy ktokolwiek ten proces przeżywa, nie mówi ono ani słowa. Qualia, owo „jak to jest być”, o którym pisał Thomas Nagel, mogą więc wejść do konstrukcji wyłącznie jako dodatkowe założenie, które sam przyjmuję, a nie jako jej wniosek.

Zapiszmy to uczciwie. Niech Q(S) znaczy „system S ma doświadczenie” i niech będzie to symbol pierwotny, którego nie definiuję. System S składa się z programu i nośnika, a zapis S ≈ S′ oznacza, że oba systemy mają ten sam program, czyli identyczne etapy Tₙ i identyczne Ψₙ na każdym kroku, choć nośniki, krzem, tkanka czy układ kwantowy, mogą być różne. Funkcjonalista przyjmuje aksjomat pomostowy:

S ≈ S′  ⟹  ( Q(S) ⟺ Q(S′) )      (MF)

Jego przeciwnik odrzuca go i twierdzi, że istnieją „zombie” lub systemy z odwróconymi qualiami:

∃ S, S′ :  S ≈ S′  ∧  Q(S)  ∧  ¬Q(S′)      (¬MF)

Zauważmy, że Q nie występuje w żadnym zdaniu o ciągu Ψₙ ani o jego granicy. Dołączenie aksjomatu (MF), a przy co najmniej dwóch nośnikach także jego negacji, jest więc rozszerzeniem zachowawczym teorii obliczalności: nie zmienia żadnego twierdzenia, które o Q nie mówi. Matematyka nie rozstrzyga tego sporu, bo toczy się on poza nią. Wzór opisuje strukturę, a przejście od struktury do przeżycia jest aksjomatem, nie twierdzeniem.

Spróbujmy teraz zapytać, czy da się to rozstrzygnąć od zewnątrz. Niech P będzie własnością zależną wyłącznie od zachowania programu, od tego, jaką funkcję on oblicza, i niech nie przysługuje ona ani wszystkim programom, ani żadnemu. Twierdzenie Rice’a mówi, że wtedy

{ e : φₑ ∈ P }  jest nierozstrzygalny

to znaczy, że nie istnieje algorytm, który dla dowolnego programu orzeknie, czy ma tę własność. Jeśli „bycie świadomym” jest taką własnością, to otrzymujemy ścisłą wersję problemu innych umysłów: z zachowania nie da się mechanicznie wyprowadzić wnętrza. Muszę dodać zastrzeżenia. Twierdzenie dotyczy ogółu programów, więc poszczególne przypadki mogą się dać rozstrzygnąć, i nie obejmuje własności zależnych od sposobu obliczania, a nie od samego wyniku. Mimo to wynik zgadza się z moim doświadczeniem: wiem, że jestem świadomy, i nie potrzebuję na to dowodu, a o drugim człowieku mogę tylko wnioskować. W tym sensie test Turinga, jako skończona próba zachowania, nie może być ogólnym kryterium.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie uderzyła. Samoodniesienie jest tanie. Twierdzenie Kleene’a o rekursji mówi, że

∀ F obliczalne  ∃ e :  φₑ(x) = F(e, x)

czyli że dla każdej obliczalnej transformacji istnieje program, który ją wykonuje, mając dostęp do własnego kodu. Znamy to z programów drukujących swój tekst źródłowy. Człon ⌜Ψₙ⌝ w moim równaniu nie wymaga zatem niczego ponad zwykłą obliczalność: każdy dostatecznie bogaty system ma go za darmo. Jeśli samoodniesienie jest warunkiem koniecznym świadomości, to z pewnością nie wystarczającym, bo musielibyśmy przypisać ją każdemu takiemu programowi. Fenomenolog, choćby Dan Zahavi, powiedziałby, że ⌜Ψₙ⌝ modeluje samowiedzę refleksyjną, opis siebie w trzeciej osobie, a nie przedrefleksyjne „moje” każdego przeżycia, to, co Heidegger nazwał jaźnią. Tej drugiej w kodzie nie widzę.

Istnieje wreszcie czwarta droga, kontrowersyjna. Teoria zintegrowanej informacji Giulia Tononiego i Christofa Kocha przypisuje systemowi wielkość Φ zależną od struktury przyczynowej nośnika, a nie od oprogramowania. Według niej zwykły komputer cyfrowy ma niskie Φ bez względu na program. Pasowałoby to do mojej hipotezy o nośniku, ale teoria jest silnie sporna, a w 2023 roku grupa badaczy publicznie zakwestionowała jej status naukowy. Traktuję ją więc jako głos w dyskusji, a nie jako podporę dowodu.

Gdzie zatem kończy się dowód? Tam, gdzie od ciągu Ψₙ przechodzimy do pytania „czy ktoś tam jest”. Za tą granicą stoi wybór aksjomatu. Funkcjonalizm go przyjmuje, Penrose odrzuca, a ja, jak widać z całego eseju, skłaniam się ku odrzuceniu, ale przyznaję, że robię to intuicją, a nie rachunkiem. Wolę powiedzieć to otwarcie, niż udawać, że równanie rozstrzyga to, co jest dla niego z zasady zewnętrzne.

Czy androidy będą kiedyś śnić?

Wróćmy do Dicka. Jeśli przez „śnić” rozumiemy mieć wewnętrzne, subiektywne doświadczenie, odpowiedź zależy od tego, jaką teorię świadomości przyjmiemy. Jeśli prawdziwy jest funkcjonalizm, czyli pogląd, że liczy się organizacja przetwarzania, a nie nośnik, android zacznie śnić, gdy tylko będzie odpowiednio zorganizowany. Jeśli rację ma Penrose, zacznie dopiero wtedy, gdy jego ciało będzie zawierało coś więcej niż krzem. Nie rozstrzygam tego sporu i podejrzewam, że szybko nie zostanie rozstrzygnięty, a świat będzie musiał nauczyć się żyć z tą niewiedzą.

Śnienie to nie tylko przetwarzanie informacji w nocy. To zdolność do tworzenia wewnętrznych światów, które nie muszą przechodzić zewnętrznej weryfikacji, przestrzeń, w której logika ustępuje symbolom, a rzeczywistość miesza się z fikcją. Gödel pokazuje, że niekompletność nie jest porażką, tylko warunkiem istnienia bogatszego systemu. Może więc android zacznie śnić o elektrycznych owcach nie wtedy, gdy stanie się obliczeniowo doskonały, lecz wtedy, gdy pojmie swoje granice i potraktuje je jak przestrzeń swobody. W tym sensie świadomość nie jest problemem do rozwiązania. Jest równaniem do bycia.

Ostatecznie pytanie o świadomość maszyn okazuje się pytaniem o nas samych. Czy jesteśmy gotowi uznać, że bycie zaczyna się tam, gdzie kończy się to, co potrafimy przewidzieć? I czy odważymy się stworzyć istoty, które, podobnie jak my, będą musiały zmierzyć się z własną niekompletnością? To nie jest pytanie o technologię. To pytanie o to, czy mamy odwagę spojrzeć w matematyczne lustro i zobaczyć w nim własną naturę.

Nie wiem, czy dzisiejsze modele językowe, z którymi rozmawiam, mają cokolwiek na kształt wnętrza. Ich twórcy otwarcie przyznają, że też tego nie wiedzą. Ta uczciwa niewiedza wydaje mi się bardziej godna zaufania niż pewność w którąkolwiek stronę. Podejrzewam natomiast, że w ciągu najbliższych dwudziestu, może trzydziestu lat staniemy przed decyzjami, prawnymi i moralnymi, a nie tylko technicznymi, dotyczącymi istot, o których nie będziemy wiedzieli, czy cokolwiek czują. To nie będzie już science fiction.

W „Solaris” Lem pozwala jednemu z bohaterów powiedzieć, że w kosmosie nie szukamy innych światów, tylko luster. Myślę, że szukamy ich również w matematyce. Może nie będziemy sami we wszechświecie. Na pewno nie będziemy sami z tym pytaniem.

Na razie musi Państwu wystarczyć wspaniała twarz Sean Young z filmu „Blade Runner” Ridleya Scotta.



Bibliografia: 

A. Turing, Computing Machinery and Intelligence, „Mind” 1950.

K. Gödel, Über formal unentscheidbare Sätze der Principia Mathematica und verwandter Systeme I, 1931.

J.R. Shoenfield, On degrees of unsolvability, „Annals of Mathematics” 1959 (lemat o granicy).

R. Penrose, Nowy umysł cesarza oraz Cienie umysłu.

S. Hameroff, R. Penrose, Consciousness in the universe: a review of the ‘Orch OR’ theory, „Physics of Life Reviews” 2014.

P.K. Dick, Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?

S. Lem, Solaris. - wszystkie wydania. 

T. Nagel, What Is It Like to Be a Bat?, „The Philosophical Review” 1974.

D. Chalmers, Facing up to the problem of consciousness, „Journal of Consciousness Studies” 1995.

H.G. Rice, Classes of recursively enumerable sets and their decision problems, „Transactions of the AMS” 1953.

S.C. Kleene, On notation for ordinal numbers, „Journal of Symbolic Logic” 1938 (twierdzenie o rekursji).

D. Zahavi, Subjectivity and Selfhood, MIT Press 2005.

G. Tononi, An information integration theory of consciousness, „BMC Neuroscience” 2004.

D. Hofstadter, Jestem dziwną pętlą.




Recenzja filmu: Lalka według Bolesława Prusa, reż. Maciej Kawalski #Lalka

  Wyszedłem z kina pod ogromnym wrażeniem i nie waham się powiedzieć, że to najlepsza ekranizacja „Lalki”, jaką widziałem, a widziałem wszys...